Kłamca kłamca, czyli dlaczego kłamiemy?

bd65543f4f6462078d78a4b2f2fa3ecd,640,0,0,0kłam

 

Bajki…któż z nas ich nie czytał? Mnie osobiście bajkowy świat zawsze fascynował. Czytając je – przenosiłam się w zupełnie inny świat, taki ciekawy i piękny. Bajki nie tylko rozbudzają ciekawość i wyobraźnię, ale pełnią też ważną funkcję wychowawczą,  a także przyczyniają się do prawidłowego rozwoju dziecka. I nie mówię tego z perspektywy psychologa czy matki, gdyż jestem singlem i nie mam dzieci, lecz z własnego doświadczenia życia. Rodzice od maleńkości czytali mi różne bajki i zachęcali do częstego sięgania po książki. Udało im się bez problemu zaszczepić we mnie ten zwyczaj. Nie będę wymieniać wszystkich bajecznych historii, które czytałam czy oglądałam (bo jest ich wiele).  Przytoczę tylko jedną pozycję – na potrzeby tego posta, na który wskazuje już sam tytuł. A będzie o kłamstwie. Bohaterem książki jest Pinokio , drewniany pajacyk, znany głownie z tego, że jest bardzo niesforny i w dodatku kłamie (czego skutki jak pamiętamy są opłakane). Staramy  się jako dobrzy rodzice, którzy to i owo przeżyli –  od najwcześniejszych lat wpajać dziecku, to co dobre, a co złe, co wolno, a czego nie wolno. I bardzo dobrze. Jednak choć tego chcemy czy nie – kłamiemy wszyscy. W dodatku częściej, niż sądzimy. Kłamanie jest częścią ludzkiej natury i nie możemy się go całkowicie wyzbyć. „Wszyscy kłamią” – mawia serialowy dr House. I rzeczywiście ma rację. Szacuje się, że dziennie robimy to od 2, do 200 razy. Najczęściej mówimy „już jadę” – chociaż nawet nie wyszliśmy z domu, „wszystko będzie dobrze” – choć wiemy, że nie będzie, „ładnie wyglądasz” – choć uważamy zupełnie inaczej. Mówi się, że „Kłamstwo ma krótkie nogi”, „Kłamstwem daleko się nie zajdzie”, „Kłamstwo rujnuje, a prawda buduje”. I to jest prawda. Każde moje kłamstewko (choćby najmniejsze) zawsze było zdemaskowane. Nie potrafiłam robić tego na tyle dobrze, by prawda nie wyszła na jaw. Nie jesteśmy w stanie uniknąć kłamstwa. Bo chociaż uchodzi ono w naszych oczach za coś złego, ułatwia nam życie, pomaga przystosować się i ułożyć korzystne relacje z innymi – to jest pierwszy i najważniejszy powód uciekania się do niemówienia prawdy. Kłamiemy  m.in. aby ochronić siebie. Zawsze kiedy coś przeskrobałam (*zwłaszcza w dzieciństwie), kłamałam, aby rodzice się na mnie nie zezłościli i nie dali lania. Zatem poprzez kłamstwo chroniłam mój tyłek przed klapsem (a bywało, że przed pasem czy wieszakiem)…Drugim powodem, który może nas popychać do kłamstwa, jest strach przed konfliktem.  Przykład? Powiedzenie dziewczynie, że spóźniłeś się bo uciekł ci tramwaj wywoła co najwyżej drobnego focha. Prawda, o tym, że chciałeś dokończyć oglądać mecz w telewizji – może wywołać ciche dni lub karczemną awanturę. Wybieramy drogę kłamstwa także wtedy, kiedy nie chcemy kogoś zranić (czym naprawdę szkodzimy najbardziej samemu sobie). Bywa, że nie mówimy prawdy, ponieważ boimy się odrzucenia (tak było z moim bardzo -już- byłym). Kłamiemy, bo chcemy podtrzymać status quo. Chcemy zatrzymać to co mamy, zamiast spadać w dół. Kłamiemy, by zyskać w oczach innych, by dowartościować samego siebie. Kłamstwo samo w sobie to jeden wielki paradoks. Z jednej strony - zawsze jest niebezpieczne (zawsze może się wydać). Z drugiej strony - jest ono potrzebne. Jego brak (wg psychologów)  powodowałby nieustannie wzajemną niechęć, czy agresję. Nienawiść  dominowałaby w relacjach międzyludzkich. Społeczeństwa po prostu by się rozpadły…  A tak? mówimy sobie miłe rzeczy, niekoniecznie zgodne z prawdą, i w ten sposób dowartościujemy się wzajemnie. I żyjemy w jako takim spokoju…

Moje doświadczenie odnośnie kłamstwa nauczyło mnie jednego: to nigdy nie popłaca, zawsze wyrządza szkodę. Jeśli czynimy to często, a wychodzi ono na jaw – niszczy zaufanie, które jest fundamentem trwałej relacji. Trzeba wielu lat, by zbudować więź głęboką, trwałą , pełną zaufania i wzajemnego szacunku, ale wystarczy nieraz jedno kłamstwo, aby to wszystko bezpowrotnie zniszczyć. Trudno jest odzyskać utracone zaufanie. Zanim skłamiesz, zastanów się więc, czy warto? Nie ma czegoś takiego jak „niewinne kłamstwa”.  Kłamstwo (nawet w tzw.”dobrej wierze”) – to także kłamstwo. Ja osobiście nie potrafię zdzierżyć u człowieka takiej sytuacji, kiedy na pytanie : „co słychać” czy „jak się czujesz”  odpowiada:  ”a w porządku, dziękuję”  albo: ” leci jakoś” (kiedy widzę wyraźnie, że jest inaczej). Usta mówią wiele. Oczy mówią wszystko. Takie zachowanie świadczy o braku zaufania. Ze strony znajomych (i to dalszych) to zrozumiem i przyjmę.  Ale jeśli takie zachowanie funduje mi ktoś, z kim przyjaźnię się lat 10  - to dla mnie policzek. Dosłownie. Czy kłamstwo da się ukryć? Pewnie, że tak. Niektórzy ludzie potrafią okłamać nawet wariograf. Jednak istnieje pewien mechanizm naszego organizmu, który zawsze nas zdradzi. :)

Urośnie Ci nos

Fragment z książki „Pinokio” (CARL COLLODI)

— A gdzie masz teraz te monety? — zapytała Wróżka. — Zgubiłem je — odrzekł Pinokio, ale skłamał, gdyż miał je w kieszeni. Zaledwie powiedział to kłamstwo, nos jego, już i tak dość długi, wydłużył mu się nagle o dwa palce. — A gdzież je zgubiłeś? — W lasku, tu w pobliżu. Po tym drugim kłamstwie nos Pinokia jeszcze bardziej się wydłużył. — Jeżeli zgubiłeś je tu, w pobliskim lasku — rzekła Wróżka — to poszukamy ich i znajdziemy, gdyż wszystko, co ginie w tym lasku, zawsze się odnajduje. — Ach! Teraz lepiej sobie przypominam — odparł pajac zmieszany — ja nie zgubiłem tych cekinów, tylko nawet nie zauważywszy, połknąłem je razem z lekarstwem. Po tym trzecim kłamstwie nos wydłużył mu się tak niesłychanie, że biedny Pinokio nie mógł obrócić się w żadną stronę.

Nam co prawda – od kłamstwa nos nie urośnie, ale  naukowo zostało udowodnione (co zresztą ciekawe), że kiedy kłamiemy, temperatura naszego nosa wzrasta! :D . Jeśli mamy wątpliwości co do czyjejś szczerości – sprawdźcie czy ma ciepły nochal (to tak pół- żartem). Kłamstwo – to niepotrzebne komplikowanie sobie życia, które i tak jest dość skomplikowane. Aby kłamać skutecznie i bezkarnie (do czego nie zachęcam) , trzeba nie tylko dobrze grać (mowa ciała zdradza bardzo wiele), ale też pamiętać co i komu powiedzieliśmy (a to niezwykle trudne u kogoś, kto notorycznie kłamie). :) Wielu z nas nie widzi  zagrożeń płynących z nieszczerości. Darlene Lancer, terapeutka specjalizująca się w pracy z parami, stworzyła listę najważniejszych, jej zdaniem, kosztów, strat, jakie możemy ponieść pozwalając na istnienie w naszej relacji – z partnerem, członkami rodziny –  sekretów i kłamstw (pozwolę sobie przytoczyć, bo w końcu to ktoś kompetentny):

DLACZEGO NIE WARTO KŁAMAĆ.

1. Kłamstwa uniemożliwiają osiągnięcie prawdziwej intymności. Intymność to mówienie sobie prawdy i autentyczność. Dlaczego nie jest nam łatwo zdecydować się na nią? Boimy się intymności, bo wiąże się ona z narażeniem na bycie zranionym. Często dużo wcześniej zgadzamy się na dostęp do swojej nagości fizycznej, a z emocjonalną zwlekamy.

2. Pozwalanie sobie na kłamstwa może doprowadzić do momentu, że nie pamiętamy już, które informacje zatailiśmy. (o czym wspominałam wyżej).Tworzymy misterną konstrukcję, której upadek może być bardziej raniący niż regularne mówienie nawet trudnej prawdy. Im dłużej zatajamy to, jak faktycznie rzeczy się mają, coraz trudniej jest nam przyznać się do kłamstwa. 

3. W związku z brakiem rzeczywistej intymności i z narastaniem lęku przed demaskacją w osobie pozwalającej sobie na zatajanie prawdy pojawia się poczucie winy. Przejawia się ono podczas wspólnego spędzania czasu z osobą oszukiwaną. Nieszczery partner nie chce tworzyć bliskości, unika też tematów, o których  rozmawianie doprowadziłoby do demaskacji. Te działania nie muszą być oczywiście świadome. Czasem dzieje się to w ten sposób, że ktoś przeznacza więcej czasu na pracę, hobby, spotkania z przyjaciółmi i inne aktywności, minimalizując liczbę okazji do prowadzenia rozmów z partnerem. Ktoś, kto ma nieczyste sumienie, może nawet prowokować kłótnie, by stworzyć dystans, chroniący przed wyjściem prawdy na jaw.

4. Pogwałcenie wartości prowadzi nie tylko do poczucia winy z powodu naszego zachowania, ale wpływa także na nasze samozrozumienie, a raczej jego brak. Kiedy oszukujemy przez dłuższy okres czasu, zaburzamy poczucie własnej wartości. Długotrwałe poczucie winy przeradza się we wstyd i niszczy nasze podstawowe poczcie godności i prawości. Pogłębia to dysonans pomiędzy tym jak pokazujemy siebie innym, jak my siebie widzimy, a jacy jesteśmy naprawdę.

5. Poczucie winy i wstydu generuje kolejne problemy – ze zrozumieniem tego kim naprawdę jesteśmy. Stajemy się wobec siebie krytyczni, poirytowani, a nawet agresywni. Niektórzy ludzie popadają w obsesję na punkcie swoich kłamstw, zaczynają one rządzić ich życiem. Mają wtedy trudności ze skoncentrowaniem się nawet na najprostszych czynnościach.

6. Nasze oszustwa przyczyniają się do cierpienia innych. Ofiara kłamstw w momencie, gdy odkryje prawdę czuje się zdezorientowana, podejrzliwa, wystraszona, opuszczona. Zaczyna wątpić w siebie i w poczucie swojej wartości – skoro ktoś bliski zdecydował się zataić przed nią prawdę to znaczy, że nie uważał ją za kogoś, kto nią zasługuje? (…).

Kiedyś kłamałam często i gęsto. Po prostu nie umiałam inaczej. Było we mnie dużo lęku, poczucia niskiej wartości. Nie chciałam też nikomu sprawić przykrości, więc zdarzało mi się skłamać, czy przemilczeć pewne rzeczy. Przykład? Na pytanie „czemu nie odebrałaś telefonu” (zwłaszcza od kogoś z kim trudno mi się żyje ), najczęściej odpowiadałam : „nie słyszałam”, zapomniałam wziąć ze sobą telefon, wybacz”, podczas gdy najzwyczajniej w świecie nie miałam na to najmniejszej ochoty i już! Także obecnie zdarzają się w moim życiu sytuacje, które przypinają mnie do muru. Pierwszym i naturalnym odruchem – jest właśnie kłamstwo. Ale mimo wszystko – mówię, jak jest! Jeśli coś mnie wkurza u kogoś – delikatnie mówię co. Jeśli widzę u kogoś dobro – nazywam je po imieniu. Kiedy potrzebuję pobyć sama ze sobą, a ktoś proponuje spotkanie czy bombarduje telefonami – mówię ” teraz nie bardzo bo potrzebuje….” – ale dam znać, kiedy będę mogła. :) Walę prosto z mostu, daje kawę na ławę. Nie bawię się w sztuczną wymianę uprzejmości, wymuszoną życzliwość, serdeczność, pseudo-przyjaźń (bo i coś takiego przeżyłam). Po tym wszystkim co przeszłam – wolę być szczera i prawdziwa do bólu, niż karmić kogoś kłamstwami. Może mi się nieraz za tą prawdę oberwać (ktoś się może na mnie obrazić), ale ta druga osoba będzie przynajmniej wiedzieć na czym stoi i jak się sprawy mają. Będzie też dzięki temu – w stanie zrozumieć pewne moje zachowania, czy odczucia (co było by niemożliwe, gdybym ją okłamywała „dla świętego spokoju”). Mówienie prawdy – to odwaga. Prawda może nie da mi wiele przyjaciół…Sprawi natomiast, że zostaną przy mnie nieliczni, lecz za to prawdziwi. :)

Czy miłość zawsze musi ranić? czyli o miłości nieco inaczej.

 

76754_zakochani

Ona… W oczach innych – niezwykle atrakcyjna, choć specjalnie o to nie zabiegała. Bez zbyt krótkiej mini, czy mocnego makijażu. Zazwyczaj ubrana w dżinsy, sweterek (bądź cardigan ) i wygodne, płaskie buty. Włosy rudawe, luźno upięte w kok. Sprawiała wrażenie wycofanej, nieśmiałej, zamyślonej… Singielka, coraz bardziej pogodzona ze swoim losem, choć czasami tęskniąca jeszcze za miłością….W końcu któż z nas nie pragnie kochać i być kochanym? Codziennie jej Alter – Ego mówiło do jej serca: „Kobieto, daj spokój. Faceci to dranie. Ich nie należy kochać. Ich trzeba tępić, zwalczać. To istoty całkowicie niezdolne do miłości innej, niż ich własna. Masz wątpliwości? To przypomnę ci jak było z twoim pierwszym. Mikołaj zdaje się? Poznaliście się na oddziale szpitalnym. Ty zostałaś potrącona na jezdni przez motocyklistę (jak się okazało – przez niego). To on zawiadomił pogotowie. Nie uciekł z miejsca zdarzenia, jak to zazwyczaj bywa. Odwiedził kilka razy. Przeprosił. Zaoferował pomoc w razie potrzeby. Dał ci wizytówkę , numer telefonu i tak się zaczęło. Dzieliła was odległość, więc pisywaliście do siebie. Z czasem zaczęliście się odwiedzać w weekendy . Trwało to kilka miesięcy. Było pięknie, dopóki nie zaczął naciskać na seks. To ważna sfera życia mężczyzny. Ty jednak uparłaś się, że chociaż go szczerze kochasz – zachowasz dziewictwo do ślubu. Ty mu nie dałaś – dała mu inna. To był jeden skok w bok, który zakończył się bliźniaczą ciążą  jego kochanki oraz ślubem (bo co ludzie powiedzą? ). I co? Warto było wtedy zgrywać cnotkę? No a ten drugi? Piotrek mu było. Poznałaś go w swojej pierwszej pracy. Był miły, zawsze uśmiechnięty. Pomagał, gdy zepsuł się komputer (czy ksero), w końcu był informatykiem. Zostawiał pod twą nieobecność w biurze  anonimowe liściki, wyznanie przyjaźni, miłości. W końcu zaczął  cię śledzić, nachodzić, wydzwaniać, grozić. Twierdził, że nikt nie kocha i nie pokocha cię tak jak on. mało tego: nikt poza nim nie ma do ciebie żadnych praw . Bałaś się własnego cienia (o zszarganych nerwach nie wspomnę). Koleżanki zazdrościły ci takiego adoratora (znały bowiem jego jedno oblicze). Dla ciebie był to koszmar. W końcu zgłosiłaś jednak sprawę na policję, potem do sądu… W końcu zniknął.. A Darek, ten przystojniak? Oczarował Cię słodkimi słówkami, których byłaś taka stęskniona, jednak nie wiedziałaś, że ten sam kit wciska innym paniom. Jedna była jego „partnerem w biznesie”. Ty byłaś panienką do łóżka, a miał jeszcze żonę, z którą żył w separacji….Przysięgłaś sobie, że się odkujesz, zemścisz za wyrządzone przez mężczyzn krzywdy. Obiecałaś sobie, że już nigdy się nie zakochasz”… Do pewnego momentu jej się udawało. Uciekała od samej siebie w pracę (jak człowiek jest zajęty – nie myśli o pierdółkach).  Aż w końcu pojawił się ON..

ON… mężczyzna w jej wieku, który przysiągł sobie dokładnie to samo. Dość atrakcyjny, wysoki, niebieskooki. Miał w sobie to „coś”, co trudno do końca zdefiniować, a co przyciągało do niego kobiety. Z żadną nie był dłużej niż miesiąc. Traktował kobiety, jak myśliwy upolowaną przez siebie zdobycz. Zdobywał i porzucał. Gdy jakaś kobieta go pokochała, gra w króliczka dobiegała końca. Znajomość także..On nie lubił jak kobieta była łatwa. Pociągała  go sama gonitwa, zdobywanie, zabawa, seks. Nie obchodziły  go żadne związki, żadne wchodzenie w tzw. układy partnerskie. Nie dla niego było chodzenie za rączkę, przytulanki, świętowanie miesięcznic znajomości.. Ślub? Nigdy w życiu! Nie miał zamiaru uczynić ze swojego życia piekła , jak matka, która poślubiła jego ojca. Do pewnego momentu nawet im się układało. W miarę. Ale w pewnym momencie ojciec stracił pracę i zaczął popijać. On miał wtedy 6 lat. Ojciec Szybko wpadł w ciąg, totalnie go wzięło. I zaczęło się. Awantury, przychodzenie nad ranem, bicie, groźby., wzywanie policji od czasu do czasu. Jak miał piętnaście lat – postawił się ojcu,  pobił go  - w obronie matki oraz własnej. Były momenty, kiedy ojciec zapewniał: obiecuję, zmienię się, pójdę na odwyk, przestanę pić, znajdę pracę. Kończyło się wiadomo jak: po każdej rozmowie o pracę – jego ojciec przychodził schlany. A ON? coraz częściej nocował poza domem, u kumpla lub kolejnej kochanki. Któregoś dnia, z głupoty i nudów – wszedł na czat room. Wymyślił sobie ciekawy nick i czekał na rozwój wydarzeń nie spodziewając się, że znajdzie się jakaś głupia, która do niego napisze. I znalazła się. Singielka, dawniej studentka o rudawych włosach, wciąż tęskniąca za miłością. Obecnie księgowa….Ironia losu. Miał kilka dziewczyn, na których zależało mu bardziej niż chciał, ale albo nie była w stanie z nim wytrzymać, albo doprawiała mu rogi. A że jeszcze zależało mu na eks (choć oczywiście nie dawał tego po sobie poznać) – wszedł na ten czat. A ona, napisała trochę tajemniczo, kokieteryjnie , pozując się na myśliwą (!) – podjął grę. Wymienili się numerami, umówili przed pewną kawiarnią, gdzie ku wzajemnemu zaskoczeniu spędzili kilka godzin..Trudno im było się pożegnać. Obojgu. A przecież obiecywali sobie, że już nigdy…Ale serce nie sługa. Strzała kupidyna trafiła w oba serca. I zaczęły się schody. Bo ona była z tych kobiet, które pragną i kochają za mocno. On natomiast nigdy nie poznał, czym jest naprawdę miłość. Mając wszystkie swoje doświadczenia z kobietami w swej pamięci (podobnie jak obietnicę zemsty na kolejnej) – zaczął grać na jej emocjach. Uderzać w jej słabe strony. Strzały były celne i bardzo bolesne. Co jakiś czas przybierał maskę faceta kochającego, opiekuńczego, do rany przyłóż, by przy następnej okazji zadać cios. Odwoływał spotkania, tworzył niestworzone historie, jak to jakaś laska chciała z nim (wiadomo co), ale on taki kochający, taki wierny. Komplementował (przy niej) urodę i powab innych lasek. Oczywiście dochodziło coraz częściej do kłótni i cichych dni (jego zdaniem to ona była oczywiście wszystkiemu winna: bo zazdrosna, na smyczy trzyma, czepia się…która z nas na dłuższą metę byłaby w stanie tolerować takie traktowanie nas , jak kukiełki, za które można pociągać, jak się tylko podoba?)….

Mijały miesiące…im bardziej On był okrutny, tym więcej miłości Ona mu dawała. Nie, nie mówię o seksie (choć to też). Służyła mu przede wszystkim radą, emocjonalnym wsparciem. Mówiła mu od czasu do czasu, jak bardzo go kocha i że dla niej jest kimś naprawdę wartościowym. Że jest dumna z takiego mężczyzny. On oczywiście nie dawał wiary słowom, jednak czynom zaprzeczyć się nie dało. A prawda coraz bardziej otwierała mu oczy: „ona naprawdę mnie kocha. Nie wiem, co ona we mnie widzi i dlaczego jest dla mnie taka dobra, choć ja jestem jaki jestem”..Ona natomiast zaczęła łapać doła. Zdawała sobie sprawę coraz bardziej z tego, że ten związek jest bez sensu, bez żadnej przyszłości. Jednak nie potrafiła tego przerwać. Nie miała w sobie dość siły. Poza tym Ona naprawdę wierzyła, że jej miłość  może odmienić jego serce, sposób w jaki ją traktował. Z każdym dniem miała coraz mniej chęci i sił , by walczyć o niego. Zrozumiała, że nie da się kochać za dwoje. Sama miłość to za mało. Dała z siebie wszystko, jest pusta w środku. Miłość mu oddała, ale godności nie odda… Postanowiła to zakończyć. Stwierdziła: lepiej utracić miłość , niż szacunek do samej siebie…Pewnego dnia umawia się z nim do centrum handlowego na wspólne zakupy (choć niczego tak naprawdę nie zamierza kupować). Rozmawiają na różne tematy. W pewnym momencie On rzuca jeden z tych swoich żartów, które wcale nie są zabawne. Z trudem powstrzymuje się, żeby mu nie odbić piłeczki. Oddycha szybko. Jest wzburzona. Usiada na pobliskiej ławce. On także. Wtedy Ona spokojnym, ale zarazem stanowczym głosem mówi mu: TO KONIEC. On nie bierze tego na poważnie. Takie „jazdy” (tj kłótnie i ciche dni nawet do tygodnia czasu) mieli często. Ale ona podnosi się, a On rozumie, że tym razem Ona nie żartuje. Ona naprawdę odchodzi! I przeżywa szok. Zrozumiał bowiem, że JĄ KOCHA..

O miłości można by mówić wiele. Często jej poszukujemy, a ona przychodzi ukradkiem, z zaskoczenia i często nie w porę. Tak właśnie było w przypadku tych dwojga.  Zadała obojgu wiele cierpienia. Wywróciła ich życie do góry nogami. Jednak obojgu dała bardzo cenną lekcję: on zrozumiał, że choć ciężko znaleźć swoją bratnią duszę, jest to możliwe. Jest inna miłość niż ta wyniesiona z rodzinnego domu, która pełna była alkoholu, przemocy, lęku, poniżania, wstydu i bólu, którego nie da się wypowiedzieć…  Ją ta niespełniona miłość nauczyła, że choć miłość nie zawsze jest odwzajemniona – jest najważniejsza. Iże bez względu na wszystko – warto kochać….

Be happy, czyli krótko o radości życia

 

smilies-1731863_960_720

Dziś od samego rana nie czuję się najlepiej. Niestety, bardzo źle znoszę upały (chociaż lato uwielbiam). Okoliczności zmusiły mnie zatem do pozostania w domu, co nie znaczy wcale, że zamierzam się uskarżać i biadolić, jakiego to ja mam pecha. Przeciwnie; te drobne przeciwności (i odrobina wolnego czasu) skłoniły mnie do tej notki, bardzo spontanicznej, w której postaram się pochylić nieco nad ludzką RADOŚCIĄ, której jest  coraz mniej na świecie. Muszę z przykrością stwierdzić, że coraz mniej ludzi potrafi się cieszyć. Myślę, że w jakiejś mierze  powodem takiego stanu rzeczy jest niezwykłe tempo życia. Żyjemy ciągle w biegu, ciągle jesteśmy czymś zajęci, zestresowani. Ciężko pracujemy, kosztem naszych relacji z bliskimi. Żyjemy w kulturze instant, czyli mówiąc prościej – TU I TERAZ. Oczekujemy, że wszystko musi być atrakcyjne i natychmiastowe – żądamy tego od tabletek przeciwbólowych i wycieczek last minute. Wszystko, co pozwala oszczędzić czas, jest pożądane. Chcemy natychmiast  zaspokoić nasze potrzeby. Pędzimy do pracy i często nie mamy czasu przygotować  sobie śniadania . Na ratunek śpieszą nam restauracje typu fast food –  z prędkością światła podany hamburger, którego można zamówić na wynos i zjeść gdzieś na przejściu dla pieszych, pomiędzy światłem czerwonym a zielonym. – załatwia sprawę. Kawę kupujemy w automacie lub stacji Bp.(na śniadanie akurat zawsze znajduję czas). Naszą codzienność można porównać do niekończącego się maratonu: miotamy się między domem, a pracą, zawsze mamy mnóstwo spraw do załatwienia. Nigdy za to nie mamy czasu: DLA DZIECI, by przyrządzić im śniadanie, dopilnować by odrobiły lekcje, porozmawiać o tym jak minął dzień. Nie mamy czasu dla męża, by przykładowo pójść razem na spacer, czy na romantyczną kolację przy świecach (od czasu do czasu). Nie mamy też czasu dla naszych przyjaciół, znajomych. Kontakt face to face (dla mnie bezcenny) – coraz częściej zastępujemy przez narzędzia komunikacji typu messenger….Może u was wygląda to nieco inaczej, jednak ja z wieloma znajomymi próbuję się już umówić na spotkanie przy kawie miesiącami i nadal nic z tego nie wynika. Niezmiennie słyszę : „bardzo chętnie, zdzwonimy się jakoś”. Nasze wzajemne relacje są coraz bardziej powierzchowne, płytkie. Coraz mniej się rozumiemy, coraz rzadziej dogadujemy, coraz mniej kochamy. Żyjemy niby razem, ale każde w swoim własnym świecie. Znacie to? Ja tak. Powodów do narzekań i krytyki zawsze mamy wiele. Ale do radości? A z czego tu się cieszyć?! Z pracy za minimalną stawkę? z żony która wiecznie gdera, dzieci które wiecznie psocą, forda, którego znowu trzeba odstawić do warsztatu? Kredytu, który trzeba spłacić? zdrowia, które pozostawia wiele do życzenia?. Zachęcam was do tego, aby samemu sobie (niekoniecznie w komentarzu, chyba że ktoś chce) odpowiedzieć na jedno pytanie: kiedy ostatnio byłem naprawdę radosny, szczęśliwy, zadowolony, wdzięczny za wszystko co mam?.. Tempo, jakie narzuca nam życie, jest naszym zabójcą (i to dosłownie). Ten owczy pęd zabija w nas miłość, radość, szczęście, relacje, poczucie samorealizacji, zdrowie. Coraz bardziej zwiększa się nasza zachorowalność na zaburzenia psychiczne, takie jak: depresja, napady lęku, bezsenność i uzależnienie od alkoholu, a także chorób neurologicznych, głównie demencji. Potrzebujemy radości. Trzeba nam odkryć na nowo radość w swoim życiu. Jak to zrobić? Nie bój się być jak dziecko! (tak, pisze do osoba dorosła , która „pielęgnuje w sobie dziecko”). Jeśli masz dzieci, wiesz o czym mówię. Jeśli nie – spójrz na jakieś. Jak się bawi, jak zachowuje, jak patrzy na wszystko wokół z ZACHWYTEM! Dla niego wszystko jest cudowne i niezwykłe,  takie nowe. Ty też spróbuj spojrzeć na siebie w NOWY SPOSÓB! Dziecko jest autentyczne w swojej postawie, niczego nie udaje. Spontanicznie wyraża siebie , niejednokrotnie zadziwiając swoją reakcją dorosłych.Wcale nie przejmuje się tym, co dorośli o nim myślą, jak go widzą. My za to – bardzo wiele myślimy o sobie. By wypaść w oczach innych jak najlepiej. By zarabiać jak najlepiej. Wyglądać jak najatrakcyjniej. Mieć mnóstwo znajomych wokół siebie.. Ile masek w ciągu swojego dotychczasowego życia założyłeś/ założyłaś dotąd, by ten cel osiągnąć? Ile razy zawiodłaś/ zawiodłeś się na ludziach tylko dlatego, że ZABRAKŁO CI ODWAGI BYCIA SOBĄ? Czy było warto?. Dziecko jest uparte. Zanim nauczy się dobrze chodzić – wiele razy upadnie, ale nie da za wygraną. Będzie tak długo próbować, aż mu się uda! A my, dorośli? Ilu z nas jeszcze wierzy, że spełnią się jego marzenia? Ilu z nas idzie w życiu na łatwiznę, zamiast – pomimo trudu – starać się o taką pracę, o której marzy, która da mu poczucie spełnienia ?! Naprawdę wiele możemy nauczyć się od dzieci. :) . Ja przez bardzo wiele lat nie widziałam w swoim życiu najmniejszego powodu do radości. Zakrywał ją obłok samotności, choroby, cierpienia, krzywdy, różnego rodzaju zła dostrzegalnego przeze mnie  w świecie. Radość przyszła z czasem – dzięki konkretnym osobom, obecnym w moim życiu (większość tych osób to byli ludzie wierzący w Boga, co też jest warte zastanowienia.). Dziś raduje mnie wiele: to, że widzę piękno otaczającego mnie świata, słyszę śpiew ptaków (zwłaszcza rozczula mnie widok gruchających mi za oknem gołębi), Cieszę się, że żyję. Mogę pisać tego posta. Mam rodzinę. Wierzę. Cieszy mnie smak gorącej kawy o poranku i lekki powiew w upalny dzień. Chwyta mnie za serce moja Ruda Kocica, która czasem u mnie poleguje. Cieszę się z moich gaf, drobnych potknięć – śmieję się wtedy z tymi, którzy są ich świadkami. To ich totalnie rozwala. :) Błogosławieni, którzy umieją śmiać z samych siebie: nie przestaną nigdy się bawić.Radość , jak kiedyś usłyszałam –  ma trzy poziomy. Pierwszym jest to, co nazywamy przyjemnością. Przyjemność jest cielesna. Drugim jest szczęście. Szczęście jest umysłowe. Trzecim jest błogość. Błogość jest duchowa. Ale wszystkie należą do jednej rzeczywistości, a tą rzeczywistością jest radość. Radość zamieniona na język ciała staje się przyjemnością. Radość uzyskiwana poprzez cało staje się przyjemnością. Radość uzyskiwana poprzez umysł staje się szczęściem. Radość nie uzyskiwana ani poprzez ciało, ani poprzez umysł –  staje się błogością…A ty? na którym z poziomów radości się zatrzymałeś? :) I tak króciutko podsumowując ten temat rzeka…czym według mnie jest RADOŚĆ?  Jest potrzebą, siłą i wartością życia, jest źródłem zdrowia, przedłuża nasze życie. Radością zjednujemy sobie ludzi. Radością zdobywamy świat! Radość sprawia, że świat staje się lepszy, piękniejszy! Bądźmy więc radośni! Tego Wam i sobie życzę. :)

Ps. uznałam, że taka skrócona forma będzie najbardziej optymalna dla czytelnika :) Na Wasze przemyślenia nt. Radości – zostawiam miejsce w komentarzach :)

 

 

 

 

 

Niewiarygodne, ale prawdziwe – czyli witajcie w świecie snów.

 

Są w życiu człowieka takie sytuacje, które trudno wyjaśnić rozumem. Nie ma w nich najmniejszego sensu. A jednak – z jakiegoś powodu – dzieją się. Dzisiaj postanowiłam zamieścić wpis jak na mnie dość nietypowy,bo dotykający mniej lub bardziej – świata pozaziemskiego (choć ja wolę używać terminu „duchowego”). Będzie o snach. Potrzebujemy snu, potrzebujemy się „wyłączyć”, zwyczajnie zresetować, nabrać sił. Muszę zaznaczyć, że bardzo rzadko pamiętam swoje sny (co podobno jest rzeczą normalną). Osobiście jestem przekonana o tym, że to o czym śnimy, wiele o nas mówi. Moje sny (przynajmniej te, które pamiętam ) to totalny kosmos.Nie wiem, na ile to była „praca” mojej bujnej wyobraźni, a na ile inne czynniki. Jednak najczęściej  moje sny obnażały emocje, które starannie zakopywałam głęboko w sercu, chcąc o nich zapomnieć: tęsknota za miłością, smutek po jej utracie, reakcja tej osoby (w momencie spotkania po latach – naturalnie przypadkowego), żal, brak przebaczenia , różnego rodzaju marzenia, pragnienia, obawy czy lęki. Bardzo często w moich snach przewijał się  motyw niezwykle silnego strachu, czy spraw ostatecznych (czyt. sąd, piekło, niebo). Kilkakrotnie (w różnych odsłonach) śniło mi się, że umieram. Była to śmierć pełna lęku.Przytoczę jako przykład jeden:  Sceneria rodem z filmu MOST NA RZECE KWAI. Niewielka, drewniana Chatka wysoko w górach, gdzie mieszkałam z moimi rodzicami. Byłam mała, w wieku przedszkolnym. Nagle dostaje strasznego ataku paniki, Któremu towarzyszą krzyk, płacz, torsje, gorączka… Rodzice przytulają, próbują uspokoić. Bez rezultatu. Mój stan się pogarsza z minuty na minutę. W pewnym momencie rodzice rozumieją, że ich dziecko umiera. W GEŚCIE ROZPACZY CHWYTAJĄ ZA TELEFON (TAKI BARDZO BARDZO STARY) , wykręcają numer, ale nie ma sygnału..Sen się urywa… Innego razu zostałam wzięta (oczywiście w śnie) do samego piekła. Jeżeli w zwykłym śnie zobaczyłam tak wielkie jego okropieństwo i brzydotę, to o ile gorzej musi być w tym miejscu wiekuistej męki naprawdę! (jeśli wierzymy, że śmierć to nie koniec, ale jest COŚ więcej). Ale byłam także w niebie.Nie jestem w stanie opisać cudowności tego miejsca, żadne słowo nie jest w stanie tego oddać. Jedyne co pamiętam z tego snu to niezwykłe piękno i niewyobrażalne uczucie szczęścia. Jak się domyślacie – ciężko mi było opuścić ten piękny świat i wrócić do szarej rzeczywistości. Jednak zdarzyły mi się także sny naprawdę nietypowe, wręcz nieziemskie. Przytoczę jednak tylko dwa: jeden proroczy. Drugi – na jawie.

Sen pierwszy – proroczy.

Czym w zasadzie jest proroctwo? Najczęściej kojarzy się ono z przepowiadaniem przyszłości, z przewidywaniem wydarzeń, które mają nastąpić. Proroctwo to wiadomość od Boga, objawienie. W Biblii czytamy, że prorocy „mówili od Boga, uniesieni duchem świętym” (2 Piotra 1:20, 21). Prorok to osoba, która otrzymuje informacje od Boga i przekazuje je innym (Dzieje 3:18).

Jak prorocy otrzymywali informacje?

1.Pisemnie.
Bóg użył tej metody przynajmniej raz, gdy dał Mojżeszowi spisane Dziesięć Przykazań (Wyjścia 31:18).
2.Przez aniołów. Na przykład Bóg wysłał anioła, żeby wyjaśnił Mojżeszowi, co ma powiedzieć władcy Egiptu (Wyjścia 3:2-4, 10). Kiedy Bóg chciał przekazać konkretne słowa, zlecał aniołom, żeby e podyktowali. Było tak w przypadku Mojżesza, który usłyszał: „Zapisz sobie te słowa, gdyż zgodnie z tymi słowami zawieram przymierze z tobą i z Izraelem” (Wyjścia 34:27) *.
3. Wizje. Czasami osoba, która otrzymywała wizję, była w pełni świadoma — nie działo się to podczas snu (Izajasza 1:1; Habakuka 1:1). Niektóre wizje były bardzo sugestywne i można było w nich uczestniczyć (Łukasza 9:28-36; Objawienie 1:10-17). Niekiedy prorocy otrzymywali je w „uniesieniu”, swego rodzaju transie (Dzieje 10:10, 11; 22:17-21).

4. Do przekazywania informacji Bóg posługiwał się również snami (Daniela 7:1; Dzieje 16:9, 10). Wpływanie na myśli.: Bóg przekazywał prorokom swoje myśli. W Biblii powiedziano: „Całe Pismo jest natchnione przez Boga” (2 Tymoteusza 3:16). Wyrażenie „natchnione przez Boga” oznacza, że Bóg posługiwał się duchem świętym, czyli czynną siłą, żeby zainspirować proroków — „tchnąć” w ich umysły swoje myśli. Źródłem informacji był Bóg, a prorok ubierał je w słowa (2 Samuela 23:1, 2). Proroctwo często dotyczy tego co było, ale często wykracza w przyszłość.

Tyle w odniesieniu do Pisma Świętego i nauki Kościoła. A jak to było z tym moim snem? Miał miejsce kilka lat temu, więc pamiętam niektóre jego fragmenty, obrazy, które wywołały u mnie niesamowite emocje. Poznaje mężczyznę. Spontanicznie. Zaczyna się od zwykłej, kulturalnej rozmowy, od której wszystko się zaczyna. Jest iskra, następują kolejne spotkania, którym towarzyszą radość, bliskość, przyjaźń, akceptacja, ufność z mojej strony. Jestem coraz bardziej nim zauroczona. Delikatnie daje mu do zrozumienia, że bardzo bym chciała poznać jego przyjaciół. Uśmiecha się, ale nie podejmuje tematu. Ja nie naciskam. Po jakimś czasie sam pragnie mnie z nimi zapoznać. Proponuje mi jakąś dziwną grę tłumacząc, że to ma być niespodzianka. Lubię niespodzianki, lubię dreszczyk emocji. Nie dał mi jak dotąd powodu, by mu nie ufać, zatem pozwalam mu zasłonić sobie oczy przepaską. Prowadzi mnie za rękę opowiadając trochę o przyjaciołach. Wymienia ich z imienia, mówi jak ich poznał, czym się zajmują. Słucham z zaciekawieniem. W pewnych momencie tłumaczy, że KAŻDY kto chce dołączyć do ich grona, musi przejść pewien test. Zapytana czy nadal chce ich poznać, mówię ze tak i przejdę ten test. Pierwszym egzaminem było POSŁUSZEŃSTWO. Robiłam wszystko, cokolwiek powiedział (oczywiście z zasłoniętymi oczami). Przejść kilometr prosto? OK. Skręcić w lewo? Dobrze. „Ściągnij buty” – słyszę w pewnym momencie. Zdziwiona mocno i nieco zaniepokojona – ściągam. Jestem wówczas w lesie, gdzie są już obecni wokół rozłożystych drzew jego przyjaciele, członkowie niebezpiecznej sekty, ubranych na wzór Ku-Klux-Klanu. Tworzą okrąg, a ja zmieszam do jego środka nie wiedząc o tym, że właśnie przechodzę inicjację. W pewnym momencie uświadamiam sobie, że właśnie znalazłam się na ścieżce wysłanej rozżarzonym węglem, który rani moje stopy. Zdałam właśnie kolejny egzamin : jestem odważna i odporna na ból. Test w końcu się kończy. Jeden z członków grupy podchodzi do nas i mówi do mojego chłopaka: ok, zdała, możesz odsłonić jej oczy. Po chwili widzę , że jestem w lesie, w szponach sekty. Zrozumiałam w momencie, czym tak naprawdę były te testy. Wpadłam w przerażenie. Oni wszyscy podchodzą ze złowrogim uśmiechem chcąc zrobić mi krzywdę, gdy nagle robi się bardzo ciemno, zaczyna mocno grzmieć i padać. Niebo się otwiera i rozlega się mocny, stanowczy głos: ”Zostawcie ją, ona należy do mnie!”. Wszyscy posłusznie i z bojaźnią odchodzą, zostawiając mnie samą w lesie. Jestem pod opieką Boga. Bezpieczna…W tym właśnie momencie zrywam się z łóżka zlana potem.. normalnie jakbym wyszła mokra spod prysznica. Z trudem łapię oddech, czuję strach i ciary na całym ciele…Przez jakiś czas leżę przy zapalonej lampce nocnej. W końcu usypiam. Mija jakiś czas. Idąc przez miasto zaczepiają mnie dwie dziewczyny mówiąc łamanym polskim. Tyle co przyjechały tutaj z misją ewangelizacyjną. Zadają mnóstwo pytań: masz chłopaka, rodzinę? pracujesz? wierzysz w Boga? Może się spotkamy?…Odpowiadam wymijająco, z przyklejonym uśmiechem, który zasłania mój niepokój. Spotkanie kończy się tym, że dziewczyny dziekują mi za pomoc i rozmowę i dają wizytówkę z numerem telefonu i nazwą ich grupy. W internecie pytam wujka Google co on o tym myśli, a on mi na to: „kobieto, trzymaj się od nich z daleka. To groźna sekta”. Poczytałam sobie kilka świadectw osób które wpadły w ich szpony, a jakimś cudem udało im się wyzwolić. Włos mi się na głowie zjeżył. I przypomniał mi się ten sen. Wtedy zrozumiałam, że miał mnie przestrzec, ochronić przed zagrożeniem, wzmóc czujność. Wiadomo przecież, że czas wakacji to nie tylko wypoczynek i beztroska, ale i wzmożona aktywność różnych sekt…

2. Sen na jawie, czyli?

Cóż to właściwie znaczy sen „na jawie”? Co się za tym właściwie kryje? To sen świadomy, w którym śniący zdaje sobie sprawę, że śni. To sen jasny, sen przejrzysty, sen wiedzy. Brzmi ciekawie. Sny na jawie należą do niezwykłych przeżyć – może się nam np. zdarzyć, że po przebudzeniu i ponownym zaśnięciu kontynuujemy ten sam sen, albo w czasie snu, gdy już mamy świadomość tego, że nie śpimy, korygujemy senny obraz i reżyserujemy go tak, jak podpowiada nam nasza fantazja.Badacze są jednak zdania, że sny na jawie bliższe są stanowi czuwania niż spania.Zdarza się, że w czasie snów na jawie wychodzi na światło dzienne to, co stłumione, dlatego uważa się, że mogą one występować jako namiastka rzeczywistego zaspokojenia popędu, a ich punkt wyjścia leży w świadomości, którą można w tej sytuacji całkowicie podporządkować kontroli. Dla mnie to coś nowego, odkrywczego. Nigdy nie przywiązywałam wagi do snów. Nie analizowałam tego, co mógł on oznaczać. Po prostu – zapominałam. Ale ten sen był tak mocny, że do tej pory go pamiętam. Sen był Krótki. Odpoczywam sobie w łóżku, już przy zgaszonym świetle. Jest już późno. W każdym razie na pewno po godz. 0:00. Nagle słyszę jakiś odgłos. Ktoś wchodzi do mojego pokoju. Nie boje się. Jestem przekonana, że to któraś z naszych dwóch kotek kręci się po domu i najwyraźniej szuka sobie legowiska. W końcu na mnie wskakuje. Przechadza się po łóżku, potem po mnie… Po chwili- ni stąd ni zowąd – orientuje się, że to żaden kot, ale najprawdziwszy demon. Widzę jego złowrogą, nienawistną twarz, wyciągnięte w moją stronę szponiaste ręce. Unieruchamia mnie na łóżku. Jedną dłonią zamyka usta, drugą – dusi. Nie mogę złapać oddechu.Przerażona budzę się…Po chwili wraca spokój…Tylko szyja niesamowicie boli… Możecie się śmiać, ale ja naprawdę czułam, że to było coś więcej niż sen. To się działo naprawdę..TEN BÓL BYŁ PRAWDZIWY.
Ps.pisząc ten post byłam całkowicie trzeźwa, świadoma i w pełni poczytalna. Nie musicie mi wierzyć. To są moje senne przeżycia. Ciekawa jestem, jakie są wasze?.

Z filmoteki Jo-An, czyli kilka wieczorów z dobrym filmem (wersja dla wybrednych)

Zaprzyjaźniona blogerka zachęciła mnie swym wpisem do podjęcia tematu wagi lekkiej i przyjemnej, jakim jest Kino.:). SEEKER: dzięki. Na początku zaznaczę, że jeśli chodzi o rozrywkę, jestem osobą niezwykle wybredną, dlatego też choć telewizor posiadam, nie oglądam prawie wcale. Powodów jest wiele. Zniechęca mnie do oglądania tego „pudła” lawinowe pojawianie się „odmóżdzaczy”- kolejnych, niekończących się seriali, telenowel, tok – szołów, programów typu „trudne sprawy” czy „ukryta prawda”, czy filmów pod publiczkę, kipiących seksem, przemocą, mordami ( w myśl: im więcej, tym lepiej). Oczywiście, zdarzają się wyjątki od tej reguły. Od czasu do czasu widzę w programie coś ciekawego, spełniajacego moje niewiarygodne oczekiwania. Jednak obejrzenie takiego programu jest praktycznie niemożliwe, gdyż jego emisja zaczyna się ok. godziny 22:40 (a ja wstaję o 5:30). Jeśli doliczyć do tego pasmo niekończących się reklam (w dodatku na każdym kanale w tym samym czasie)- to mam serdecznie dość. Jestem cierpliwa, ale nie aż tak. W końcu nie płacę chyba abonamentu za oglądanie REKLAM?!…A zatem zostaje mi alternatywa w postaci kina (ale nie sieciówki, tylko jakiegoś małego, niszowego, z ciekawym repertuarem), lub internetu, gdzie można znaleźć wiele ciekawych produkcji (znanych i mniej znanych). Zawodowo „serfuję” w sieci, więc można mi wierzyć na słowo :).Czego więc oczekuję? Co mnie jest w stanie zachęcić czy skusić? Kilka czynników: ciekawa fabuła, dobra obsada, spora dawka emocji, kontrowersje, zwroty akcji oraz coś, co mi wyryje się głęboko PO SEANSIE: refleksje. Film ma być dla mnie nie tylko rozrywką, lecz także INSPIRACJĄ. Nie przedłużając, podaję kilka tytułów, do których powracam, są godne obejrzenia, na wysokim poziomie. Oto one:

1.ZIELONA MILA

4ed38c7227fa29f11ff1ac6341298eca

Amerykański film fabularny z 1999 roku, w reżyserii Franka Darabonta z Tomem Hanksem i Michaelem Duncanem w rolach głównych. Scenariusz filmu oparty jest na powieści Stephena Kinga pod tym samym tytułem. W roku 2000 film był nominowany do Oscara w czterech kategoriach (najlepszy aktor drugoplanowy, najlepszy film, najlepsza muzyka filmowa, najlepszy scenariusz adaptowany). Statuetki nie otrzymał, co nie umniejsza go w mojej ocenie. Zielona mila jest historią opowiedzianą przez wiekowego Paula Edgecomba (Dabbs Greer) w domu spokojnej starości. Po obejrzeniu filmu pt.: „Top Hat” przypomina sobie pewne zdarzenia i opowiada swojej przyjaciółce o niezwykłym więźniu którego spotkał w lecie 1935 roku, gdy pracował jako strażnik więźniów skazanych na karę śmierci w więzieniu w Luizjanie. Blok, na którym pracował, nazywany był zieloną milą ze względu na kolor linoleum leżącego na podłodze. Niemym bohaterem celi śmierci jest również krzesło elektryczne (zwane Starą Iskrówą, Old Sparky), oczekujące na swe ofiary.Pewnego dnia na oddział trafia olbrzymi, czarnoskóry John Coffey (Michael Clarke Duncan), oskarżony o zamordowanie dwóch białych dziewczynek. Coffey okazuje się łagodnym olbrzymem, bojącym się ciemności i czasem płaczącym. Niedługo ujawnia swe niezwykłe zdolności uzdrawiające przez wyleczenie Paula Edgecomba z zapalenia pęcherza moczowego oraz ożywienie myszy. Percy Wetmore (Doug Hutchison), jest wrednym sadystycznym strażnikiem lubiącym sprawiać cierpienie innym. Ma również wysoko postawionego wujka (ściślej samego gubernatora stanu), który „załatwił” mu tę pracę i nie bardzo można pozbyć się go z obecnego stanowiska. Za pozwolenie wykonania wyroku obiecuje przenieść się na inne miejsce. By cierpienia skazańca były większe, Percy nie moczy gąbki umożliwiającej lepszy przepływ prądu, w rezultacie więzień ginie po długich męczarniach.
Strażnicy wykorzystują zdolności uzdrawiające Johna, by wyleczyć żonę naczelnika więzienia. Po powrocie do więzienia John przenosi jej chorobę na Percy’ego Wetmore’a. Pod wpływem Coffeya kompletnie oderwany od rzeczywistości Percy zabija jednego z więźniów – Dzikiego Billa, a następnie zostaje umieszczony w zakładzie dla obłąkanych. Paul utwierdza się w przekonaniu, że John jest niewinny, a proces był czysto formalny (znaleziono go tulącego do siebie martwe dziewczynki – czarny musi być winny, choć w rzeczywistości wcale ich nie zabił, tylko znalazł i próbował pomóc za pomocą swoich zdolności, prawdziwym mordercą był Dziki Bill), ale nie ma na to dowodów. Egzekucja musi się więc odbyć. Najbardziej wstrząsającym dla mnie momentem w filmie była sytuacja, kiedy Coffee przywołał do swojej celi Paula Edgecomba, zacisnął mocno swoją rękę na jego ręce i „dał mu przezent” (tzn. pozwolił mu ujrzeć całą prawdę, okoliczności śmierci dziewczynek, ich prawdziwego zabójcę – także obecnego na bloku). Pamiętam, że właśnie w tym momencie, oglądając ten film po raz pierwszy – płakałam jak dziecko. Tyle o fabule i emocjach. Dlaczego polecam? Bo dotyka bardzo ważnej sfery życia człowieka, jaką jest śmierć. Możemy o niej nie myśleć, uciekać od tematu, żyć tu i teraz , chwilą obecną, nie myśląc o tym, co przyniesie jutro. Ale kiedyś niewątpliwie nadejdzie. Film w jakimś sensie dotyka problemu niesprawiedliwości społecznej, rasizmu, kary śmierci (czy jestem przeciw czy za i w jakich okolicznościach?), a także porusza kwestię istnienia CUDU (choć filmie zobrazowany w sposób masakryczny, jednak istniejący). Wierzę w cuda czy nie? Czym dla mnie tak naprawdę jest cud???

2. WYZNANIA GEJSZY

66d519c89374bcc265a3b23414d68243

Film w reżyserii Roba Marshalla z 2005 roku, adaptacja powieści Arthura Goldena pod tym samym tytułem.Akcja filmu dzieje się w roku 1929.9-letnia Chiyo Sakamoto i jej 15-letnia siostra Satsu zostają sprzedane do Kioto. Dzięki nietuzinkowej urodzie i wspaniałym, błękitno-szarym oczom Chiyo trafia do oki-ya w Gion – dzielnicy rozrywki. Satsu trafia do domu publicznego. Chiyo próbuje szukać siostry i uciec z Gion, ale zostaje na tym przyłapana. W oki-ya dziewczynka poznaje jedną z najsławniejszych gejszy ówczesnych czasów – Hatsumomo. Znajduje też koleżankę – Dynię. Poniżana, pozbawiona uczuć, traci chęć życia. Jednak pewnego dnia, nad potokiem Shirakawa, poznaje Prezesa – Iwamurę Kena, który zmienia jej spojrzenie na świat. Po tym spotkaniu, dziewczyna postanawia zostać gejszą za wszelką cenę, aby kiedyś stać się częścią życia Prezesa. Dzięki pomocy jednej z najsłynniejszych gejsz – Mamehy – mała Chiyo przeobraża się w Sayuri. Sayuri zyskuje starszą siostrę w osobie Mamehy. Pewnego wieczoru wybierają się one na turniej sumo, gdzie Sayuri spotyka Prezesa i poznaje jego współpracownika – Nobu, który nie przepada za gejszami. Młoda gejsza zdobywa jednak jego sympatię. Później poznaje Doktora Kraba oraz Barona, który jest danna Mamehy. W rok po debiucie, mizuage Sayuri zostaje sprzedane za rekordową cenę 15 tysięcy jenów, dzięki czemu dziewczyna spłaca długi wobec oki-ya i zostaje adoptowana przez Mamę – „dyrektorkę” oki-ya i zyskuje nazwisko Nitta Sayuri. Stając się córką oki-ya, Sayuri traci przyjaciółkę z dzieciństwa – Dynię, która, zostając młodszą siostrą Hatsumono, przyjmuje imię Hatsumiyo. Pewnego dnia Hatsumomo, która chce w końcu zniszczyć rywalkę, wchodzi do pokoju Sayuri i odkrywa „skarb” – chusteczkę Prezesa, którą dawna Chiyo przechowuje od spotkania z biznesmenem. Prezes w pewnym momencie wyjawia jej, że to dzięki niemu Mameha przygarnęła Chiyo i pozwoliła jej stać się gejszą. Mówi jej też o tym, że wie iż Sayuri jest dziewczyną , którą spotkał piętnaście lat wcześniej nad potokiem Shirakawa. Sayuri wyznaje mu swoją miłość(..).Tyle o filmie. Dlaczego polecam? Bo w sposób niezwykle barwny odsłania przed nami kulturę i obyczaje kraju kwitnącej wiśni.Pokazuję pozycję kobiety w społeczeństwie. Dotyka kwestii kobiecej godności, której nie ma (dziewczyny są sprzedawane od-do, poniżane).

3. SLUMDOG – MILIONER Z ULICY

PJWktkpTURBXy8yYjZlZTVkZmE5ODI2Y2FiZjE3MWM5ZDhkMjQwYzY1ZC5qcGeSlQMACc0BLMyokwXNAyDNAcI

Brytyjski melodramat w reżyserii Danny’ego Boyle’a. Scenariusz filmu autorstwa Simona Beaufoya oparty został na kanwie powieści Slumdog. Milioner z ulicy autorstwa indyjskiego. Jeden z najlepszych filmów, jakie dotychczas widziałam.Został nominowany do Oscarów w dziesięciu kategoriach, zdobywając osiem, w tym za najlepszy film, reżyserię i scenariusz adaptowany.Jamal Malik, Hindus wychowany w slumsach Bombaju, bierze udział w programie Milionerzy. Zanim chłopak zdąży odpowiedzieć na ostatnie pytanie, aresztuje go policja. Policjanci nie wierzą, że może on mieć tak ogromną wiedzę.Torturują go i przesłuchują, podejrzewając oszustwo. W zeznaniach Jamal opowiada o swoim życiu w dzielnicach nędzy, o związkach ze światem przestępczym i swej miłości, co zostaje przedstawione w formie retrospekcji.Film świetnie zrobiony.Przedstawia realia życia w tamtejszej kulturze, walkę o swoje być albo nie być. Dotyka kwestii przyjaźni. Pozwala docenić, jak wiele my sami posiadamy dóbr (choć wielu ich nie posiada, musi o nie walczyć). Ukazuje, jak łatwo jest stracić kogoś bliskiego, jak bezlitosny i okrutny jest świat slumsów, jak trudno tam przeżyć, jak wielkie potrzeby mają jego mieszkańcy i do jakich czynów są zmuszani, aby mieć co jeść, a mimo to jak bardzo dbają o drugiego człowieka i ile są gotowi dla niego poświęcić.(…).

4. CRISTIADA (czwarty, co nie znaczy najgorszy).

DSC_5678.NEF

Jeden z najważniejszych dla mnie filmów, do których wracam, gdyż zmusza mnie by na nowo odpowiedzieć sobie na pytanie: Czy mam w sobie odwagę pójścia za Jezusem bez względu na wszystko (choćby ceną, jaką trzeba było za to zapłacić – miało być własne życie)? Czy byłabym w stanie położyć na szalę wszystko, by bronić swoich idei, tego dla mnie ważne, wręcz fundamentalne? „Cristiada”, na planie przedstawionych tam idei, toczy się pomiędzy trzema rzeczywistościami. Z jednej strony: świat wiary. Zgadza się. Tu należy zwrócić uwagę na fenomenalną kreację Petera O`Toole, który z postaci ojca Christophera, starego księdza, który przybył przed dziesięcioleciami z Europy do Meksyku, uczynił jeden z filarów filmu. Zagrał niewielką rolę z kunsztem, który czyni bohatera fikcyjnego – prawdziwym. Śmierć księdza Christophera w imię wierności wierze, śmierć pod kulami siepaczy stanowi pierwszy zwornik tego filmu. Drugi świat – to świat władzy, zdążający, w imię coraz dalej posuniętej laicyzacji, do usunięcia katolików z przestrzeni publicznej. Jego wewnętrzną sprzeczność – zniewolenie w imię wolności – ujawnia w pełni postać generała Enrique Gorostiety (Andy Garcia). On właśnie jest filarem trzeciej rzeczywistości, fascynującej w swoim idealizmie, wychodzącemu naprzeciw chrześcijańskiemu męczeństwu (sekwencje ostatnich scen filmów mocno to uwypuklają). Gorostieta jest bowiem przedstawiony jako agnostyk, który w imię „absolutnej wolności” swojego ludu walczy za i dla katolików. To – w pewnym sensie – romantyczny rewolucjonista, renegat z własnych szeregów, gdyż rozpoznał, że ci, którzy wiele mówią o demokracji i wolności, ale w jej imię zniewalają własny naród, są w gruncie rzeczy największymi wrogami: i ludu, i wolności. „Cristiada” pokazuje też niebywałą odwagę młodego chłopca JOSE, który nie chce zaprzeć się wiary i ginie śmiercią męczeńską. Jego męczeństwo i śmierć w bitwie generała Gorostiety ukazują nam dwie strony zmagania o wiarę. Jedna to świadectwo dziecka, katowanego i rozstrzelanego przez posłusznych władzy żołnierzy.Druga – to opór zbrojny, który nie ma tej ewangelicznej jasności męczeństwa, ale jest bardzo realnym doświadczeniem historycznym chrześcijan wielu wieków(…).

Świat się kończy. Niemcy zalegalizowali małżeństwa homoseksualistów.

No i stało się. Niemcy dołączyły do krajów takich, jak Argentyna, Belgia, Brazylia, Dania, Estonia, Finlandia, Francja, Hiszpania, Holandia, Irlandia, Kanada, czy Luxemburg i zalegalizowały w końcu małżeństwa homoseksualistów. Dziwić mnie to raczej nie dziwi. Ten, kto od czasu do czasu śledzi newsy podawane przez media – wie, że to była tylko kwestia czasu. W końcu Niemcy to taki „postępowy”, „otwarty”, „tolerancyjny” kraj. Nie to, co Polska – światowy „zaścianek”, zamknięty na inność, wrogi, pełen uprzedzeń, lęków, kompleksów, dzielący ludzi na „gorszy i lepszy sort”.
I chwała za to! Tak, jestem „zaściankowa” z wyboru. Jestem z tego dumna. Ten zaścianek to moja bezpieczna przystań (przynajmniej – w tym temacie). Dla jasności: wiem dobrze, czym jest odrzucenie, niezrozumienie, poczucie niedopasowania , bycia gorszym. Z racji mojej niepełnosprawności i choroby (czego na pierwszy rzut oka nie widać) – doświadczyłam tego na własnej skórze. „Boksowałam się” z ludźmi, walczyłam o swoje marzenia, szukałam zaspokojenia pragnień serca i duszy, przepełnionych smutkiem, goryczą, poczuciem krzywdy i pustki. Jednak związki partnerskie jednej płci to zupełnie inna bajka. Nikogo nie oceniam, nie potępiam. Nikim nie gardzę. Gej/lesbijka – też człowiek. Każdy ma prawo do szczęścia. Jest naszą sprawą i wyborem z kim żyjemy, chodzimy do łóżka itd. Nie da się jednak zaprzeczyć temu, że związek dwóch mężczyzn (kobiet) jest sprzeczny z naturą. Zostaliśmy skonstruowani na Boży sposób – tylko krótko wspomnę. Bóg stworzył mężczyznę na swój obraz i podobieństwo. Następnie z żebra Adama stworzył kobietę (by Adam nie był sam) i obojgu pobłogosławił słowami: „Bądźcie płodni, rozmnażajcie się”. Skierował te słowa do kobiety i mężczyzny , nie do dwóch osób jednej płci. To akt płciowy kobiety i mężczyzny sprawia, że poczyna się dziecko, owoc ich miłości, namiętności. To jest dla mnie coś niewyobrażalnie pięknego. Coś czego zapewne nie doświadczę z racji przeciwwskazań medycznych.Dla mnie legalizacja takich jednopłciowych związków partnerskich to totalna porażka moralna i upadek człowieczeństwa. Ale to tylko moje osobiste zdanie. W związku z tym, że związek jednej płci jest czymś sprzecznym naturze, homoseksualizm postrzegam przede wszystkim jako CHOROBĘ, zaburzenie psychiczne.Podobno można z tego wyjść (choć zapewne nie jest to łatwe). Na naukowym rynku wydawnictw pojawiła się już jakiś czas temu – książka pt. „Walka o normalność” holenderskiego psychologa dr Gerarda J.M. van den Aardwega. Holenderski psycholog zebrał w tej książce doświadczenia ponad 30 lat pracy, w której jednoznacznie w sposób naukowy uzasadnia, że homoseksualizm jest chorobą i to wyleczalną. Bowiem przez dziesiątki lat zdołał pomóc setkom homoseksualistom. Jego terapeutyczne metody cieszą się dużym zainteresowaniem na całym świecie, o czym świadczą liczne książki van den Aardwega, tłumaczone na języki obce (po polsku ukazała się w 1999 roku praca pod tytułem „Homoseksualizm i nadzieja”) oraz jego wykłady na uniwersytetach w Europie Zachodniej, Ameryce Północnej i Południowej.Jestem praktykującym katolikiem, zatem na co dzień staram się żyć Ewangelią. Ona jest moim życiowym kierunkowskazem, który pomaga mi na kadżym życiowym zakręcie, rozwiewa wszelkie wątpliwości, pokazuje prawdę. Sama byłam niesamowicie zaskoczona tym co znalazłam na temat homoseksualizmu w biblii (kiedy miałam jeszcze wątpliwości w tym temacie). Żeby nie było za długo – podam jedynie kilka fragmentów.

Co Biblia mówi na temat małżeństw gejowskich/ osób tej samej płci?

1. „Jeśli zatem Twoja ręka jest dla ciebie powodem do grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie ułomnym wejść do życia wiecznego, niż z dwiema rękami pójść do piekła w ogień nie ugaszony. I jeśli Twoja noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie chromym wejść do życia, niż z dwiema nogami być wrzuconym do piekła. Jeśli Twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je; lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do królestwa Bożego, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła, gdzie robak ich nie ginie i ogień nie gaśnie” (zob. Mk 9, 43-49).
2. Mimo, iż Biblia jasno wyraża się na temat homoseksualizmu, to otwarcie nie wspomina o małżeństwach gejowskich/ osób tej samej płci. Biblia potępia homoseksualizm jako grzech niemoralny i wbrew naturze. 3 Księga Mojżeszowa 18.22 wskazuje, że seks homoseksualny jest grzechem odrażającym, obrzydliwym. Rzymian 1.26-27 wyjaśnia, że pragnienia i czyny homoseksualne są czymś wstydliwym, nienaturalnym, wywodzącym się z żądzy i nieczystości. 1 list Koryntian 6.9 stwierdza, że homoseksualiści są pozbawieni prawości i nie posiądą królestwa Bożego. A skoro zarówno pragnienia jak i czyny homoseksualne są potępione przez Biblię, to jest również jasne, że małżeństwo homoseksualne nie jest zgodne z Bożą wolą, i będzie w rzeczywistości grzechem.
3. Pierwsza wzmianka o małżeństwie pojawia się w 1 Księdze Mojżeszowej 2.24, opisując je jako opuszczenie rodziców i złączenie się z własną żoną. We fragmentach, które zawierają instrukcję odnośnie małżeństwa, takie jak 1 Koryntian 7.2-16 i Efezjan 5.23-33, Biblia w jasny sposób wskazuje, że małżeństwo to związek między mężczyzną a kobietą. A dokładnie Biblia mówi, że małżeństwo jest przymierzem na całe życie pomiędzy mężczyzną a kobietą, przede wszystkim ze względu na potrzebę budowania rodziny i tworzenia dla niej dobrych warunków.
Zgodnie z Biblią małżeństwo jest zaplanowane przez Boga jako relacja pomiędzy mężczyzną a kobietą (1 Księga Mojżeszowa 2.21-24; Ew. Mateusza 19.4-6). Małżeństwo gejowskie/ osób tej samej płci jest wypaczeniem instytucji małżeństwa i obrazą Boga, który stworzył małżeństwo.

A co na to psychologia?
Nie ma gejowskiego genu. To po pierwsze (i to nie jest moje zdanie, gdyż ja na psychologii znam się odrobinę).Współczesna świecka psychologia rozpoznaje, że mężczyźni i kobiety są psychologicznie i emocjonalnie zaprojektowani aby wzajemnie się wypełniać. A w odniesieniu do rodziny, psychologowie twierdzą, że jedność pomiędzy mężczyzną i kobietą w której oboje małżonków służy jako przykład dobrze wypełnianych ról jest najlepszym środowiskiem do wychowywania dobrze przygotowanych do życia dzieci. Psychologia wyraża sprzeciw względem małżeństw gejowskich. Zgodnie z naturą/ fizycznością oczywiste jest, że mężczyźni i kobiety zostali stworzeni, aby „pasować” do siebie seksualnie. A tym „naturalnym” celem relacji seksualnej jest prokreacja, co jest oczywiste, tylko w relacji seksualnej pomiędzy mężczyzną i kobietą, gdzie cel ten jest spełniony. Natura wyraża sprzeciw względem małżeństw gejowskich.

Dla mnie osobiście prawo do małżeństwa, a także adopcji dzieci przez osoby homoseksualne – to akceptacja na coraz większy rozwój patologii społecznej i zła na świecie. Obawiam się, że jeżeli i u nas, w naszym polskim zaścianku – dojdzie do legalizacji małżeństw homoseksualnych, spotkamy się z tragediami, taka jak choćby ta z USA, gdzie małżeństwo gejów, które adoptowało dziewiątkę dzieci, zgwałciło dwójkę z nich(!). Dzieci były maltretowane,gwałcone, straszone bronią i bite przez swoich „tatusiów”. Trudno jednak dziwić się tej walce o prawa dla związków partnerskich jednej płci, kiedy (co piszę z przykrością za słowem arcybiskupa Henryka Hosera) w polskim Kościele jest problem z pedofilią i homoseksualizmem. Jak mówi w jednym z wywiadów – „mamy do czynienia z lobby homoseksualnym, z którym ciężko jest walczyć. – Nie da się tego wyczyścić. Podobnie jak nie da się wyczyścić księży z wszelkiego grzechu”. Ale można (i trzeba) z tym walczyć.Bo przykład (dobry, czy zły) zawsze idzie z góry. (…).

Mój brzuch – moje życie, czyli rzecz o aborcji.

To od dłuższego czasu palący temat, wywołujący burzę emocji. Nie sposób przejść obojętnie wobec tego problemu. Chodzi mianowicie o  aborcję (poronienie, wywołanie poronienia) – czyli zamierzone i przedwczesne zakończenie ciąży w wyniku interwencji zewnętrznej, np. działań lekarskich.Zwana inaczej spędzeniem  płodu, zabiegiem, łyżeczkowaniem, skrobanką, czyszczeniem.Dla mnie  - wszystkie te określenia to ładnie brzmiący synonim słowa morderstwo. Czy przesadzam? Myślę, że nie. Dostałam wspaniały prezent od moich rodziców. Najcenniejszy ze wszystkich: Życie. Ciąża mojej mamy była zagrożona. Jej życie także. A jednak – choć z komplikacjami – przyszłam na świat. Za to zawsze będę im wdzięczna. Wobec całej tej burzy wokół tematu aborcji, manifestacji, czarnych i białych marszy, petycji i propozycji ustaw składanych do rządu, warto było by samemu sobie, w sumieniu – zadać pytanie: a co, gdybym ja nie przyszedł na świat? gdyby moja matka odmówiła mi tego prawa i pozbawiła tego najcenniejszego daru , daru istnienia (w myśl: moja macica, mój wybór) : czy wybaczyłbym/wybaczyła bym? Jakim prawem ktoś ma decydować o tym, czy pozwolić mi żyć, czy nie? Gdybym stała w szranki z kimś, kto popiera aborcję, na pewno otrzymałabym puste frazesy  ”moja macica mój brzuch – jak chcę, to usuwam”, albo ” Ale to tylko embrion. Zarodek. Embriony często się nie zagnieżdżają, zapłodnienie nie zostało zrealizowane w pełni, a zatem nie mieliśmy do czynienia z OSOBĄ”. Jednak dramat aborcji polega na tym, że mamy do czynienia z dwoma osobami, a więc godnościami.  Polskie prawo dopuszcza przerwanie ciąży tylko w kilku przypadkach, wynika to z ustawy z dnia 7 stycznia 1993 roku „O planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerwania ciąży”:  Ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety ciężarnej. Jak się do tego ustosunkuję? Przede wszystkim – korzystam z wielkiego (choć coraz mniej docenianego i używanego) daru, jakim jest ROZUM. Dojrzała kobieta, świadoma swojego wieku oraz tego, że nie może mieć dzieci (lub jeśli zajdzie – będzie to ciąża wysokiego ryzyka ), nie będzie się o to dziecko starać. Życie pokazuje, że część  kobiet doskonale wie, że nie może mieć dzieci bo grozi to poważnymi konsekwencjami zdrowotnymi . Mimo to decydują się na zajście w ciążę a potem żądają aborcji. Gdzie tu sens? gdzie logika? gdzie odpowiedzialność i dojrzałość? Inna rzecz, choć bardzo ważna i przykra: nadal niechętnie się badamy. Tymczasem badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu. Przesłanka 2: Zachodzi uzasadnione podejrzenie, że ciąża powstała w wyniku czynu zabronionego np. gwałtu. Zawsze byłam zdania: ostrożności nigdy dość. Czyli profilaktyka zamiast leczenia. Nie kokietować, nie prowokować strojem, przebywać w miejscach publicznych (czyli bezpiecznych), uważać z alkoholem i przygodnym seksem. Obserwować swój cykl. Tylko tyle (i aż tyle). Oczywiście – nie zawsze to wystarczy. Zdarzają się niestety patologie społeczne (przemoc w rodzinie, poczęcie w wyniku stosunku kazirodczego ). Kobieta jest tu całkowicie niewinna. Jest ofiarą. Podobnie jak dziecko, które stopniowo rozwija się w łonie matki. Mam serce, potrafię  współczuć, zrozumieć. Ciężko donosić tak powstałą ciążę.  Ale znacznie bardziej będziemy cierpieć, gdy dokonamy aborcji , niż gdy urodzimy to dziecko (mimo wszystko) i oddamy np.  do OTWARTYCH DRZWI  , do adopcji. Kiedy podejmiemy taką decyzję, nie będziemy miały na sumieniu krwi niewinnego dziecka. Mało tego – damy mu szansę , aby żyło, miało kochającą rodzinę adopcyjną, było kimś. Podobnie w przypadku, jeśli powodem potencjalnej aborcji są względy ekonomiczne, problemy rodzinne, przemoc fizyczna i psychiczna. Nie zmuszam się by kochać to dziecko. Jest tyle bezpłodnych par, marzących o potomstwie. Któraś z nich może dać temu dziecku DOM.

Ok. Myślę, że każdy z nas WIE czym aborcja jest , bez względu na to, co o tym myśli. A jak wygląda aborcja? Myślę, że gdyby każdy z nas zadał sobie choć trochę trudu, by zasięgnąć wiedzy jakie są metody aborcji, jak ona przebiega, jak pustoszy kobiecą psychikę – problem w ogóle by nie istniał. Aborcję z medycznego punktu widzenia opisał  m.in. przed Kongresem USA dr Anthony Levatino, który w latach 1981-85 dokonał 1200 aborcji, w tym ponad 100 w drugim trymestrze ciąży, nawet gdy płody miały już pół roczku. Co warte uwagi: ze zwolennika tego procederu – doktor stał się jego zaciekłym przeciwnikiem. Oto krótki urywek jego wypowiedzi: Pacjentka już co najmniej od 2 miesięcy czuje ruchy dziecka, które ma już wtedy ok. 20 cm i waży do pół kg(…). Czujesz, że coś w środku puszcza – a na zewnątrz pojawia się całkowicie już ukształtowana nóżka o długości ok. 15 cm. Wtedy znów sięgasz kleszczami do środka. Znów ciągniesz ze wszystkich sił. Wyciągasz podobnej długości rączkę. Sięgasz kolejny raz i kolejny… Wyciągasz kręgosłup, jelita, serce i płuca.(…). To jedynie tekst , który czytasz (o ile długość i tematyka posta jeszcze cię nie przytłoczyła. Teraz – drogi czytelniku – uruchom wyobraźnię. Co czujesz?…I w końcu mój ostatni argument przeciw aborcji. NIE BYŁO BY WIELU WSPANIAŁYCH LUDZI, gdyby wszyscy popierali aborcję. Poniżej wymienię kilka przykładów.

1. Emilia Wojtyła- matka ŚW. JANA PAWŁA II - „Nie przeżyje pani tego porodu, proszę dokonać aborcji” – te słowa usłyszała od swego lekarza Emilia Wojtyła, gdy się okazało, że spodziewa się dziecka. Gdyby posłuchała, nie byłoby Jana Pawła II. Znany wadowicki ginekolog i położnik stwierdził, że ciąża jest zagrożona, matka jej nie donosi i nie ma szans na urodzenie żywego dziecka. A jeśli urodzi, to kosztem własnego życia. „Nie przeżyje pani tego porodu, proszę dokonać aborcji” – oświadczył. Kobieta odmówiła. Potem urodził się Karol, przyszły Jan Paweł II. Emilia Wojtyła żyła jeszcze 9 lat.

2. Andrea Bocielli. Myślę, że tego pana nikomu przedstawiać nie trzeba. Znany włoski tenor Andrea Bocelli ujawnił, że jego matka nie dokonała aborcji, gdy była z nim w ciąży, mimo że nakłaniali ją do tego lekarze. Matka, będąc w ciąży trafiła do szpitala z powodu zapalenia wyrostka robaczkowego. Lekarze postanowili znieczulić jej jamę brzuszną lodem. Kiedy zakończyli leczenie, zasugerowali jej, by dokonała aborcji, tłumacząc, że jest to najlepsze wyjście, gdyż dziecko może urodzić się niepełnosprawne. Pomimo tego – matka tenora postanowiła nie dokonywać aborcji i dziecko przyszło na świat. Jak sam podkreślał w wywiadach: „ niepełnosprawność umocniła jego charakter”.

3. Céline Dion – jedna z moich ulubionych artystek - w stacji telewizyjnej EWTN powiedziała, że zawdzięcza swoje życie proboszczowi z rodzinnej parafii w Kanadzie, który przekonał matkę, by nie przerywała ciąży. Matka artystki była początkowo zdruzgotana, gdy dowiedziała się, że była w ciąży z Céline – 14 dzieckiem w rodzinie. Pomyślała, że  aborcja będzie najlepszym rozwiązaniem. Zapytała księdza, czy może to uczynić. Proboszcz przywołał nauczanie Kościoła, mówiąc że nie wolno jej przerywać ciąży. Céline Dion dodała: „Powiedział jej, że nie ma prawa postąpić wbrew naturze. Więc muszę przyznać, że w tym sensie, zawdzięczam moje życie temu kapłanowi”.(…).

 

 

 

 

Moje spojrzenie na kobiecość

natalia-oreiro--aktorka-wokalistka-

Sobota to dla mnie zawsze kryzysowy dzień. Nie wiem czemu tak mam, ale zawsze w sobotę nachodzi mnie tyle różnych przemyśleń, że głowa boli:). Dziś jest ich tak wiele, że aż utrudnia mi to normalne funkcjonowanie. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak się od nich uwolnić, przelewając na bloga. Wstyd się przyznać, ale choć mam już na karku trzydziestkę, bardzo lubię powracać do serialu „Zbuntowany Anioł” z Natalią Oreiro (zdj. powyżej). Może i jest to jeden wielki kicz. Szmira. Opera mydlana. Ale oprócz wątku miłosnego i wielu przekomicznych sytuacji – dzięki Natalii dostrzegam coś więcej. Prawdziwą, piękną  kobietę z klasą. I właśnie o tym dziś będzie. O kobiecości widzianej moimi oczami. Czym zatem według mnie jest kobiecość? To  coś urzekającego. Prawdziwe piękno. Styl życia. Przepraszam z góry , albowiem za chwilę mogą paść tu słowa, które jakąś kobietę/ dziewczynę – mogą urazić: Bycie kobietą – wg mnie – jeszcze nie oznacza (a przynajmniej nie musi), że jesteś kobieca.(sic!). Nie wiem, czy wpadną tu jacyś mężczyźni, aby dodać w temacie atrakcyjności pań swoje przysłowiowe trzy grosze, potwierdzić bądź odmówić mi racji.  Uważam mianowicie, że na kobiecość kobiety składa się wiele różnych rzeczy, które razem czynią nas atrakcyjną, pożądaną, seksowną, urzekającą, jedyną w swoim rodzaju. Moje drogie: Ko­biecość to nie tylko  krótka su­kien­ka, moc­ny ma­kijaż , opalenizna i wszystko z najwyższej półki. To coś znacznie więcej. Nie oznacza to bynajmniej, że mamy  ubierać się w byle co i totalnie nie dbać o siebie. W końcu panowie – jak wiemy – to wzrokowcy  i pierwsze wrażenie jest bardzo ważne. Ale pokazywanie zbyt wiele – moim zdaniem – wcale nie jest sexy. Mężczyzn pociąga tajemnica. Jeśli poprzez swój mało skromny ubiór   pokażemy zbyt wiele – tylko na tym tracimy. (moim zdaniem, znów to podkreślę). Po pierwsze: możemy  tym wysłać mężczyźnie komunikat: jestem łatwa. Jeśli taką jesteś i nie przeszkadza ci to, masz problem z głowy. Tyle że – jak to mówią : easy come, easy gone. Bazując  na mich własnych obserwacjach i doświadczeniach stwierdzam że prawdziwi faceci lubią wyzwania . Lubią zdobywać. Jeśli pozwolisz się zdobyć łatwo, może być tak, że on  potraktuje cię jak panienkę na jedną upojną noc. Nie będzie cie szanował. Bo trudno wymagać szacunku od innych , jeśli nie szanujesz samej siebie. Jeśli zależy ci zatem na czymś więcej niż jeden numerek, krótka chwila zapomnienia – pozwól się gonić, ale nie dogonić. Graj niedostępną. Im trudniej będzie mu cie zdobyć, tym bardziej będziesz go kręcić. Prawdziwa kobiecość to nie  ”90/60/90″. Rozmiar ma znaczenie, ale nie aż takie, żeby katować się dietami, które nie przynoszą efektu (chyba że efekt jojo). Ja przykładowo nie mam figury top-modelki, ale w życiu nie stosowałam żadnej diety. Spróbuj pokochać własne ciało. Może masz za mały biust i za niski wzrost. Może masz piegi (jak ja) albo szparkę między zębami. Ale na pewno masz w sobie COŚ PIĘKNEGO. Odkryj to i podkreślaj!  Poczuj się dobrze we własnej skórze!. Według mnie prawdziwie kobiecymi czyni nas nasze wnętrze.Nasze życie, osobowość, emocje, wartości które są dla nas ważne. Prawdziwie kobieca kobieta ma swoją godność i honor. Nie pozwoli się nikomu poniżyć, upodlić, wejść na głowę. Ona ma swoje zdanie, kiedy trzeba – stawia granice. Jest asertywna. Jeśli facet ją okłamuje, olewa, bije (o zgrozo), nie liczy się z jej zdaniem czy nie odwzajemnia jej uczucia – po prostu odchodzi. Prawdziwie kobieca kobieta nie żyje pod presją. (mam trzydziestkę. Musze koniecznie znaleźć sobie faceta). Woli żyć solo, niż wiązać się z pierwszym z brzegu. Cechą, którą przypisuję kobiecości, jest także ODWAGA. Dotyczy do zarówno eksperymentowania ze swoim lookiem, jak i podejmowaniem różnych wyzwań. I jeszcze coś : mam nadzieję, że choć trochę podniesie to na duchu te „zakompleksione”. Jednym z największych atutów ludzkich ( a zatem obojga płci) – jest dla mnie radosne usposobienie i poczucie humoru.  One własnie zakrywają w jakimś sensie nasze mankamenty i czynią nas atrakcyjniejszymi w oczach innych. Tak wygląda moje pojmowanie kobiecości (w skrócie). A na koniec dołączam pewną  refleksję na temat kobiet atrakcyjnych. Ciekawa jestem, ilu z czytelników się pod tym podpisze?.

 

78e7306e8f4fce1776adwoman

Pokaż mi swój tatuaż a powiem ci kim jesteś

Każdego dnia mijam setki, tysiące ludzi na ulicy. Wolno spacerując –  obserwuję ukradkiem, z ciekawością. Do niedawna byłam tym co widzę mocno zdegustowana…co trzeci człowiek na ulicy wytatuowany. Ohyda, patrzeć się na to nie da. Zwyczajnie nie potrafię pojąć z jakiego powodu – ktoś postanawia sobie zrobić tatuaż? Czy wynika to z braku miłości i akceptacji własnego ciała? A może znajomi mają, to i ja mieć muszę..? Nie wiem…ja tam nie muszę. Najczęstszą moją reakcją na wytatuowane ciało -przynajmniej do niedawna – był wstręt. Ale przyznam szczerze, że dużo zależy od samego tatuażu, tego  co on przedstawia. Niektóre tatuaże są w stanie wywołać ogromne emocje. Podam przykład z własnego życia. Pewnego upalnego dnia – wędruje sobie przez miasto z koleżankami , a tu mija nas facet (młody i nawet przystojny – choć  nie tak, jak ten na obrazku). Każdy odsłonięty fragment ciała był wytatuowany. Ręcę , nogi.. Na jego lewej ręce można było pośród tych wszystkich „arcydzieł sztuki” – zobaczyć Jezusa Chrystusa w koronie cierniowej. To był dla mnie szok. Ten tatuaż totalnie nie pasował do reszty. Przez chwilę myślałam nawet: facet albo jest szalony, albo ma jaja. (w końcu ten tatuaż mocno rzucał się w oczy). Dzięki tej sytuacji spojrzałam na tatuaż z nieco innej strony. Doszłam do wniosku, że tatuaż niektórym osobom – pozwala podkreślić swoją osobowość, wyrazić siebie „na zewnątrz”., utrwalić jakieś ważne momenty życia, wartości , którymi żyje. Dla mnie osobiście istnieje wiele innych możliwości wyrażenia siebie. Nie muszę się tatuować. Kocham swoje ciało takim, jakie jest  i zwyczajnie nie widzę sensu, aby się okaleczać (w końcu to dość bolesne z tego co słyszałam), ani uzależniać. Z badań bowiem wynika, że tatuowanie ma niewątpliwie uzależniający charakter. Podczas zabiegu wyzwalane są bowiem endorfiny, które uśmierzają ból i wyzwalają pozytywne emocje. Dlaczego jeszcze nie decyduje się na jakikolwiek tatuaż oprócz względów estetycznych? Bo jak się dowiedziałam przed tworzeniem tego posta – tatuaże popularne były również wśród pierwszych chrześcijan, którzy umieszczali na ciele symbole wiary (rybę, inicjały Jezusa Chrystusa). Jednakże w VIII wieku papież Adrian I zakazał tej praktyki, argumentując swoją decyzję następująco: skoro człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo Boga, tatuowanie ciała jest profanacją boskiego wizerunku. I ja się w sumie pod tym podpisuje. Skoro zostaliśmy stworzeni tak cudownie (w końcu każdy z nas jest niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju) – to po co je jeszcze „upiększać” tatuażem ? Po prostu pokochajmy siebie takimi, jacy jesteśmy!

images

Kinder – niespodzianka, czyli rzecz o uchodźcach, migrantach.

 

Ostatnie kilka dni byłam poza zasięgiem sieci, i dobrze – każdy potrzebuje czasu  na „reset”, by zwolnić, zatrzymać się, wyciszyć, odpocząć, pobyć z bliskimi, zrobić coś RAZEM. Pogoda niestety nie dopisała, ale nastrój jak najbardziej. Od informacji medialnych nie udało mi się jednak uciec całkowicie, bo w przeciwieństwie do mnie – rodzinka „karmi się”  bardzo konkretnie tym, co nam fundują mass – media (głównie tvn 24 ). Jeden news zapadł mi nieco w pamięć..mowa o kobiecie – Ukraince, która drugi już raz próbowała przemycić swoje 8-letnie dziecko w…walizce. Kobieta miała przy sobie sporo bagażu, ale zachowywała się bardzo bardzo nerwowo, co wzbudziło podejrzenia celników. Po sprawdzeniu walizki funkcjonariusze odkryli, że pod odzieżą znajduje się chłopiec…Rozgrzany, rozpalony, wystraszony…Co pomyślałam o tej  Ukraince  można się łatwo domyśleć…Dziecko? cud, że przeżyło!… Kto to widział trzymać dziecko w walizce!?.. Z drugiej strony fakt, że to nie pierwsza próba przemytu tego dziecka do Polski – przemawiał za tym, że kobieta musiała być bardzo zdesperowana, gotowa na wszystko. Czy usprawiedliwiam tę kobietę…? nie, w żadnym razie..Jedynie próbuję zrozumieć.I tu pomału przechodzę do sedna sprawy. Uchodźcy…przyjmować, czy nie przyjmować? Wiem, nie jestem oryginalna, media trąbią o tym od dawna. W zasadzie – dla osoby wierzącej ( a taką jestem i nie wstydzę się do tego przyznać) – odpowiedź jest oczywista: przyjmować. Ale kiedy słyszy się i widzi, co się dzieje tam, gdzie „tolerancyjni” i „otwarci” przyjęli z otwartymi ramionami uchodźców do siebie, to człowiek się boi. Ja się boję.! Nie jestem rasistką, ksenofobem, ciemnym ludzikiem PiSu. Jestem człowiekiem. Istotą rozumną. Kobietą, która patrzy na życie trzeźwo, kilkanaście lat naprzód.   Nie chcę zamknąć się w domu z obawy, że jak wyjdę –  ktoś mnie napadnie, zgwałci, zabije…. Nie chcę drżeć jak liść z obawy, że coś się stanie moim bliskim… Pragnę być bezpieczna na własnym podwórku. Nie wiem na ile to egoizm i nietolerancja z mojej strony, na ile głos zdrowego rozsądku. Ale tak myślę . Tak czuję. I kropka….

Z drugiej strony – nienawidzę wojen.  A przecież praktycznie codziennie można zobaczyć liczne ofiary wojen – niewinnych niczemu ludzi którym odebrano życie w bardzo brutalny sposób. Dlatego nie dziwi mnie wcale, że ludzie masowo uciekają jak najdalej od miejsca swojego pobytu, szukając azylu…odrobiny pokoju, bezpieczeństwa, lepszego życia. Mediom też nie daję wiary. Są wybiórcze i serwują nam to, co wygodne, co dobrze się sprzeda, wywoła sensację, wstrząśnie. Osobiście pierwszym pytaniem jakie nasuwało mi się wcześniej w sprawie uchodźców była prosta kwestia: dlaczego „sąsiedzi” im nie pomogą, tylko migrują, uciekają aż tak daleko?. Nie da się bliżej? Druga sprawa: ok, załóżmy że klamka ostatecznie zapadła : szeroko i z miłością bliźniego otwieramy swoje domy, portfele, miejsca pracy , uczelnie itp – i przyjmujemy wszystkich bez żadnego ale. Bez żadnych pytań. Dociekań. Dajemy tym ludziom kredyt zaufania, dobry start…a oni się tymczasem zbroją, grożą , mordują, prześladują w imię Allaha itd.. Skutki?.. Na przykładzie Wielkiej Brytanii, Francji, Hiszpanii, Szwecji, Danii oraz Niemiec : W zachodniej części Europy przyjezdni nie chcą integrować się ze społeczeństwem. Powstają muzułmańskie getta, do których boi się wejść straż pożarna, służby ratownicze czy nawet policja – tak właśnie jest w Szwecji. W Wielkiej Brytanii natomiast imigranci od lat domagają się wprowadzenia prawa szariatu. Kościoły zamieniane są w meczety. W wielu europejskich krajach muzułmanie żyją swoimi prawami  narzucając je innym ludziom.(którzy ich przyjęli). W Niemczech szerzy się anarchia, chaos i przemoc. Dlatego biorąc pod uwagę wszystkie za i przeciw – jestem za, ale pod warunkiem….Nie jestem naiwna, przezorności nigdy za wiele. Dobrem wyższym jest zadbanie przede wszystkim o Polaków: Bliskich, przyjaciół  i tych, którzy są w potrzebie (chorych, bezrobotnych, bezdomnych, biednych, dzieci….). Najpierw zatroszczmy się o nasze polskie  podwórko:  nasze sprawy, problemy, bolączki, biedy. W końcu mamy nad czym pracować i co zmieniać..Jest tego tak wiele, że nawet nie wyliczam. Jeśli zapewnimy jak najlepsze warunki życia każdemu polakowi, wtedy otwierajmy się na innych, służmy im stosowną pomocą, wsparciem!.(miejscem zamieszkania, pracą, dofinansowaniem, edukacją , ochroną zdrowia i życia itd.). Żeby dać, samemu trzeba mieć. Dałabym możliwość azylu kobietom, dzieciom. Dokładnie, bardzo dokładnie – moim zdaniem trzeba by prowadzić weryfikację , która by zagwarantowała uchodźcy miejsce. Dobrze wiemy, że nie wszyscy uciekają przed wojną. Część z nich to po prostu imigranci zarobkowi. A część to po prostu TERRORYŚCI.!

Tyle odnośnie przeciw…A dlaczego powinniśmy przyjmować? czy są jakieś agrumenty, które mogłyby nas zachęcić do ich przyjęcia , przełamać nasz opór i lęk? Hmmm…Wymagałaby tego zwykła ludzka solidarność, a także wartości, które jako naród reprezentujemy i którymi żyjemy. Jeśli nazywamy się chrześcijanami, mamy obowiązek pomocy bliźnim. Po drugie: nas kraj też niejedno w swej historii przeszedł. Doświadczyliśmy pomocy innych wielokrotnie. Tylko w latach 80., wyjechało z Polski ponad milion osób, głównie młodych i wykształconych. Zachód ich nie odrzucił. Obecnie też wielu z nas żyje bądź pracuje poza granicami i jakoś nas nie wyrzucają?.,..Sytuacji w PRL lat 80. nie da się  porównać z dramatem krajów, z których uciekają dziś imigranci. Jeśli polskie państwo nie ma miejsca dla 7 tys. ofiar wojny, to nie tylko pokazuje niewdzięczność, ale i zaprzecza solidarności…Kolejnym argumentem wartym rozważenia jest fakt, że Polska się wyludnia a potrzebuje rąk do pracy.  Również nasza gospodarka potrzebuje imigrantów, aby wypełnić lukę na rynku pracy i w systemie emerytalnym. I może się okazać, że potrzebujemy ich wielu, nawet kilku milionów. Współczynnik dzietności jest niski, 500+ nie załatwi sprawy, bo z Polski wciąż wyjeżdża dużo za młodych osób. Wreszcie  warto pamiętać o tym, że życie jest nieprzewidywalne i  możemy kiedyś stanąć w takiej sytuacji, że to My będziemy potrzebować solidarności i pomocy ze strony innych państw…Argument, że nie wpuszczając emigrantów do siebie - walczymy z islamskim fundamentalizmem jest nietrafiony. Pokazuje on raczej słabość i strach, a nie wolę walki. Obraz bojaźliwej, wrogiej cudzoziemcom, uchylającej się od współpracy, samolubnej stosującej cwaniackie argumenty i uniki ksenofobicznej Polski – na dłuższą metę może on odstraszać inwestorów i biznes i trwale pogorszyć obraz Polski. Także poza Europą.. W końcu: wolna Polska jest także efektem marzeń kultywowanych przez polskich emigrantów w wolnych krajach, a to również jakoś zobowiązuje….

Iskierka – czyli chcę być mamą.

Do napisania tego posta skłoniła mnie sytuacja, która naprawdę wywołała u mnie spore emocje. Przede wszystkim żal, smutek, współczucie, ból…i oczywiście bunt.
Wczoraj napisała do mnie po dość długiej przerwie Duśka, koleżanka z czasów licealnych. To były piękne, szalone czasy. Byłyśmy wtedy jak papużki nierozłączki, zawsze razem. Po maturze nasze drogi chciał nie chciał w sposób naturalny rozeszły się. Studia, praca, facet, rodzina, przeprowadzka…Samo życie. Jednak odnalazłyśmy się po latach na FB , dzięki czemu kontakt się odnowił. Okazało się, że Dusia ułożyła sobie życie. Ma fajną pracę , dobrze płatną, wyszła za mąż za dobrego faceta. Dogadują się. Od kilku lat starają się o dziecko. A tu kolejne, już czwarte poronienie…Kolejna iskierka nadziei zgasła.. Jeśli którakolwiek z Was, czytelniczek – doświadczyła tego w swoim życiu, nie muszę mówić nic więcej. Ogromne poczucie straty, ból, rozpacz , mega dół, pustka… Pytanie które wciąż się przewija w naszych myślach i niezmiennie pozostaje bez odpowiedzi: DLACZEGO????

Sama zadaję sobie to pytanie. Tym bardziej że znam Duśkę i wiem, ile w jej sercu miłości, ciepła, dobroci. Jej marzeniem była rodzina (co najmniej 2+ 2, gdyż sama jest jedynaczką). Tyle par (przepraszam za określenie) płodzi dzieci niczym króliki, bo jest 500+ i rodzenie się opłaca…Brzmi to niewiarygodnie, wręcz strasznie. Ale ostatnio wpadł mi w ręce artykuł o pewnej parze, która spłodziła dziecko tylko i wyłącznie dla kasy. A kiedy już przyszło na świat, matka (o ile taką kobietę można tak określić) oddała to dziecko na wychowanie dziadkom, gdyż w domu miała jeszcze czwórkę i jak twierdzi – już nie radziła sobie z malcem. Dziecko było w stanie opłakanym, poważnie chorowało. Matka miesiącami go nie odwiedzała. Dziadkowie dali temu dziecku miłość i opiekę której potrzebowało. Ale nim to się stało musieli się bić o to dziecko z matką w sądzie…Na szczęście – wygrali…Jednak happy end nie często się zdarza… Ile razy słyszy się w mediach, że znowu wyrzucono jakieś niemowlę na śmietnik, albo skatowano, bo płakało i przerywało alkoholową libację…tymczasem ludzie którzy są dojrzali, odpowiedzialni i pełni miłości, pomimo starań albo nie mogą zostać rodzicami, albo – jak Duśka – to dziecko tracą na skutek poronienia. Dla mnie jest to straszny dramat i ogromna niesprawiedliwość…

Żadne słowo nie jest w stanie choć trochę pocieszyć kobiety przeżywającej utraty dziecka. Ale życie toczy się dalej… trzeba nauczyć się z tym żyć…łatwo się mówi, trudniej wykonać.. Długo gadałam z Duśką (a raczej pozwoliłam jej się wypłakać i wyrzucić z siebie wszystko). Rozważałyśmy co dalej. Czy złożyć broń i pogodzić się z tym , że marzenie posiadania potomstwa pozostanie niespełnione, czy może rozważyć adopcję, in vitro?.. Za in vitro raczej nie jestem (mam swoje argumenty i nic mnie w tej kwestii nie przekona), ale adopcja jak najbardziej. Jak wygląda cała ta procedura, jak długo trwa – tego nie wiem. Ale z pewnością jest wiele dzieci, które są porzucone, nieszczęśliwe, niekochane, którym można stworzyć dom pełen ciepła i miłości..w końcu każdy pragnie być kochanym…Mimo, iż na razie nic na to nie wskazuje , mam nadzieję, że ta resztka nadziei , którą Dusia jeszcze ma, nie zgaśnie i wbrew wszelkim przeciwnościom spełni się jej marzenie o byciu mamą…

Wczoraj – Dziś – jutro

Dawniej…

Dziecko pcha się na świat nieco przed terminem.
Trudny poród, przedwczesny, z komplikacjami..
Pierwszy płacz dziecka…Ulga wszystkich: Lekarzy i przejętych rodziców…Udało się..
Dziecko zdrowe, wszystko dobrze…. Wypis.
Po trzech miesiącach dramat.Nieoczekiwana, ciężka choroba dziecka.
Bezsenne noce, ciągły płacz, drgawki, utraty przytomności.
Pierwsze diagnozy, podróże od lekarzy do lekarzy. Badania. Hospitalizacja.
Po ponad roku – trafna diagnoza, która dla rodziców jest bardzo trudna do przyjęcia:
padaczka lekooporna, dziecięce porażenie mózgowe, lewostronny niedowład..
Nie można operować, za duże ryzyko…zostaje leczenie farmakologiczne. Specjalna troska o dziecko.
Pojawiają się pierwsze „dobre rady” życzliwych ludzi.
Trwa walka o przyszłość dziecka.

Dziś…

Dziś to dziecko jest już dorosłe. Rodzice – szczęśliwi.
Mają wspaniałą córkę.
Rzeczywiście było ciężko. Jednak w wieku lat czterech zaczęła stawiać pierwsze kroki.
Nie posłali jej do szkoły specjalnej. Postanowili zaryzykować i posłali do zwykłej podstawówki, gdzie odebrała niezłą szkołę życia.
Wycierpiała swoje: osamotnienie, odrzucenie, wyśmiewanie , obmawianie…To ją zahartowało.
Postanowiła wbrew wszystkim i wszystkiemu coś w życiu osiągnąć.
Skończyła szkołę podstawową z wyróżnieniem. Bez problemów dostała się do liceum i na studia.
Pierwsza miłość, pierwsza praca, pierwsze kroki w dorosłość..
Wspaniali ludzie wokół , którzy pomogli jej uwierzyć w Boga i drugiego człowieka. Ale przede wszystkim – uwierzyć w SIEBIE.

Jutro..?

Jutro jest wielką zagadką. Ale to od nas zależy jutro. Od naszych decyzji, działań, marzeń ..
Warto wierzyć. Warto marzyć.. mieć nadzieję…mimo wszystko…wbrew wszystkiemu…na przekór.
Ludzie często się mylą. Życie potrafi zaskakiwać.
Jutro tej kobiety rozjaśnia nadzieja i optymizm.
I pewność, że będzie dobrze.