Smutne życie bogacza

Jaka_recepta_bogactwo_6636229

 

Co jakiś czas dzwoni do mnie nieznany numer z kuszącą i pobudzającą wyobraźnię wiadomością: „Dzień dobry, z tej strony Hubert Urbański z Milionerów…”. Bogactwo to wielka pokusa, pragnienie wielu z nas. Czasem  może i Tobie zdarza Ci się w duchu westchnąć, jak ubogi żyd Tewje : „Gdybym był bogaty…”. Wtedy wszystko było by inaczej.

Gdybym była bogata…ach! co to było by za życie! Raj na ziemi! Tyle moich codziennych trosk rozpłynęło by się jak we mgle, zniknęło bezpowrotnie! Opłaty za czynsz podnieśli? W sklepach drożyzna? Choroba? To już nie zabiera mi snu z powiek. Jestem materialnie bezpieczna. Stać mnie nie tylko na podstawowe potrzeby, zapewniające mi przeżycie od pierwszego do pierwszego, ale i na przyjemności, zaspokajanie swoich fanaberii, najróżniejszych zachcianek. Mogłabym w końcu spełnić to wszystko, o czym od dawna marzę: wycieczka do Dubaju, Ziemi Świętej, Meksyku, Japonii, Australii, Kanady…Lot balonem. Kurs nurkowania.Skakanie z bungee. Jazda konna. Dłuuugi urlop na Karaibach. Własna willa: Ogromny dom z jackuzzi, kątem do gry w bilard, piękną mahoniową biblioteką, ogromną sypialnią, pięknym ogrodem, gdzie spędzałabym popołudnia. …Ależ się rozmarzyłam! (…). To tylko kilka moich pragnień, wszystkich nie wyliczę, bo trochę ich jest. :). Ty, drogi czytelniku , zapewne też masz wiele swoich, równie ciekawych marzeń, które wciąż czekają na możliwość ich realizacji. :). I dziś właśnie będzie co nieco o bogactwie. A w zasadzie nie tyle o nim, co o jego wysokiej cenie, jaką często człowiek płaci w życiu…

Bogactwo bez wątpienia ma swoje plusy. Życie człowieka bogatego na pewno jest łatwiejsze, ciekawsze. Bogaty nie martwi się kolejką do lekarza. Uda się do prywatnej kliniki, a w razie czego wsiądzie w swój wypasiony samochód lub prywatny samolot , aby leczyć się za granicą. W innych krajach medycyna jest bardziej rozwinięta niż u nas. Być może lekarze w innym kraju znaleźli by sposób na moje całkowite wyleczenie? Tutaj, w Polsce, zmagam się z chorobą 36 lat, a lekarze po prostu bezradnie rozkładają ręce. Dalej: Bogaty ma lepszy kontakt z kulturą oraz rozrywką. Pokazy mody, różnego rodzaju towarzyskie imprezy, kluby, wernisaże , muzea, teatry, czy kina – stoją przed nim otworem. Człowiek biedny na takie przyjemności pozwolić sobie nie może. Zwykły Kowalski, z najniższą krajową – co najwyżej będzie korzystać z „okazji” , polować na ciekawe seanse z korzystną ceną. Ja dawno zrezygnowałam z sieciówek. Ale to, w jaki sposób zarabiają kina, to już zupełnie oddzielny temat… Bogacz jest wypoczęty. Z racji, iż śpi na pieniądzach – może urlopować się cały rok.To on decyduje dokąd, kiedy i czym pojedzie na wakacje. Nie liczy się z kosztami. Jedyne co może go ograniczać, to fantazja i ciekawość. Wspaniale!. Brzmi naprawdę super. Jednak każdy medal ma dwie strony. Bogactwo również. Czy bogacz może być nieszczęśliwy? Myślę, że nie tylko może, ale często jest. Pieniądze mają to do siebie, że łatwo jest stracić. Po drugie – nie wszystko da się kupić za pieniądze….

 

WADY BYCIA BOGATYM 

1# LUDZKA ZAZDROŚĆ/ZAWIŚĆ

Tacy już jesteśmy: zazdrościmy tym, którym powodzi się lepiej niż nam. Bardzo często taką osobę obgadujemy, oczerniamy, wydajemy sądy. Linczujemy. Wieszamy przysłowiowe psy. Przykładów jest wiele, można je niejednokrotnie znaleźć na portalach plotkarskich typu pudelek, gdzie co jakiś czas pod obstrzałem ludzkiego hejtu pada jakaś gwiazda. Niektórzy nawet posuwają się do robienia większych świństw. A wszystko to przez zazdrość…Niestety, taki jest jeden z ciężkostrawnych skutków ubocznych bogactwa. Trzeba mieć naprawdę silną psychikę, by się nie dać złamać przez takich wrednych krwiopijców, zazdrośników, czy hejterów.

2# Fałszywi przyjaciele

Nie bez powodu zwykło się mawiać, że prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie. Bogatego człowieka otacza zazwyczaj wielu ludzi. Któż nie skorzystałby z bliższej znajomości z bogatą osobą? Będąc bogatym nigdy do końca nie wiadomo, kto faktycznie jest twoim przyjacielem, a kto kręci się wokół ciebie przez wzgląd na twój stan posiadania. Dopiero czas i traumatyczne wydarzenia weryfikują, kto zasługuje na miano przyjaciela….

3# Inne traktowanie

Ludzie bogaci są traktowani inaczej, niż reszta, która: nadskakuje im , traktuje  jak kogoś o wyższym statusie społecznym, komu trzeba się przypodobać, podlizać . Ale gdy się tylko się z bogaczem pożegna, nierzadko miesza go z błotem. Bardzo często ludzie ubożsi kopią dołki pod tym, którym wiedzie się lepiej. Są niezwykle obłudni. Często dobrze się przy tym kamuflują.

4# Samotność

Patrz punkt 2#. Jeśli w końcu bogaty przejrzy na oczy i pozna naprawdę, komu zależy na nim, a nie jego majątku , często zostaje sam. Milionerzy dochodzą do swoich majątków przez lata. Kosztem życia osobistego, znajomych, rodziny. Ich celem był finansowy sukces, dobrostan. Po latach, kiedy cel został osiągnięty, okazuje się, że prawdziwi przyjaciele których kiedyś mieliśmy opuścili nas, gdyż nie mieliśmy dla nich czasu…

5# Uzależnienie

Tak, od pieniędzy także można się uzależnić!. A nawet nie tyle od samych pieniędzy, co od doznań, które one dają. Drogi, dobry samochód,  którym po jakimś czasie się znudzi – można łatwo zastąpić  nowszym, droższym, lepszym.  Podobnie z ubraniami, biżuterią, rozrywkami. Pomimo zaspokojonej, drogiej  zachcianki –  człowiek bogaty nie potrafi się tym cieszyć jak dawniej. Uczucie radości zostaje wyparte przez frustrację. O wiele cenniejsza i zdrowsza jest umiejętność czerpania radości z tego, co ma się tu i teraz.

6# DEPRESJA I/ORAZ SAMOBÓJSTWA 

Ludzi sukcesu także dotyka depresja. Bogatym wcale nie jest tak łatwo, jak uważamy.  Wydaje się, że taki człowiek ma wszystko, a tak naprawdę nie ma niczego. Rodziny, prawdziwych wiernych przyjaciół, sensu życia. Przez lata odgradzał się od innych murem, owładnięty żądzą pieniądza. Presja sukcesu, trudności finansowe, stres wywołany pracą, obawy o utrzymanie godnego poziomu życia, lęk przed bankructwem, czy wreszcie strach przed odrzuceniem – to tylko kilka przyczyn, mogących wywołać depresję u takiej osoby. W Polsce dopiero od niedawna gwiazdy zaczęły otwarcie mówić o swoich problemach i bardzo się z tego cieszę. Może w końcu depresja przestanie być dla nas tematem Tabu, powodem naszego nieuzasadnionego wstydu. Może dzięki odwadze ludzi show – biznesu , w końcu przestaniemy udawać, że wszystko jest w porządku , podczas gdy w rzeczywistości nie chce nam się żyć?…

To tylko kilka przykładów  ciemnych stron bogactwa. Na nich poprzestanę, gdyż post przeradza się ku mojemu zdziwieniu w felieton. :D A zatem pora najwyższa na krótką puentę :

1488320977_2or0eh_600monwey

Seks-robot w sypialni

geisha-884684_960_720

Japonia -  ”Kraj Wschodzącego Słońca”. Moim zdaniem : jedno z najciekawszych i najpiękniejszych miejsc na świecie. Fascynująca kultura , nieszablonowy styl życia,  tradycja, piękno przyrody i achitektury, różnorodność i bogactwo religii – to znaki rozpoznawcze Japonii.  Nie wiem, jak Wy, ale ja zawsze bardzo chciałam zobaczyć na żywo to urocze miejsce. Kulturowo jest to naprawdę bogaty, fantastyczny kraj. Jest tam co oglądać: Pałac Potala- warowny pałac Dalajlamy, duchownego przywódcy Tybetu, Zamek Himeji – wspaniała średniowieczna budowla, Sanktuarium sinto - święte miejsce sintoizmu na wyspie Itsukushima, Fudżi-wulkan , będący najwyższym szczytem Japonii i wiele wiele innych. Japonia jest także kolebką większości nowinek technicznych.  I dziś właśnie o tym będzie: o nowinkach technicznych, które mówiąc szczerze – nie za bardzo mi się podobają. Ale o tym dalej….

Parę dni temu , przeglądając Internety – wpadł mi w oko artykuł,  który delikatnie rzecz ujmując – wprawił mnie w osłupienie. Okazuje się bowiem, że światowy rynek erotyczny od dłuższego czasu podbijają roboty świadczące usługi seksualne. (Bosheeee!). 

sekslalka-realdoll_27697373

Przedstawiam wam Harmony 2.0. (na zdjęciu powyżej). Na pierwszy rzut oka – najprawdziwsza, bardzo seksowna kobieta, ciesząca niejedne męskie oko. W rzeczywistości – lalka, kobieta- robot, do złudzenia przypominająca prawdziwą kobietę. Oprócz walorów fizycznych, posiada pewną niezwykłą umiejętność: potrafi mówić. Za pomocą zainstalowanej w telefonie aplikacji użytkownik może sobie wybrać na jaką kobietę ma dzisiaj ochotę: nieśmiałą, uległą, wyuzdaną, zazdrosną, towarzyską, otwartą na przygody?. Wszystko zależy od męskich preferencji. Jeden klik, potem bzyk. Biedne prostytutki – mają konkurentki, które mogą niedługo pozbawić je pracy. Bardzo dochodowej.

Wielką furorę robi w Wielkiej Brytanii inteligentny kobiecy sex-robot o imieniu Samantha. Jest ona zaprogramowana w ten sposób, że można z nią nie tylko iść do łóżka, ale także porozmawiać o pogodzie, pożartować i pooglądać telewizję. Jej wartość rynkowa wynosi (uwaga)  3-3,5 tys. funtów.` Na rynku robotycznych towarzyszy człowieka dzieje się coraz więcej, także w segmencie zarezerwowanym dla sypialni. Jest kilka firm, które już sprzedają prototypy lub zamierzają to zrobić. Ich roboty są różne, mniej lub bardziej zaawansowane, ceny wahają się od kilku tysięcy do kilkunastu tysięcy dol. Jedne da się personalizować mniej, inne bardziej – z kształtem sutków i kolorem włosów łonowych włącznie.(odpadłam czytając to). Pół biedy, jeśli mężczyzna korzysta z usług sex- kobiety – robota , by zaspokoić swoje erotyczne fantazje, których żona/kochanka/partnerka zaspokoić nie potrafi. Dla mężczyzny sfera seksualna jest bardzo ważna (jeśli nie najważniejsza) i nie ma się co oszukiwać drogie Panie. Ale nie do pomyślenia jest dla mnie takową kobietę-robota traktować jak członka rodziny, kiedy ma się żonę i dzieci! Jeszcze trudniej jest mi sobie wyobrazić (tym bardziej zaakceptować) uprawianie seksu w trójkącie mąż+żona+robot (a to się już zdarza). 

Można się dziwić i oburzać, pukać palcem w czoło. Jednak skoro takie sex- roboty powstają i cieszą się tak dużym zainteresowaniem – widać jest na to zapotrzebowanie. Moim zdaniem wiąże się to bardzo mocno z nieprzepracowanymi męskimi problemami w sferze seksualnej, a także dojmującym poczuciem pustki, problemem samotności, brakiem bliskiej osoby, niemożnością osiągnięcia orgazmu,  trudnością w zaspokojeniu potrzeb seksualnych partnerki itp. Dlaczego mężczyźni zamiast fachowej pomocy , terapii psychologicznej – wolą masturbację, czy usługi kobiety-robota, które do tanich nie należą? Nie wiem. Widzę tu również inny powód popularności sex-robotów:  Dla sex-lalki nie trzeba się starać: kupować kwiaty, zapraszać na drinka, romantyczną kolację, uwodzić, zdobywać. Ją się po prostu ma. Ona  jest gotowa do „zabawy” w każdej chwili dnia i nocy. Spełni każdą naszą erotyczną fantazję. Czy niedługo dojdzie do tego, że roboty całkiem zastąpią nam relacje z żywymi ludźmi? Oby nie….

A jak pod tym względem wygląda  sytuacja w Polsce? Z przeprowadzonej przez metro.co.uk ankiety, w które wzięło udział ponad 35 tys. osób wynika, że 39 proc. z nich uważa seks roboty za nieodłączny element naszej przyszłości, który zdominuje ludzkie życie. Nie wygląda to zbyt optymistycznie.  Jednak dla mnie żaden, nawet najdoskonalszy robot – nie jest w stanie zastąpić człowieka. Nic nie jest w stanie zastąpić zbliżenia dwóch kochających się osób: czułego dotyku, od którego przechodzą dreszcze. Zapachu skóry. Naszej reakcji na pieszczoty partnera. Spojrzeń w oczy. Nawet, jeżeli trudno nam w pełni zaspokoić nasze potrzeby i fantazje seksualne – wystarczy szczera rozmowa i wspólne, radosne, otwarte eksperymentowanie, odkrywanie swojego ciała na nowo. To znacznie lepsze, przyjemniejsze i zdrowsze, niż sex z jakimś robotem. Ja w każdym razie Robotom mówię zdecydowane NIE!!! . 

Mały erotyk, pełen słodyczy.

Dziś postanowiłam uraczyć was drobną opowiastką, z nutką pożądania. Będzie króciutka, gdyż nie mam owego daru tworzenia pięknych i  barwnych historii wysokich lotów. :) Historyjka powstawała przedwczoraj, kiedy to świętowałam swoje kolejne osiemnaste urodziny. Ta opowiastka to taki mały eksperyment, który ma na celu sprawdzić wasze skojarzenia i emocje towarzyszące czytaniu. :D  A zatem puśćcie wodze fantazji , wczujcie się w klimat, a w komentarzach koniecznie podzielcie się wrażeniami, bo to mój debiut! . :D

 

Dziś moje urodziny, a ja nadal jestem w proszku!.

Goście niebawem wpadną, a ja nie wiem w co ręce włożyć!. 

Sałatka z fetą gotowa- już stoi na stole pięknie przybranym, razem z chlebem i różnego rodzaju wędliną.

 

Podobnie wino i inne napoje.

Zestaw found – di  także gotowy do pracy. Może jeszcze nie próbowali? Oby.

Wszystko pięknie – ładnie, a jednak czegoś tu jednak brakuje…

Taak… Jednak trzeba wyjść.

Z niechęcią, pośpiesznie udaje się na zakupy.

W biedronce rozglądam się to tu to tam, zastanawiając się, czegoż w końcu mi brakowało i po co właściwie tu weszłam…I?….

 

I nagle spostrzegam Go!. 

Patrzę na niego jak zahipnotyzowana. On uśmiecha się do mnie. 

Mam wrażenie, jak gdyby czas stanął w miejscu, a wszystko wokół przestało istnieć.

Jesteśmy tylko On i Ja. 

Tak piękny, uroczy, o wspaniałej prezencji. Przesłodki.

W mojej głowie toczy się prawdziwa batalia.

„Nie, nie mogę! Nie wolno mi! „

„Muszę się opanować! „

Jednak moje pożądanie jest ogromne

Serce bije mi coraz mocniej i szybciej 

A on ciągle stoi, uśmiecha się kusząco, czeka…

Dalsza walka jest bez sensu…poddaje się. 

W końcu, na miękkich nogach- podchodzę…

Spoglądam na niego wzrokiem mówiącym wszystko

Dotykam czule…

……………….

.

.

.

.

.

 

I w  jednej chwili dociera do mnie, czego brakuje mi do naprawdę udanej urodzinowej imprezy :) . Ależ ja jestem roztrzepana! Zapomniałam o ?…. :D

 

16233

 

Michałki moje kochane, rozkoszy ust moich, prawdziwa radości, mocy endorfinek, moje szczęście! Wy zawsze wprawiacie mnie w fantastyczny nastrój nawet w najgorszy dzień! I ten SMAK!…po prostu niebo w gębie! :D Jesteście Moje! :D  Biorę Was :D

I tym sposobem, być może ktoś dał się podpuścić, wkręcić  :D Miał być gorący seks, pełen namiętności, czułości i finezji, a tu Michałki! :D  Taki mały psikus z mej strony :D Wybaczcie :D. Ale informuję, że impreza, choć dość kameralna – wyszła cuuuudnieeee  :D  Było smakowicie :) Pozdrawiam Was pięknie i  słodko. Pourodzionowo. :D

 

 

Marihuana. Zalegalizować czy nie?

 

Marihuana. Słowo, które elektryzuje i nieustannie budzi wiele kontrowersji.Najbardziej znana i uproszczona definicja mówi, że są to wysuszone i czasem sfermentowane kwiatostany żeńskich roślin konopi, zawierające substancje psychoaktywne. W naszym kraju traktowana jest jako narkotyk miękki - jeden z najbardziej popularnych.  O tym , jak narkotyki działają na organizm człowieka , dość szybko dowiedziałam się z zagadkowej dla mnie książki pt.” My, DZIECI Z DWORCA ZOO” leżącej na półce u mojej babci. To jedna z tych książek, które nie tylko uważam za pozycję wartą przeczytania. To moim zdaniem – lektura obowiązkowa dla każdego (zwłaszcza dla młodzieży). Miałam naście lat, kiedy wzięłam ją z ciekawości do ręki. Okazała się niezwykle ciekawą, szokującą, opartą na faktach historią młodej dziewczyny Christiane, która pod wpływem chłopaka  w którym się zakochała – zaczyna palić, ćpać, wciągać, zdobywać kolejne działki za sex. Słowem – spada na dno. Po więcej – odsyłam tutaj:


http://wyborcza.pl/duzyformat/1,127290,15915874,Zycie_po_dworcu_Zoo__Jak_sie_ma_najslynniejsza_niemiecka.html

Marihuana to narkotyk. Zatem mówiąc krótko: Szkodzi. A tego, co szkodzi po prostu unikam. Tak właśnie postrzegałam „Marysię”. Wielkie było więc moje zdziwienie, kiedy padło po raz pierwszy na naszym polskim podwórku hasło: sadźmy, palmy, legalizujmy!. Myślę sobie: „ludziom padło na mózg. Chcą legalizować to świństwo wiedząc, jak to działa, jak łatwo się uzależnić… a może jednak nie wiedzą?”. Jakiś czas później w tvn 24 trafiam na konferencję prasową pewnego klubu. Przy głosie  - kobieta, matka dwójki dzieci chorujących na padaczkę . Opowiada, jak jeszcze do niedawna wyglądała codzienność jej chłopców. Bardzo częste i silne napady drgawkowe, które czasami kończą się utratą przytomności. Płacz, smutek, poczucie bezradności rodziców, leczenie nie odnoszące  najmniejszych rezultatów. Słowem – klęska. I nagle przychodzi ratunek. Okazuje się bowiem, że marihuana tak źle się kojarząca, wykazuje także właściwości lecznicze. Synom tej kobiety zaproponowano leczenie tzw. marihuaną medyczną. Kobieta wyraziła zgodę na taką formę terapii, dzięki czemu ich pociechy z upływem czasu – zamiast 100-200 napadów miesięcznie, mają góra 20-30 miesięcznie. Łagodniejszy jest także sam ich przebieg. Długo nie mogłam przyjąć tego do wiadomości, że to co zabija – może także leczyć. A jednak….

Poszperałam w Internetach. Lecznicze właściwości marihuany, znane były ludziom już w Starożytności. Pierwsze zapiski o jej pozytywnym wpływie na organizm pochodzą z około 1000 r. p.n.e.. W Egipcie rośliną leczono przewlekłe bóle, choroby oczu, a także hemoroidy. W Indiach służyła do uśmierzania różnych bólów, w tym kobiecych porodów. Konopie stosowano również w starożytnej Grecji i w krajach muzułmańskich. Istnieje  ponoć szereg badań, które pokazują, że stosowanie marihuany, może pomóc leczyć choroby cywilizacyjne, uśmierzać bóle, czy też inne objawy dysfunkcji organizmu.

Pora na kilka głosów samych pacjentów:

#Gabriella: „Zaszłam w ciążę dzięki globulkom z marihuany”

Gabriella jest naturoterapeutką. W wieku 23 lat zdiagnozowano u niej bardzo poważną chorobę, w wyniku której miała nigdy nie mieć dzieci. Tak przynajmniej twierdzili lekarze. Włoszka jednak nie poddała się i dzięki stosowanym dopochwowo globulkom z marihuany własnego pomysłu udało jej się nie tylko zwalczyć chorobę, ale także zajść w ciążę i urodzić dziecko. Swoim niezwykłym doświadczeniem i metodą dzieli się obecnie z kobietami na całym świecie.

# Mykayla - 7-latka, którą leczono marihuaną

U Mykayli Comstock, gdy miała 7 lat,  zdiagnozowano ostrą białaczkę limfoblastyczną. Chemioterapia nie pomagała i choroba postępowała. Zrozpaczeni rodzice zdecydowali się rozpocząć terapię w postaci tabletek wypełnionych olejkiem z konopi (podaje portal Onet pl). W amerykańskich mediach zrobił się szum. Krytykowano rodziców, którzy zdecydowali się leczyć 7-latkę w taki sposób (nic dziwnego: mnie także to wciąż szokuje). Efekt jest taki, że Mykayla  czuje się coraz lepiej. Wyniki krwi i badania wykazują, że liczba komórek białaczkowych zmniejszała się w trakcie trwania terapii.  30 lipca ubiegłego roku po raz ostatni znaleziono komórki białaczkowe w krwi dziewczynki. Obecnie 9- letnia dziewczynka czuje się dobrze. (…).

# Lynn Cameron ze Szkocji – rak mózgu

W 2013 roku u Lynn zdiagnozowano raka mózgu 4 stopnia. Nieuleczalnego. Wtedy rozpoczęto tradycyjną formę leczenia – chemioterapię i radioterapię. Żadna z tych metod nie przyniosła rezultatów, a lekarze dawali jej od 6 do 18 miesięcy życia. Zaczęła poszukiwać informacji na temat alterantywnych form leczenia, wyeliminowała z diety cukier i przetworzoną żywność. Następnie odkryła, że marihuana ma uzdrawiającą moc i przeczytała wiele historii dotyczących leczenia raka olejem RSO. Była do niego sceptycznie nastawiona, ponieważ jest on nielegalny. Nie miała jednak nic do stracenia i postanowiła ratować swoje życie kosztem więzienia. Lynn postanowiła, że rozpocznie kurację olejem RSO. Każde kolejne badanie przynosiło poprawę. Podczas szóstego rezonansu okazało się, że nowotwór zniknął!”

# Stephen:  Pokonałem depresję.

Stephen przez wiele lat cierpiał na depresję i nie potrafił odnaleźć się w społeczeństwie. Marihuana zmieniła jego życie o 180 stopni – teraz Stephen jest odnoszącym sukcesy mężczyzną, który aktywnie działa na rzecz legalizacji. Jego historia została opublikowana w książce ,,Cannabis saved my life: stories of hope and healing’’ napisanej przez Elisabeth Limbach.

# Robert Randall - pionier stosowania medycznej marihuany w USA. Chory na zaawansowaną jaskrę próbował różnych terapii, ale żadna nie przyniosła rezultatu. Lekarze stwierdzili, że ok. 30. roku życia bezpowrotnie straci wzrok. Randall zauważył, że stan jego oczu poprawia się po wypaleniu marihuany. Oskarżony o nielegalne jej uprawianie, na drodze sądowej wywalczył sobie prawo do zażywania lekarstwa. Zmarł w wieku 53 lat i do końca życia zachował sprawny wzrok.(…)

Niewiarygodne…Świadectwa tych ludzi, którzy wygrali walkę z chorobą, są naprawdę imponujące. Takich przykładów (także polskich) jest cała masa. Mimo to, wciąż jestem rozdarta między za i przeciw legalizacji. Owszem, dla wielu chorych to nowa nadzieja i nowa szansa na poprawę jakości życia a nawet odzyskanie zdrowia. Ale! Nie zapominajmy o drugiej stronie medalu. Jest to substancja narkotyczna i jak każdy narkotyk, może prowadzić do uzależnienia a co za tym idzie - do poważnego uszkodzenia układu nerwowego. Palenie marihuany może także prowadzić do depresji. Wg badań – młode osoby, które palą marihuanę – są w znacznym stopniu narażone są na próby samobójcze. W niektórych przypadkach mogą pojawić się zaburzenia psychotyczne, m.in. urojenia, prześladowania, omamy, depersonalizacja itp. W chwili, gdy osoba sięgająca po marihuanę, ma problemy o podłożu nerwicowym (np. lęki, natręctwa itp), objawy te mogą być silniejsze i utrzymywać się stale. Wówczas zostaje leczenie psychiatryczne i odwykowe. Marihuana nie jest zatem zupełnie bez powodu  środkiem niedozwolonym w Polsce. Faktem jest jednak , że brak jej legalizacji też na nic się tu zda. Tacy już jesteśmy, że zakazany owoc lepiej smakuje. Dla wielu osób, rzeczy niedozwolone są najbardziej atrakcyjne. Nawet, jeśli nie dojdzie do jej PEŁNEJ legalizacji,  ludzie i tak będą ją brać, zdobywać w nielegalny sposób. Legalizacja z kolei – odebrałaby Marihuanie atrakcyjność zakazanego owocu. Zyskałaby na tym sporo nasza gospodarka. Uniemożliwiono by biznes przemytnikom narkotyków, sprzedając towar po dużo niższych cenach niż na czarnym rynku. Bez względu na to, czy dziś jesteśmy za czy przeciw legalizacji, ten temat będzie co jakiś czas powracał do nas jak bumerang. Nie uciekniemy od dyskusji na temat marihuany. Ma ona grono wielu zwolenników. Miłośnicy konopi stworzyli wokół niej kult. Niektórzy polscy artyści, wybili się poprzez utwory, związane z legalizacją marihuany. Znane marki odzieżowe, wprowadziły motyw marihuany na swoich produktach. Wyprodukowano także sporą ilość gadżetów z motywem konopi. W mojej okolicy  istnieje nawet (legalnie – potwierdzone przez policję)  „KONOPNA FARMACJA”, pierwsza w Polsce! – patrz link poniżej:


http://www.fakt.pl/wydarzenia/polska/slask/w-katowicach-jest-konopna-apteka/dtttrk9

Fanów do zakupu powyższych rzeczy nie brakuje. Odnośnie gospodarki, mały przykład w ramach refleksji : Stan Kolorado od stycznia 2013r., prowadzi sprzedaż marihuany w celach rozrywkowych. Legalnie mogą ją kupić osoby powyżej 21 roku życia. Z wyliczeń „USA Today”, wynika że sprzedaż marihuany w celach rozrywkowych, w ciągu miesiąca, wzbogaciła budżet o 2 mln dolarów. Tyle dała prosta legalizacja. I w końcu inna rzecz , którą warto wziąć pod uwagę: Papierosy czy alkohol  też uzależniają (kto wie, czy nie bardziej ?). Mimo to są u nas legalnie sprzedawane i wszędzie dostępne… A ty, drogi czytaczu, jak myślisz? Czy PEŁNA, CAŁKOWITA legalizacja marihuany jest nam potrzebna, czy też nie ?

 P.S. KRÓTKI DOPISEK (INFO Z KOŃCÓWKI CZERWCA 2017):

Medyczna marihuana jest już w Polsce legalna. Sejm przyjął ustawę, która umożliwia chorym dostęp do preparatów z konopi indyjskich. Preparaty będą mogły być wytwarzane w aptekach po otrzymaniu recepty od lekarza, a medyczna marihuana będzie sprowadzana zza granicy. Chociaż ustawa ma niewiele wspólnego z jej pierwotną wersją,  jest to milowy krok w kierunku pełnego dostępu do medycznej marihuany. Pierwotna wersja zakładała między innymi narodową uprawę medycznej marihuany, a także możliwość własnej uprawy konopi w celu sporządzania z niej odpowiednich preparatów. Aktualny projekt ustawy przewiduje, że importowane konopie będą wykorzystywane do wytwarzania preparatów, które będą wytwarzane, kiedy lekarze zaordynują sporządzenie leku recepturowego w aptece. 

Jednak sporo lekarzy polskich – wciąż nie jest przygotowanych na medyczną marihuanę. Większość z nich zasłania się kompletną nieznajomością tematu, a ci, którzy mieli styczność z marihuaną (pacjenci, których prowadzili, leczyli się nią na własną rękę) obawiali się konsekwencji prawnych i zawodowych. Najbardziej na takim podejściu ucierpią osoby chore, które próbują leczyć się na własną rękę (jak wspomniana w poście szkotka Lynn). A człowiek zdesperowany  jest gotowy na wszystko.(…).

I am Barbie Girl, czyli kult ciała a zaburzenia psychiczne

Dzisiaj jedna z ważniejszych dat na kartach naszej polskiej historii – dzień niepodległości. Ogromny tryumf Rzeczypospolitej, który obecnie nie jest dla mnie świętem radości, a rozdzieraniem szat i próbą przypisania sobie zasług przez ludzi, którzy tak naprawdę nic nie zrobili. Wiele blogerów wypowiedziało się już na ten temat, oddając piękny hołd tym, dzięki którym nasz kraj może cieszyć się niepodległością i wolnością. Dzięki Wam za ten wpis!. Ja kontempluje ten dzień w milczeniu. Nie chcę nikomu popsuć tego dnia gorzkimi słowami prawdy. Dlatego temat poruszany w tym poście będzie daleki od polityki.

Od czasu do czasu przeglądam prasę kolorową, głównie w sieci. Zazwyczaj nie ma nic ciekawego, godnego uwagi. Jakoś szybko mnie odrzuca. Zerknę po nagłówkach i niemal natychmiast odkładam. Jednak zdarza się, że trafi się temat, który wywołuje u mnie różne emocje, przykuwa uwagę, a nawet szokuje. Kilka dni temu trafiłam właśnie na ciekawy artykuł szeroko poświęcony Barbie. Lalka o idealnej figurze i pięknych blond włosach. Przynajmniej – na początku, gdyż z upływem lat jej wygląd się zmieniał. Lalka – ikona powstała w 1959 roku. Po raz pierwszy zaprezentowano ją na targach zabawek w Nowym Jorku, które odbyły się 9 marca. Po kilku miesiącach, z wynikiem 300 tys. egzemplarzy, była już najlepiej sprzedającą się zabawką na świecie, a w 2012 roku zyski firmy Mattel wyniosły ponad 900 milionów dolarów. I wciąż nie traci na swej popularności. Dzieci nadal kochają Barbie. Sama także byłam w posiadaniu jednej, prześlicznej blondie. Barbie – to ikona kobiecości i sexapilu. Ideał kobiety. Wśród bogatej kolekcji Mattel  - znalazły się chociażby barbie nawiązujące do gwiazd hollywoodzkiego kina, takich jak Marilyn Monroe czy Elizabeth Taylor. Z czasem do blond Barbie dołączyło wiele równie atrakcyjnych koleżanek , jak choćby czarnoskóra Christie , Malibu Barbie czy California Girl. Pojawiły się również zmiany w stylizacjach ubioru i make-upu Barbie. Wszystkie jednak łączyło jedno: obłędnie idealna figura. Zbyt idealna….

I tu w zasadzie pomału przechodzę do sedna sprawy…Nie od dziś wiadomo, jak ważnym elementem w życiu kobiety jest wygląd, atrakcyjność. Każda z nas ma jakieś wyobrażenie na temat tego, co jest piękne. Zapewne niejedna z nas miewała kiedykolwiek jakiś kompleks na tym punkcie: za mały biust, za wąskie biodra, za wysoka, za niska. Jest to przejściowe doświadczenie, które w końcu mija. Jednak może być ono bardzo niebezpieczne. Nie tylko wśród dzieci.  Barbie, choć to tylko plastikowa lala –  nadal lansuje trendy. Obrazowana w mediach, literaturze, reklamie postać Barbie podkreśla wizję kobiecej doskonałości fizycznej, dając nam jasny przekaz – musisz być chuda, musisz być ładna, musisz być zamożna…I wiele młodych dziewczyn bierze to bardzo dosłownie!.  Tak bardzo, że aż to mną wstrząsnęło….

 

 

barbiecover                                                   ***  żywa Barbie

 

Przykład? Proszę bardzo. Ładna 30-latka usunęła żebra, aby wyglądać jak lalka Barbie. Ładna, to zbyt mało powiedziane. Jak Zobaczyłam zdjęcie V. sprzed operacji – byłam w zachwycie. Po prostu prześliczna! Wygrała nawet międzynarodowy konkurs piękności. Zdolna, towarzyska i lubiana. Niestety nie była zadowolona ze swojego wyglądu. Postanowiła więc zostać żywą Barbie. (tu miejsce na mój szok). V. usunęła kilka żeber, powiększyła piersi i wymodelowała twarz. Chciała wyglądać najbardziej sztucznie, jak to tylko jest możliwe. Efekt? wstrząsający. Inna kobieta, M. – o białej do niedawna skórze,  platynowa blondynka o przeciętnej figurze – jest dzisiaj żywą wersją Christie, murzynką z olbrzymim biustem o rozmiarze 32S, a jej wygląd wręcz poraża sztucznością. I trzeci przykład. Tym razem – polski. Anella. Modelka i fotomodelka. Mówi o sobie:  ”Ja jestem REAL BARBIE”. Jeśli jesteście ciekawi, jak wygląda – polecam odwiedzić jej profil na Instagramie, lub wejść na podany w nawiasie link ( https://www.kozaczek.pl/plotka/anella-polska-barbie-chce-zrobic-sobie-plastikowa-pupe-instagram-78935?fb=1). Na Instagramie pozuje w dość odważnych pozach i jawnie przyznaje się do ingerencji w swoje ciało. Pod jednym ze zdjęć napisała: „Ja jestem Real Barbie. A moje usta będą jeszcze większe”. Słowa dotrzymała, bo pod najświeższą fotką z bardzo wydatnymi wargami dodała wpis: „Nowe usta = nowe życie”. Porażające…

Kiedy usłyszałam po raz pierwszy termin „żywa Barbie”, pomyślałam sobie: głupota, totalny absurd. Nie sądziłam, że znajdzie się na świecie (także i w Polsce) tak wiele kobiet, które chcą być Barbie za wszelką cenę. A nawet jeśli są takowe, to wierzyłam, że to chwilowy modowy kaprys, który do nas nie dojdzie. Po tym artykule i zdjęciach tych kobiet – nie jestem już tego aż tak pewna. W życiu bym nie przypuszczała, że zabawka Barbie – którą miałam i lubiłam za młodu – może być źródłem tak wielu zaburzeń psychicznych u młodych, w dodatku pięknych (na ogół) kobiet. Zupełnie nie rozumiem decyzji tych kobiet. Tym bardziej, że określenie „lalka” trudno nazwać komplementem. Pięknej modowej twarzy – mówiąc Gombrowiczem – przyprawiono „gębę” konsumpcjonizmu i braku aspiracji. Owa moda bycia żywą barbie, jest niebezpieczna i bardzo szkodliwa. Jak się okazuje – uśmiechnięta i piękna Barbie – jest dla naszych dzieci niezwykle groźna. Nie, nie jestem przeciwniczką barbie. Jestem przeciwniczką głupoty i zbytniego ulegania panującym trendom. Sylwetka Barbie jest sztuczna, zbyt wychudzona. Dziewczynom, które starają się osiągnąć zbliżoną do Barbie sylwetkę – grozi bulimia czy anoreksja. A to brzmi poważnie. Media bombardują nas niezliczoną ilością informacji, narzucają pewne kanony, trendy. Że niby to jest dobre, uczyni nas szczęśliwymi. Jednak Barbie to nie ideał kobiety. Ideałów po prostu nie ma. Wygląd to kruchy i kiepski fundament budowania swojego życia. Bo życie to coś więcej, niż tylko wygląd, czy dieta. Liczy się rodzina, kariera, rozwój osobisty, pasje i cała masa innych rzeczy. Zamiast więc poprawiać siebie i swój wygląd , który i tak ma ograniczony czas trwałości, pokochaj siebie kobieto!. Nie bądź Barbie. Bądź sobą!

Paradoksy ludzkiego życia

Człowiek to korona stworzenia. Istota rozumna, cielesno – duchowa, społeczna. Odmienna od pozostałych stworzeń. Od zwierząt różni się specyficzną budową ciała, oraz rozwiniętymi funkcjami mózgu, dzięki którym myśli, przeżywa, wyraża swoje uczucia. Różne czynniki wewnętrzne i zewnętrzne tworzą go, kształtują. Narodowość, kultura, wychowanie, rasa, religia, wykształcenie, umiejętności, światopogląd, temperament…. Cudowna jest ta różnorodność ludzka, indywidualność i piękno każdego z nas. Zostaliśmy wywyższeni , postawieni ponad wszelkie inne istoty żyjące, a więc obdarzeni błogosławieństwem, uprzywilejowani. Jesteśmy powołani do wielkości, do chwały! Jesteśmy zaprogramowani na rozwój, szczęście , sukces i spełnienie. Zostaliśmy w pełni uposażeni we wszystko co potrzebne, by takie właśnie nasze życie było. Ale – niestety… Człowiek, choć bez wątpienia wspaniały – nie jest wolny od skaz, słabości, błędu. Daleko mu do ideału. Miał być doskonałym arcydziełem, odblaskiem samego Boga, lecz nie jest. Zawdzięcza to samemu sobie. Ale tym razem wątek biblijny pominę , lub ewentualnie zostawię nań więcej miejsca w komentarzach. Póki co – skupię się jedynie tylko i wyłącznie na moich własnych , ograniczonych przemyśleniach.

Tak jakoś naszło mnie dzisiaj na małą refleksję, którą można by zamknąć określeniem ludzkie paradoksy. Mam na myśli takie postawy i zachowania, które przeczą naszemu człowieczeństwu, czyniąc zeń karykaturę. Nie da się ukryć: żyjemy w świecie pełnym sprzeczności. Dzieci chcą szybko dorosnąć. Dziewczynki bawią się w dom, stroją w damskie ciuchy (nierzadko podkradając mamie szminkę z torebki), próbują chodzić w szpilkach. Ale kiedy dzieci podrosną i wiedzą już, o co w tej dorosłości właściwie chodzi – chciały być młodsze, gdyż wtedy byłyby wolne od zobowiązań, odpowiedzialności za własne życie. Młodzież uczy się, zdaje egzaminy, a mimo dwóch fakultetów i dyplomu magistra – ma status bezrobotny . Alternatywą , by nie pierdzieć w stołek w domu i nie umrzeć z nudów – jest rozdawanie na ulicach ulotek informujących choćby o kursach językowych lub szybkich pożyczkach.  Sama od tego zaczynałam. Jestem po ekonomiku: rachunkowość, kadry, płace, zarządzanie kadrami, niemiecki średnio-zaawansowany. Wykształcona zatem nie najgorzej. Cóż z tego, kiedy pracy w zawodzie nie ma. Dlaczego?. Bo pracodawca oczekuje od młodego człowieka SZUKAJĄCEGO PRACY minimum 3-letniej pracy w zawodzie, doświadczenia i dwóch języków obcych perfect. Urząd ofert dla mnie nie ma, zatem szukam na własną rękę. Pukam od jednej firmy do drugiej błagając o nieodpłatną możliwość odbycia u nich stażu, a ci na to: nie, dziękujemy. To przykład z mojego życia. Wy z pewnością moglibyście przytoczyć bez liku swoich. Ostatecznie pracuję, co uznaję za prawdziwy cud. Za pracą uganiałam się bowiem 7 lat.

Żyjemy w kraju katolickim, wyznaniowym. Jednak tylko z nazwy. Dla wielu deklarujących się jako wierzący – wiara w Boga, Jezusa – nie przeszkadza uprawiać jogę , czy stawiać sobie tarota. To przecież niewinna rozrywka. Bardziej niż Bogu – ufamy  wróżce. Urodziłam się 13 – go i w dodatku w piątek. Zatem już dawno powinnam palnąć sobie w łeb, bo to przecież taka pechowa data. Zapewne dlatego mam w życiu pod górkę. Są tacy, co uchodzić mogą w naszych oczach za niezwykle pobożnych i bogobojnych ludzi. Chodzą do Kościoła w niedzielę, a nawet i w dni powszedni. Jednak w zaciszu ich czterech ścian toczą się prawdziwe dramaty: alkohol, przemoc fizyczna i psychiczna, zastraszanie, więzienie. Sąsiedzi słyszą, a udają głuchych. Ich zdaniem to okropnie złe, ale nie zareagują. W końcu to nie ich sprawa. Bywa, że dopada nas miłość przez wielkie M, bierzemy ślub. Pierwszy większy kryzys i staramy się o unieważnienie małżeństwa. To teraz takie modne u młodych…A skoro już o modzie mowa…dlaczego by nie wspomnieć o paradoksach i w tej dziedzinie życia? Ja muszę się wam przyznać, że jestem bardzo nie modną kobietą. Jak większość kobiet lubię zakupy. Jestem estetką, więc szukam pięknych rzeczy. Uwzględniam podczas wyboru także jakość i cenę. I tak przykładowo – wchodzę do galerii handlowej i rzuca mi się w oczy kawał czegoś jakby szmaty, która kosztuje nawet 250 zł. :). Prawdziwa okazja! W ogóle a propos mody – ubolewam nad losem modeli. To, co z nich się robi, woła o pomstę. Sami zobaczcie:

 

 

najgorsze stylizacje 2012 3 knqktkqTURBXy84N2NmMjQwOTllOWVjY2UzMDZlMWNiYjViMzAyOTQ1NC5qcGVnkpUDAQDNAzDNAcuTBc0DIM0Bwg

 

 

Żeby nie było: lubię pana Szpaka. Jednak męskie przebieranki w kobiece łachy (nawet, jeśli jest to tylko look artystyczny) są dla mnie nie do przyjęcia! Jestem kobietą? Pokażę to strojem. Teraz często baba chcę być facetem, a facet kobietą. Feministki dawniej – walczyły o wiele słusznych rzeczy. O społeczne i polityczne równouprawnienie. Ich sposób działania okazał się skuteczny. Obecne feministki robią z siebie (i kobiet w ogóle) idiotki, kompromitując się totalnie, a co gorsza – nawet nie zdają sobie z tego sprawy! Przykład? Choćby osoba Magdaleny Środy, której nie trawię. Co jakiś czas w sieci przetacza się fala oburzenia odnośnie jej wypowiedzi. W otoczeniu znana jest jako etyk, co nie przeszkadzało jej w rozważaniach dotyczących zabijania ciężko chorych, narodzonych dzieci. Środa ma także ogromną wiedzę na temat wojska, którą rzecz jasna się podzieliła:

- Pokraczne czołgi, falliczne karabiny, sztywni chłopcy w sztywnych mundurach, kretyński krok defiladowy… Budzi to z jednej strony moją odrazę, tak jak budzi ją każda przemoc, śmierć i zniszczenie, z drugiej strony ma to w sobie wiele komizmu: dorośli faceci na trybunach prężą pierś, zachwyceni swymi chłopczykami i bronią do zabijania – napisała na Facebooku Magdalena Środa.

 

Nie wiem, czy to bardziej żałosne, czy śmieszne. A co tam panie słychać w polityce? Ha! tam to dopiero paradoksów znajdziemy. Największym z nich jest chyba fakt, że pchają się do polityki głównie ci, co mają siano zamiast mózgu. Każde działania, wypowiedzi medialne, czy wreszcie ustanawiane prawa – zdają się to potwierdzać. Niestety. Politycy raz po raz fundują nam kolejne buble prawne. I tak – jak dzieliłam się już na pewnym blogu – choćby kwestia Sprawiedliwości – Temidy. Prosty przykład. Osoba, która ukradła z braku środków do życia zostanie bardziej surowo ukarana, niż fałszerze, wyłudzacze czy ktoś kto regularnie nas okrada (choćby piramidy finansowe i trefne oferty pożyczek/ kredytów). Stawianie pomników upamiętniających ofiary katyńskie, czy wybór wykonawcy Pomnika  p. Prezesa jest o wiele ważniejsze, niż chociażby służba zdrowia, komunikacja miejska, miejsca pracy dla młodych, system emerytalny itp. To, co w normalnym państwie powinno być priorytetem – u nas jest na szarym końcu. Teoretycznie – mamy prawo do prywatności, tj. brak cenzury. W praktyce – inwigilacja totalna. Także w sieci. Jakieś małżeństwo nie może się stać rodziną adopcyjną dla jakiegoś dziecka (gdyż kobieta zajść nie może). Tymczasem inna kobieta albo swoje maltretuje, wyrzuca na śmietnik, albo podrzuca do OKNA ŻYCIA. Lekarz…taki szlachetny zawód, z misją: Leczyć, ratować życie. Można by rzec – prawdziwy bohater. Szkoda tylko, że nierzadko to ratowanie zamienia się w mordowanie (aborcje, eutanazje). To lepszy biznes. Przysięgę Hipokratesa (przeczytajcie ją w necie, proszę!) można wywalić z pamięci. W końcu to tylko słowo, aborcję zaś zawsze można pokazać światu jako akt miłosierdzia wobec cierpiącego, czyn jak najbardziej na miejscu….Taka Dulskiej moralność. Paradoks? Jeszcze jaki! I jeden drugi goni.

W kulturze , świecie mediów, prasie – też ich sporo. Ja podam jedynie jeden – bo post i tak już urósł do rozmiarów niebotycznych. Ostatnio głośno o Andżelinie i Bradzie. Nie, tym razem nie o rozwodzie, a o problemach z dziećmi. Siloh, jedna z ich córek – chce być chłopakiem. (info z lipca). Noszz Boże, widzisz to wszystko i nie grzmisz. Nie pozwala  sobie zapuścić długich włosów, wybiera dla siebie chłopięce ubrania – takie, jakie noszą jej starsi adoptowani bracia, Maddox  i Pax . Rodzice zgodzili się, by Siloh przeszła kurację zmiany płci. Dziewczynka ma niebawem rozpocząć procedurę hormonalną… Dla mnie osobiście – tragedia. Pomieszanie z poplątaniem. Jak ten świat by wyglądał, gdyby wszyscy decydowali się na zmianę swojej płci? Nasz gatunek jest naprawdę mocno zagrożony. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że idziemy ku upadkowi. Proces odczłowieczania człowieka – postępuje.

Czy jest dla nas ratunek? Czy mamy szansę powstać z resztek naszego człowieczeństwa, odzyskać naszą godność i piękno?  Mam nadzieję, że tak. W każdym razie – powinniśmy o to walczyć każdego dnia. Nie dajmy się zwariować, ogłupić jakąś nową modą, której ukryty przekaz brzmi: „jesteś normalny, jesteś sobą? jesteś nikim!”. Nieprawda! Jestem człowiekiem, kobietą, istotą rozumną, wolną. Jestem koroną stworzenia. Jestem stworzona idealnie. Jestem kobietą idealną w swej niedoskonałości. Kocham siebie. Uwielbiam swoją kobiecość, swoje życie, które każdego dnia przynosi coś nowego. Nie muszę i nie chcę dopasowywać się do jakiś głupich trendów. To ja będę przecierać szlaki, wyznaczać nowe trendy, lansować tylko to, co naprawdę wartościowe i dobre. Nie pozwolę z siebie zrobić karykatury człowieka! Bo człowiek – brzmi dumnie!

PS. Notka powstała pod wpływem chwili. Źródłem inspiracji – Wasze notki :D

 

 

 

Na krowim kacu

Tak, moim drodzy, dobrze czytacie: jestem na moralnym kacu.A zaczęło się niewinnie. Wychodząc z wieczornej mszy świętej, dopadł mnie lekki głód. Idąc przez siebie dotarły do mnie z ulicy fast-foodowe zapachy, którym czasem ciężko mi się oprzeć. Więc weszłam do niedawno otwartej u nas knajpy. Pomyślałam: tyle razy przechodzę tędy, a jakoś nigdy nie weszłam do środka. Z zewnątrz wygląda ciekawie. Raz się żyje! Co tam!. Przecież niczego nie muszę zamawiać. Rozejrzę się tylko, zorientuję co i jak. Przecież mnie nie wyrzucą. Po dokonanej obserwacji postanowiłam jednak zamówić dwa burgery. Oczywiście – na wynos.  Jeden dla siebie, a drugi dla Tatka. Bo razem smakuje lepiej. Nic tak dobrze nie integruje ludzi, jak wspólny posiłek. Miałam trochę problemów z zamówieniem. Jaka bułka, jakie dodatki, jakie mięso etc. Przez chwilę rozważałam podwójną porcję wołowiny, ale ostatecznie stwierdziłam, że nie. Boska opatrzność.

Burgery dostałam do ręki po ok. 10 minutach. Zadowolona pruję do domu. To się tatko zdziwi!. Faktycznie – był zaskoczony. Właśnie zasiadał przy sajgonkach, a ja mu z tą krową zdrową na stół wjeżdżam. OK, zatem sajgonki trochę poczekają… Ja wydałam wyrok na pana Soprano, więc Tatkowi dostał się Gentelman. Ukradkiem obserwowałam jego reakcję na pałaszowanego burgera. „Bardzo dobry „- stwierdził z zadowoleniem. Mój też okazał się dobry w smaku. I w tym momencie dzieje się ze mną coś dziwnego: Każdy kolejny kęs pochłanianego przeze mnie burgera sprawia, że coraz bardziej odczuwam wyrzuty sumienia.No bo co ja też robię? Wcinam tę biedną krowę, jak gdyby nigdy nic! Zero wdzięczności! Przecież to właśnie dzięki krowie – mogę cieszyć się w domu z posiadania mleka, które tak bardzo dodaje smaku mojej rozpuszczalnej kawie! Znalazłam się w sytuacji totalnie bezsensownej. Komiczno – tragicznej. Miałam mieć z tego spontanu niezłą frajdę, a zamiast tego –  roztkliwiam się nad losem krowy?. Ludzie jedzą kurczaka, indyka, gęsi, królika, kaczkę…dlaczego więc nie krowę??? W czym problem ????? Krowi kac.

Po zjedzeniu burgera – przyszła refleksja. Dokonałam czegoś absolutnie niedopuszczalnego, haniebnego, nieludzkiego, zasługującego na surową karę. Dopuściłam się aktu profanacji.Dla Hindusów ze wszystkich sekt i wszystkich czterech kast cokolwiek ma związek z krową, nawet jej kał i mocz, jest święte!.Wierzą oni, że krowy i bramini zostali stworzeni w tym samym dniu, a co za tym idzie, są jednakowo święci.W hinduizmie zabicie krowy to ohydny grzech,a jedzenie wołowiny jest bardziej odrażające niż kanibalizm!.Krowa jest emblematem Bogini Ziemi,matki,która karmi do syta,przygarnia i ochrania swoje dzieci!.Spokój krowy i jej cierpliwy rytm życia spowodowały, że stała się ona wizerunkiem pełni świętości.Krowy są zatem nie tyle czczone,co szanowane i po prostu nietykalne. Można je przegnać kijem,ale nie wolno pod żadnym pozorem ich zjadać! Aja co??? Kanibal jeden…

 

Dziwnie to zabrzmi, ale jedząc tego burgera – w sercu czułam dziwny, nieznany mi dotąd niepokój. Zupełnie jakbym robiła coś bardzo, ale to bardzo niewłaściwego. Dziwne uczucie. Dlatego też postanowiłam dokładniej przyjrzeć się owej krowie. Spojrzałam na nią okiem religii takiej jak choćby wspomniany wyżej hinduizm. Pora zatem na chrześcijaństwo.

W symbolice biblijnej i tematyce chrześcijańskiej – jak przeczytałam – krowa jest symbolem płodności i siły.Chrześcijanie wychodzą z założenia, że pokarm jest darem od Stwórcy (św. Paweł miał widzenie, w którym Bóg pokazał mu chustę spadającą z nieba, a na niej pojawiły się wizerunki wszelkich zwierzą i roślin). Byki, krowy, jałówki i cielęta – były zwierzętami ofiarnymi. Prorok Amos wspomina o ofiarach biesiadnych z tuczonych wołów (5,22). Księga Liczb (19,1-10) zawiera nakaz zabicia młodej, czerwonej krowy i spalenia jej razem z drewnem cedrowym, hizopem i nitkami karmazynowymi oraz zmieszania jej popiołu z wodą oczyszczoną, która służyła do obmyć rytualnych . W Biblii zostały wymienione zwierzęta odpowiednie do konsumpcji przez człowieka i te nieodpowiednie (tj. odpowiednio: czyste i nieczyste). Bóg w Starym Testamencie powiedział, że zwierzęta,które przeżuwają pokarm i mają rozszczepione racice, można konsumować (Kpł. 11,3; Pwt. 14,6).Należy do tego: bydło,owce, kozły, jelenie i rodzina gazeli,antylop (Pwt. 14,4-5). Jako nieodpowiednie wymienione zostały takie zwierzęta jak: wielbłądy, zające, świnie. Wyliczone zostały też małe zwierzęta, które „biegają po ziemi”, a są nieczyste: krety, myszy, łasice, żółwie czy jaszczurki (Kpł. 11,29-31). Nieczyste dla Izraela były także czworonogi (np. koty, psy, zwierzęta, lwy, tygrysy itd. – ucg.org). Bóg  powiedział też, że ryby słono- i słodkowodne z płetwami i łuskami mogą być jedzone, ale te stworzenia, które nie mają tych cech (np. sumy, homary, kraby, krewetki, omułki, małże, ostrygi, kałamarnice, ośmiornice itd. – ucg.org) nie powinny być spożywane. Wymienione zostały także ptaki i inne latające stworzenia nieczyste (Kpł. 11,13-19). Ptaki żywiące się padliną i drapieżne, a także nietoperze. Na liście nieczystych nie ma ptaków takich jak kurczaki, indyki czy bażanty. Wynika z tego, że Bóg przyzwolił na ich jedzenie. Owady za wyjątkiem szarańczy i koników polnych, są nieczyste. To tak w ramach ciekawostki….W końcu nie darmo mawia się: jesteś tym, czym jesz. 

Wychodzi więc na to, że krowy – jako chrześcijanin z krwi i kości – mogę jeść z czystym sumieniem, bez żadnego skrępowania, z przyjemnością. A zatem skąd to dziwne uczucie? Choć jest to dla mnie zupełnie niezrozumiałe i bezzasadne, to wydaje mi się, że więcej na krowę się nie skuszę. Spróbowałam nowości i proszę, co mi z tego przyszło?. Krowi kac!. Jestem totalnym abstynentem (mam na myśli alkohol). Jednak dzięki krowie w jakimś sensie rozumiem już, co znaczy określenie „mieć kaca”. Jedzenie powinno zaspokajać głód, sprawiać przyjemność – nie wywoływać wyrzuty sumienia i przyprawiać mnie o ból głowy. Od krów – Świętych czy też nie – od dzisiaj trzymam się z daleka (…) Na wiedzy, że w smaku dobre są – poprzestanę. Jestem bogatsza o nowe doświadczenie kulinarne. Mało przyjemne, ale cóż poradzę, że taki ze mnie wrażliwiec i miłośnik zwierząt.  Rzecz zaskakująca: Codziennie je pałaszujemy (no, może prawie codziennie), a mnie dopiero ta krowa ruszyć musiała. Żal mi zwierząt, naprawdę. Ale albo one, albo my!. Coś przecież jeść musimy! Na razie jednak muszę się otrząsnąć z doznanego za sprawą „świętej” krowy wstrząsu. Do tego czasu – przerzucam się na wegetarianizm….

 

 

 

 

Non omnis moriar…

Tegoroczne Wszystkich Świętych przejdą do historii całej mojej rodziny za sprawą mojej babci. Jakiś czas temu wspomniałam na blogu o jej poważnych zdrowotnych problemach. Można powiedzieć, że od kilku lat lawirowała pomiędzy światem żywych i umarłych, skutecznie wymykając się z objęć śmierci. Dwa tygodnie temu zasłabła. Miała zapaść sercowo – oddechową. Lekarze nie dawali dobrych rokowań. Większość czasu nieprzytomna, bardzo słaba, ledwo rozumiejąca co się właściwie stało i gdzie jest. Po kilku dniach – wielka poprawa. Powróciły siły, oddychała samodzielnie, pomału stawała na nogi. Przenieśliśmy ją do Ośrodka, pięknego miejsca, gdzie miała zapewnioną całodobową opiekę na wysokim poziomie. Była zachwycona. Piękne okolice, panie miłe, jedzenie dobre. Rodzinie spadł kamień z serca. Zagrożenie minęło (….).

Zaczęły się zatem przygotowania, by po upływie miesiąca rehabilitacji w ośrodku – mogła wrócić do siebie. Przedtem jednak trzeba było zadbać o parę rzeczy. Chociażby dobrze zagospodarować jej pokój, wyrzucić rzeczy zbędne, wstawić rehabilitacyjne łóżko itd. Nie minęły trzy dni i dzwonią do nas z informacją, że stan zdrowia babci bardzo się pogorszył. Musieli ją przewieźć z ośrodka do szpitala. Z godziny na godzinę było coraz gorzej. I w pewnej chwili do mamy zadzwonił telefon. Poczułam wtedy niepokój w sercu. Czułam, że to koniec. Moje przeczucie niestety okazało się prawdziwe. Tym razem to Pani Śmierć była górą. Zabrała babcię ze sobą w dniu Wszystkich Świętych. Przypadek? Nie sądzę. Lepszego dnia na wędrówkę do domu Ojca nie mogła sobie wybrać. Formalności załatwiono w ekspresowym tempie. W piątek był pogrzeb. Obiecałam sobie: zero łez. Ona by tego nie chciała. To raczej my, którzy pielgrzymujemy jeszcze, powinniśmy nad sobą zapłakać. Czuwanie przy zmarłej, wspólny różaniec, msza święta i przemarsz na cmentarz. W drodze – modlitwa przebłagalna (…).

Nie umiem tego wyrazić, mogę jedynie powiedzieć, że jeszcze na takim pogrzebie nie byłam. Klepsydry pojawiły się na mieście dopiero w przeddzień pogrzebu, zatem zakładaliśmy, że niewiele ludzi się pojawi . W końcu było to w piątek, zwykły roboczy dzień. Jakie więc było moje zdziwienie, gdy o godzinie 11.00 ujrzałam pełen kościół. Zatkało mnie. Co chwile ktoś podchodził, składał wieńce, kwiaty, wyrazy współczucia. Wielu ludzi nie znałam. Ale oni znali babcię i przyszli się z nią pożegnać. Zobaczyłam jak wiele tych kwiatów i pomyślałam sobie: a cóż ty się dziwisz? przecież to taka dobra kobieta była. Nie dało się jej nie kochać. (…) Kiedy spuszczano już trumnę, trębacz zaczął grać BARKĘ. Po jej odegraniu i złożeniu trumny, zza ciemnych chmur z których obficie lał deszcz, zaczęło przebijać się słońce!  Zupełnie, jakby babcia uśmiechała się do nas wszystkich.

Non omnis moriar znaczy: ”nie wszystek umrę”. Dla mnie Babcia nie umarła. Mózg przestał pracować, serce bić, ciało reagować na bodźce . Ale przecież żyje ludzka dusza.  Babcia wciąż żyje, zmieniła jedynie swój adres zamieszkania. Zawsze będzie żywa , dzięki swojej miłości i dobroci. Moja pamięć o niej nigdy nie przeminie. O takich rzeczach zwyczajnie się nie zapomina. Pociesza mnie także sposób w jaki odeszła. Śmierć zastała ją pełną radości, spokojną, gotową do drogi. Nie będę płakać, czy rozpaczać. Przeciwnie: będę się radować z tego, że mam w Niebie orędownika. Bo nie mam najmniejszej wątpliwości, że właśnie tam jest. (…). Będzie mi tęskno, to na pewno. Ale kiedyś przecież znowu się spotkamy. Cóż to wtedy będzie za radość!

I na koniec: moje przesłanie do nas wszystkich: piosenka doskonale wpisująca się w klimat ostatnich dni i moich osobistych przeżyć.

 

 

Śmierć – najlepszy pedagog życia

 

Listopadowy miesiąc jest specyficzny. Pełen nostalgii, melancholii, refleksji…. To właśnie wtedy odwiedzamy cmentarze, będące miejscem spoczynku naszych najbliższych: rodziny, przyjaciół… Widzimy ich postaci, całe ich życie, wszelkie dobro, jakie nam ofiarowali. I w duchu pytamy siebie: dlaczego odeszli, pozostawiwszy nas tutaj, na tym łez padole? Przynosimy im kwiaty, wieńce, piękne znicze, modlitwę. Oraz to, czego nie zdążyliśmy ofiarować im za życia: Swoją miłość,  którą  tak trudno nam było okazać. Podziękowania . Wspomnienia. Przeprosiny oraz wybaczenie wszystkich zadanych nam ran. To, co skrywaliśmy głęboko w sercu. SIEBIE… Wierzymy , że gdziekolwiek są – już nie cierpią, lecz cieszą się radością i pokojem. I tylko płonące znicze są dla nas symbolem ich obecności pośród nas. Bo chociaż ciało zostało pochowane (bądź skremowane)  - oni naprawdę są z nami. Są bliżej, niż nam się wydaje: w naszym sercu.

   *******************

Rzadko myślimy o śmierci, choć jest ona nieunikniona. Prędzej czy później zapuka do naszych drzwi. Jest ona dla nas tajemnicą, misterium. Nie wiemy, kiedy się jej spodziewać, jak na nią przygotować siebie i naszych bliskich. To trudna dla nas rzeczywistość.  Śmierć kojarzy nam się tylko i wyłącznie z bólem, cierpieniem, strachem, samotnością, utratą. Śmierć to gwałt zadany życiu, to jego kres. I chociaż boje się śmierci – jak większość ludzi – wierzę, że to nie koniec. Że jest coś więcej. Wierzę mocno, że śmierć jest dopiero początkiem prawdziwego życia. Jest jakby przedsionkiem wprowadzającym nas w nową rzeczywistość. Tą rzeczywistością jest zbawienie, nowy Dom, którym jest Niebo.  To na pewno niezwykle cudowne miejsce, które czeka na każdego. Wybór należy do nas.

                *************************

Mimo, że spotykamy się ze Śmiercią co dzień – wciąż się Jej boimy.  Ma ona wiele twarzy. Umiera wieloletnia przyjaźń (u mnie tak się zdarzyło). Wypalamy się zawodowo. Niekiedy wygasa miłość we wzorowych małżeństwach z naprawdę długim stażem. Miewamy myśli samobójcze, tracimy sens życia. To także pewien rodzaj obumierania. Zdarza się, że niektórzy ludzie przeżywają śmierć kliniczną i wracają do nas. Niewiele wiemy o tego rodzaju śmierci, ale słyszymy opisy przeżyć z nią związanej: tunel, światło itp. Największy lęk budzi w nas śmierć cielesna oraz poczucie osamotnienia i wewnętrznej pustki. Tymczasem istnieje o wiele gorszy rodzaj śmierci, której powinniśmy się obawiać: śmierć duchowa. A mówiąc prościej – odłączenie od Bożej miłości . Wieczna samotność. Potępienie. Piekło.

                                                                       ************************

Moja Ś.p. babcia – bardzo często opowiadała mi o śmierci. O tym, że kiedyś odejdzie. Denerwowało mnie to , bo ileż o tej śmierci można? To w końcu taki dołujący temat. Wiem, że kiedyś umrze każdy z nas, ale po co to rozstrząsać?  Raczej nie mamy na to wpływu, więc żyjmy tu i teraz: Carpe diem!. Co ma być – to będzie! Ale dziś wdzięczna jej jestem za to oswajanie mnie ze śmiercią. Pomogły mi te nasze trudne i szczere do bólu rozmowy, pomogła także wiara. Dzięki temu – kiedy babcia faktycznie umarła – na pogrzebie mogłam dotrzymać danej jej obietnicy: nie uroniłam ani jednej łzy, kiedy spuszczano trumnę. Było tak, gdyż patrzyłam już na tę drugą rzeczywistość – dla nas nieznaną, zakrytą. Wystarczyło mi to, że już nie cierpi. Że jest tam. Z NIM. Z Bogiem.(….)

 *********************

Może zaskoczę Was tą myślą, która zmierza do puenty – ale powiem to:  śmierć w kontekście czasu i ziemskiej egzystencji jest czymś cudownym, wręcz zbawiennym. Dlaczego? Ponieważ pomaga nam to życie szanować, wartościować. Gdyby nie było perspektywy śmierci, to nie szanowalibyśmy życia, nie potrafilibyśmy docenić tego, co życie daje nam każdego dnia. Gdyby nie było perspektywy śmierci w naszym życiu, to nie stanowiłoby ono żadnej wartości!. Zatem Śmierć jest dla nas pewnego ro­dzaju  ”szkołą” , która uczy nas  jak ŻYĆ. Jest błogosławieństwem. Często nami wstrząsa, porusza , kruszy nasze serca. Ale przede wszystkim – pomaga nam –  tak bardzo zabieganym  - zwolnić, zatrzymać się i zadać sobie czasami pytanie: QUO VADIS?

Sprawni inaczej – czyli moje spojrzenie na niepełnosprawność

Są wśród nas ludzie niezwykli, choć często mijani niezauważeni przez nas  na co dzień. Ich życie to nieustanna walka. Z chorobą, własną słabością, ograniczeniami, stereotypami, brakiem akceptacji , barierami społecznymi, niechęcią, pogardą , odrzuceniem… To  niepełnosprawni. Choć trudno mi się porównywać z osobą poruszającą się na wózku inwalidzkim lub taką, która nie ma jednej kończyny (bywa, że obu), doświadczyłam tego wszystkiego ze strony innych. Nie jest to nic przyjemnego. Jednak nie zamierzam się nad sobą użalać, a pokazać  Wam  ogrom bogactwa i piękna ludzi niepełnosprawnych. O tym właśnie ten post. O ludzkiej (nie) pełnosprawności.

Taka osoba ma dwa wyjścia. Albo pogodzić się z sytuacją i nieustannie nad sobą żalić, albo pokazać światu na co go stać!.  Ja wybrałam to drugie. Słowa  „niepełnosprawny” czy „inwalida” – kojarzą się najczęściej z uszkodzeniem narządu ruchu, kalectwem widocznym od razu przy pierwszym kontakcie z osobą niepełnosprawną.  Tymczasem osoba cierpiąca na choroby neurologiczne (w tym neurodegeneracyjne), choroby serca, astmę, autyzm, Zespół Downa, Turreta, głucha (niema), mająca problemy metaboliczne (np. cukrzyca, choroba Leśniowskiego-Crohna) czy psychiczne, zmagająca się z nowotworami – także należy do tej kategorii. Choć ja osobiście nie mam zwyczaju dzielić ludzi na lepszych czy gorszych. Jeśliby zerknąć do statystyk – odnosząc się do wymienionych dolegliwości i chorób – okaże się, że niepełnosprawnych naprawdę jest wiele ! Skąd zatem tyle uprzedzeń w stosunku do takich osób? Wydaje mi się, że z powodu ludzkiego egoizmu  oraz lęku, który bierze się tak naprawdę z braku wiedzy. Choć jeśli o mnie chodzi – zauważam coraz większą świadomość otoczenia, czym jest padaczka i częściej otrzymuje pomoc niż np. kilka lat temu. Ostatnio nawet , kiedy zasłabłam na chodniku – z samochodu wysiadła młoda kobieta i sama z siebie podrzuciła mnie do przychodni. Piękny gest.

Osoba niepełnosprawna ma trudniej już na starcie. Oprócz problemów w komunikacji międzyludzkiej na drodze swego życia napotyka wiele barier, które nie pozwalają mu w pełni funkcjonować w społeczeństwie. Przykład? Brak przystosowanych krawężników, przejść dla pieszych, autobusów komunikacji miejskiej czy podjazdów do budynków użyteczności publicznej. Na pewno trudniej jest otrzymać pracę. Aby dobrze funkcjonować – w domu potrzebne  są nieraz odpowiednie umeblowanie (choćby szafki na odpowiedniej wysokości) czy  sprzęt rehabilitacyjny dla takiej osoby .(…)

Niepełnosprawność nie musi być jednak barierą nie do przeskoczenia. Problemy, z jakimi boryka się taka osoba – mogą stać się wyzwaniem. Impulsem, który zmotywuje taką osobę do walki o siebie, o swój rozwój, co zaowocuje sukcesem. Bywa, że naprawę wielkim! Ja pozwolę sobie zamieścić jedynie kilka przykładów takich właśnie sukcesów. Oto mocne dowody na to, że ludzka niepełnosprawność nie musi wykluczać normalnego życia. :)

 

omelczuk1

 

Masz przed sobą obraz chatki. Choć równie dobrze mógłby on przedstawiać piękny wschód słońca, jakieś zwierzę, czy totalną abstrakcję, jakich wiele możemy spotkać w galeriach sztuki.  Wyobraź  sobie drogi czytelniku, że został on namalowany pędzlem utkwionym między palcami stopy osoby niepełnosprawnej (lub pędzlem trzymanym w ustach). Niewiarygodne prawda? Ile trzeba trudu, ile ćwiczeń, by  taką metodą (i z takim efektem) by coś takiego namalować?!

Współcześni niewidomi mają liczące się osiągnięcia w muzyce. W XIV Konkursie Chopinowskim w październiku 2000 r. uczestniczył niewidomy Japończyk Kakehashi Takeshi. Pianista zakwalifikował się do II etapu. Uwzględniając międzynarodową rangę Konkursu, występy jego należy uznać za wielki sukces. Japończyk nie był jedynym niewidomym pianistą uczestniczącym w Konkursach Chopinowskich. W II Konkursie Chopinowskim w 1932 r. wielki sukces odniósł niewidomy Węgier Imre Ungar, zdobywając drugą nagrodę. W V Konkursie Chopinowskim w 1955 r. niewidomy pianista Edwin Kowalik otrzymał dyplom honorowy.

 

4030c63234e86e2b4080f7e7021f8ffe,640,0,0,0

Ogromnymi sukcesami mogą się pochwalić także paraolimpijczycy, choćby Natalia Partyka – niepełnosprawna tenisistka stołowa., jedna z najbardziej rozpoznawalnych polskich sportowców. A oto, co mówi nam o sobie sama Natalia:

Od samego początku miałam wiele chęci do treningu. Po niespełna 6 miesiącach miałam wystartować w mistrzostwach Polski osób niepełnosprawnych. Pamiętam też, że motywację do pracy miałam dużą, bo siostra była ode mnie lepsza. Nie mogłam pogodzić się z tym, że za każdym razem z nią przegrywałam.

 

” Ona zdobyła swoją popularność przez wielką osobowość. W Pekinie kibice byli nią zachwyceni, a gdy pokonała trzecią rakietę świata, wręcz oszaleli na jej punkcie” – mówi naTemat Leszek Kucharski, były trener Partyki w kadrze juniorów.

I na koniec  przykład numer cztery (jako że czas mnie goni ) – tym razem w postaci wideo. Powiem jedynie, że gdy to obejrzałam po raz pierwszy – oniemiałam z wrażenia!.

 

I CO WY NA TO ???? :)

 

Intymnie, bo z duszy. (Nie) mocna Ja.

Na początku śpieszę donieść, że wróciłam w końcu do pracy! Zważywszy na to, jak długo na to czekałam – moja radość nie ma granic! Wstałam jak skowronek, pełna entuzjazmu i chęci do działania. Chwile szczęścia przeplatane są jednak wielką próbą wytrzymałości…Cierpieniem, które wydaje się być istną drogą przez mękę. Jeśli ktoś ma świadomość, co się dzieje we wnętrzu ludzkiego ciała, którym co chwile targają ataki padaczki – ten wie o czym mówię. Brak kontroli nad ciałem, przyspieszony puls, zaburzenie układu ruchu, paniczny strach i totalne wyczerpanie. Obraz nędzy i rozpaczy.To ja dzisiaj. I kiedy to w myślach pochylałam się nad swoim żałosnym stanem – jedyne co mogłam zrobić to położyć się, wziąć do ręki książkę Jezus żyje Sary Young (zamiennie z Pismem Świętym) i różaniec. To nie będzie zwykły post. To odrobina mojej prywaty , dźwiganego krzyża i przemyśleń nad tym, co tak naprawdę jest moją siłą. Cóż to takiego w ogóle  ta siła?. Słowo siła na początku kojarzy się z fizycznością człowieka. Arni ze zdjęcia z pewnością jest uosobieniem siły. Ja jestem słabego zdrowia, krucha i totalnie bezradna. Tak właśnie o sobie myślę, tak mówi o mnie mój wewnętrzny krytyk: SŁABA!…I z tej słabości wyrasta moja siła. Ponad miarę, bo łaską Boga. Wszak Jego cierpienie było nie do wyobrażenia. Z jakiegoś powodu, Wszechmogący daje mi swoją siłę. Dzieli się swoją miłością oraz doświadczeniem swojego Bólu. Absurd? Dlaczego? Kiedy kochamy kogoś naprawdę i na sto procent – chcemy z nim dzielić wszystko. Radości i smutki. Sukcesy i porażki. W prawdziwej miłości nie ma miejsca na egoizm. Nie ma Ty i Ja. Jesteśmy MY (…) Niesamowity jest ten bilans wspólnego przeżywania, dzielenia sobą: radość pomnaża się, gdy ją z kimś dzielimy, zaś cierpienie  przeciwnie – staje się mniejsze.

 

 

1367593054_zfgzbm_600

Tysiące myśli – pomimo zmęczenia – przelatuje mi przez głowę. Wiele pytań. Co twoim zdaniem kryje się za wyrażeniem „jestem silny/a”? Co jest prawdziwą siłą człowieka? Dla mnie z pewnością największą siłą jest Miłość. Ta konkretna, osobowa, skierowana do mnie przez Tego, który Jest Miłością. Bóg stał się dla mnie słaby i wzgardzony, bym ja mogła czerpać od niego siłę, mądrość i miłość niewyczerpaną i trwającą zawsze. Chcesz kochać prawdziwie i być kochany? Ucz się od Mistrza. Ja próbuję. Moje wyczerpane siły regeneruje skutecznie modlitwa i sen. Dlaczego? Bo Modlitwa przemienia moją słabość w niewiarygodną siłę. Wiara, nadzieja i miłość- oto prawdziwa siła, nasza moc. Powiem więcej: modlitwa dokonała tego, czego nie był w stanie dokonać żaden specjalista. Kozetka i tabletki przeciw depresyjne  dawno i na zawsze poszły w odstawkę. Wiara (w siebie, marzenia, odmianę losu Boga itd)- pozwala trwać. Nadzieja – chroni przed zgorzknieniem i rozpaczą. Miłość ożywia. Jeśli tak nie jest, czemu ludzie są jej spragnieni, jak spękana pustynna ziemia odrobiny wody?(..). Czemu w telewizji powstają na tony kolejne seriale i telenowele, a wielu piosenkach jest właśnie miłość (ta wzajemna bądź utracona, niespełniona) ? Zbyt mało na świecie miłości.

Moją siłą na pewno nie jest ciało, które i tak kiedyś w popiół się zmieni, ale hart ducha, wiara na przekór, życiowe doświadczenia i temperament. Zwłaszcza ośli upór. Nie udało mi się tysiąc razy , spróbuje kolejny tysiąc, aż dopnę swego.(…). Choruje 33 l? Spokojnie, do 80-tki jeszcze daleko.(…). Może zbyt intymnie, zbyt osobiście, odważnie i patetycznie…ale to wszystko we mnie siedzi i czuję, że pora w końcu docenić terapeutyczną funkcję blogowania. Czuje się naga, ale prawdziwa do bólu. A prawda wyzwala, oczyszcza, daje wewnętrzny pokój. (….). Jestem słaba  i niedoskonała, a zarazem silna, bo akceptuje siebie właśnie taką. Skoro On akceptuje taką mnie – nie pozostaje nic innego, jak cieszyć się tym i taką pozostać. Trudno nam nieraz pozbyć się tym wszystkich masek, które zakładamy na przeróżne okazje , by poprzestać na jednej. Tej prawdziwej. Byciu sobą. Zawsze. Ja zostałam właśnie przy tej, która jest moim odbiciem w lustrze. Choć z rana wolę na siebie nie patrzeć :D.

 

prawdziwa-sile-czlowieka-poznaje-sie-po-sposobie-w-jaki-sie-zmaga-z-cierpieniem

Ludzka siła wyrasta ze słabości. Brzmi paradoksalnie, a jednak muszę się pod tym podpisać. Kiedy pomnażają się nasze  cierpienia – pomnaża się też siła do ich niesienia. Ja noszę swoje 36,5 lat. Zatem z upływem lat będę jak Terminator. Nie do zdarcia. :D. Wystarczy spojrzeć na przyrodę. Choćby drzewo. Jeśli jest małe , niedawno zasadzone w glebę – to w momencie przyjścia ogromnej wichury zostanie wyrwane z ziemi, powalone, zniszczone. Co innego ogromny, stary Dąb o mocnym korzeniu. Życiowe przeciwności – choć nie są mile widziane – czynią nas silniejszymi. Nie bez powodu mówi się, że co nas nie zabije to nas wzmocni. (…).

No proszę! Pisząc post uroniłam kilka łez smutku, a teraz mam na twarzy banana :D. Nie ma to jak terapeutyczna moc blogowania i łez :D. A tak podsumowując.. każdy ma czasem gorszy czas. Życie , choć piękne – kładzie nam czasami kłody pod nogi. Porażki, choroby, bolesne rozczarowania, samotność, obawy o jutro, inne trudne przeżycia – to część naszej codzienności.  Jednak silni stajemy się właśnie dzięki trudnym doświadczeniom. W słabości kryje się nasza siła. Nie wstydź się jej. W końcu jesteśmy ludźmi, nie robotami. Mamy swoje emocje, myśli, pragnienia, pomysły na życie. Ale możemy przejąć nad nimi kontrolę! Masz tę moc. Siła jest w TOBIE!. I Pamiętaj, o tym że….?

 

 

1384951325_eutsne_600

Ps. Siłą rzeczy post okazał się ewangelizacyjny. Jestem w szoku że zdobyłam się na taką odwagę i otwartość! Ale potrzebowałam tego katharsis – przelania swego stanu tutaj. Taka mała sesja terapeutyczna :D. Spełniła swoje zadanie :D.

 

Rura w świetle reflektorów. Czyli nowy trend w sporcie.

Wczoraj wieczorem wpadł mi w ucho news, który dosłownie zwalił mnie z nóg i na chwile odebrał mowę: Taniec na rurze został oficjalnie potwierdzony jako dyscyplina sportowa. Poinformowało o tym Zgromadzenie Generalne Międzynarodowych Federacji Sportowych (GAISF)!. Uff, powiedziałam to! :). Na początku w mojej głowie zakiełkowało pytanie: serio mówią, czy jaja sobie robią? Przecież taniec na rurze budzi jednoznaczne skojarzenie z nocnymi klubami ze striptizem (dla mnie coś gorszącego). A dziś okazuje się, że w niedalekiej przyszłości – może się on stać jedną z dyscyplin olimpijskich! Zaskakujące! Niewiarygodne! Najwyraźniej rura zyskuje w oczach świata. Taniec na rurze może być bowiem nie tylko erotyczny lecz także sportowy. :). Muszę przyznać, że mi jak dotąd kojarzył się jedynie z erotyką.(…)

Jak się dowiedziałam – istnieją szkoły tańca na rurze , które stanowią wielką konkurencję dla aerobiku, czy pilatesu! Korzeni pole dance można szukać w odległej przeszłości, miedzy innymi w plemiennych rytuałach i festynach na cześć wiosny, w męskich sportach Mallakhamb oraz Chinese Pole, a także w pokazach, organizowanych przez obwoźne cyrki i kluby dla panów (tzw. Gentelman’s Clubs). Pierwsza szkoła pole dance i pierwsze filmy instruktażowe powstały w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Pole dance to połączenie tańca z akrobatyką. Pierwsze mistrzostwa pole dance zorganizowane zostały w USA w 2003 roku. Dwa lata później w Holandii odbyły się pierwsze Mistrzostwa Świata w tańcu na rurze. Tyle historii. Ciekawa sprawa. :) Taniec na rurze (podobnie jak niegdyś tango czy walc) uznawany był za moralnie naganny. Dziś i tango, i walc, i taniec na rurze w wersji pole dance nie budzą już powszechnego zgorszenia. Nie wszyscy jednak pochwalają decyzję uznania tańca na rurze jako dyscypliny sportowej za słuszną. Myślę, że przyczyna tkwi w stereotypowym wciąż myśleniu, co nie pozwala dostrzec ogromnego potencjału, jaki drzemie w niepozornej rurze. Warto jednak spojrzeć na nią bardziej przyjaznym okiem. Dlaczego?

Chociażby dlatego, że ruch na rurze pomaga nie tylko zgubić zbędne kilogramy (w trzy miesiące nawet do 10 kg) i wymodelować zgrabną sylwetkę. To również często lekarstwo dla duszy. Pole dance to sport żmudny i  wymagający, dla ludzi silnych. Jednak ten taniec pomaga dziewczynom/ kobietom zmienić postrzeganie siebie,  skutecznie walczyć z kompleksami, a jak wiadomo my kobiety mamy ich trochę :) . Taniec ten wymaga ogromnej elastyczności i wytrzymałości organizmu. Osoby trenujące na rurze poprzez intensywne ćwiczenia wzmacniają mięśnie brzucha, ramion oraz pośladków, ćwiczą gibkość i koordynację ruchu. Poly dance sprawia, że czujemy się bardziej atrakcyjni i pewniejsi siebie. Ćwiczenia odstresowują i rozluźniają. Podczas tańca kobieta czuje się seksowna i atrakcyjna.:). Zdobyte dzięki tańcu umiejętności – mogą uatrakcyjnić niejeden związek. :). Bardzo pozytywnie o Poly dance wypowiadają się także tańczący panowie. ! Taniec na rurze może być także świetnym odejściem od rutyny.(…).

Słuchałam tego newsu z tatą i oboje mamy jednakowe spojrzenie na ten temat. Umiejętności pań z klubu go-go w porównaniu z tymi, które tańczą na rurze sportowo – są po prostu żadne. Poly dance to seks, akrobatyka, pasja, sztuka, wysiłek, modeling, zdrowie i przyjemność w jednym!. Nie ma więc żadnego powodu, by rurą wciąż gardzić i kojarzyć jedynie z burleską. Za to istnieje wiele powodów, by ją polubić! Może to będzie szokujące co teraz napiszę, ale chętnie bym się zapisała na Poly – dance! :D A wy ???? :D

 

 


Jak kręcą i bajerują nas operatorzy komórkowi.

Zazwyczaj kiedy dzwonią do mnie z różnego rodzaju ofertami – szybko się rozłączam. Jednak ostatnio uległam pokusie i dałam się złowić na korzystną ofertę: fajny telefon na naprawdę dobrych warunkach. Zadzwoniono do mnie, jako że jestem wieloletnim –  wiernym jak pies klientem pewnej sieci proponując „nowy telefon za jednorazową opłatę 248 zł ” (po odbiorze normalnie konto sobie zasilam kwotą jaka tylko mi odpowiada i kiedy mi odpowiada). Okazało się jeszcze tego samego dnia (po rozmowie telefonicznej weszłam na internet), że ów proponowany telefon to totalny rzęch w porównaniu z moim , a kusząca pani zapomniała najwyraźniej wspomnieć mi o 3-LETNIEJ UMOWIE. To znaczy: pierwszy rok regularne doładowania kwotą 30 zł, a przez kolejne dwa - kwotą 60 zł. Kasa bajońska to może nie jest, ale nigdy nie preferowałam podpisywania umowy z żadną siecią i nie zamierzam tego zmieniać! Karta pre-paid  jest dla mnie lepsza i bardziej praktyczna choćby z takiego powodu, że nie mam stałej pracy (długo by objaśniać, co to znaczy) i moje zdrowie- wątłe od małego – niestety jest kosztowne. Jako, że kurier jeszcze nie dotarł a ja poczułam się oszukana – przesyłki nie odbieram i umowy nie zamierzam zawierać. Mam takie prawo! Cóż…moja chciwość , żądza posiadania nieco lepszego modelu aparatu – została ukarana. Dostałam kopniaka na otrzeźwienie. Należało mi się. Ale jedną z rzeczy, która mnie wkurza do granic i której nie jestem w stanie tolerować – jest kłamstwo i naciągactwo.

Nie jest to pierwsza próba tego operatora, by „przerobić mnie na cacy”. Kilka lat temu zadzwoniono do mnie. Byłam wtedy na mieście. Śpieszyłam się. Chodziło o odpowiedź na kilka pytań. Myślę sobie: jakaś ankieta, opinia klienta o usługach sieci. W końcu nadeszła chwila prawdy. Padło ostatnie już pytanie, wypowiedziane w entuzjastycznym tonie: „czyli co? zawieramy umowę? „. Myślę sobie: chyba gościa nieźle pogięło. Zawierać umowę przez telefon. Bez przeczytania, bez namysłu, w ciemno ?. Tu i teraz na ulicy !?. Bezczelny, za kogo on mnie ma ?????. Oczywiście spuściłam gościa na bambus. Kocham moje miasto, nawet lubię swój kraj. Jednak czasami jest mi cholernie przykro. Nachodzi mnie bowiem smutna refleksja, że nikomu nie można ufać. Wokół sami złodzieje…Zresztą w mediach także co jakiś czas pojawiają się informacje o ofiarach wielu przekrętów. Można by znowu przytaczać przykłady, ale po co? Przykre to :( .

Tyle moich doświadczeń z operatorami sieci komórkowych i nachalnymi pracownikami call-center. Ale jakie jeszcze triki stosują operatorzy, by więcej na nas zarobić? Czy w ogóle zdajemy sobie z tego sprawę? I czy można jakoś temu zapobiec?

PUŁAPKA NR 1 – PROMOCJE

Porównuj oferty. Operatorzy komórkowi wydają krocie na reklamę i promocję. Za wszelką cenę chcą przyciągnąć klienta, oferując promocyjne i rzekomo bardzo atrakcyjne produkty. Jednak w praktyce nie zawsze są one takie korzystne. Nawet może okazać się, że konkurencja ma lepszą propozycję w swojej stałej ofercie. Dlatego też zanim zdecydujesz się na daną usługę, sprawdź ofertę konkurencji.

PUŁAPKA NR 2 – DARMOWA USŁUGA

Niestety, często darmowa usługa , np. internet w telefonie czy połączenia do określonych numerów są darmowe tylko przez określony czas (od miesiąca nawet do kilku miesięcy). Także przed wyborem danej oferty, dokładnie ją przeanalizuj i dokładnie wszystko policz.

PUŁAPKA NR 3 – SKOMPLIKOWANA  UMOWA

Umowa napisana w sposób dla nas niezrozumiały. Żyjemy w ciągłym pośpiechu. Wielu z nas nie czyta DOKŁADNIE umów z operatorem sieci komórkowej i podpisuje je bez większego zastanowienia. Tymczasem właśnie w tym dokumencie może czaić się mnóstwo pułapek. Dlatego też na spokojnie powinniśmy dokładnie przeczytać umowę przed podpisaniem jej, a w razie najmniejszych wątpliwości- poprosić o wyjaśnienie przedstawiciela danej sieci.

PUŁAPKA NR 4 – WSZYSTKO NA PIŚMIE

Przykład: zawarcie umowy „telefonicznie”, a nie na piśmie. Nigdy, przenigdy nie zgadzajcie się na to!. Umowa zawarta na odległość powinna być dostarczona klientowi na stałym nośniku (jeśli nie masz poczty elektronicznej, to najlepiej zażądać przesłania pocztą tradycyjną).

PUŁAPKA NR 5 – Prawie w nią wpadłam, a zwie się TANI TELEFON 

Przykład? Telefon „za złotówkę”. To kusząca oferta. Jednak nie ma nic za darmo. W rzeczywistości koszt urządzenia jest wliczony w abonament i rozłożony na raty. Nie bez przyczyny drogie urządzenia są sprzedawane w wysokim abonamencie wykupionym przynajmniej na 24 miesiące. Dlatego też jeśli konsument zdecyduje się na wcześniejsze wypowiedzenie umowy, to będzie musiał uregulować całą cenę za dany aparat (w zależności od tego o ile klient chce skrócić umowę, to trzeba będzie dopłacić określoną różnicę).

PUŁAPKA NR 6 – PRZEDŁUŻANIE UMOWY Z AUTOMATU

Automatyczne przedłużanie umowy. Na takie zachowania operatorów trzeba uważać. Umowa może być przedłużona automatycznie tylko na czas nieokreślony, by klient bez żadnych konsekwencji mógł ją wypowiedzieć w dowolnym momencie. Umowy automatycznie przedłużane na czas określony nie powinny mieć miejsca. O takich nieprawidłowościach należy poinformować UOKiK lub Federację Konsumentów.

PUŁAPKA NR 7 – NIECHCIANE SMS-y

Czyli tzw. SMS PREMIUM. Każdy z nas je dostaje : są to przykładowo informacje o różnorodnych konkursach, zaproszenia na prezentacje czy pokazy, a nawet horoskopy. Na niektóre tego typu SMS-y wyraziliśmy zgodę, część jednak dociera do nas przypadkiem, bez naszej wiedzy. Jak zatem pozbyć się niechcianych przez nas SMS? Eksperci radzą:

NIECHCIANY SMS 

Play: wysyłamy wiadomość o treści STOP SPAM na numer 252, która zablokuje SMS-y przychodzące z numerów skróconych, zaczynających się od cyfr 7, 8, 9;
T-Mobile: musimy skontaktować się z biurem obsługi klienta i poprosić o aktywację blokady lub wykonać ją samodzielnie z poziomu zarządzania kontem klienta;
Orange: wypełniamy dostępny na stronie internetowej formularz, w którym podajemy numer telefonu, na który otrzymujemy niechciane SMS-y i numer telefonu, z którego te są wysyłane. Z poziomu zarządzania kontem klienta możemy również włączyć blokadę wysyłania płatnych SMS-ów Premium;
Plus: kontaktujemy się z biurem obsługi klienta, które po podaniu numeru telefonu zablokuje otrzymywanie od niego wiadomości. Możemy wysłać także SMS o treści SPRZECIW pod numer 8000, ale w ten sposób zablokujemy jedynie wiadomości marketingowe przesyłane przez operatora, ale nie przez firmy zewnętrzne.

PRENUMERATY -  czyli wiadomości, za które pobierane są opłaty, a które informują nas choćby o prognozie pogody.

Play: wysyłamy SMS o treści KONIEC lub STOP na numer 6000;
T-Mobile: kontaktujemy się telefonicznie z biurem obsługi klienta lub dokonujemy samodzielnie takiej zmiany w swoim panelu klienta na stronie operatora;
Orange: wysyłamy SMS o treści STOP na numer, z którego otrzymujemy powiadomienia lub blokujemy je wypełniając formularz dostępny na stronie operatora, podając numer telefonu, z którego wysyłane są te wiadomości. Możemy także wyłączyć prenumeraty z poziomu panelu klienta na stronie operatora;
Plus: wysyłamy SMS o treści LIMIT MT 0 na numer 2601

Ile kosztują SMS-y Premium?

Przy numerze SMS rozpoczynającym się od cyfry 7, pierwsza cyfra po niej przekazuje informacje o koszcie usługi. Przykładowo, dla numeru 73XX cena SMS-a wynosi 3 zł netto;
Przy numerze SMS rozpoczynającym się od cyfry 9, informacje o kosztach przekazują dwie kolejne cyfry. Zatem dla numeru 913XX koszt SMS-a wynosi 13 zł netto.

Ja za bardzo uwierzyłam w ludzką uczciwość i przyzwoitość, przez co narobiłam sobie niezłego bigosu. Na szczęście w nieszczęściu – udało mi się z zastawionej na mnie sieci wyplątać. Cenną lekcję dostałam. Refleksja poczyniona, wnioski wyciągnięte. Stosowne działania podjęte. Zamierzam kopnąć swojego operatora w dupę i przejść do Virgin. Taka mała zemsta z mojej strony. I na koniec mały apel: nie bierzcie ze mnie przykładu! nie bądźcie tak ufni jak ja. W każdej „cudownej” ofercie kryje się haczyk (lub haczyki). Niech ten post będzie dla Was przestrogą. W żadnym razie nie dajcie się zbajerować!

 

 

GŁODUJĄCY REZYDENCI – walka w słusznej sprawie czy chciwość i propaganda?

Krakałam, krakałam i wykrakałam!. Nie tak dawno popełniłam krótki post o PREPPERSACH (patrz archiwum), który okazał się być proroczy. Wyobraźcie sobie, że od tygodnia pozbawiona jestem centralnego ogrzewania i ciepłej wody. Piec szlag jasny trafił – nic nie da się zrobić, jest do wymiany…Wspólnota Mieszkaniowa zgłoszenie o problemie otrzymała, jednak ze względu na „procedury” trzeba jakoś przetrzymać jeszcze ten tydzień bez tego dobrodziejstwa. Hartuje więc swoją odporność niczym mors w lodowatej wodzie, okazując litość jedynie mojej głowie. O nią postanowiłam zadbać u fryzjera. Koszt nie zwala z nóg, ponieważ za umycie , wysuszenie i utrwalenie odrobiną lakieru zapłaciłam (uwaga!) całe 5 zł. :D. To taniej, niż kawa zamówiona w jakiejkolwiek kawiarni na mieście, więc stratna nie jestem. :D Zatem drobna rada: uważajcie na to, co mówicie, gdyż życie może Was zaskoczyć!

Wracając do domu wczoraj , trzynastego w piątek – byłam oszołomiona, jak wiele działo się w moim mieście. Pikieta antyaborcyjna, jarmark taniej książki, trzy pięknie grające orkiestry (w tym jedna w klimatach bałkańskich ), mnóstwo strajkujących lekarzy rezydentów (na pewno temat obił się Wam o ucho), ubranych służbowo w białe kitle. Wielu studentów zaczepiało przechodniów, wręczając w ramach informacji ulotki związane z akcją. A więc : dlaczego, po co i w jakim celu. Z tego co zaobserwowałam – zainteresowanie tematem było niewielkie. Jednak ja – z racji mojego stanu zdrowia – podeszłam do jednego młodziana i żywo zainteresowałam się, o co w tym wszystkim naprawdę chodzi. Zamieniliśmy kilka minut, poznałam owe postulaty i zamierzam śledzić dalszy bieg wydarzeń.

Na słowa ” SŁUŻBA ZDROWIA” od zawsze reaguję alergicznie. Cała się trzęsę, skacze mi ciśnienie, krew we mnie buzuje, a na twarzy maluje się zapewne wiele emocji. Być może wynika to z moich bardzo złych doświadczeń z lekarzami i szpitalami. Mam do nich niejeden uraz. Moje problemy zdrowotne zawdzięczam bowiem ich ignorancji, niekompetencji i błędów w sztuce, co zaowocowało padaczką lekooporną (na skutek złego ułożenia płodu, opóźniania porodu, czego skutkiem było niedotlenienie mózgu), jak problemu z kolanami (wada zdiagnozowana na tyle późno, że konieczne są operacje obu kolan. Jedną mam już za sobą). Myślę zatem, że moja złość i niechęć wobec wybuchających co jakiś czas protestów lekarzy – jest absolutnie zrozumiała. Patrząc na sytuację polskiej służby zdrowia z perspektywy pacjenta – osoby będącej pod stałą opieką neurologiczną, alergologiczną i ortopedyczną – trzeba jednak powiedzieć jasno i dobitnie: mamy w służbie zdrowia prawdziwą patologię. Potrzebna reanimacja i to natychmiast!. Ogromne kolejki, odległe terminy wizyt i badań kontrolnych, coraz większa biurokracja i mniejsza ilość specjalistów – to tylko wierzchołek góry lodowej. Polski lekarz dziennie przyjmuje około kilkudziesięciu chorych, a każdemu z nich poświęca nie więcej niż 10 minut. MASA papierków powoduje totalny chaos (czyt. burdel). Miejsc pracy w służbie zdrowia jest w naszym kraju więcej niż chętnych. Wielu młodych opuszcza kraj zaraz po zrobieniu specjalizacji.Aż trudno uwierzyć, że kiedyś medycyna była najbardziej obleganym i prestiżowym kierunkiem studiów. Jak zapewniał mnie ów student, z którym rozmawiałam na ulicy – zarobki to wcale nie największy problem i powód, dla którego młodzi opuszczają kraj. Jednym z ważniejszych powodów zbyt małej liczby specjalistów w kraju – jak się okazuje – jest brak miejsc na specjalizacjach. Czy tak jest faktycznie? O  tym mogą nam powiedzieć nam ci , którzy siedzą w tym głęboko – studenci i lekarze.

Zaraz po operacji, rodzice w moim imieniu próbowali załatwić mi rehabilitację (z racji mojego uziemienia). Dzwonili, jeździli, pytali… I co się okazało? Że z NFZ możliwość rehabilitacji jakiejkolwiek ( w moim mieście) najwcześniej w listopadzie 2018!. Prywatnie też pytałam. Wyglądało by to tak: przychodzę sobie raz w tygodniu na 30 minut. Pani zadaje mi do domu kilka ćwiczeń, a ja za to bulę np 50 zeta. Stwierdziłam: dziękuję, ale nie. Ćwiczenia znajdę w necie, lub zapytam za friko mojego ortopedę. Nie jestem pazerna na kasę, ale głupia też nie. Powiem Wam jednak, że chyba Ten na Górze zmiłował się nade mną. Zaskoczył z najmniej oczekiwanej strony. Po raz kolejny wezwał mnie do siebie ZUS (kolejna kontrola L-4). Oprócz tego, iż utwierdzono się w mojej uczciwości i prawdziwości mojej choroby – panie załatwiły mi sanatorium na 2.01.2018 w Ustroniu (dla przypomnienia: na miejscu mogłabym rehabilitację zacząć od listopada. 10 miesięcy różnicy to sporo). Tak więc zapowiadają się intensywne i zdrowe ferie zimowe :D

POMAŁU ZMIERZAJĄC DO KONKRETÓW….

Rezydent –  ukończył 6 lat studiów, 13 miesięcy stażu i jest w trakcie specjalizacji (specjalizacja trwa 4-6 lat, może się wydłużać w różnych przypadkach – choćby urlopu macierzyńskiego). Taki sam zakres obowiązków i odpowiedzialności, co lekarz specjalista. Średni wiek uzyskania tytułu specjalisty – 37 lat.(…). O sobie mówi:  apolityczny, agent „dobrej” (?) zmiany. My pacjenci – swoje zdanie na temat służby zdrowia znamy. Ciekawi mnie jednak, jak na to wszystko patrzą lekarze specjaliści…

O co (jak zapewniają) walczą rezydenci?

  • Pierwszy, najważniejszy postulat: zwiększenie nakładów na ochronę zdrowia do poziomu nie mniej niż 6,8 % PKB w ciągu najbliższych 3 lat  chcemy być leczeni na poziomie europejskim!
  • Zmniejszenie kolejek.
  • Rozwiązanie problemu braku personelu medycznego – w Polsce na 1000 pacjentów przypada 2,2 lekarza – to najmniej w całej UE
  • Likwidacja biurokracji
  • poprawa warunków pracy i płacy w ochronie zdrowia – jak podano na ulotce : obecnie podstawa ” na rękę” to – uwaga – 2215,00 dla lekarza rezydenta. (W życiu takiej kasy na oczy nie ujrzę). 2215 na rękę w porównaniu z innymi zawodami to naprawdę mało ????

W polskiej służbie zdrowia jest co naprawiać – bez dwóch zdań. Nie podoba mi się jednak sposób, w jaki walczy się o te zmiany. Lekarze twierdzą, że widzą, jak bardzo sytuacja w ochronie zdrowia jest beznadziejna i jak szybko wymaga ona naprawy. Ich głodówka – to apel i krzyk o to, żeby ich zauważono i podjęto odpowiednie działania. Wszystko pięknie- ładnie. Moje pytanie brzmi: ile w tym wszystkim prawdziwej troski o pacjenta i służbę zdrowia (jej właściwe funkcjonowanie, odpowiednie standardy)? Czy ów protest to aby na pewno walka w słusznej sprawie , czy może bardziej polityczna propaganda i zwykła chciwość?. Owszem, trzeba przyznać, że jest to grupa zawodowa bardzo ważna , gdyż poprawia ludzkie zdrowie, ratuje życie. Za to – pełen szacun. Ale straż pożarna także ratuje ludzkie życie!. Strażacy wykonując swoją ciężką robotę – często narażają własne życie, a jakoś nigdy nie słyszałam, by się uskarżali, protestowali z tego powodu. I dlaczego nie protestują – na podobieństwo środowiska medycznego – wszystkie grupy zawodowe? Dlaczego wszyscy – jak jeden mąż – nie rzucimy roboty w cholerę , nie wyjdziemy na ulice i nie zaprotestujemy? W końcu nasze wypłaty są głodowe na tle wielu innych państw. Ciężko i uczciwie pracujemy (czymkolwiek zawodowo się zajmujemy), a ledwo jesteśmy w stanie wyżyć od pierwszego do pierwszego…Wszyscy mamy jakąś ścieżkę kariery i trochę ona trwa. U rezydentów – jak wspomniałam w poście, powyżej. Ale – na Boga – sami wybieramy sobie kierunek studiów! Nikt nas nie zmusza! Ruszmy szarymi komórkami i wybierajmy taki kierunek, po którym bez problemu wejdziemy na rynek pracy (gdyż będzie zapotrzebowanie na takiego czy innego pracownika). I nie oczekujmy , że wchodząc dopiero na pierwsze szczeble naszej zawodowej kariery – dostaniemy na rękę tyle, co pracownik z wieloletnim już  stażem i doświadczeniem zawodowym!. Jeśli mamy problem z wbiciem się na rynek, to może zamiast durnych protestów – na początku spróbujmy się przebranżowić, dokształcić, zdobyć nowe umiejętności będące dla nas dodatkowym atutem ??? Ufff…wyżyłam się trochę…Przepraszam Was , ale musiałam nieco dać upust mojej wściekłości. Najchętniej wyszłabym do protestujących, obsypała ich swoimi kartami choroby (z win lekarzy – konowałów) i zapytała ich: „A co mi się należy z racji waszych zaniedbań?! Wiecie, co wam się należy? Wypłacać mi i mnie podobnym – dożywotnie odszkodowanie ( jako, że wszelkie choroby jakie posiadam – to Wasze dzieło) albo pozbawienie prawa do wykonywania zawodu do końca życia!”…Nas – chorych, będących ofiarami waszego niedbalstwa – jest dużo więcej… Jednak głosu ludzi chorych nikt nie usłyszy. Bo niestety to my – pacjenci , zawsze tracimy najwięcej(….).

 

Za, a nawet przeciw – czyli moje spojrzenie na program 500+ w kilku słowach

Ostatnio na jednym z zaprzyjaźnionych blogów pojawił się ciekawy wpis na temat rodzin wielodzietnych i rządowego programu 500+ , który podzielił społeczeństwo. Różne bowiem opinie i wypowiedzi odnośnie tego tematu możemy odnaleźć w sieci. Wiem, nie jestem oryginalna. Trąbi się o tym nie od dzisiaj- Ameryki nie odkryłam. Jednak postanowiłam zrobić wyjątek od reguły i pomimo mojej niechęci do polityki – dorzucić swoje trzy grosze. Zaznaczam, że nie utożsamiam się z żadną partią polityczną, zaś moje zdanie będzie spojrzeniem laika, w wymiarze bardziej społecznym niż politycznym. Zadaniem programu 500+ wprowadzonego przez rząd Prawa i Sprawiedliwości miało być wsparcie rodziny posiadające dzieci kwotą 500 zł miesięcznie na każde dziecko, jeśli dochód rodziny ” na łebka ” nie przekracza kwoty 800 złotych ( zasięgnęłam wiedzy w Internecie z racji mojej ignorancji politycznej, absolutnie uzasadnionej). Pominę w swoim oglądzie kwestie formalne, procedury , komu i po spełnieniu jakich warunkowe przyznaje się owe 500+. Postaram się skoncentrować jedynie na plusach i minutach tego programu.

A więc – do rzeczy. Początkowo myślałam, że ów program ma zachęcić małżonków do rodzenia dzieci. Słowem – polityka prorodzinna. Wielu młodych wyjeżdża od dłuższego czasu – nie bez przyczyny – poza granice kraju. Zatem polskie społeczeństwo, już mniej liczne – starzeje się i jest to nie lada problem. Nie ma kto pracować na ludzi starszych, skąd zatem znaleźć fundusze na wypłacenie w niedługiej przyszłości- należnych rent i emerytur, których kwoty , jak wiemy, są żenujące ? Skąd będziemy ściągać podatki, na czyj koszt będziemy żyć my – politycy? Wszak pieniądze z nieba nie spadają. Potrzebujemy dojnej krowy, jaką jest ciemny lud. Spróbujmy na nowo wkupić się w łaski obywateli rozdając owe 500+ pod pewnymi warunkami. W końcu – tak czy inaczej – poniesione koszty w jakiejś mierze się zwrócą ( jak napisałam w jednych z komentarzy ) choćby poprzez wzrost cen produktów i usług, zmiany w podatkach Vat, czy rożnego rodzaju ” cieciach”, czy poprzez nowelizację jakiejś ustawy . Jak dostaną 500+  , mniej będzie bolało… To oczywiście takie sobie gdybanie zwykłego obywatela, który sporadycznie śledzi sytuację w kraju. Czy takie były intencje rządu? Nie wiem. Myślę jednak, że jakkolwiek program przyczynił się w jakimś stopniu do większej liczby urodzeń – nie przełoży się to jednak na wzrost wskaźnika demograficznego w kraju. Dlaczego? Badania pokazują bowiem, że pomimo zachęcającego 500+ polki nie chcą mieć dzieci ( to już dane z 2016 roku). Wiele polek chce pracować , godząc swoją aktywność zawodową z wychowaniem potomstwa. Nasz kraj znajduje się ponoć na szarym końcu, jeśli chodzi o opiekę instytucjonalna dzieci do lat trzech. Okazuje się, że właśnie zbyt mała ilość klubów malucha czy zlobkow – jest jednym z istotnych czynników za którymi stoi brak decyzji o zajściu w ciążę.  500+ co najwyżej decyzję o powiększeniu rodziny przyspieszy. Jak wygląda sytuacja odnośnie ilości zlobkow i ich funkcjonowania w waszych miastach dzisiaj? Mam nadzieję, że wy mi to powiecie….w końcu zagląda tu kilka szczęśliwych żon i mam.

Co do rodzin wielodzietnych… jak przeczytałam relację Matyldy na jej blogu – strasznie się wkurzyłam, że wielu ludzi model rodziny 2+ 3 (oraz więcej) – kojarzy od razu z patologią społeczną. Ja się z tym absolutnie nie zgadzam. Każde prawdziwie kochające się małżeństwo, które ma wszystko dobrze poukładane w głowie ( czyt. ma mózg zamiast siana) pragnie w końcu powiększenia rodziny, przyjścia na świat dziecka ( bądź dzieci). Naprawdę nie wiem, co w tym złego. Jeśli chcą mieć więcej niż jedno ( i stać ich na to, by każdemu zapewnić wszystko co potrzebne) – naprawdę nie widzę przeszkód. Mało tego – znam kilka wielodzietnych rodzin i naprawdę słowo patologiczne do niej nie pasuje. To dobrzy, uczciwi ludzie, którzy żyją skromnie i bardzo się wszyscy kochają. Inne rodziny naprawdę mają im czego zazdrościć. Pieniądze to nie  wszystko. Poza tym – dobrze, jeśli dziecko ma rodzeństwo. Ma towarzystwo, wsparcie.. Łatwiej zawiera relacje z ludźmi i lepiej radzi sobie w dorosłym życiu. Jasne, zdarzają się wśród rodzin wielodzietnych także te tzw. patologiczne, ale to nie w porządku wrzucać wszystkich do jednego worka!.

O ile idea Programu 500+ sama w sobie nie jest zła, ma ona swoje skutki uboczne… Mam tu na myśli efekt końcowy, czyli do kogo tak naprawdę te środki trafiają. Nie zawsze bowiem to wsparcie otrzymują ci, którzy w istocie go potrzebują. Ja wiem to jedynie z Internetu. Dużo w nim szperam ( jestem ciekawa ) i powiem wam, że niestety wiele ludzi wzbogaciło się na 500+, choć nie powinno. Kiedyś czytałam na czyimś blogu, że zdecydowało się na plodzenie dzieci – dosłownie- tylko dla owego 500+. patologia? Jak najbardziej. Na potrzebę podania przykładu- zmieniam imiona bohaterów- krętaczy:

500 złotych na dziecko od samego początku wejścia programu w życie – dostaje m.in. obecnie 22 letnia Katarzyna z Białegostoku – ma troje dzieci, zatem  co miesiąc 1500 zł ląduje na jej konto, które w rzeczywistości okazuje się być kontem jej partnera G. Matka dziewczyny także pobiera pieniążki z 500+( w sumie 2500 zł- na piątkę dzieci). A zatem łącznie owa rodzina wzbogaca się o 4000 zł miesięcznie. Niezła kasa prawda? Ile każdy nas dostaje do ręki ciężko i uczciwie harując? Ja w życiu – jako osoba pracująca- nie widziałam 2000 ; odkąd jestem na chorobowym- dostaje 1100 . Bez komentarza. Czytałam też, że 500+ zasiliło budżet alkoholików i narkomanów ( jak to możliwe ???) . Cóż…najwyraźniej ów projekt ma zbyt wiele luk, jest niespójny, niedopracowany, a my Polacy potrafimy korzystać z okazji.

Można by jeszcze wyliczyć tych za i przeciw naprawdę wiele. Na to zostawiam miejsce w komentarzach. Ale jedno trzeba przyznać: Bez względu na to, po której stronie barykady jesteśmy- program 500+ okazał się strzałem w dziesiątkę. I to wcale nie dlatego, że komuś on pomaga, lecz przede wszystkim dlatego, że zapewnia on Pis dalsze rządy. W końcu żaden rozsądny człowiek nie zagłosuje na partię opozycyjną, która szybko by te daninę zniosła ??? Pis dobrze o tym wie.

Ogólnie i bardzo skrótowo podsumowując. Jestem za 500+ ale nie w takiej formie…..Miejcie na uwadze, drodzy czytelnicy, że pisał to zwykły obserwator, laik i polityczny ignorant….Mam nadzieję, że nie zostanę przez ten tekst zlinczowana.

Poznajmy się – czyli przygody z Liebster Blog Aword ciąg dalszy.

Od dłuższego już czasu krąży w internetach zabawa pn. Liebster Blog Aword, w której blogowicze nominują ciekawe, wartościowe według nich blogi, zaś autorów zapraszają do udzielenia odpowiedzi na przeróżne pytania, dzięki czemu nie tylko możemy się wszyscy bliżej poznać, lecz możemy znaleźć ścieżkę prowadzącą nas do nowych, fajnych blogowych zakątków. W jednym z nich , należących do blogerki Pameli  - http://greenzoe.blog.pl/  - trwa właśnie zabawy ciąg dalszy, nieznacznie zmodyfikowanej. Z racji, iż Pamela zaprasza wszystkich do udziału w niej oraz prośby Seeker, by się włączyć – zamieszczam odpowiedzi na jej pytania u siebie.

 

ODPOWIADAM SEEKER :D

#1 JAKIE JEST TWOJE ULUBIONE SŁOWO I DLACZEGO WŁAŚNIE TO?

Trudne pytanie, jednak po chwili namysłu stwierdzam, iż jest to słowo ODWAGA. Dlaczego? Ponieważ moi przyjaciele, znajomi czy ludzie poznani przypadkiem w różnych okolicznościach i miejscach (np. w szpitalu) często mówią, że jestem osobą niezwykle odważną. Spokojnie przeszłam dwie operacje (podczas gdy oni drżeli by jak osika). Nie wstydzę się otwarcie wyrażać swoich poglądów czy występować publicznie na forum (no przecież co sobie słuchacze w liczbie 300 o mnie pomyślą? ). I pomimo choroby towarzyszącej mi od samego początku – potrafię żyć pełnią życia, cieszyć się, a nawet śmiać się z samej siebie! Choć nie mam lekko w życiu – ciągle walczę i nie zamierzam się poddawać!

#2 PRZESTROGA NAJBLIŻSZYCH, KTÓRA PO LATACH OKAZAŁA SIĘ MIEĆ SENS ORAZ PONADCZASOWĄ WARTOŚĆ …?

Pierwszą, jaka mi została udzielona – to słowa mojej babci (która obecnie ciężko choruje i jest w Zakładzie opiekuńczym) ” BEZ BOGA ANI DO PROGA. ” Przez długie lata zupełnie ignorowałam jej słowa, żyłam według własnego scenariusza i nawet udawało mi się wiele osiągnąć. Jednak wszystko do czasu. Przyszedł w moim życiu taki moment, który sprawił, że coś we mnie pękło, a moje życie – tak dotychczas udane, piękne, pełne perspektyw na przyszłość – stało się ruiną. Wszystkie moje plany zamieniły się w popiół. Odeszłam od jedynego mężczyzny, z którym wiązałam swoją przyszłość. Zawaliłam studia. Popadłam w silną depresję. Zamknęło się przede mną naprawdę wiele drzwi, które dotąd stały dla mnie otworem. Ucierpiało moje zdrowie fizyczne (i tak słabe), jak i psychiczne. Zaczęły się wizyty u psychologa/psychiatry. Nie wstydzę się o tym mówić. Dotknęłam dna. Nie widziałam żadnego sensu, powodu by dalej żyć. Specjalista – mimo najszczerszych chęci – nie był mi w stanie pomóc. Wtedy zaczęłam poważniej zastanawiać się nad słowami mojej babci. Minęło sporo czasu, a nie straciły one na swej aktualności. Obecnie pod tą przestrogą podpisuje się rękami, nogami, własną krwią i czym się tylko da. Od siebie dodałabym jeszcze dwie sentencje: „Jeśli polegasz tylko na samym sobie i myślisz, że sam sobie ze wszystkim dasz radę – prędzej czy później upadniesz. A upadek ten będzie bolesny. Budując życie, którego fundamentem jesteś TY – budujesz zamek z piasku, który zostanie zalany przez morskie fale, po którym nie zostanie nawet ślad”. Druga myśl nie jest moja, padła już na tym blogu: „Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Miłość ma dla mnie wartość najwyższą i sprawia, że moje życie ma sens.

#3 CZYJE ŻYCIE CHCIAŁABYŚ PRZEŻYĆ. MOŻESZ WYBRAĆ CHOĆBY POSTAĆ FIKCYJNĄ, ZASZALEJ.

Na pewno ciekawe było by życie Ani z Zielonego wzgórza. Ja mam rodzinę, przyjaciół. Ania była sierotą. Doświadczyła na własnej skórze czym jest samotność, odrzucenie, tęsknota za prawdziwym domem, miłością, przyjaźnią. Odnalazła to dopiero na Zielonym Wzgórzu…Ania pozwoliła mi docenić wartość rodziny. Może mogłabym wcielić choćby w Coco Chanel czy inną postać ” z wyższych sfer”, by móc zweryfikować prawdziwość sentencji: pieniądze szczęścia nie dają…

#4 CO CIĘ NAPĘDZA? CO SPRAWIA, ŻE CI SIĘ CHCE?

Głównym motorem , który mnie napędza jest MIŁOŚĆ.

#5 KIM CHCIAŁAŚ BYĆ W DZIECIŃSTWIE I DLACZEGO?

W dzieciństwie pragnęłam zostać: tancerką, aktorką, piosenkarką lub łyżwiarką figurową. Tancerka i łyżwiarka okazały się poza zasięgiem z racji moich problemów z kolanami. Piosenkarka – po części zrealizowane, aktorka też (pantomimiczna rola złej baby w sztuce ewangelizacyjnej). Fajne doświadczenie. :)

#6 MOŻESZ STANĄĆ W OBRONIE JAKIEJŚ IDEI Z 100% GWARANCJĄ SKUTECZNOŚCI – JAKĄ IDEĘ POPRZESZ?

Na pewno pokój na świecie. Za dużo jest przemocy, konfliktów, niesprawiedliwości i nienawiści. Chciałabym, by każdy mógł żyć bezpiecznie , w zgodzie z innymi. Aby było na świecie mniej cierpienia, chorób, głodu, niedostatku. Chciałabym, aby ludzie – pomimo różnego rodzaju różnic (rasowych, etnicznych, religijnych, czy innych) – byli dla siebie lepsi, bardziej życzliwi, pomocni, ludzcy.

#7 CO ZROBIŁBYŚ/ZROBIŁABYŚ Z MILIONEM DOLARÓW?

Zaszalałabym, ale z głową. Część na pewno zainwestowałabym, by zabezpieczyć sobie przyszłość. Zafundowałabym sobie wycieczkę dookoła świata, podzieliła z potrzebującymi (może nawet założyłabym jakąś fundację?). OBDAROWAŁA bym bliskich, kupiła dom w Nowej Zelandii (lub jakimś pięknym miejscu w lesie lub górach), skoczyła ze spadochronu. Wymieniłabym garderobę na naprawdę ekstra ciuchy… Jak widać – pomysłów mam sporo.; Trzeba tylko wygrać w Lotto. :D

#8 JEŚLI SUPER-MOC, TO JAKA?

Oj… nie wiem, czy to taki dobry pomysł! (oglądaliście film Bruce Wszechmogący?). Ale jeśli miała bym wybrać – była by to…. WSZECHWIEDZA. Wiedząc wszystko, przenikając ludzkie myśli, serca, duszę oraz całą historię ich życia – można by było dobrze wszystkich rozumieć, a może nawet zapobiec wielu dramatom, jakie mają miejsce na świecie?….

#9 JEDNA KACZKA WIELKOŚCI KONIA CZY STO KONI WIELKOŚCI KACZEK?

Cóż to zapytanie! :D z dwojga złego – jedna kaczka. Stanowczo wolę konie, niż kaczki :D

#10 NAJWIĘKSZA ZŁOŚLIWOŚĆ JAKIEJ SIĘ DOPUŚCIŁAŚ TO?

Zemsta. :D Kiedyś dokuczał mi jeden chłopak (i to w towarzystwie). Trochę mnie tym wkurzył, więc postanowiłam sobie, że jeszcze zobaczy, z kim zadarł! :D Przerobiłam kolonijną piosenkę na pieśń o nim. Kolo przez rok nie miał życia na osiedlu. :D

#11 W JAKIEJ EPOCE, JAKICH LATACH CHCIAŁABYŚ SPĘDZIĆ SWOJĄ MŁODOŚĆ?

Może zabrzmi to dziwnie, ale wybrałabym epokę renesansu lub baroku :D

 

A teraz pora na pytania od Greenzoe :D

1. Jakie są 3 Twoje ulubione książki? 

Dobre pytanie, bo ciężko wymienić! Często wracam do Ani z Zielonego Wzgórza, Dumy i Uprzedzenia, Trędowatej czy Przeminęło z Wiatrem. Ale jest tego dużo więcej…

2. Z czym najchętniej jesz kanapki?

Jajo, wędlina, twaróg, ser żółty… Od czasu do czasu – majonez :D

3. Czy jest książka, która po przeczytaniu bardzo wpłynęła na Twoje postrzeganie świata? Jaki jest jej tytuł?

500_500_productGfx_2f1f28536277f6f87c80b3f1df696b0d

Edmund de Amicis – „Serce”. Zachwycająca książka napisana w bardzo dobrym, starym stylu (przekład Konopnickiej). Nie pamiętam, jak do mnie trafiła, ale to właśnie tej książce , będącej zbiorem opowiadań o życiu – zawdzięczam moją osobowość, wartości, czy postawy. Ona przez wiele lat budowała moją emocjonalność, postrzeganie świata i kręgosłup moralny. Moim zdaniem – jakkolwiek to zabrzmi – pozycja OBOWIĄZKOWA DLA RODZICÓW! Mnie, czytającej ją w wieku lat ośmiu – zwyczajnie urzekła. ”Serce” to pamiętnik Henryka, w którym chłopiec opisuje z dziecięcą szczerością i naiwnością ważne wydarzenia z jego życia, szkolne historie, odwiedziny przyjaciół, czyli to wszystko, co kilkulatka czy kilkunastolatka interesuje i fascynuje. Oprócz relacji Henryka dołączone są wypowiedzi  matki i ojca oraz prezentowane w szkole „opowiadania miesięczne”. Każdy utrwalony na kartach pamiętnika dzień, dzięki prezentowanym zdarzeniom przynosi nowy morał, czegoś uczy. Amicis wychowuje swoich czytelników na ludzi, którzy widzą drugiego człowieka, dostrzegają jego uczucia i je rozumieją, na patriotów, świadomych historii swego kraju (tu: Włoch w konkretnym momencie dziejowym), szanujących tradycję i obyczaje, na wdzięczne rodzicom, opiekuńcze i troskliwe dzieci, na szanujących pracę i poświęcenie nauczycieli uczniów czy choćby na ludzi, którzy potrafią docenić pracę innych, którzy zamiast wyśmiewać się z biedy i np. brudnych ubrań robotnika, dostrzegają jego wysiłek, jego ciężką i uczciwą pracę, podziwiają trud, jaki codziennie wkłada w zapewnienie rodzinie podstawowych potrzeb, autor uczy również szacunku do przedmiotów, do swojej i cudzej własności.(…).

4. Jeśli piszesz bloga, to co Cię do tego skłoniło? 

Głównym powodem założenia bloga był…rozwój intelektualny, ciekawość świata oraz wymiana myśli , poglądów i życiowych doświadczeń z innymi blogerami, którzy w podobny sposób postrzegają otaczający nas świat. Pisanie zawsze było jednym z moich ulubionych zajęć. Plusem prowadzenia bloga jest niewątpliwie poznanie Was, wszystkich wpadających tutaj z odwiedzinami :D

5. Kto jest dla Ciebie wzorem do naśladowania i dlaczego?

Wspaniałym dla mnie wzorem do naśladowania są na pewno moi rodzice – zwłaszcza mama. Ofiarowali swoją miłość, troskę, pomoc, wykształcenie…kolejnym wzorem stały się dla mnie osoby upośledzone umysłowo, niepełnosprawne – które pomimo swojej choroby i kalectwa – cieszą się tym, co ich spotyka w życiu, choć do najłatwiejszych ono nie należy. Moja krótka przygoda ze SPES -em , opiekującym się takimi osobami pokazała mi, że moje cierpienie jest niczym wobec ich cierpienia. Uświadomiła mi także, że można pomimo towarzyszącego nam cierpienia i przeciwności – realizować się w życiu, stać się inspiracją dla innych, jak np. Nick Vuijic – człowiek bez rąk i bez nóg!

6. Czego się najbardziej boisz? 

W Harrym Potterze padło bardzo mądre zdanie prof. Lupina, które jest moją odpowiedzią. Boimy się różnych rzeczy: samotności, śmierci, ciemności, biedy, wojny, pająków, chorób…ja boje się nie tyle tego, co samego uczucia strachu, który zabiera pokój, paraliżuje, wywołuje smutek i niemoc. Boje się czuć strach.

7. Czego jeszcze nie jadłeś/jadłaś, a bardzo chciałbyś/chciałabyś spróbować?

W sumie to nie próbowałam jeszcze dań kuchni meksykańskiej (poza nachosami i burito). Chętnie bym skusiła się na coś więcej :D

ZGODNIE Z WOLĄ GREENZOE – DO ZABAWY NOMINOWANY I ZAPROSZONY JEST KAŻDY, KTO PRZECZYTA TEN POST :D  odpowiadamy na 7 pytań GREENZOE albo na swoim blogu, albo w komentarzu pod tym wpisem – u mnie :D Miłej zabawy!

Antydepresant na jesienną chandrę i nie tylko….

Od kilku dni w blogowym święcie zauważam więcej wpisów, w których odbija się zamyślenie, melancholia, pogoda za oknem, narzekanie, czy jesienna chandra. Przyznaję, że mnie także o tej porze roku – obniża się nieco nastrój, ale nie daje się zwariować. Jeśli stan smutku, niezadowolenia czy marazmu utrzymuje się kilka dni z rzędu – sięgam po skuteczny antydepresant , jakim jest ŚMIECH !. Nawet, jeżeli nie mam w sobie ani jednego powodu, aby się zdobyć na uśmiech – szukam wsparcia u Świętych! Mówię Wam – spróbujcie. Zaczynam od obowiązkowej modlitwy wszystkich leni: „Boże, spraw, aby mi się chciało tak, jak mi się nie chce....”. Powtarzam gorąco, czasem kilkanaście razy  i wtedy pomału wstaje z wyra. Z ociąganiem, ale jednak. Bardzo radosnym człowiekiem był Święty Filip Neri. :). Jeśli daleko Wam do stanu radości – polecam poniższą modlitwę:

Modlitwa o radość w życiu

Święty Filipie, pełen chwały, Orędowniku mój – który zawsze według wskazań i przykładu św. Pawła Apostoła radowałeś się, wyjednaj mi łaskę doskonałego poddania się woli Bożej, obojętność wobec spraw tego świata i spoglądanie ku niebu, abym nigdy nie wątpił w Opatrzność Bożą, nigdy nie rozpaczał, nigdy nie był smutny, ani niecierpliwy, aby oblicze moje zawsze było radosne, a moje słowa życzliwe i uprzejme. Chociaż bowiem losy życia układają się różnie, przystoi nam, którzy mamy największe ze wszystkich dóbr, łaskę Bożą i obietnicę wiekuistego szczęścia, aby promieniować radością. Amen.

On mnie chyba bardzo lubi, bo jestem człowiekiem o bardzo pogodnej duszy, a kiedyś byłam ogromnym smutasem! Ł., mój przyjaciel – zna mnie od 10 lat. Wtedy mocno stąpałam po ziemi, nie umiałam cieszyć się ty, co mam, ciągle skupiając się na wszystkich moich brakach, niedoskonałościach. Gdy po kilku latach spotkał mnie jak zawsze koło pizzerii, gdzie pracuje – nie mógł mnie poznać! Nawet zapytał: „co brałaś? „. Zdradziłam mu oczywiście tajemnicę mojego uśmiechu i nowego spojrzenia na życie, ale nadal trudno mu w to uwierzyć. :)

Dlaczego ja dzisiaj wyskakuje z tą Radością? Po pierwsze dlatego, że mam powody do radości. Każdy z nas ma. A po drugie –  podróżując w internetach – dowiedziałam się, że dzisiejszy dzień jest dniem radości . Zatem trzeba to uczcić i cieszyć się bez miary!. Ja podjęłam wyzwanie. Zero narzekania. Zamierzam się cieszyć i obdarowywać wszystkich wokół swoim uśmiechem!. Zaczynam od WAS :D

Każdy miewa gorsze dni. Jednak warto się uśmiechać – nawet wtedy, gdy stać nas co najwyżej na grymas. Dlaczego? Oto kilka powodów:

1. Uśmiech może poprawić nasz nastrój.

2. Uśmiech pomaga redukować stres.

3.  Uśmiech łagodzi obyczaje, sprawia, że jesteśmy bardziej lubiani.

4. Uśmiech sprawia, że wydajesz się być bardziej godny zaufania.

5. Uśmiech może „nastroić” twój mózg pozytywnie. Im więcej uśmiechu, tym bardziej możemy być kreatywni.

6. Uśmiech jest zaraźliwy, udziela się innym, nawet największym ponurakom jest lepiej :)

7. Uśmiech może „wzmacniać” nasze ciało. (kiedy śmieje się całe nasze ciało, pracuje przepona, lecą łzy ) – pracuje wiele mięśni!

8. Uśmiech = kreatywność. Jak dowodzą naukowcy w raporcie z badań przeprowadzonych na Uniwersytecie Kalifornia w 2013 roku, dzięki uśmiechowi i pozytywnemu nastrojowi stajemy się bardziej kreatywni.  Jako przyczynę takiego stanu rzeczy naukowcy wskazują dopaminę, która wydzielana jest podczas odczuwania pozytywnych emocji, a która związana jest z uczeniem się, podejmowaniem decyzji i przetwarzaniem informacji.

9. Uśmiech jest zupełnie darmowy, nic nie kosztuje.

10. Uśmiech to najlepszy kosmetyk kobiety!

 

Co poprawia humor? Czyli kilka moich sposobów na przegonienie złego humoru.

1. Dobra, gorąca kawa.(dla chętnych polecam do tego coś słodkiego). W moim przypadku – skuteczność 100%.

2. Nasza ulubiona muzyka – pomaga się uaktywnić, rozruszać.

3. Śpiewanie. Mówią, że mam ten dar i całkiem śmiało mogłabym wziąć udział w Mam Talent czy X-Factor. Ale dla mnie śpiewanie to przede wszystkim hobby, a nie sposób na zrobienie kariery. Nie mam parcia na szkło i wcale nie jestem taka pewna, czy będąc sławna czy znana – byłabym szczęśliwa.

4. Taniec. – obecnie na to za wcześnie z racji mojego zdrowia, ale polecam. W zdrowym ciele – zdrowy Duch!

5. Filmy/książki, które będą na tyle „wciągające” czy zabawne, że z miejsca przegonią moje smuteczki. :). Dziś mogę podać kilka z nich. Kolejność przypadkowa.

 

OSTRZA CHWAŁY (BLADES OF GLORY) 

Temat porusza moje niespełnione marzenie z dzieciństwa , jakim jest łyżwiarstwo figurowe. W skrócie: Po wdaniu się w bójkę dwaj łyżwiarze figurowi dostają dożywotni zakaz występów solowych. Postanawiają wygrać więc zawody jako pierwsza męska para.(…). Świetna ścieżka dźwiękowa. Mega zabawny, dla niektórych – być może nawet kiczowaty. Ja jednak śmiałam się przy nim do łez i chętnie do niego powracam :D

 

 

NIEKOŃCZĄCA SIĘ OPOWIEŚĆ (NEVERENDING STORY) 

anglojęzyczny film fantasy produkcji niemiecko–amerykańskiej z 1984 r. w reżyserii Wolfganga Petersena, na podstawie powieści fantasy Michaela Ende Niekończąca się historia (1979). Baśń dla dzieci, jak również dla wszystkich niepoprawnych marzycieli, takich jak ja :D . Bardzo piękne obrazy , piosenka Limahla stworzona na potrzeby filmu. Bohaterem filmu jest chłopiec Bastian, który pewnego dnia chowa się w księgarni, uciekając przed prześladującymi go starszymi kolegami ze szkoły. Tam znajduje tajemniczą książkę i dzięki niej przenosi się do świata fantazji, któremu właśnie grozi zagłada. Podczas czytania lektury dowiaduje się, że przeżywa ją razem z bohaterami. Choć już stary pryk ze mnie – oglądam od czasu do czasu, gdyż przypomina mi o tym, co w życiu naprawdę ważne i zachęca do tego, by nie przestawać marzyć.

 

KILER :D

 

 

Tego filmu przedstawiać chyba nie trzeba :D Jedna z najlepszych moim zdaniem polskich produkcji. Jerzy Kiler, warszawski taksówkarz, przypadkowo zostaje wzięty za płatnego zabójcę i umieszczony w areszcie. Wyciąga go stamtąd boss świata przestępczego, który oferuje mu nowe zadanie.Fenomenalna rola Pazury i Figury :D Świetne, zabawne dialogi. Plus Elektryczne Gitary! Warto.

 

UPROWADZONA (WSZYSTKIE CZĘŚCI)

 

 

MOCNE KINO, które trzyma w napięciu od pierwszej klatki. Bryan był niegdyś szpiegiem, jednak ta praca zrujnowała jego całe życie. Żona Leonore odeszła wraz z córką. Teraz gdy bohater jest na emeryturze chce nadrobić stracone chwile z córką i właściwie tylko na tym opiera się jego życie. Córka, 17-letnia Kim mieszka z matką i jej bogatym mężem w pięknej willi. Pewnego razu bohaterka chce wyjechać z koleżanką do Paryża na wycieczkę. Z racji iż nie jest pełnoletnia potrzebna jest zgodna biologicznego ojca na opuszczenie kraju. Początkowo Bryan nie zgadza się, jednak potem ulega, stawiając kilka twardych warunków. Nic to jednak nie da ? Kim po przylocie do Paryża zostaje porwana przez ludzi zajmujących się handlem żywym towarem. Teraz Bryan będzie musiał przypomnieć sobie wszystko czego nauczył się podczas bycia szpiegiem i spróbować uratować córkę. Film pokazuje siłę i piękno ojcowskiej miłości. Plus znakomity Liam Neeson w roli głównej. :D

 

LEGALNA BLONDYNKA :D

 

 

Pewna siebie, przyjazna, ale trochę rozpuszczona blondynka z amerykańskiego college’u, o idealnej urodzie, zadowolona z siebie oraz swojego życia, doznaje wstrząsu, kiedy chłopak z nią zrywa. Aby go odzyskać, postanawia dostać się na studia prawnicze. Film w formie komediowej przedstawia perypetie, które spotykają ją na Harvardzie. Dziewczyna zdaje wszystkie egzaminy i zostaje prawniczką oraz otrzymuje dobre stanowisko.(…). Historia z happy endem. Plus świetna blondynka – Reese Whiterspoon :D

To kilka moich propozycji filmowych. A jakie Wy macie sposoby na dobry nastrój? :D

 

 

 

 

Kiedy gaśnie ludzkie życie – czyli historia oparta na faktach.

Śmierć…. rzadko o niej myślimy, choć prędzej czy później staniemy z nią twarzą w twarz. Kiedy przyjdzie? W jakiej sytuacji życia nas zastanie?. Czy będzie bolało? Czy będę się bać?. Czy ujrzę owe tajemnicze światło- tunel, świetliste postaci Aniołów, zmarłych krewnych?… Pewnie każdy z nas ma o niej jakieś wyobrażenia. Ale jedno słowo – jak myślę – najlepiej ją określa: TAJEMNICA. Dziś opowiem Wam pewną historię, opartą na faktach. Imiona rzecz jasna – przypadkowe.

Tadeusz był wspaniałym, wrażliwym, bardzo pracowitym chłopcem. Nie był szczególnie wykształcony, jednak otrzymał w domu bardzo dobre wychowanie. Najstarszy spośród trójki swoich braci. Wychował się na wsi, jednak po ukończeniu szkoły postanowił poszukać szczęścia w świecie. To były trudne czasy. Nie zdążył nawet zacząć pracy, gdyż nastała wojna – został zwerbowany do wojska. Po powrocie z wojny, która zostawiła w jego duszy niezatarte piętno – postanowił ułożyć sobie życie, zająć czymś swoje myśli, podjąć pracę. Inaczej zwariuje. I Kiedy już myślał, że skazany jest na samotne życie – pojawiła się Ona…Piękna filigranowa kobieta o kruczoczarnych, gęstych, kręconych do ramion włosach i tajemniczym, głębokim spojrzeniu. Pracowała w masarni. Było w niej coś, co go ujęło. Każdego dnia  wyruszając w miasto – odwiedzał to miejsce, by móc choć przez chwilę z nią porozmawiać. Okazało się, że ma ona na imię Jadwiga i bardzo szybko musiała się usamodzielnić – straciła bowiem rodziców mając pięć lat. Rodzeństwa nie miała. Z każdą rozmową Jadwiga stała się coraz bliższa Tadeuszowi. W końcu przyszedł czas, kiedy postanowił się oświadczyć. Jadwiga powiedziała TAK…(…).

Pobrali się. Na świat przyszły dzieci : trzy córki i jeden chłopiec. Żyli skromnie, ale byli szczęśliwi. Uchodzili za wspaniałą, kochającą się rodzinę. Wzór do naśladowania. Przeżyli wspólnie wiele wzlotów i upadków – jak to bywa w każdym małżeństwie. Z każdego wychodzili zwycięsko. Dzieci dobrze się uczyły, nie sprawiały większych problemów. Ada – najstarsza córka – była nauczycielką, Monika – trzy lata młodsza – kasjerką, Teresa – poszła na medycynę i została lekarzem rodzinnym, zaś Paweł – najmłodszy z całej czwórki – podjął pracę w firmie budowlanej. Wszyscy  odnaleźli swoją drugą połowę, założyli rodzinę, mieli dzieci. Pozostali w rodzinnym mieście, blisko rodziców – za wyjątkiem Ady i jej męża, Karola , którzy postanowili się przeprowadzić to większego miasta, gdzie Karol od razu podjął pracę na kopalni….

Czas mijał nieubłaganie. Do domu Tadeusza i Jadwigi zapukała starość, a wraz z nią – choroby. Jakoś sobie radzili – wszystko jednak do czasu. Jadwiga miała problemy z nadwagą, nadciśnieniem tętniczym, żylakami. Do tego doszła cukrzyca. Potem dwa zawały serca. Wszystko jedno za drugim, niczym lawina. U Tadeusza było inaczej. Był człowiekiem, który zdrowo się odżywiał, uprawiał sport. Biegał, chodził do lasu na grzyby (znał się na tym bardzo dobrze ), łowił ryby nad okolicznym stawem, spacerował. Rozpierała go energia. Jednak i na niego przyszła pora. Pani Śmierć postanowiła najpierw jego odwiedzić. Zaczęło się niewinnie, niepozornie. Nieprzyjemny zapach z ust, chrypka, częsty i bardzo uporczywy kaszel, plucie krwią, jednostronny ból gardła promieniujący do ucha, powiększenie węzłów chłonnych szyi….I trudna do przyjęcia diagnoza: rak krtani. I zaczęło się: naświetlania,  a w końcu zabieg – tzw. chordektomia endoskopowo-laserowa… Terapia przyniosła efekty… Jednak problemy Tadeusza wcale się nie skończyły. Wzorowe małżeństwo z wieloletnim stażem – musiało zmierzyć się z kolejną próbą, która stała się poważnym kryzysem. Jej imię to Alzheimer. Zarówno dla Jadwigi jak i dzieci i wnuków – był to ciężki cios. Jak to? Taki aktywny, pełen życia, dobry człowiek i Alzheimer? Tak jakby rak to za mało. (…)

Alzheimer, określany jest także jako otępienie starcze. Zaczęły się problemy z prawidłowym funkcjonowaniem pamięci krótkotrwałej –Tadeusz posłany przez Jadwigę do sklepu po zakupy – zapominał coraz więcej rzeczy. W końcu zaczął chodzić z listą zakupów, ale i to nic nie dawało. Jadwiga coraz częściej się złościła i reagowała agresywnie: obrażała, krytykowała, wymyślała. Któregoś dnia Tadeusz oświadczył żonie, że wychodzi na spacer. Mija godzina, dwie trzy… Wybija godzina 21:00 a męża nadal nie ma. Jadwiga niepokoi się nie na żarty, wyobraźnia podsuwa jej najgorsze scenariusze, kiedy ktoś puka do drzwi. To sąsiad z naprzeciwka, który spotkał Tadeusza wracając do domu. Był ogromnie zdziwiony widząc Tadeusza tak późną porą na mieście, samego. Zagadnięty Tadeusz w ogóle sąsiada nie poznał, a na propozycję towarzyszenia mu w powrocie do domu chętnie przystał. Okazało się bowiem, że Tadeusz już od kilku godzin snuje się po mieście, chce wrócić do domu, ale….zapomniał gdzie mieszka.! Niecały miesiąc od tego zdarzenia – przestawał rozpoznawać swoją żonę i dzieci , do wszystkich mówiąc per pan/ pani. Zapominał coraz więcej i więcej. Nie wiedział jak jeść zupę, jak się ubrać czy umyć. Stał się bezbronny i bezradny niczym dziecko, które dopiero poznaje świat. Rodzina miała nie lada dylemat. tata wymaga 24-godzinnej opieki, ale dzieci nie mogą porzucić pracy by poświęcić się całkowicie ojcu (przecież trzeba jakoś żyć. Mieć co jeść, w co się ubrać, dokonać wszelkich opłat, zadbać o przyszłość dzieci, gdy ich zabraknie). Jadwiga zaś także była bardzo schorowana, niezdolna do opieki nad mężem. Zatem co robić?…

Rodzina zebrała się w końcu w komplecie i przy stole zaczęła się dyskusja. Niektórzy mówili: rodzina powinna być razem, wspierać i troszczyć się o siebie do samego końca. Monika i Paweł proponowali „pozbyć się problemu”…Oczywiście nie wprost…zasugerowali jednak, że po pierwsze nie wiedzą, jak troszczyć się o ludzi z taką chorobą, po drugie mają własne życie i problemy. Nie potrzebują sobie dokładać nowych. Zatem albo zatrudnijmy kogoś do opieki – co najgorszym pomysłem nie było – albo załatwmy Tadeuszowi pobyt w hospicjum. Jemu to bez różnicy – przecież już niczego nie jest świadom i nic ani nikogo nie pamięta, a tu chodzi o jego dobro… Po kilku dniach namysłu zaczęto załatwiać formalności i miejsce w hospicjum. (…).

Klamka zapadła. Nadszedł czas, aby przewieźć Tadeusza do hospicjum. Zadanie to przypadło w udziale Karolowi. Ten wziął zatem teścia, sprowadził ostrożnie ze schodów, posadził w swoim passacie i wyruszył w drogę. Karol był zamyślony i bardzo zły na rodzinę. Był zdania, że źle robią. Odsyłają go tam, do obcych, bo stał się balastem w ich życiu , do czego nie mają odwagi się przyznać. Cholerni egoiści. Nabuzowany wcisnął pedał gazu. Nie zauważył, że to teraz piesi mają zielone światło. Milczący i otępiały dotąd Tadeusz, wykrzyknął szybko: „Karol, czerwone”. Karol zatrzymał się, spojrzał na światła i zdumiony wykrztusił: „rzeczywiście. Przepraszam”. Dalej jechali już w całkowitej ciszy. Karol pomyślał: „teść uratował nam obojgu życie”.. To był dla niego wstrząs. W końcu dojechali do hospicjum. Oprowadzili po miejscu, pokazali pokój, w którym Tadeusz zamieszka, udzielili wszelkich informacji, zapewnili o dobrej opiece….Karol podziękował i wrócił z powrotem(…). Na drugi dzień, rano – dzwoni telefon. To z hospicjum. Bardzo nam przykro, ale pan Tadeusz umarł.,… Przyszłam do niego z poranną dawką lekarstw i śniadaniem. Leżał spokojnie w swoim łóżku. Nie mogłam go dobudzić. Okazało się, że umarł. Wyglądał na spokojnego i szczęśliwego. Chyba nie cierpiał. Jeszcze raz – najszczersze wyrazy współczucia…

Tadeusz – odszedł więc na drugą stronę w zupełnie obcym miejscu, w całkowitej samotności, „porzucony” przez rodzinę. Mówi się: jakie życie – taka śmierć. Kto wie? może to prawda? Jeśli tak jest istotnie, to Tadeusz musiał być bardzo dobrym człowiekiem… Nie zamierzam potępiać postawy jego rodziny. Osądzi ich własne sumienie. Sytuacja, w jakiej została postawiona ta rodzina – była beznadziejna. Wiem jednak, że Karol, który zawoził Teścia do hospicjum – nie zapomni tego, jak ostatni przebłysk świadomości Tadeusza – uratował mu życie….Jeśli o mnie chodzi, to nie ważne jak, byle bym nie musiała odchodzić z tego świata całkowicie sama….

I na koniec i tak długiego posta – zachęta i apel do Każdego:

Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
zostaną po nich buty i telefon głuchy
tylko to co nieważne jak krowa się wlecze
najważniejsze tak prędkie że nagle się staje
potem cisza normalna więc całkiem nieznośna
jak czystość urodzona najprościej z rozpaczy
kiedy myślimy o kimś zostając bez niego.

Nie bądź pewny że czas masz bo pewność niepewna
zabiera nam wrażliwość tak jak każde szczęście
przychodzi jednocześnie jak patos i humor
jak dwie namiętności wciąż słabsze od jednej
tak szybko stąd odchodzą jak drozd milkną w lipcu
jak dźwięk trochę niezgrabny lub jak suchy ukłon
żeby widzieć naprawdę zamykają oczy
chociaż większym ryzykiem rodzić się niż umrzeć
kochamy wciąż za mało i stale za późno

Nie pisz o tym zbyt często lecz pisz raz na zawsze
a będziesz tak jak delfin łagodny i mocny

Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
i ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą
i nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości
czy pierwsza jest ostatnia czy ostatnia pierwsza.

 

Czy Harry Potter to satanista?

O Harrym Potterze – małym, niezwykle odważnym chłopcu z Privet Drive , uczącym się w szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie- słyszał niemal każdy. Seria książek okazała się takim hitem, że rozeszła się w ogromnej ilości egzemplarzy i doczekała adaptacji filmowej. Do moich rąk trafiła dzięki mojej siostrze, znacznie młodszej ode mnie, która nie lubiła czytać. Tymczasem Harrego Pottera czytała z zapartym tchem – wręcz trudno było jej przerwać. Zainteresowana nietypowym jak na moją siostrę zjawiskiem- sięgnęłam po HP zaraz po tym, kiedy N. przeszła do lektury kolejnego tomu. I tak wsiąkłam….Tak się złożyło, że na krótko po przeczytaniu przeze mnie danego tomu – wchodziła do kin naszego miasta ekranizacja  na podstawie powieści. Miałam wiec możliwość konfrontacji moich wyobrażeń, które wzbudziła we mnie książka- z wizją reżysera. Muszę przyznać- w znacznej części obie się pokrywały.

Choć „Harry Potter i…” to tylko świat fikcji literackiej i filmowej rozrywki – w niektórych środowiskach nadal wzbudza wiele emocji, sensacji, obaw. Mówi się, że od tego typu filmów / książek- każdy chrześcijan z krwi i kości, traktujący swoją wiarę serio – powinien trzymać się z daleka. Powód? Magia, czary, rzucanie zaklęć, fantastyczne stwory, duchy, atmosfera grozy, przemocy i śmierci, odwołania do satanizmu, okultyzm …. Krótko mówiąc- samo zło, pięknie i ciekawie podane, w formie niewinnej rozrywki….

Egzorcyści biją na alarm, straszą, ostrzegają, mówiąc o złych skutkach, które są owocem czytania bądź oglądania przygód małego chłopca.( mowa o dręczeniach i/ lub opętaniu człowieka przez złego ducha). Jako osoba wierząca, która trochę otarła się o duchową, realną obecność złego ducha ( mam tu na myśli posługę modlitwy wystawienniczej ) – wiem, że to nie żarty i nie wymysł ludzki. Sporo widziałam i słyszałam. Zatem sprawy nie bagatelizuje. Jestem jednak zdania, że nie należy popadać w paranoje, we wszystkim doszukując się obecności demona. Zakazując lektury Hp powinniśmy do lamusa odesłać także Smurfy, Muminki, Opowieści z Narnii i wiele innych… skończyło by się na tym, że nie mielibyśmy co czytać i oglądać. Poza tym – w życiu ludzkim tak jakoś jest, że zakazany owoc smakuje najlepiej… Tak było w Raju i tak jest dzisiaj…

Jak wspomniałam w poprzednim wpisie – jestem w Bieszczadach na rekonwalescencji i łykam PIGUŁKI. Jedna z nich nazywa się właśnie Harry Potter. (tytuł oryginalny : satanista Harry Potter).Temat był prze ze mnie poruszony na moim dawnym blogu, jednak dziś ubogace go o „pigułkę Szymona H., którego nawiasem mówiąc bardzo lubię i cenię. Każdy medal ma dwie strony. Złe zostały już wyciągnięte na światło dzienne, zatem pora na te dobre.

Pomijając kwestie dogmatów wiary – Kościół , wbrew temu co myśli wielu – jest otwarty na dyskusję i dialog. I tak-aby nie być gołosłownym – Szymon H. powołuje się w swoich przemyśleniach na osobę Artura Sporniaka, który w swoim tekście zamieszczonym na łamach ” Tygodnika Powszechnego” – stawał w obronie małego czarodzieja, wymieniając wszelkie argumenty, które są zarazem dowodem na to, że  :

książki autorki przygód o Harrym – pokazują wartość przyjaźni, wierności dobru nawet za cenę cierpienia ( Harry i profesor Dumbledore) , odwagi, poświęcenia, narażania życia dla ochrony innych, pomocy niesłusznie oskarżonym, prześladowanym czy słabszym ( chłopiec Nevill Longbottom, istna ciamajda ) , uczciwej rywalizacji ( pięknie to widać w tomie HP i czara ognia), to, że nikogo nie wolno przedwcześnie skreślić czy osądzać ( np. Lupin, czy Snape, który jak się okazuje – bardzo kochał matkę Harrego ). W książkach znajdziemy też przesłanie: każdy zasługuje na drugą szansę- dobrze jest wybaczyć ( obrona Glizdogona przez Harrego ). Znajdziemy też potępienie wykorzystywania stanowiska siły, protekcji – dla egoistycznych , złych celów ( rodzina Malfoy ), manipulacje kłamstw prasowych – niszczenie ludzi dla sensacji ( Rita Skeeter ). Przykładów można by wymieniać w nieskończoność. Trzeba też przyznać, że w każdej z części Historii chłopca z Privet – Drive – dobro zawsze zwycięża zło. Zgadzam się z  tymi argumentami w stu procentach.

Skoro Harry Potter wciąga młode umysły w odmety magii, duchów i innych złych stworów, przyjrzyjmy się kilku innym Historiom. Henryk Sienkiewicz kreśląc postać Zagloby  – promuje alkoholizm. Papcio Chmiel  w przygodach Tytusa, Romka i Atomka – zachęca dzieci by spróbowały przelecieć się wannolotem. Gumisie warzą sok z gumi -jagód, eliksir, po którym maja niezłe Adhd. Kto wie, co oprócz jagód wchodzi w skład owego trunku? ☺ Strach się bać! Tego typu absurdów- można by szukać wszędzie. W każdej książce, która istnieje. Są nawet osoby, wcale nie jest ich tak mało- wg których kilka chłopów umówilo się na imprezę i tak odleciało, że w pijanym widzie postanowili napisać bestseller i dać mu tytuł: Biblia. ☺

Zmierzając do puenty….

Każdy czyta i ogląda to, co lubi, co go fascynuje, interesuje, wzbudza wiele emocji. I dobrze, że tak jest. Kto szuka, ten znajduje – Tak w życiu, jak w kinie, sztuce czy literaturze. Życie nie jest tylko czarne i białe – ma wiele odcieni. Może i rzeczywiście wiele książek czy adaptacji filmowych – promuje treści dalekie od dobrych ( np. horrory , filmy pełne przemocy, seksu, itp). Moim zdaniem Harry Potter w wersji filmowej- powinien mieć  ograniczenie wiekowe z racji, że każda kolejna część jest mroczniejsza, a zło coraz bardziej krzyczy. Jednak wrzucanie dziel typu Harry Potter do szuflady o nazwie ZAKAZANE- nie jest dobrym pomysłem. Człowiek ma umysł i własną wolę, ma prawo wyboru – nawet jeśli ten wybór okaże się zły. Mamy prawo do błędu. Nie wiedzieć czemu, Kościół mający tak ogromne bogactwo świętych – zwykłych prostych ludzi jak my- nie potrafi się z ta skarbnicą i mądrością przebić, zaintrygować, zaciekawić tak, jak czynią to bajarze typu Brown – autor Kodu da Vinci, czy autorka przygód Harrego Pottera. Zamiast zazdrościc wyobraźni, popularności i talentu ludzi światowych, może warto by przejść do ofensywy i pokazać, że Kościół w całej historii swojego istnienia -  ma równie sympatycznych, odważnych, godnych podziwu i naśladowania bohaterów? (….).

 

 

 

Jestesmy na wczasach…w tych bieszczadzkich lasach !

Jesień powitała mnie wielka niespodzianka. Kilka dni temu miałam umówiona kontrolną wizytę u specjalisty, który w sierpniu mnie zoperował. Po obejrzeniu mojego kolana z każdej możliwej strony, lekarz po raz pierwszy uśmiechnął się szeroko i z entuzjazmem powiedział: Rewelacja! Nie  spodziewałem się tak dobrej dyspozycji u pani. Pani operacja była dla całego naszego zespołu nie lada wyzwaniem. Stan kolana był bardzo zły, założyliśmy, że nie wszystko co zaplanowaliśmy uda się zrobić , a jednak- udało się! Bardzo się cieszę! Czeka panią dalsza rehabilitacja, ale z czasem będzie tylko lepiej. Co prawda może mieć pani problemy z przykucnięciem, czy zrobieniem przysiadów,  jednak bieganie, czy inna forma podjęcia przez panią aktywności- jak najbardziej ok. Doktor skierował na konkretne zabiegi, zalecił odpowiednie ćwiczenia, a na odchodne powiedział: zapraszam do kontroli za 6 miesięcy- powodzenia !

Trochę to trwało nim dotarło do mnie, że to nie sen. Nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę! ☺ Z gabinetu wyszłam wniebowzięta, rozpromieniona, podekscytowana, pełna pozytywnej energii. Spodziewałam się wielu miesięcy ciężkich bojów, może nawet dwuletniego dochodzenia do siebie, a tu taka niespodzianka! Niepojęte ! To jednak nie wszystko! Już chodzę bez żadnej stabilizacji. W dodatku jestem teraz w pięknym zakątku Polski , gdzie są moje korzenie. Tym uroczym miejscem są Bieszczady. Tak szczęśliwie się złożyło, że od dwóch dni rozpoczęłam rehabilitację po operacji. ☺ Na razie w wersji light, żeby się rozkręcić. Ale już po masażu i rozciągnięcie mięśni słyszę od Lady Beatrice, znajomej rehabilitantki : Asia, na moje oko miesiąc i będziesz hasać jak zając- tylko codziennie trochę ćwicz. Regularnie. I jak tu się nie cieszyć ???

Spędzę tydzień pięknej jesieni w Bieszczadach. Śliczne okolice, cały dom dla siebie, cisza. Tutaj życie płynie zupełnie inaczej niż w dużej metropolii. Dostałam fajną książkę ( na wypadek, gdyby było mi zbyt nudno): ” tabletki z krzyżykiem . Pierwsza pomoc w lekach związanych z Bogiem, końcem świata, czyśćcem i duchami ” – pomaga po raz pierwszy – lub na nowo – spojrzeć na wiarę i odnaleźć odpowiedzi na wiele ciekawych, czasem kontrowersyjnych pytań ☺. Kilka pigułek już przełknęłam , z przyjemnością i lekkością, bo napisana jest w mądry, prosty, a zarazem zabawny sposób. ☺. Złożyła także podanie w sprawie mojego pobytu w sanatorium i bardziej intensywnej, fachowej rehabilitacji. Bo tydzień, to raptem dobry start. Czekam na odpowiedź, miejsce i termin, który mi zaproponują… I chociaż wiem, że moje drugie kolano za rok- góra dwa lata – czeka to samo – jestem dobrej myśli!

LIEBSTER BLOG AWARD – nominacja

Od jakiegoś czasu kursuje w internetach łańcuszek szczęścia pod nazwą LIEBSTER BLOG AWARD, będący formą wyróżnienia blogów naprawdę ciekawych, wartościowych. Osobiście cieszę się, że jest coś takiego jak LBA, gdyż blogerskie nominacje nie tylko motywują nas do dalszego pisania, ale pozwalają nam także bardziej się poznać. Na początku bardzo dziękuję za nominację, którą otrzymałam od Matyldy :) 


http://inter-zycie.blog.pl/2017/09/24/liebster-blog-award/

Dla niewtajemniczonych – parę słów o zabawie:

Jeśli zostałeś nominowany do nagrody The Liebster i chciałbyś ją zaakceptować, napisz post na temat nagrody Liebster, w której:

1. Podziękuj osobie, która wyznaczyła Ciebie i zamieściła link do Twojego bloga, na swoim blogu.
2. Skopiuj i wstaw nagrodę do swojego bloga.
3. Opublikuj pytania, zadane przez osobę, która Ciebie wyznaczyła.
4. Opublikuj odpowiedzi na zadane pytania.
5. Nominuj blogi, które według Ciebie zasługują na wyróżnienie, mające mniej niż 1000, w innym wariancie – mniej niż 3000, zwolenników.
6. Nominuj 5, a w innym wariancie – 11, blogów.
7. Powiadom te osoby/blogi, że zostały przez Ciebie nominowane do nagrody Liebster i udostępnij im link do swojego posta, aby mogli zapoznać się z zadanymi przez Ciebie pytaniami.
8. Osoba nominowana powinna podać zasady nominacji.
Nie wolno nominować bloga, który Ciebie nominował.

O łańcuszku Liebster Blog Award – dowiedziałam się od Sylwii , prowadzącej blog pod adresem: http://tumblemind.blog.pl (gorąco polecam zwłaszcza tym czytelnikom, którzy jeszcze tam nie trafili). Teraz przechodzę do konkretów. :) 

Oto zadane mi pytania i moje odpowiedzi:

1. Bez którego ze smaków mogłabyś/mógłbyś wytrzymać przez miesiąc: gorzkiego, słodkiego czy słonego?

Najtrudniej było by mi wytrzymać bez czegoś słodkiego. 

2. Który z bohaterów książkowych/komiksowych, filmowych lub teatralnych, jest najbliższy Twojemu sercu i dlaczego?

Tu raczej oryginalna nie będę, bohaterką najbliższą mojemu sercu – zawsze pozostanie Ania Shirley z powieści Lucy Maud Montgomery pt. „Ania z Zielonego Wzgórza”. Identyczny typ urody, wrażliwa dusza, niezły temperamencik., podobne życiowe doświadczenia. Identycznie jak Ania – miałam problem z zaakceptowaniem u siebie piegów i rudych włosów, które z upływem czasu stały się moim największym, kobiecym atutem. :). Żeby było śmieszniej – także zaliczyłam upadek z dachu (tylko nie było w pobliżu Gilberta, który by mnie złapał ) :)

3. Przyjmując, że reinkarnacja jest faktem,  człowiekiem jakiej płci chciałabyś/chciałbyś się narodzić w następnym wcieleniu i dlaczego?

Zakładając, że reinkarnacja to fakt, w następnym wcieleniu nadal chciałabym być kobietą. Dlaczego? Bo kobiety (na ogół) są z natury delikatne, wrażliwe, kochające, dobre, a przede wszystkim – wbrew temu co się mawia – wcale nie są słabą płcią. Są zaradne, gospodarne, silne (zwłaszcza psychicznie). Nierzadko radzą sobie lepiej, niż mężczyźni. Może zabrzmi to dziwnie, ale uważam, że gdyby nie było kobiet – świat już dawno przestałby istnieć.  I nie chodzi tu jedynie o prokreację, choć to oczywiste. Po prostu na świecie było by znacznie więcej konfliktów, agresji, nienawiści, które działają autodestrukcyjnie. Co więcej: kobiety są skuteczniejsze, wykazują się większym niż mężczyźni zrozumieniem i empatią. Potrafią pójść drogą kompromisu, załagodzić sytuację, podnieść na duchu, zmotywować. Bez nas było by po prostu ciężko i nudno! :)

4. Czy i jaki masz sposób na nieproszonych gości?

Mówiąc szczerze – to nie mam . Jestem osobą, która starannie sobie wszystko planuje. Spotkania ustalam sobie z góry, więc nikt mnie nagle nie nawiedza bez uprzedzenia. Jeśli ktoś spontanicznie postanawia wpaść – a nie byłam z tym kimś umówiona – zazwyczaj całuje klamkę. Udaję, że mnie nie ma :)

5. Gdybyś mogła/mógł już od jutra być rentierem, czy rzuciłabyś/rzuciłbyś szkołę/pracę?

Na pewno nie! Nie wyobrażam sobie tego! Nauka, hobby, praca, trud – wypełniają mi czas. Dzięki pracy – nie tylko zarabiam na siebie, ale też czuję się potrzebna, pomocna, użyteczna. Ato dla mnie bardzo ważne. Mając do wyboru stały dochód +leżenie całe życie na kanapie lub pracę – wybieram pracę. Życie pasożytnicze nie jest w moim stylu. 

 

I tu następuje chwila, w której powinnam nominować kolejne blogi :). Być może troszkę naciągnę niektóre zasady (wielu z Was otrzymało już nominację), ale raczej nie mam zbyt wielkiego wyboru…A więc z radością przedstawiam moje nominację następującym blogom (kolejność przypadkowa) : 

1. http://pawel-malec.blog.onet.pl    - bardzo utalentowany pisarz, którego cechuje niebywała lekkość pióra , ogromna wyobraźnia i zawsze zaskakujące wpisy, które trafiają prosto w serce.

2.
http://nielubiebrukselki.blog.pl
/ – młoda, wrażliwa kobieta, która – podobnie jak ja – wiele doświadczyła i wspaniale radzi sobie z trudnościami, jakie stawia przed nią życie. 

3. http://gozdzikowo.blog.pl  - blog kobiety bardzo rodzinnej, uwielbiającej goździki, wspaniałej żony i matki:). Łączy nas otwartość i szczerość. Ostatnio jakby „przysnęła”, liczę zatem, że nominacja zmotywuje ją do nowego wpisu! :)

4.  http://saraijejrak.blog.onet.pl – poznaję od niedawna. Historia młodej, uroczej kobiety, która mimo raka – nie traci nadziei ani radości życia. 

5.  http:// obserwujaca.blog.pl –  ostatnio wzięty przeze mnie pod lupę.:). Blog osoby młodej, która uważnie obserwuje rzeczywistość, pisze to co myśli – spontanicznie i od serca. Zapowiada się ciekawie :)

 

Ufff….a teraz pora na pytania ode mnie: 

1. Jak się zaczęła twoja przygoda Z blogiem? Co skłoniło cię do pisania?

2. Jakie blogi lubisz odwiedzać? 

3. Gdybyś otrzymał diagnozę, że zostało ci niewiele życia…. co chciałbyś jeszcze zrobić?

4. Znajdujesz lampę Alladyna. Ten może spełnić trzy twoje największe marzenia. Co by to było?

5. Wyobraź sobie, że na rok czasu możesz zamienić się na życie z kimkolwiek zechcesz. Czyje życie wybierzesz i dlaczego?

 

 

Kiedy nadejdzie koniec – czyli w kilku słowach o preppersach

Któregoś dnia – byłam już wtedy na chorobowym – wpadł do mnie przyjaciel o bardzo specyficznych zainteresowaniach. Każde spotkanie z nim czymś mnie zadziwia. Tak też było owego dnia. Rozmawialiśmy o wielu sprawach. W końcu zapytał mnie, czy spotkałam się z terminem Preppers?  Zdziwiona zaprzeczam. Ł. podał mi zatem kilka witryn internetowych i linków na kanale youtube do odsłuchania, żebym podczas naszego następnego spotkania mogła się z nim podzielić swoimi przemyśleniami. O tym też będzie ten post. Co prawda wakacje się skończyły – dziś pierwszy dzień Jesieni – jednak temat wydaje mi się warty poruszenia.

W kilku słowach: Kim jest preppers ?

Prepper jest osobą, która na poważnie bierze odpowiedzialność za przetrwanie własne i swojej rodziny. Dziś mamy swobodny dostęp do żywności. Mamy prąd i gaz, dach nad głową, pracę, względne poczucie bezpieczeństwa. Wyobraźmy sobie jednak sytuację ekstremalną , o której na co dzień nie myślimy: wybucha wojna- wojska nieprzyjaciela zrównują nasz dom z ziemią. Tracimy dorobek całego życia. Twoje życie (a także życie twoich najbliższych) – jest zagrożone. Trzeba zostawić wszystko, pogodzić się z utratą i ratować ucieczką (o ile nas nie zabiją po drodze). Chwila zawahania i zwłoki może nas kosztować życie. Być może brzmi to wszystko jak akcja jednego z tych filmów, na którym byłeś kiedyś w kinie. Jednak nie można całkowicie wykluczyć tego, że wojna czy jakieś inne nieszczęście (np. nieznana nam dotąd epidemia choroby, na którą nie znamy lekarstwa) szczęśliwie nas ominie. Oglądając od czasu media możemy przekonać się, w jak wielu miejscach na świecie źle się dzieje. Co jakiś czas – niczym bumerang – powraca temat końca świata, który zapewne kiedyś nastąpi. Kiedy i jak to będzie wyglądać? Nie wiemy. Ale można się na to przygotować. Tak przynajmniej uważa prepers. On wie, jakie rzeczy będą mu potrzebne do przetrwania podczas apokalipsy. Jest bardzo zorientowany na przetrwanie rozwija się w sztuce survivalu, gromadzi przedmioty które w chwili apokalipsy-końca świata będą w stanie go utrzymać na pewnym standardzie życia. Organizuje miejsca gdzie będzie mógł przenieść np. las , schron lub inne miejsce w kraju gdzie można żyć bezpiecznie (…).

Czy preppersi to zwariowani ludzie?

Po chwili namysłu – uważam, że nie. Nie sądzę, by na koniec świata ktokolwiek z nas mógł się odpowiednio przygotować (nie znamy dnia, ani godziny), ale zimna krew, samodzielność, zaradność – to wielki atut człowieka na każde czasy. Jestem zdania, że wysyłając nasze dzieci np. na obozy harcerskie czy tzw. szkoły przetrwania – pomożemy naszym pociechom radzić sobie w dorosłym życiu. Bywa, że długo chowamy dziecko w domu z troski o jego bezpieczeństwo, wyręczamy go, jesteśmy (niekiedy) nadopiekuńczy, jednak czas pokazuje, jak niemądre to było z naszej strony. Trzydziestoparoletni facet (to oczywiście przykład) nadal trzyma się matczynej spódnicy. Każde jej słowo to świętość. Nie robi zbyt wiele. Mama ugotuje, upierze, posprząta, poda pod nos… Kobietę , która jako dziecko żyła „pod kloszem” – przepełnia wiele lęków i obaw co do tego, jak poradzi sobie bez opieki rodziców, czyjegoś wsparcia. Lepiej więc od samego początku rzucać dziecku wyzwania, uczyć samodzielności, rozbudzać w nim ciekawość świata, pomagać rozwijać talenty. Kiedy w dorosłym życiu zetknie się z jakąś sytuacją trudną (czy też ekstremalną), nie wpadnie w panikę, ale da sobie radę. A wy? co o tym myślicie? :)

PS: dla ciekawych podaje stronę, którą warto odwiedzić:   http://www.gotowynajutro.pl/

****** TEMAT ZAINSPIROWANY ROZMOWĄ Z PRZYJACIELEM :)))

 

 

Mężczyźni wolą brzydule ????

Na swoim pierwszym blogu (bo ten jest drugim z kolei) lubiłam wsadzać kij w mrowisko. Często pisałam spontaniczne, zaczepne teksty, które czasami „wisiały” na głównej onetu (czym zawsze byłam zszokowana :).  Niestety, w pewnym momencie zniknęłam na dobre z blogosfery, ale słabość do blogowania pozostała. Uwielbiam pisać, zawsze to kochałam, dzięki czemu ten blog istnieje. Przeglądając go zauważyłam, że na ogół dotykam tematów trudnych, ciężkich. Zatem pora na odmianę. Najwyższy czas na coś lżejszego!. Postanowiłam niejako nawiązać do poprzedniego tematu o kobiecym pięknie i rozwinąć go o wątek dobierania się w pary. Będzie ciężko, bo pisze to osoba wolna, wokół której mężczyźni czasem się kręcą, aczkolwiek na tym te podchody się kończą. :). Mimo to – spróbuję.

Bardzo długo szukałam swojej połówki jabłka, byłam otwarta na znajomości z płcią przeciwną, nienachalna. A jednak ciągle pozostawałam bez partnera. Dziś się tym nie przejmuję, ale wtedy – ta samotność była dla mnie pigułką trudną do przełknięcia. I w pewnym momencie przyszła mi myśl: albo inne mają coś czego mi brak, a na co mężczyźni zwracają uwagę, albo zwyczajnie unikają, a nawet się mnie boją! Nieee, to niemożliwe!. Czego mieli by się niby bać? Że ich ugryzę? Zwyzywam? Pogonię na cztery wiatry? Przecież  nie wyglądam jak Miss Świata!. Jestem otwarta, wrażliwa, spontaniczna…nie mam nie wiadomo jak wygórowanych oczekiwań wobec płci przeciwnej. Daleko mi do zołzy!. To musi być coś innego(…)

Upływ czasu oraz moje doświadczenia w relacjach damsko – męskich utwierdziły mnie jednak w przekonaniu, że stawiane przeze mnie tezy nie są wcale tak dalekie od prawdy! Jak wspominałam – nie mam problemu w nawiązaniu kontaktów z mężczyznami. Mam kilkoro przyjaciół. Te relacje trwają już wiele lat. Jednak tylko dwóch podczas zwykłej rozmowy – zupełnie nie związanej z tematem postu – przyznało, że myślało o czymś więcej niż przyjaźń, lecz zabrakło im odwagi, by mnie o to zapytać! Dlaczego? To już pytanie do mężczyzn. :). Skąd zatem te obawy? 

Mężczyźni wolą brzydule….

Czy jest w tym ziarnko prawdy? okazuje się że tak. Mężczyźni często unikają pięknych, atrakcyjnych kobiet, gdyż mają za dużo adoratorów i wielbicieli. Są zjawiskowe i śliczne, więc nie mogą opędzić się od kolegów, przyjaciół, znajomych. Większość facetów ślini się na ich widok. Są łatwym łupem tzw. królów dyskotek. Co za tym idzie – są bardziej skłonne do zdrady. Znacznie bezpieczniej jest nie sięgać aż tak wysoko. Lepiej zainteresować się – umownie to nazwijmy – kobietą przeciętną lub uważającą siebie za mało atrakcyjną. Ryzyko zdrady mniejsze. Piękna Barbie na pewno będzie miała w głowie siano: Paplanina bez sensu, próżność, zadufanie, skupianie się głównie na swoim wyglądzie…szkoda czasu!. Kobieta powinna coś sobą reprezentować. Same ciało to raczej mało. Ta piękna – często oczekuje, by traktować ją jak księżniczkę: musi być ciągle w centrum uwagi, cały świat powinien kręcić się wokół niej. Żąda pokłonów, składania hołdów, leżenia u jej stóp, a co najgorsze prezentów, aby były ciągle przekonana o swojej wyjątkowości. Mężczyzna musi być na jej rozkazy…Kto to wytrzyma?.. Na upojne noce – piękna barbie będzie jak najbardziej odpowiednia. Ale w roli partnerki na całe życie – raczej się nie sprawdzi.  Natomiast kobieta przeciętna (czy też nieco brzydsza) – z racji braku urody – będzie musiała się wykazać, by go przy sobie zatrzymać.:) Ależ to wygodne, prawda? :)

PIĘKNE = LUKSUSOWE

Nie da się ukryć: piękno jest luksusem. Piękna barbie nie zadowoli się byle czym. Nie dla niej perfumy z bazaru, czy ciuchy ze szmateksu. Ona musi mieć wszystko najlepszej jakości. Markowe. A to niestety kosztuje… Być może mocno pewne rzeczy upraszczam , za co czytające to kobiety z góry przepraszam – ale wiele mężczyzn tak właśnie myśli. 

PIĘKNA + INTELIGENTNA = ZABÓJCZA

czyli kobieta ze zdjęcia dołączonego na potrzeby posta. Dlaczego (na ogół) mężczyzna trzyma się z dala od takich kobiet? Ponieważ bystra, mądra kobieta, wykształcona, pracująca, mająca własne zdanie – to niebezpieczeństwo. Taką kobietę nie jest łatwo zdominować. Nie wciśniesz jej kitu, ona nie połknie tak łatwo kłamstwa , jak piękna Barbie. Bo Piękna i Inteligentna MYŚLI. Jeśli na dodatek ma wiele znajomych, zainteresowań, jest ciekawa świata, zarabia więcej niż On i ma ambicje – to jeszcze gorzej. Mężczyzna łatwo wpada wtedy w kompleksy, czuje się taki malutki i beznadziejny w porównaniu z Piękną i Inteligentną. Jest przekonany, że na taką kobietę nie zasługuje. Że niewiele może jej zaoferować. Z osobistego doświadczenia mogę powiedzieć, że jeśli mężczyzna ma kompleksy – będzie szukał potwierdzenia swojej męskości i dowartościowania „na boku”. Oczywiście nie podaję procentów i statystyk – po prostu to przerobiłam. :).

Wniosek ?

Każdy ma swój gust. Niektórzy panowie preferują brunetki o dużym biuście, inni filigranowe blondynki czy rude, piegowate, zielonookie. Jednak to nie piękno czy jego brak – zapewni nam udany związek, lecz osobowość i charakter naszej połówki. Jeśli czyta ten tekst kobieta, która uważa siebie za „brzydulę” – nie przejmuj się. Z mężczyznami nie jest tak źle. Ten jedyny zobaczy w tobie piękno, które w sobie masz. Doceni ciebie jaką jesteś. Piękno cielesne i tak nie jest wieczne. Tak piękna jak i brzydka – kiedyś się pomarszczy i zostanie jej tylko piękno wewnętrzne: czyli serce i dusza. A to jest zawsze pożądane.  A do pięknych Barbie mały apel: cieszcie się takim atutem, jaki dała Wam Matka Natura, ale pokażcie innym, że nie jesteście pustakami. Dostrzegajcie piękno i zalety Waszego partnera. Doceńcie go czasem:). Nie tylko my – kobiety tego potrzebujemy:). A jeśli któraś z Was jest sama , czekająca na cud, na księcia z bajki: nie czekaj, nie szukaj. Nic na siłę. Skoro jeszcze czekasz, to znaczy – że czeka cię ktoś naprawdę wyjątkowy. Tylko żyj pełnią życia, rób to co kochasz, i miej oczy i serce otwarte na miłość. W końcu przyjdzie. Na pewno! :) 

piekna_kobieta_podoba_sie_oczom_2014-01-03_10-58-22

***** Mój punkt widzenia – dedykowany w sposób szczególny każdej kobiecie.

Z botoksem będzie mi do twarzy??? – czyli co myślę o operacjach plastycznych

Kocham kino, uwielbiam Meryl Streep. Każdy film, jaki obejrzałam z nią w roli głównej – był prawdziwym hitem i wspaniałą rozrywką, w dodatku na wysokim poziomie. Nie chcę wyliczać wszystkich tytułów, bo nie o to chodzi. Pragnę jedynie przywołać jeden z nich, który stał się źródłem inspiracji i skłonił mnie do podzielenia się z Wami moim spojrzeniem na pojęcie piękna i młodości. Zwłaszcza tej kobiecej.

ZE ŚMIERCIĄ JEJ DO TWARZY.  

Historia stara jak świat. Dwie kobiety, ten sam mężczyzna. Bohaterkami filmu są starzejąca się aktorka Madeline Ashton oraz jej była przyjaciółka Helen Sharp. Madeline regularnie odbijała Helen wszystkich facetów, łącznie z Ernestem, wziętym chirurgiem plastycznym, który w końcu został jej mężem. Teraz on upija się prawie co wieczór, przeklinając dzień, gdy spotkał swoją żonę, Helen zajada swoje frustracje i tyje w zastraszającym tempie, a sfrustrowana Madeleine zastanawia się, jak reanimować swoją coraz bardziej zwiędłą urodę i umierająca karierę. I wtedy pojawia się tajemnicza Lisle von Roman oferująca równie tajemniczą miksturę upiększającą. Obie kobiety oczywiście chętnie z niej korzystają – nie bacząc na konsekwencje o których Lisle lojalnie je uprzedza…

Momentami śmiesznie, momentami strasznie. Ale jakże życiowo. Same przyznajcie: która z nas – nie chce być młoda, atrakcyjna, seksowna, urocza, odnosząca w życiu sukcesy na każdym polu? I który mężczyzna nie zwraca uwagi na urodę kobiety, jej powab, seksapil? . To przecież pierwsze spotkanie, wzajemne spojrzenia wymieniane ukradkiem, wygląd zewnętrzny, zapach perfum i mowa ciała – decydują o tym, czy będzie ciąg dalszy… Kobieta z wyglądu może robić wrażenie nieśmiałej, zupełnie przeciętnej szarej myszki, a wewnątrz niej może skrywać się wspaniała osobowość, dobroć, kochające serce.. Ale tego niestety na pierwszy rzut oka nie widać.

                                                My kobiety, jesteśmy na ogół wrażliwe pod tym względem. Czasem nawet za bardzo… Ja byłam wręcz przewrażliwiona i zakompleksiona przez bardzo długi czas. Piegi, chuda tyka, zero biustu..CHŁOPCZYCA. No cóż, taką figurę Matka Natura dała, trzeba było nauczyć się z tym żyć…Paradoksalnie – wcale nie byłam nigdy uważana za brzydkie kaczątko. Byłam taka jedynie we własnych oczach. Trzeba było, aby ktoś pomógł mi dostrzec to piękno, które w sobie mam , które ma każda z nas! Bo jesteśmy piękne, drogie Panie! :)

 Zawsze zastanawiał mnie powód ludzkiej samotności. Dawniej – Mijając miliony dziewcząt /młodych kobiet na ulicy, które wcale nie uważałam za atrakcyjniejsze od siebie- byłam sfrustrowana faktem, że to one były z NIM, a ja ciągle sama. „Coś ze mną nie teges?. Może mam wytatuowany na czole znak: nie podchodź?”- myślałam. Jeszcze kilka lat temu –  tego typu pytania nie przestawały mnie dręczyć, dziś jest inaczej. Doświadczenia życiowe zrobiły swoje. A pozwoliły mi one zrozumieć, że dopóki nie pokocham siebie samej takiej, jaką widzę siebie w lustrze – nikt mnie nie pokocha. I dopóki nie zaprzyjaźnię się sama ze sobą – akceptując swoje wady , zalety, niedoskonałości i błędy – nie zostanę przez innych zaakceptowana. :) A z NIM będę szczęśliwa dopiero wtedy, jeśli nauczę się SIEBIE. :). Samotność może być dla nas taką właśnie szansą! :)

4848-problem-pieknych-kobiet

Te słowa po części mogłyby dawać odpowiedź na pytanie, dlaczego piękne kobiety są samotne jak palec. Mężczyźni – tak myślę – bardzo często myślą takim schematem: jest atrakcyjna, więc u niej jestem spalony. Na pewno kogoś ma. Tymczasem często bywa odwrotnie. Kobieta ma pracę, znajomych, hobby ale drugiej połowy – już niestety nie. I w drugą stronę podobnie: co za przystojniak… musi kogoś mieć.

DBAŁOŚĆ O WYGLĄD. Rzecz bardzo ważna. Nie zadam kobietom tego pytania wprost, ale wiadomo o co chodzi: nasza kobieca kosmetyczka. Co w niej mamy? Same skarby, które pomagają nam pięknie i młodo wyglądać. Wybór w sklepach tak duży, że nieraz trudno się zdecydować, co kupić. :) Ups, dobra o tym już szaa! Jest jedna rzecz u kobiet, którą niezwykle cenię a która staje się coraz mniej popularna. Na imię jej NATURALNOŚĆ. Przedłużanie i farbowanie włosów. Tipsy. Doklejane rzęsy. Solar… To kilka „lekkich” kobiecych grzeszków, metod upiększania samej siebie, ale są i większe. Do tej kategorii należą operacje plastyczne. Wg danych – kobiety najczęściej powiększają sobie biust. Większość pań, które poddają się zabiegowi powiększania piersi, jest po 20. roku życia. Zainteresowaniem cieszy się też zmniejszanie lub prostowanie nosów – na tę operację plastyczną decydują się kobiety w każdym wieku. Wiele pań chce wygładzić zmarszczki (najwięcej pacjentek jest po 30. i 40. roku życia) oraz odessać tłuszcz z ud i brzucha (niezależnie od wieku). Coraz popularniejsze stają się także operacje plastyczne w miejscach intymnych. Z pomocą chirurga można dziś nawet „odzyskać” dziewictwo.(…)

74de06bb17348ff5cf54067acdc1af18

713

Niesamowite, do czego zdolna jest kobieta w walce o swoje piękno i urodę. Równie powalające mogą być efekty tych starań. Oczywiście nie każda operacja plastyczna kończy się tragicznie.Jednak   – obserwując raz na jakiś czas portale plotkarskie – uważam, że wiele gwiazd przesadza. A skutek jest taki, że osiągają efekt odwrotny do zamierzonego. Zamiast być kobietą bardziej atrakcyjną, młodą i pociągającą – stają się karykaturą piękna. Przynajmniej ja tak to widzę. O kosztach takich zabiegów nie wspominam – zapewne są duże. Powiem jedynie, co o nich myślę: Są bez sensu. Powiem więcej: nawet, gdybym miała mnóstwo pieniędzy – nie zafundowałabym sobie ANI JEDNEJ operacji !. Czyżbym uważała się za piękność, że nie potrzebuję żadnych korekt?. Nie. Jestem zwyczajną kobietą po trzydziestce jakich wiele. Kobietą, która dobrze wie, że nie da się oszukać upływającego czasu. :). Oczywiście: możemy się zoperować, zmienić to i owo. Ale choć będziemy wyglądać młodo – zewnętrznie, ciało i tak będzie się starzeć. To nieuniknione. Przyjdą różne cierpienia, choroby i prędzej czy później – czy tego chcemy czy nie – staniemy się puchem marnym. Pochowanym (bądź skremowanym). A więc…po co ? (…).

Wybaczcie mi ten chaos – czasem tak mam :))))

 

 

Ratunku, mam dość! – czyli mały bilans mojego L-4

Obudziłam się dzisiaj nieco sfrustrowana. Nie wiem do końca, gdzie szukać przyczyny tego stanu rzeczy. Pogoda? Być może. Ciężko mi się oswoić z myślą, że nadeszła Jesień. Może nie ta kalendarzowa , ale widok za oknem mówi sam za siebie: szaro – buro, bez szans na odrobinę słońca, wietrznie, deszczowo. Wstanie z łóżka – czynność jakże prosta – kosztuje mnie wiele wysiłku. Dołek? Nie, nie w moim przypadku. Tak po prostu puka do moich drzwi jesień. Po tym ją rozpoznaję, w taki sposób mnie wita, obejmuje. Choć nawet Jesień ma swoje uroki. Ale ja nie o tym. Dziś po prostu muszę pozbyć się złej „energii „, włączyć w sobie Restart, a następnie Power. A z racji ostatnich odwiedzin u schorowanej, biednej, uwięzionej w ortezie Jo-An – przez wspaniałego Przyjaciela – Mattiasa (tak go nazwijmy) – powstaje ten post.

Gadaliśmy wiele o wszystkim i o niczym (nawet o polityce – OMG!). Skakaliśmy zręcznie z tematu na temat, aż wreszcie wskoczyłam na temat własnego zdrowia i mojego życia na L-4,  które od jakiegoś czasu daje mi w kość. Po pierwsze – mój stosunek do leniuchowania jest taki: dobrze jest wyrwać sobie kilka dni dla siebie. Spokój, relaks, żadnej presji,  pośpiechu, stresu. (przypominam – pisze to osoba stanu wolnego – mam świadomość, że u niektórych z Was może to wyglądać nieco inaczej). Schody zaczynają się wtedy, gdy ten stan trwa dłużej niż tydzień. Na L-4 jestem już prawie 2 miesiące, więc jeśli na wizycie kontrolnej, która czeka mnie w środę – nie usłyszę upragnionych słów: „może pani wrócić do pracy” – po prostu zwariuje! Nie sądziłam, że wypowiem te słowa, ale prawda jest taka: BOSZZZ , ja chcę do pracy!!!  Chcę jak cholera! Marzę o tym, by zostać uwolniona z tej ortezy i móc opuścić moje łoże.  Pragnę zachłysnąć się znowu tym ślunskim luftem, poczuć ten deszcz na swojej skórze, pooglądać nieco świata (choćby tym światem miała być tylko ulica mojego zamieszkania! ). W ogóle to przedwczoraj doszłam do zaskakującego wniosku:  L-4 mi szkodzi! Uwierzycie? też ciężko mi w to uwierzyć, ale obserwacje własne i fakty mówią same za siebie….

1. Jestem jeszcze bardziej niepełnosprawna, niż przed pójściem na chorobowe. Z racji potrzeby oszczędzania mojej dolnej kończyny prawej – moi bliscy rozpasali mnie bez reszty. Jesteś głodna? Leż, zaraz ci zrobię i przyniosę. Prysznic? zaraz cię zabezpieczymy (orteza nie może być ściągana i mokra) i się umyjesz. Itp itd. Przez blisko 3 tygodnie magicznym słowem było „LEŻ”. Tak ono do mnie przylgnęło, że teraz, kiedy mogę już wstawać – wyjście z wyra to dla mnie nie lada wyczyn.

2. Czas to pojęcie względne. Jeśli człowiek pracuje, ma mnóstwo zajęć, bywa pod presją – wtedy zapieprza. Ale kiedy masz go zbyt wiele – jak to na chorobowym bywa – wlecze się niemiłosiernie. Masz wrażenie, jakby stanął w miejscu, a ty po godzinie, góra trzech – pytasz siebie: noszszz kutwa…i co tu teraz robić? Słuchałam muzyki, poczytałam blogi / książkę, obejrzałam film…a do wieczora daleko. 

3.  Paradoks związany z czasem – NR 1 

Kiedy czasu mam niewiele (a obowiązków i różnych spraw na głowie całą masę) – jestem dobrym organizatorem, pożytecznie i z głową wykorzystuje każdą minutę. Po prostu chodzę jak w zegarku. Wszystko się zaś sypie, gdy czasu mam zbyt wiele. Najzwyczajniej w świecie trwonię go na p****doły. Robię coś, czego normalnie nie zwykłam robić. Oglądam po raz n-ty stare telenowele, siedzę na fejsie, wracam do moich ulubionych filmów które oglądałam już tyle razy, że świat nie opisał. Kurz sagen: odmóżdżam się totalnie, co w moim przypadku typowe nie jest. 

4. Paradoks związany z czasem – NR 2

Bywa, że nadmiar wolnego czasu pcha mnie w jednej skrajności w drugą. Kiedy czuję, że trochę przeginam z tym „odmóżdżaniem”, idę do kuchni po kubek parującej kawy, wchodzę na blog i piszę. Efekty widać – nie mi oceniać. Kreacjonizm, bezdomność, wróżby, MOPSY i Zusy, dowody na istnienie Boga (jest ich wiele, dopiero wybieram te najistotniejsze) itp. Rzecz niezwykła, że są ludzie o na tyle ciekawych , myślących i pojemnych mózgach, którzy są w stanie te moje wypociny udźwignąć . Notabene: Podziwiam Was za to!

5. Totalne rozregulowanie biologicznego zegara.  Przez L-4 zmienił się totalnie mój rytm dnia (i nocy). Normalnie wstaję o 5:40 a kładę się spać najpóźniej o godzinie 0:00. Odkąd jestem na chorobowym – szlag trafił moją normalność. Zaczynam funkcjonować ok. 14: 30 a kładę się ok godz 1:00 – 2:00 nad ranem. Skutek? Czuje się  jakbym była na niezłym „umysłowym” haju, ciągle niewyspana, słaba. Moje szare komórki, zazwyczaj aktywne – są w trybie spoczynku. Rzadko się włączają. Jeśli uda mi się – z pomocą silnej dawki cofeiny – zmusić je do myślenia – jest to prawdziwy cud!. 

Dlatego tak bardzo mi zależy, by jak najszybciej wrócić do pracy. Jestem towarzyską i otwartą duszą i po prostu tęsknię za ludźmi. Fajnie mieć kontakt telefoniczny, ale nic nie zastąpi osobistego spotkania z drugim człowiekiem. Operacja kolana mnie uziemiła, odcięła od świata zewnętrznego. L-4 jasno nakazuje: nie wychodzić z domu , oszczędzać się, ćwiczyć. Czasami czuję się jak więzień we własnym domu. A plusy? Hmmm… myślę, że są dwa. Po pierwsze – doceniam bardziej wszystko to, co mam na co dzień, czego z racji bycia na chorobowym mi brakuje. A po drugie – w końcu znalazłam dla siebie antidotum na bezsenność : Dzieła Arystotelesa (i innych mądrych myślicieli). Nie uwłaczając im: przekazują swoją mądrość i odkrycia w tak trudnym dla mnie języku, że po przeczytaniu około 20 stronic – chce mi się spać. :D

Chodź, powróżę ci…

Ostatnio coraz częściej doskwiera mi życie w czterech ścianach. Spokojnie: nie mam doła . Mam jedynie za wiele wolnego czasu, który zapycham, jak się tylko da, byle tylko płynął szybciej. I w ciągu ostatnich dni – sama do końca nie rozumiejąc siebie – zafundowałam sobie maraton przygód z Harrym Potterem. Przeniosłam się swoją wyobraźnią do magicznego świata HOGWARTU, gdzie coś takiego jak nuda – nie istnieje. Kiedy tylko powróciłam w świat realny, pojawiła się myśl. Obserwacja własna. Od dłuższego czasu na mój telefon komórkowy – przychodzą mi komunikaty z propozycją udzielenia rady czy pomocy w wielu problematycznych dla mnie sprawach – przez wróżbitów. Podobnie w telewizji oraz w sieci. Można sobie postawić tarota, powróżyć z run, poczytać horoskopy, które to niby odsłonią przed nami, co nas czeka w najbliższym czasie, kto będzie dla nas najlepszym partnerem na życie, kto dobrym materiałem na kochanka itd.

Zadziwiająca sprawa … żyjemy w Kaczogrodzie –  kraju wyznaniowym, katolickim, od mniej więcej 966 r., kiedy to chrzest księcia Polan Mieszka I zapoczątkował proces chrystianizacji ziem polskich, początek polskiego Kościoła katolickiego. Ale do rzeczy. Przyznaję, miałam w życiu taki czas, kiedy byłam załamana, zdesperowana, zagubiona. Rozpaczliwie szukałam wyjścia z trudnej sytuacji, możliwości zmian, rozwiązania jakiegoś problemu. Ale nie chodziłam z tym wszystkim po pomoc i radę do wróżki, a co najwyżej do psychologa! Horoskopy czy tarot – bo jedynie z tym miałam styczność – czytałam na początku z nudów, potem z ciekawości, a na końcu – dla zabawy. Przepowiadano mi bowiem tak cudowne, szczęśliwe, pełne satysfakcji i spełnienia życie, że Baśnie Tysiąca i Jednej nocy – to przy tym Pikuś. Tymczasem wiele osób życia publicznego (w domyśle: gwiazd, celebrytów itd). – otwarcie się przyznaje do tego, iż korzysta z tego typu usług. Kto na przykład?

DODA

9376fe1a0e21861893e6e6d9271587f95b04777c_300x200

Jak wieść głosi – kobieta nie tylko piękna (co widać), ale również o wysokim ilorazie inteligencji. W jednym z wywiadów przyznała, że chodzi do wróżki. Mało tego - Dorota zdradziła także, że wierzy w voodoo (religia afroamerykańska, której podstawę stanowią rdzenne wierzenia ludów zachodnio-afrykańskich z elementami religii katolickiej i spirytyzmu; jej kapłani- szamani używają laleczki voodoo, aby uzdrawiać lub rzucać klątwę).

Grażyna Wolszczak

464976_1.1

 

Pani Grażyna otwarcie przyznaje, że wierzy we wróżby. Od wielu lat przyjaźni się ze znaną wróżką Aidą. – „Aida od czasu do czasu mówi mi, co mnie czeka – zdradza aktorka. Kiedyś radziła się wróżki zarówno w sprawach prywatnych, jak i zawodowych”. Jednak odkąd poznała mężczyznę swego życia (scenarzystę Cezarego Harasimowicza), o miłość już nie pyta.

STACHURSKI

0000SSL7BHHYF907-C116

Wierzy, że piramidy kumulują energię z kosmosu. W swoim domu ma aż sześć stworzonych przez niemieckiego biotechnika i mistyka, Haralda Alkego piramid – ta w ogrodzie mierzy prawie 2 metry wysokości (jej cena to ok. 8000 zł!). Tak poszperałam nieco, bo lubię faceta i jego muzyczne hity także. :). Zainteresował się także inedią, czyli odżywianiem się przy pomocy energii słonecznej….Wooow!. Przykładów można by mnożyć bez  końca, ja jednak ograniczę się do tych trzech.(..)

 

Według Katechizmu Kościoła Katolickiego:

- 2115 Bóg może objawić przyszłość swoim prorokom lub innym świętym. Jednak właściwa postawa chrześcijańska polega na ufnym powierzeniu się Opatrzności w tym, co dotyczy przyszłości, i na odrzuceniu wszelkiej niezdrowej ciekawości w tym względzie. Nieprzewidywanie może stanowić brak odpowiedzialności.

- 2116 Należy odrzucić wszystkie formy wróżbiarstwa: odwoływanie się do szatana lub demonów, przywoływanie zmarłych lub inne praktyki mające rzekomo odsłaniać przyszłość [42]. Korzystanie z horoskopów, astrologia, chiromancja, wyjaśnianie przepowiedni i wróżb, zjawiska jasnowidztwa, posługiwanie się medium są przejawami chęci panowania nad czasem, nad historią i wreszcie nad ludźmi, a jednocześnie pragnieniem zjednania sobie ukrytych mocy. Praktyki te są sprzeczne ze czcią i szacunkiem – połączonym z miłującą bojaźnią – które należą się jedynie Bogu.

- 2117 Wszystkie praktyki magii lub czarów, przez które dąży się do pozyskania tajemnych sił, by posługiwać się nimi i osiągać nadnaturalną władzę nad bliźnim – nawet w celu zapewnienia mu zdrowia – są w poważnej sprzeczności z cnotą religijności. Praktyki te należy potępić tym bardziej wtedy, gdy towarzyszy im intencja zaszkodzenia drugiemu człowiekowi lub uciekanie się do interwencji demonów. Jest również naganne noszenie amuletów. Spirytyzm często pociąga za sobą praktyki wróżbiarskie lub magiczne. Dlatego Kościół upomina wiernych, by wystrzegali się ich. Uciekanie się do tak zwanych tradycyjnych praktyk medycznych nie usprawiedliwia ani wzywania złych mocy, ani wykorzystywania łatwowierności drugiego człowieka.

Dlaczego ludzie chodzą do wróżki? z czego to wynika? Między innymi z nieświadomości i niewiedzy (patrz trzy powyższe akapity zaczerpnięte na potrzeby postu z Katechizmu), brakach w edukacji chrześcijańskiej. Czysta ludzka ciekawość, fascynacja nieznanym, aura tajemniczości. Na pewno ważną rolę odgrywa też to, co wynieśliśmy z rodzinnego domu, środowiska, w którym żyjemy. Wiara to dar Boga, lecz także zadanie. Mamy się o nią troszczyć, pielęgnować, rozwijać, chronić. Cóż to znaczy? wiadomo. Żyć sakramentalnie, poznawać Boga przez Pismo Święte (które w końcu po coś większość z nas dostał). Im bardziej je zgłębiamy, tym bardziej wiemy jaki jest Bóg, w co naprawdę wierzymy, czego unikać powinniśmy (by żyć w zgodzie z sobą i tym, w co wierzymy – przez przyjęcie łaski Chrztu Świętego). Ja ochrzczona zostałam (super!). Wychowana w wierze – już nie. I tu jest problem!. Niby jesteśmy katolikami, a jednocześnie – obok Boga, który jest Drogą, prawdą i życiem (to już Ewangelia Jana) – zachowujemy się absurdalnie: Szukamy rozpaczliwie guzika, gdy widzimy kominiarza. Omijamy z daleka czarnego kota , bo przyniesie nam pecha. Wierzycie w to, że istnieje coś takiego, jak pech? Ja nie, choć kiedyś wierzyłam. Potrzebne mi było przeżycie ogromnego buntu, oddalenia od Boga na długie lata, poznania ludzi PRAWDZIWIE WIERZĄCYCH i różnych doświadczeń, by zobaczyć, zrozumieć, zacząć tym ŻYĆ.(…). Władza, tajemne moce w tym pragnienie ich posiadania, demony… brzmi ciekawie i abstrakcyjnie. Ciekawie tak bardzo, że powstało wiele różnych filmów ukazujących w jakimś stopniu ten temat (np. Egzorcysta). Większość (tak zakładam) – widziała ten film. Robi wrażenie. Na mnie większe wrażenie zrobiła posługa modlitwy o UWOLNIENIE I uzdrowienie. Dwa razy przerobiłam to na żywo. Wspierając modlitwą kapłana – egzorcystę (raz na odległość – byłam już na L4 , i raz na miejscu). Widziałam te „moce” i to, co one potrafią uczynić z człowiekiem. Chyba jedynie cudem nie padłam z wrażenia, ani nie zwiałam z popłochu. Od tamtej chwili już nie żartuje z magią, nie stawiam tarota nawet dla zabawy. To tak w ramach krótkiego świadectwa, którym postanowiłam się podzielić. :)

Taki stan rzeczy – tj. wymieszanie wiary z magią, skala tego zjawiska w katolickim kraju – to bez wątpienia efekt klęski katechezy, gdy misterium Eucharystii czy chrztu jest traktowane jak zwykły symboliczny obrzęd społeczny, a interpretacja kilku kart – brana jest za wsparcie dla duszy. Efekty widać… Jednak jest jeszcze inny powód występowania takiego trendu, zupełnie prozaiczny. W każdym człowieku drzemie bowiem potrzeba kontroli nad własnym życiem. Mamy jakąś wizję, pomysł, plan na własne życie. Jest zatem naturalne, że chcemy by wszystko układało się po naszej myśli. Problem tkwi w tym, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć, z czym będziemy musieli się zmierzyć w przyszłości. Jesteśmy niepewni, zalęknieni. A to woda na młyn dla wróżbitów, astrologów, jasnowidzów. Ta nasza potrzeba jest tak wielka, że wróżbiarstwo to wielki biznes. Powołując się na pewne źródło – kilka liczb: 

 

„Według różnych danych wszelkiej maści, wróżek i astrologów jest w Polsce blisko sto tysięcy. Dla porównania – księży katolickich „aż” trzydzieści tysięcy. W każdej „szanującej się” gazecie znajdziemy horoskop, działa kanał nadający non-stop porady wróżbitów, tarocistek, Elżbieta Bieńkowska bez żadnego wstydu przyznaje się, że konsultuje się z numerologiem. Trzy miliony klientów zostawiły w 2009 r. w kieszeniach biznesu ezoterycznego w samej branży telewizyjnej sto milionów złotych. Jeśli podliczyć wszystkie drobne wróżki, suma ta może wynieść nawet dwa miliardy. Większość wielkiego biznesu „wróżkowego” w Polsce należy do nadawców niemieckich i korzysta z rozwiązań wypracowanych za Odrą. Obok nich są drobne, ogłaszające się w gazetach jednoosobowe firmy, ale także osoby przyjmujące klientów jedynie „z polecenia”.    

Zmierzając do puenty….

Wróżbiarstwo w mojej ocenie to jeden wielki stek bzdur i ohydna manipulacja, na którą najbardziej podatni są ludzie słabi, podłamani, którzy nie widzą nadziei i szukają odpowiedzi na poważne pytania egzystencjalne. To nic innego, jak żerowanie na uczuciach i ludzkiej tragedii. W sytuacji kryzysu – człowiek desperacko chwyta się wszystkiego. Nawet wizyty u wróżki, o której normalnie by pewnie nie pomyślał. Po śmierci bliskiej osoby aż kusi, by udać się do spirytysty, który pomoże nawiązać kontakt z ukochaną babcią czy dzieckiem. Czasem wystarczy zwykły kryzys małżeński, by zapomnieć o radach rodziny i niemal całe swe życie oprzeć na tym, co doradziła wróżka Xenia (nazwa własna). Wielki autorytet wróżbitów – zaufanie, jakim są  obdarzani – to  najczęściej zajęcie pewnej pustki, zostawionej przez „racjonalnych” doradców życiowych, ale też Wspólnoty Kościoła, czy konkretnych duszpasterzy.Nadzwyczajna aktywność wszelkiej maści odłamów ezoteryzmu to wielka klęska racjonalizmu oraz wiary. Mam jednak nadzieję, że z tej porażki edukacyjnej – wszyscy wyciągniemy wnioski na przyszłość.(…).

PS. Mały dopisek! (musiałam): 

Pisząc ten post nie miałam na celu wymądrzania się, przekonania Was do moich racji, czy nawracania „na siłę”. Szanuję Was i wasze poglądy!. Doceniam waszą otwartość i ciekawość świata. To coś, co nas łączy – bez względu na nasze przekonania. :) .Ten wpis to przede wszystkim owoc moich rozmyślań, wielu lat poszukiwania prawdy i sensu życia oraz osobistego doświadczania wiary i Bożego działania, które dostrzegam na co dzień. Mimo powoływania się na Słowo Boże czy Katechizm – bez czego nie byłabym wiarygodna – mam nadzieję, że poruszony temat Was zaciekawił. :)

MOPS, ZUS – czyli w oparach absurdu.

 

Dziś postanowiłam zaserwować Wam temat znacznie lżejszy, choć można o tym mówić i pisać wiele. Będzie mianowicie w miarę krótko i konkretnie o instytucji zwanej MOPS czy ZUS.  Wrrr…na sam dźwięk tych słów – dostaje nerwowej pikawy i podnosi mi się ciśnienie. Skojarzenia i wspomnienia z tym miejscem nieciekawe , zawsze spychane gdzieś w głąb, zamiatane pod dywan, przez wzgląd na troskę o moje zdrowie psychiczne. W zupełności wystarczy mi bowiem ten zestaw dolegliwości i chorób, które mam od poczęcia. Skąd pomysł na temat? Przedwczoraj miałam kontrolę lekarza – orzecznika (z racji mojego L4, które przekracza 30 dni). Trzeba było bowiem sprawdzić, czy moje chorobowe – nie jest czasem „lewe”. Rozumiem ten brak nieufności. Niejednokrotnie słyszałam, jak wielu Polaków bierze sobie L4, by móc np. przedłużyć sobie urlop. Tacy to pomysłowi jesteśmy, istne z nas cwaniaki. Ale to temat na nieco inny post. Choć tak MOPS, jak i ZUS – to, jak one funkcjonują – woła o pomstę do nieba. Ja jednak postanowiłam ograniczyć swoje wypociny głównie do MOPS – u. Teraz krótki przerywnik na suchara – czyli żart z serii czarny humor. Kiedyś wpadł do mnie serdeczny znajomy i zadał mi taką oto zagadkę – cytuję:

  • - Aśka, czy ty wiesz, co znaczy skrót ZUS?
  • NIE – odpowiadam – a on mi na to:
  • ZAPŁAĆ, UKLĘKNIJ, SPADAJ!

Na chwilę mnie zatkało, ale kiedy tylko przeanalizowałam moje przygody z tą instytucją, musiałam mu przyznać rację. Niby durny żart, ale jest w tym ziarnko prawdy. Jak po raz pierwszy weszłam do ZUS -u , moim oczom ukazał się bardzo zadbany, nowoczesny budynek. Pierwsze, co wtedy pomyślałam, to pytanie: „ciekawe , ile kasy w to włożyli i po co?. Szkoda, że tak bardzo troszczą się o budynek zamiast o to, by każdy mógł otrzymać należne świadczenia (emeryturę, rentę, zasiłek, etc.)”. Jak odebrali mi prawo do renty (mam od małego II stopień niepełnosprawności) , odwołałam się i weszłam na drogę sądową. W sądzie było jeszcze ciekawiej i jeszcze bardziej pięknie. Gały mi na wierch wyszły (to tak po ślunsku) , pod takim byłam wrażeniem. (Patrz zdj. 1 oraz 2).

 

1. Sala rozpraw.

sad.11

2. Widok z zewnątrz (wewnątrz jeszcze lepszy)

images1

Czekałam ok. godziny, zaś rozprawa trwała 5 minut (nie, nie przesadzam!). Dosłownie tyle. Oczywiście , wszyscy – włącznie ze mną – przegraliśmy sromotnie. Okazało się,  że prawo nie jest po naszej stronie…. Dlaczego? Bo Komisja – powołując się na konkretne artykuły i paragrafy – stwierdziła, że „jestem zbyt zdrowa”, a w związku z tym , że pracowałam wtedy w ZPCh-u (zakładzie pracy chronionej), socjal mi nie przysługuje (a zawsze przysługiwał!). Jeśli zaś chodzi o podatki…zawsze miałam im dopłacać. Jedynie raz otrzymałam zwrot (ok. 30 zł, jeśli dobrze pamiętam). Ok…przechodzę teraz do mojej przygody z drugą „przeklętą” instytucją – Mopsem ( żeby post nie był zbyt długawy).

I tutaj podzielę się pewnym zdarzeniem, które miało miejsce właśnie w MOPS i którego byłam naocznym świadkiem: Akcja – kilka lat temu. Bohaterowie: dwie kobiety. Pierwsza z nich – przypuszczalnie matka – przywiozła na wózku inwalidzkim tę drugą ( przypuszczalnie córkę), która podobnie jak ja, miała się stawić na komisję lekarską. Moje obserwacje (perspektywa osoby chorej ): Po pierwsze wózek inwalidzki, co sugeruje, że wymaga specjalnej troski, pomocy w wielu dziedzinach życia. Spostrzeżenie nr 2: kobieta nosi okulary o baaaardzo grubych szkłach (jak to się mówi? niczym denko od butelki) oraz mówi z ogromnym wysiłkiem (nie udawanym) i bardzo niewyraźnie. Gdybym była lekarzem orzecznikiem – na pewno przyznałabym jej rentę socjalną napisawszy: całkowicie niezdolna do pracy, wymagająca specjalnej opieki i pomocy etc. Jakież więc było moje zdziwienie, kiedy obie kobiety opuszczały siedzibę MOPS-u zapłakane, gdyż renta została odebrana, a ta pani – inwalidka! – wysłana do pracy! Porusza się o wózku, ale ręce ma sprawne. Mówi niewyraźnie , ale nie każda praca wymaga przecież używania aparatu mowy. Pytanie tylko: kto taką osobę zatrudni? Moim zdaniem – NIKT. Ale kobieta – koło 36 lat – ma iść do pracy!. Dla mnie – czysty absurd, kiepski żart, kpina z człowieka, który cierpi.

Pytania jakie mi się nasuwają: co jest ważniejsze: litera prawa, czy duch prawa? co to za prawo, które zamiast służyć człowiekowi, pomagać, chronić – upokarza, zabiera, pozbawia nadziei, utrudnia człowiekowi życie, które samo w sobie jest trudne?. Jak to jest, że takich ludzi, jak owa kobieta z postu – wysyła się do pracy, ale dla osoby z padaczką ALKOHOLOWĄ czy zwykłego NIEROBA – renta jest (bywa, że na stałe) ????. Więcej praw ma osadzony w więzieniu!. Czy po to ciężko harujemy , płacimy składki, aby w połowie maja br.- największy polski ubezpieczyciel zorganizował Dni Poradnictwa dla osób ubezpieczonych w…PALERMO ??? (źródło: DZIENNIK ZACHODNI). Czy nasze kartoteki o naszych chorobach to za mało? Czy tylko dzięki dawaniu w łapę – możemy dostać to, z czego się nas bezczelnie okrada ???

No comments…

Kreacjonizm, ewolucjonizm, wiara – dla wytrwałych!

Jeden z ostatnich komentarzy dotyczącego ostatniego posta  - skłonił mnie do refleksji. A że temat szeroki ,  spróbuję nań odpowiedzieć tym wpisem. Ci, którzy wpadają tu z odwiedzinami już od jakiegoś czasu  - zorientowali się zapewne, że jestem osobą nieco dziwną, pokręconą, a może także szaloną. Inne etykietki, jakie często mi się przyczepia (nawet ze strony moich znajomych realnego świata) to: nawiedzona, naiwna, oderwana od rzeczywistości, dziecinna,  czy niepoprawna optymistka (z tym ostatnim akurat się zgadzam). Tak, przyznaję: jestem osobą wierzącą i praktykującą. Nie zawsze tak było. O tym, co przyczyniło się owej wiary może następnym razem….:) Tymczasem - do rzeczy.

Tytułem wstępu – przytoczę owo pytanie, które skłoniło mnie do ugryzienia nieco tego tematu. Oto ono:  „Zapomniałam Cię zapytać o pierwszą część tekstu. Jesteś chyba wierząca, prawda? Jak postrzegasz teorię ewolucji? Nie jest ona przypadkiem największym wrogiem i przeciwnikiem kreacjonizmu?”. Zaznaczam, że ani kreacjonizm , ani ewolucjonizm, ani różnego rodzaju nurty filozoficzne – nigdy nie były moją mocną stroną, jednak spróbuję spojrzeć na te pojęcia okiem i sercem osoby wierzącej. 

Ewolucjonizm 

  • 1. «nauka o ewolucyjnym rozwoju świata organicznego» ,
  • 2. «kierunek w filozofii i naukach społecznych wyjaśniający formy istnienia i strukturę rzeczywistości jako rezultat działania praw ewolucji»
  • 3. «kierunek w socjologii XIX w. głoszący stopniową zmienność życia społecznego od form niższych do wyższych»

Kreacjonizm (wg GOOGLA: Pseudonauka)

Pogląd, że człowiek i wszelkie życie na Ziemi zostały stworzone w swojej pierwotnej formie przez Boga lub bóstwa. Współcześnie kreacjonizm jest poglądem filozoficznym i religijnym.  Nie jest natomiast uznawany za teorię naukową i nie funkcjonuje w ramach nauk przyrodniczych, gdyż obecnie teoria nauk przyrodniczych musi być falsyfikowalna, a tymczasem kreacjoniści nie stosują metody naukowej, nie testują swoich hipotez.

Wyróżnia się następujące rodzaje kreacjonizmu (wymienię te najważniejsze):

  • kreacjonizm młodej Ziemi (ang. young Earth creationism)
  • kreacjonizm starej Ziemi (ang. old Earth creationism)

 

  • Kreacjonizm młodej Ziemi zakłada, że Ziemia według interpretacji Biblii ma od ok. 6 do ok. 10 tysięcy lat i wtedy też powstało życie oraz człowiek.
  • Kreacjonizm starej Ziemi traktuje opis biblijny bardziej metaforycznie, nie negując tego, że Ziemia oraz życie na niej ma kilka miliardów lat, i jako taki usiłuje być w zgodzie z naukami innymi niż biologia.

Hmm… ok, tyle definicji. Jest tego sporo, więc ograniczam się do minimum.

Czy teorię ewolucji można pogodzić z Biblią?

Dobre pytanie, a dla mnie nawet fundamentalne, gdyż to właśnie na tej księdze,  natchnionej przez Ducha Świętego, która od wieków jest inspiracją dla pisarzy, artystów, malarzy itd. – opieram swoje życie. Jest tak z wielu powodów, jednak o tym może szerzej w osobnym poście. A więc…Co na to Biblia? Popatrzmy i porównajmy:

Ewolucjoniści utrzymują zazwyczaj, że zwierzęta przeistoczyły się w ludzi stopniowo, a więc wykluczają możliwość, by w jakimś momencie żył na ziemi tylko jeden człowiek. Biblia przedstawia jednak zupełnie inną wersję wydarzeń. Wyjaśnia, że pochodzimy od pierwszego człowieka, Adama, który był postacią historyczną. Podaje imię jego samego, jego żony oraz niektórych ich dzieci. Opowiada, co robił, co mówił, kiedy żył i kiedy umarł. Jezus nie uważał tej biblijnej relacji za powiastkę dla prostych ludzi. Zwracając się do gruntownie wykształconych przywódców religijnych, zapytał: „Czy nie czytaliście, że ten, który ich stworzył, od początku uczynił ich mężczyzną i kobietą?” (Mateusza 19:3-5). Następnie zacytował słowa dotyczące Adama i Ewy z Księgi Rodzaju 2:24.

 

Łukasz, pisarz biblijny i skrupulatny historyk, przedstawił Adama jako człowieka równie realnego jak Jezus. Podał rodowód Jezusa sięgający wstecz aż do pierwszego mężczyzny (Łukasza 3:23-38). Apostoł Paweł zaś, przemawiając do osób, wśród których byli filozofowie — wychowankowie słynnych greckich szkół — powiedział: „Bóg, który uczynił świat i wszystko, co na nim, (…) z jednego człowieka uczynił wszystkie narody ludzkie, żeby zamieszkiwały na całej powierzchni ziemi” (Dzieje 17:24-26). Biblia więc uczy, że pochodzimy od „jednego człowieka”. Czy to, co na temat początków ludzkości mówi ta Księga, można pogodzić z teorią ewolucji? (…).

Zgodnie z Pismem Świętym, Bóg stworzył pierwszego człowieka jako istotę doskonałą. Bóg z pewnością nie uczyniłby czegoś, co byłoby ułomne bądź niekompletne. W relacji biblijnej czytamy: „Bóg przystąpił do stworzenia człowieka na swój obraz (…). Potem Bóg widział wszystko, co uczynił, i oto było to bardzo dobre” (Rodzaju 1:27, 31). Na czym polega ludzka doskonałość?

Człowiek doskonały ma wolną wolę i potrafi w całej pełni odzwierciedlać przymioty Boże. Biblia mówi: „Prawdziwy Bóg uczynił ludzi prostolinijnymi, lecz oni sami obmyślili wiele planów” (Kaznodziei 7:29). Adam zbuntował się przeciwko Bogu i w rezultacie utracił doskonałość oraz możliwość przekazania jej swym potomkom. Wyjaśnia to, dlaczego tak często w czymś nie dopisujemy, mimo iż chcemy postępować dobrze. Apostoł Paweł oświadczył: „Tego, czego chcę, nie dokonuję, ale czego nienawidzę, to czynię” (Rzymian 7:15).

Jak wynika z Biblii, doskonali ludzie mieli żyć wiecznie, ciesząc się idealnym zdrowiem. Ze słów samego Boga skierowanych do Adama można wywnioskować, że gdyby nasz praojciec dochował posłuszeństwa, nigdy nie musiałby umrzeć (Rodzaju 2:16, 17; 3:22, 23). Gdyby człowiek miał skłonność do chorób lub do buntu, Bóg nie nazwałby swego stworzenia „bardzo dobrym”. Utrata doskonałości wyjaśnia, dlaczego ludzkie ciało, choć zaprojektowane tak wspaniale, jest podatne na różne choroby i ułomności. Teorii ewolucji nie można więc pogodzić z Pismem Świętym. Według niej dzisiejszy człowiek to ewoluujące, rozwijające się zwierzę. Biblia zaś wyjaśnia, że współcześni ludzie to ulegający degeneracji potomkowie doskonałych ludzkich prarodziców.

Twierdzenie, że Bóg posłużył się ewolucją, by doprowadzić do powstania człowieka, jest ponadto sprzeczne z tym, co Biblia mówi o Jego osobowości. Gdyby Bóg kierował procesem ewolucji, oznaczałoby to, że właśnie On doprowadził ludzkość do obecnego upadłego stanu. Tymczasem w Biblii czytamy o Nim: „Skała — doskonałe są wszystkie jego poczynania, bo wszystkie jego drogi są sprawiedliwością. Bóg wierności, u którego nie ma niesprawiedliwości; jest on prawy i prostolinijny. Oni zaś postępowali zgubnie; nie są jego dziećmi, wada jest ich własna” (Powtórzonego Prawa 32:4, 5). Cierpienia, jakich obecnie doznają ludzie, nie są wynikiem kierowanego przez Boga procesu ewolucji. To pierwszy człowiek wskutek buntu zaprzepaścił doskonałość swoją i swego nienarodzonego jeszcze potomstwa.

Propagatorzy teorii ewolucji często kierują się nie faktami, lecz „własnymi pragnieniami” — na przykład chęcią zdobycia uznania w środowisku naukowym, w którym ewolucjonizm stanowi obowiązującą doktrynę. Profesor biochemii Michael Behe, który sporą część życia spędził na badaniu złożonych procesów zachodzących w żywych komórkach, wyjaśnia, że naukowcy uczący o ewolucji komórki nie opierają się na żadnych dowodach. Czy w tak mikroskopijnej skali, na poziomie molekularnym, może zachodzić proces ewolucji? Profesor Behe napisał: „Ewolucja molekularna nie ma podstaw ściśle naukowych. W literaturze naukowej — prestiżowych, specjalistycznych periodykach czy książkach — nie ma ani jednej publikacji opisującej, jak zaszła lub choćby jak mogłaby zajść ewolucja molekularna jakiegokolwiek realnie istniejącego, złożonego systemu biochemicznego. (…)” .

Skoro ewolucjoniści nie dysponują dowodami, to dlaczego tak śmiało głoszą swoje poglądy? Behe wyjaśnia: „Sporo ludzi, a wśród nich wielu liczących się, szanowanych uczonych po prostu nie chce, żeby w grę wchodził ktoś lub coś oprócz samej natury”. Tymczasem tę naturę KTOŚ stworzył! I to z niezwykłą precyzją!  :) Postaram się tę śmiałą tezę jakoś udowodnić. :)

Bóg (a nie bóstwa) – jako Stwórca , w oparciu o dowody.

Prawdziwa wiara w Boga powinna się opierać na dowodach istnienia Stwórcy. Biblia pokazuje, gdzie można je znaleźć. Dowodów , które tą tezę mogłyby potwierdzić – jest niezliczona ilość, ja postaram się spośród nich – wybrać tylko kilka :). Jeśli to was nie przekona – otwórzcie Pismo święte i SZUKAJCIE, AŻ ZNAJDZIECIE! :) 

 

1.

 

2.

 

3.

 

EWOLUCJONIZM  A KREACJONIZM  

Analiza porównawcza dwóch teorii

1) Proces powstania Wszechświata i początek życia na Ziemi

Model ewolucjonizmu opiera się na zasadzie stopniowo zachodzących zmian i zakłada, że życie na Ziemi osiągnęło skomplikowany i zorganizowany stan, na skutek oczywistego rozwoju.

Model kreacjonizmu wyodrębnia szczególny, początkowy moment stworzenia, kiedy główne żywe systemy zostały stworzone w skończonej i doskonałej postaci.

2) Siły sterujące

Model ewolucjonizmu twierdzi, że siłami sterującymi są niezmienne prawa przyrody. Skutkiem oddziaływań tych praw przyrody jest zrównoważona i idealna przyroda. Do tych praw odnosi się dobór naturalny, zakładający walkę o przetrwanie wśród gatunków.

Model kreacjonizmu: nie obserwujemy obecnie powstania form życia na drodze aktu stworzenia, dlatego też kreacjoniści utrzymują, że wszystko co żywe, zostało stworzone w nadprzyrodzony sposób. Zakłada to istnienie Wyższego Rozumu we Wszechświecie, zdolnego do zamysłu i zrealizowania stworzenia.

3) Przejaw sił sterujących w obecnym czasie

Model ewolucjonizmu: zgodnie z niezmiennością i wszechobecnością sił sterujących, naturalnie prawa leżące u podstaw stworzenia wszystkiego co żywe, działają i do dziś. Zawierająca się w tych prawach ewolucja zachodzi, aż do teraz.

Model kreacjonizmu: po zakończeniu aktu stworzenia, procesy stworzenia ustąpiły miejsca procesom zachowawczym, podtrzymującym Wszechświat i umożliwiającym mu realizację nieokreślonego przeznaczenia. Dlatego też obecnie, w otaczającym nas świecie, nie możemy już obserwować procesów doskonałego stworzenia.

4) Stosunek do istniejącego porządku wszechświata

Model ewolucjonizmu: obecnie istniejący świat znajdował się początkowo w stanie chaosu i braku porządku. Z biegiem czasu w wyniku działania praw naturalnych, świat stawał się coraz bardziej zorganizowany i złożony. Procesy prowadzące do uporządkowania świata zachodzą do dziś.

Kreacjoniści przedstawiają świat w skończonej i doskonałej postaci. Wychodząc z założenia, że porządek świata początkowo był doskonały, polepszyć się już nie może – przeciwnie, z biegiem czasu może tylko tracić na swej doskonałości.

5) Czynnik czasu

Model ewolucjonizmu: powstanie życia na Ziemi i jego rozwój, aż do obecnego, złożonego stanu, jest skutkiem procesów zachodzących w przyrodzie działających przez długi okres czasu. Ewolucjoniści szacują wiek Wszechświata na 13.7 mld. lat, a wiek Ziemi – 4.6 mld. lat.

Model kreacjonizmu: świat został stworzony w niewyobrażalnie krótkim odcinku czasu. Dlatego też kreacjoniści operują nieporównywalnie mniejszymi liczbami, w opisie wieku Ziemi i życia na niej.

Wnioski

Jak wynika z powyższej analizy – obie teorie znacznie różnią się od siebie, w wielu kwestiach przeczą jedna drugiej. Można więc umownie przyjąć, że są dla siebie w jakimś sensie wrogiem. Czy największym? NIE WIEM! Nie jestem wszechwiedząca :) . Mogę jednak powiedzieć, że obie są zagrożeniem dla chrześcijanina, stoją w opozycji do tego, w co chrześcijan – katolik wierzy. Skąd taka teza? Starałam się na to wszystko spojrzeć z perspektywy osoby wierzącej. Oparłam się więc na przekazach Pisma świętego, dokumentach  Kościoła, własnych  życiowych doświadczeniach  oraz  rozumie – wielkim darem Bożym.  :) Niejeden człowiek uczony, wybitny umysł – krocząc drogą rozumowego poznania doszedł do wniosku , że Bóg faktycznie istnieje i to On sam wszystko stworzył. :)- patrz:  filmik nr 2. Reasumując to wszystko mogę stwierdzić, że tak Kreacjonizm, jak Ewolucjonizm stoją w sprzeczności z tym, w co wierzę, zatem są zagrożeniem wobec wiary człowieka, a przede wszystkim – wobec samego Boga – a konkretniej:  wobec tego, czego Bóg  naucza ludzi otwartego serca poprzez swoje Słowo. :) Zatem odrzucam tezy, które obie propagują. :). To tyle ode mnie. Ufff…! :)

PS. TO CHYBA NAJDŁUŻSZY  POST. I NAJBARDZIEJ DLA MNIE TRUDNY. :)Postaram się przez jakiś czas wrzucać coś krótkiego i lżejszego kalibru – nie chcę Was zamęczyć!

PPS. Zamieszczone filmiki polecam obejrzeć i posłuchać. Jeśli nie odtworzą się na stronce, na youtubie problemów z tym nie będzie. :).

PPS 2:  PISAŁ TO LAIK ŻĄDNY WIEDZY! :). WIĘC EWENTUALNE  POPRAWKI , POUCZENIA ZNAWCÓW W TEMACIE – BEZCENNE.

*** Notka na życzenie Seeker, której baaardzo dziękuje za temat :).

 

 

 

 

 

Quo vadis domine? czyli dokąd zmierzasz, człowieku?

 

Surfując po internecie, czytając przeróżne newsy oraz blogi, oraz obserwując otaczający mnie świat – w mojej głowie coraz częściej i mocniej wibruje tytułowe pytanie: QUO VADIS?  Dokąd zmierzasz?  No właśnie…dokąd?  Pytanie wydaje się być banalne, ale tylko z pozoru…Bo jeśli tak na chwilę przystanąć i pomyśleć – odpowiedź nasuwa się jedna: zmierzamy ku zagładzie, ku samounicestwieniu, odczłowieczeniu… Brzmi strasznie? Zapewne. Jednak COŚ W TYM JEST!. Kilka dni temu znalazłam pewne zdjęcie w sieci. Muszę przyznać, dało mi ono niezłego kopniaka, wstrząsnęło i dało do myślenia (a także do ujęcia tego natłoku myśli w postaci posta). Co prawda można by na ten temat , jakim jest ewolucja ludzka, kreacjonizm i postęp cywilizacyjny pisać wiele – a ja jestem jedynie zwyczajną kobietą po trzydziestce, a nie psychologiem, antropologiem czy socjologiem, jednak warto spróbować napisać coś od siebie. Zawsze lubiłam nurtujące tematy, a ten jest jednym z takich właśnie. Życie ludzkie płynie bardzo szybko, nieustannie zmienia się, ewoluuje. Tylko : czy aby w dobrym kierunku? Spróbuję przyjrzeć się temu :)

 

zmiany_w_wyglądzie_człowieka_na_przestrzeni_4_mln_lat

 

1. Życie ludzi – początek…

Życie jaskiniowców (jak pamiętamy ze szkoły podstawowej) – było bardzo trudne. Zdobycie pożywienia stanowiło dla nich nie lada problem. Żywili się więc wszystkim, co nadawało się do jedzenia: zbierali grzyby, jagody i leśne owoce. Podbierali jaja ptakom, żółwiom, gadom. Chwytali jaszczurki i drobne gryzonie. Duże porcje mięsa jadali rzadko, w stanie surowym (nie znali ognia) i bez przypraw. Polowania na duże zwierzęta wymagały wiele wysiłku i współpracy grupy, więc nie były często organizowane i rzadko kończyły się pomyślnie. Polowaniem zajmowali się silniejsi mężczyźni. Kobiety natomiast specjalizowały się w zbieractwie. Zajmowały się również opieką nad potomstwem i pracą w obejściu. Narzędzia wyrabiano głównie z kości zabitych zwierząt, drewna i kamienia. Kamienne pięściaki, drewniane piki, dzidy i maczugi były pierwszymi narzędziami człowieka. Człowiekowi nie było znane coś takiego jak „zapałki”. Ogień musiał rozniecać i podtrzymywać sam. Była to zresztą bardzo potrzebna  umiejętność w tamtych „dzikich” czasach. Dawał poczucie bezpieczeństwa, rozświetlał okolicę,  chronił przed zwierzętami. Ogień umożliwiał nabycie umiejętności pieczenia i gotowania potraw, a w  późniejszym okresie wykorzystanie ognia do obróbki narzędzi, wypalania gliny (naczynia), wytopu metali. Ludzie zamieszkiwali w jaskiniach, grotach i skalnych zagłębieniach, W cieplejszym klimacie człowiek sporządzał prymitywne budowle, chroniące go przed deszczem, wiatrem czy zbyt intensywnym słońcem. Były to szałasy zrobione z gałęzi i traw lub wydrążone w ziemi jamy – ziemianki. Pierwszym odzieniem ludzkiego gatunku była zwierzęca skóra…

 

 

imagen

 

Bardzo lubię oglądać programy podróżnicze – najbardziej te prowadzone przez Cejrowskiego – są bardzo ciekawe. Przenoszą mnie w zupełnie inny świat, inną rzeczywistość. Pokazują niezwykłe, przepiękne, bardzo często niebezpieczne miejsca. Przybliżają życie codzienne tamtejszej cywilizacji, ich język, wierzenia, tradycje, kulturę, kuchnię, sposób i styl życia. To niesamowite, że współcześnie – w innym zakątku świata – żyją sobie ludzie, którzy żyją sobie tak prosto, skromnie, w zgodzie z naturą. Nie mają (na ogół ) pojęcia , czym jest telefon, tablet, telewizor (i cała masa innych znanych nam przedmiotów, które mamy w posiadaniu). Nie potrzebują tego. Wszelkie dobro potrzebne im do życia – dostarcza im ziemia! Jednak i w tamtejszej społeczności życie ma swoje ciemne strony (choćby zdjęcie powyżej).  Rola kobiety na Czarnym Lądzie zazwyczaj ogranicza się do pokornego służenia mężowi i rodzenia dzieci. Tragicznie jest także z tamtejszą służbą zdrowia. Gruźlica, AIDS, malaria, infekcje układu pokarmowego i oddechowego, robaczyca, głód – to niemal codzienność.. A głodnych więcej odsyłam tutaj http://afryka.org/afryka/zostan-wolontariuszem-i-wyjedz-do-afryki-,news/

 

2. PIERWSZE WYNALAZKI CZŁOWIEKA – W DUŻYM SKRÓCIE

 

Koło 

Najstarsze znane nam przykłady koła – wynalazku, bez którego wielu z nas nie obejdzie się nawet przez jeden dzień w całym życiu – pochodzą z czwartego tysiąclecia p.n.e. Nie sposób wskazać jednej kultury, która dokonała wynalezienia koła, ponieważ jego wizerunki w różnych zastosowaniach pojawiają się w zachowanych śladach po wielu cywilizacjach na całym świecie. Najwcześniejszym takim wizerunkiem jest tzw. waza z Bronocic, datowana na 3635–3370 p.n.e., a odnaleziona w 1976 roku na terenie Polski. Przedstawia czterokołowy wóz ciągnięty przez parę zwierząt. Na przestrzeni tysiącleci koło stopniowo udoskonalano w różnych kulturach; szczególnie cennym pomysłem było wprowadzenie szprych, przypisywane cywilizacji doliny Indusu, oraz gumowych opon, wymyślonych przez Irlandczyka Johna Boyda Dunlopa. :) W obecnych czasach wielu z nas posiada ten cud techniki, jakim bez wątpienia jest ROWER , SKUTER, MOTOCYKL, CZY SAMOCHÓD. :) Są dla nas sporym udogodnieniem (zwłaszcza, jeśli mamy pokonać znaczne odległości). Sporo oszczędzamy na czasie, wiele także tracimy. Pieniędzy na paliwo, a także zdrowia. Np. moje ciotki do tego stopnia stały się wygodne, że porzuciły wszelką aktywność fizyczną (np. bieganie, spacerowanie). Nawet mając do pokonania niewielkie odległości, aby zrobić zakupy – zamiast spaceru  wybierają cztery kółka…O ile rower nie ma dla mnie żadnych negatywów, to pozostałe trzy mocno przyczyniają się do zanieczyszczenia środowiska.

 

Prasa drukarska

gutenberg

 

Przed rokiem 1455 książki posiadali niemal wyłącznie ludzie zamożni i potężni, ale po wynalezieniu prasy drukarskiej przez Johanna Gutenberga stały się one, a zwłaszcza zawarte w nich informacje, dostępne dla znacznie szerszego grona odbiorców. Metodę drukowania książek za pomocą grawerowanych klocków wymyślili Chińczycy już w IX wieku n.e., ale proces ten był żmudny, a rezultaty często niezbyt zadowalające. Drewniana prasa Gutenberga składała się z elementów zapożyczonych z pras do wyciskania winogron stosowanych w winnicach Nadrenii oraz ruchomych pojedynczych czcionek odlanych z metalu. Pozwalała szybko powielać wiele tekstów i uzyskiwać wysoką jakość druku. Rezultaty przyniosły prawdziwą rewolucję. Proces wymyślony przez Gutenberga był tak innowacyjny, że przez cztery stulecia pozostał w zasadzie niezmieniony. Prasy drukarskie szybko się rozprzestrzeniły po całej Europie, w efekcie upowszechniły się książki, co wywołało gwałtowny rozwój nauki. Historycy uważają wynalazek Gutenberga i demokratyzację wiedzy w jego następstwie za kluczowy czynnik sprawczy renesansu, rewolucji naukowej i reformacji.. Tyle historii. Dziś do książek (tych tradycyjnych, z papieru) dostęp ma praktycznie każdy. Jednak poziom czytelnictwa nieustannie spada. Powód? Może zbyt drogie ceny. Brak czasu. Portale społecznościowe, które są coraz bardziej popularne, mnożą się na potęgę. A może coraz więcej z nas wybiera e-booki, książki dostępne w telefonie???..Ja jednak pozostanę w wersji papierowej. (Póki jeszcze istnieją).

 

PIERWSZY TELEFON  KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

 

Już w XVII w. ludzie zaczęli zdawać sobie sprawę z możliwości przesyłania głosu za pośrednictwem metalowego przewodu. Można tego dowieść w prosty sposób, za pomocą dwóch metalowych naczyń połączonych drutem. Za wynalazcę telefonu uważa się Aleksandra Bella, który pierwszy opatentował ten wynalazek, lecz koncepcja narodziła się wcześniej. Jedno z pierwszych urządzeń skonstruował Antonio Meucci. Kiedy jego żona zachorowała, Meucci skonstruował telefon, dzięki któremu kobieta mogła z domu porozumiewać się z warsztatem. Później Włoch zmodernizował wynalazek tak, by można było się nim porozumiewać na znaczną odległość. Nie było go jednak stać na opłacenie patentu. Podobnych prób dokonywał także Niemiec Philipp Reis. W roku 1876 dwóch wynalazców, Elisha Gray i Alexander Bell, samodzielnie zaprojektowało swoje telefony. Obaj mężczyźni szybko udali się do urzędu patentowego; dzieliła ich różnica kilku godzin; Bell jako pierwszy opatentował swój telefon. Elisha Gray i Alexander Graham Bell stoczyli słynną bitwę prawną o wynalezienie telefonu; zwycięsko wyszedł z niej Bell. Pierwszy publicznie dostępny wideotelefon powstał w 1936 roku w Niemczech i był w urzędach pocztowych w Berlinie i w Lipsku. Zaleta? możliwość komunikowania się z drugą osobą na znaczną odległość. Wada? PRZEDE WSZYSTKIM KOSZTA. No, chyba że dysponujemy aplikacją GG, MESSENGER, czy SKYPE, gdzie nie tylko możemy rozmawiać, lecz także widzieć tę drugą osobę, przesyłać zdjęcia, filmy i inne informacje (za darmo).

 

Pieniądz

Wynalazek, bez którego nie mogłaby istnieć nowoczesna gospodarka. Choć dziś coraz częściej jest on wirtualny i zapisany jedynie w bankowych systemach, to jednak wciąż jest niezastąpiony. Źródło naszej siły, ale i powód do konfliktów i wojen. Ciekawe, jak długo byłby w stanie przeżyć współczesny człowiek, gdyby znów musiał powrócić do czasów, w których podstawą gospodarki była wymiana towarów i usług? A to przecież nie jest jedyna funkcja pieniądza. Bo jest on równie ważny, gdy trzeba opisać nasz status, czy łatwo określić wartość jakiegoś przedmiotu. Lista sytuacji, w których jest on niezbędny, mogłaby się ciągnąć niemal w nieskończoność. :) Pieniądz jest też chyba jedynym wytworem człowieka, który może on zamienić na niemal każdą inną rzecz w otaczającym go świecie. Wady widzę głównie dwie. Ich nadmiar zdecydowanie psuje człowieka, co doskonale można dostrzec w świec ie show – biznesu i polityce. Druga wada wiążę się z zagrożeniami , jaką jest CYBERPRZESTĘPCZOŚĆ. Jeśli nie muszę – nie realizuję transakcji w sieci – wolę nie ryzykować, że stanę się ofiarą jakiegoś hakera i zostanę goła i wesoła.

 

Media Kłosy_(czasopismo)_-_1887_r

 

Prasa, radio i telewizja. Klasyczne media, które od stuleci kształtują świadomość człowieka. Choć od zawsze ostro krytykowane, to jednak bez nich trudno sobie dziś wyobrazić nasze życie. Lista ich wad – moim zdaniem- przewyższa ich zalety. POtrafia  być bronią, niekiedy o wiele silniejszą niż najpotężniejsze arsenały. Nie bez powodu wszak funkcjonuje powiedzenie, że człowieka, podobnie jak muchę, można zabić gazetą. Od dłuższego czasu widzę, że media poprzez przekazywane komunikaty – sieją niezgodę, zgorszenie, strach, zamęt. Częściej niż rzetelną informację – zgodną z prawdą – dostrzegam półprawdy i psychomanipulację. Poprzez media – rządzący narodami – pragną (co im zresztą zresztą wychodzi) całkowicie podporządkować sobie społeczeństwo, w myśl zasady: „rządź i dziel”. Nie podoba mi się to, co słyszę, widzę, czytam. Zamierzam sama kształtować swoją świadomość, umysł , wiedzę i wartości. Nie pozwolę zrobić sobie z mózgu sieczki (tu dotykam tego, co można zobaczyć na różnych kanałach w tv – polityka, seks, przemoc, dewiacje, ludzką głupotę, ekshibicjonizm, próżność, itp. itd). Dlatego TV nie oglądam, a filmy – najczęściej drogą internetową – starannie dobieram. Dla ścisłości: orientuję się w realiach, których żyjemy, ale swoimi także trzeba się zająć. Poza tym wolę skupiać się na tym, co wszystkich łączy, a nie dzieli.

 

Internet i komputery

Wynalazek, który na pewno w największym stopniu odmienił nasze codzienne życie. Czy ktoś jest w stanie wymienić wszystkie wcześniejsze technologie i urządzenia, które dziś zostały zastąpione przez komputery oraz internet? Komputer oraz dynamiczny rozwój całego sektora elektronicznego i informatycznego sprawił, że do wykonywania wielu czynności człowiek przestał być już niezbędny. Maszyny dziś robią to po prostu lepiej. Grono zawodów, które dzięki tej rewolucji zostały odesłane do lamusa, powiększa się z każdą kolejną dekadą. Internet sprawił natomiast, że w zasięgu kilku kliknięć każdy z nas ma dostęp do rzeczy, których nasi przodkowie sprzed kilkuset lat nie byliby nawet w stanie sobie wyobrazić. Zakupy? Klik i gotowe! Film? Proszę bardzo! Książka sprzed wieków? Nic prostszego! Wirtualna podróż na koniec świata? Dlaczego nie! I co najważniejsze, ta sieć nie ma granic. Poza jedną – naszą wyobraźnią. Oraz rodzącym się pytaniem: czy  roboty, które niby nam służą i pomagają, kiedyś nie pozbawią nas do reszty człowieczeństwa?…Bo niby co będziemy robić, jeśli wszystko za nas zrobią roboty? odrobią dziecku lekcje, zrobią zakupy? doradzą? a może dalej? tradycyjny seks  zastąpi cybersex (coś w stylu stosunku a la CZŁOWIEK DEMOLKA z Sylwestrem Stalonne?). Mi się to nie podoba…

 

Broń jądrowa Untitled-2

Kto wie, czy nie najstraszniejszy ludzki wynalazek. Z jednej strony, śmiercionośna broń, która pokazała swoje straszliwe oblicze w ostatnich dniach II wojny światowej. Pamiętamy. Trudno dziś znaleźć rzeczy, które mogą we współczesnych społeczeństwach budzić większy strach niż zawartość nuklearnych arsenałów światowych potęg militarnych. I stojąca za tym nieuchronna zagłada. Jednak z drugiej strony, dzięki pracy naukowców nad stworzeniem broni jądrowej, zyskaliśmy dostęp do technologii, która może nam w przyszłości zagwarantować dostęp do energii, gdy skończą się zapasy paliw kopalnych. Warto także pamiętać o tym, jak istotną rolę w dzisiejszej opiece zdrowotnej odgrywa medycyna nuklearna i ile ludzkich żyć udało się dzięki niej uratować. Ja dostrzegam w tym tylko i wyłącznie zło. Ogromny wpływ na moje spojrzenie w tej akurat kwestii mają przekazy medialne, to, co dzieje się na całym świecie. Prawie wszędzie konflikty, akty terroru, przewroty stanu, zamachy (czyt. rzekomy Smoleńsk), spiski, rewolucje, egzekucje, manifestacje, akcje poparcia/ akceptacji aborcji, eutanazji, in – vitro, homoseksualnych związków z możliwością wychowywania dzieci, transseksualizm, zmiany płci, a nawet obcowania płciowego człowieka ze zwierzętami( zoofilia), masowe mordy i gwałty, wyścig zbrojeń…Istna apokalipsa. Trzeba być naprawdę ślepym, żeby nie widzieć, jak wielki jest nasz upadek jako cywilizacji homo – sapiens.

 

3. Do czego zmierzam? Po co te wzmianki o wynalazkach?

 

Od rewolucji przemysłowej tkwimy w pułapce myślenia, że postęp znaczy więcej. Tak jest od  X  lat, więc to już nie postęp, tylko zacięta płyta. Przyznaję, wiele zdobyczy  nauki i techniki – bywa z pożytkiem dla człowieka:  są pomocą, udogodnieniem, wygodą. Jednak często okazuje się, że coś, co z początku wydaje się być ulepszeniem, postępem, jest atrakcyjne i z pozoru nie ma złych stron – jest  ogromną szkodą, zagrożeniem, narzędziem samozagłady. Podsumujmy więc bilans zysków i strat:

 

PLUS

Dobrym owocem rozwoju cywilizacyjnego i postępu technicznego, naukowego oraz  intelektualnego – jest  szereg odkryć w każdej z dziedzin życia. Nowe wynalazki przyczyniły się do poprawienia warunków życia. Ulepszony transport, swobodny przepływ informacji, ochrona przed chorobami – to tylko niektóre z licznych pozytywnych skutków osiągnięć cywilizacyjnych 20 wieku. Radio, telewizja, kino, komputery, płyty CD, telefony…. Dzisiaj nikt z nas nie wyobraża sobie życia bez tych urządzeń.  20 wiek przyniósł szereg praktycznych wynalazków, jak np. elektryczny odkurzacz czy lodówka. Wynaleziono faks, radar, laser, pigułkę antykoncepcyjną. Jak widać postęp dokonał się w każdej dziedzinie życia. Jednym z najważniejszych odkryć było wynalezienie przez Aleksandra Fleminga penicyliny, pierwszego antybiotyku, dzięki któremu wiele osób pokonało groźne choroby. 20 wiek to również rozwój transplantologii, a także odkrycie struktury cząsteczki DNA. Niesamowicie ważnym stał się rozwój lotnictwa oraz motoryzacji masowej. Nie można zapomnieć też pozytywnym wykorzystaniu energii atomowej, budowaniu elektrowni jądrowych, odkryciu promieniotwórczości czy lotach kosmicznych. Wiek 20 to początek ery plastików, pierwszy plastik syntetyczny został wynaleziony w 1907 roku. To tylko kilka z licznych osiągnięć cywilizacyjnych 20 wieku. Ubiegłe stulecie należy także kojarzyć m.in. z rozpoczęciem badań nad klonowaniem (słynna owca Dolly), ogólną teorią względności Einsteina czy otrzymaniem prawa głosu przez kobiety i powstaniem Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Jak widać, wiek 20 obfitował w różnego typu wydarzenia, których skutki widoczne są aż do dzisiaj.

 

MINUS

 

Prawie każdy z ludzkich wynalazków może zostać użyty w taki sposób, aby zaszkodzić społeczeństwu. Przede wszystkim rozwój nie przebiegał (i nie przebiega nadal) równo na całym świecie. Istnieje przepaść między bogatą północą i biednym południem. W krajach biedniejszych zanotowano wzrost populacji, co tylko nasila problemy ich mieszkańców. Rozwój cywilizacji wiąże się także z zanieczyszczeniem środowiska. Do atmosfery przenikają związki siarki, węgla i azotu. Zanieczyszczone są gleby, wody i powietrze. Z kolei duży postęp w dziedzinie komunikacji staje się niebezpieczny ze względu na możliwość uzależnienia się od np. internetu. Swobodny przepływ danych może naruszać prywatność każdego z nas. Warto także wspomnieć o chorobach cywilizacyjnych, których przyczynami są m.in. zanieczyszczenie środowiska czy chemizacja rolnictwa. Niekorzystny wpływ na społeczeństwo może mieć również energetyka jądrowa. Wszyscy pamiętamy o tragedii, jaka wydarzyła się w Czarnobylu. Rozwój lotnictwa, wynalezienie nowych rodzajów broni to kolejna ważna kwestia. Działania wojenne przeprowadzane przy pomocy najnowocześniejszych metod stanowią duże zagrożenie dla życia ludzkości. Wystarczy wspomnieć chociażby zrzucenie bomby atomowej na Hiroszimę i Nagasaki. Kolejnymi problemami są m.in. globalizacja gospodarki, zanik kulturowej różnorodności, łamanie praw człowieka, klonowanie czy zbyt duże migracje ludności. Zatem osiągnięcia cywilizacyjne mogą nieść ze sobą szereg zagrożeń. Tylko od nas zależy, w jaki sposób będziemy korzystać z rozwoju nauki oraz czy nasze własne odkrycia nie zostaną wykorzystane przeciwko społeczeństwu.(…).

PS. Tematu nie da się w pełni wyczerpać, stąd poruszone zostało tylko  kilka jego aspektów.:). Gratuluję tym, którzy doczytali do końca .

BEZDOMNOŚĆ – ludzka niedola, czy sposób na biznes?

Jestem! :) Dawno mnie tu nie było, ale tyle się działo…dużo odpoczynku, ćwiczenia (ze skutkiem różnym) ,  polowanie na ciekawy film w internecie, FB i…odwiedziny. :) Mój dom zamienił się w szpital :) Prawie codziennie ktoś wpada na 2-3 godzinki z odwiedzinami. Nie powiem: to bardzo bardzo miłe, że są wokół mnie ludzie, którym na mnie zależy i mój los nie jest im obojętny. Cóż z tego, że jest ich zaledwie garstka?. Zawsze uważałam, .że nie jest ważna ilość, lecz jakość.:). Może to dziwne co teraz napiszę, ale choć jestem na najdłuższym jak dotąd L4, nie mogę narzekać na nudę (a tego się obawiałam). Czas płynie bardzo szybko. Może wynika to z tego, że nie lubię być bierna i staram się wypełniać sobie czas na różne sposoby?. :). Nie wrzucałam ostatnio żadnego posta, gdyż najzwyczajniej w świecie nie miałam weny twórczej.:). Ale dzisiaj trochę mnie naszło na rozmyślania (może to skutek wczorajszych odwiedzin, pełnych radości oraz głębokich przemyśleń w wielu kwestiach). I pomyślałam, że pochylę się nieco nad ludzką biedą, a konkretniej – problemem bezdomności. A co? :). Zaczął się nowy rok szkolny :). Dobrze rozruszać szare komórki uśpione na czas wakacji i urlopów :).

Do tego tematu zachęcił mnie w jakiś sposób mało ambitny program (Malanowski & Partnerzy), który poświęcony był właśnie tej tematyce. Mam na uwadze to, że w takich programach przedstawione historie  - choć oparte na faktach – doprawione są w jakimś stopniu fikcją literacką, niemniej cały odcinek wydał mi się na tyle ciekawy, by się na niego powołać. W skrócie: do detektywów przychodzi młoda kobieta prosząc o odszukanie brata, który po prostu zniknął. W toku śledztwa okazuje się, że ów brat (któremu na co dzień niczego nie brakuje ) – żebrze na dworcu. Okazuje się, że facet wpadł w spore problemy. Zadłużył się na znaczną sumę i jego wierzyciele (jak można się domyśleć : ludzie z półświatka, którzy mają na pieńku z prawem) domagają się kasy, grożą, szantażują itd.

I tu pomału przechodzę do sedna sprawy. Zawsze, kiedy spotykam wokół siebie jakiegoś ubogiego (a przynajmniej sprawiającego takie wrażenie), cierpiącego, czy wspomnianego bezdomnego – coś we mnie pęka…Tak, jestem mięczakiem. Typem człowieka, który nie potrafi przejść obojętnie wobec ludzkiej krzywdy (czego czasem żałuję). Mam w sobie coś z doktora Judyma. Oczywiście życiowe doświadczenia nauczyły mnie , że jeśli pomagać, to mądrze. Nie pomagam alkoholikom, ludziom którym „brakuje” na fajki , „ukradziono kasę/dokumenty” czy zbierają „na leki” (zamiast konkretnym osobom – wspieram instytucje , co do których działalności mam pewność). Spotkała mnie raz nieco bulwersująca sytuacja, która pomogła mi „dojrzeć” i nauczyła pomagać z głową. Idę na uczelnię i na rogu zaczepia mnie posunięta w latach, zgarbiona, ubrana w łachmany, poruszająca się o lasce babulinka. Sam widok tej kobiety już uruchomił we mnie „współczucie”. W psychologii nazywają to mechanizmem „klik -wrr” (jeśli dobrze pamiętam). Podchodzi do mnie biedna i prosi o pomoc: „przepraszam, jestem głodna, czy mogła by pani dać mi na dwie bułki?”. Myślę sobie: głodnemu nie odmówię, to nie po chrześcijańsku („głodnych nakarmić”), ale zamiast kasy (jeśli dobrze pamiętam tę sytuację sprzed lat) KUPIŁAM JEJ W TEJ PIEKARNI DWIE BUŁKI. I druga scena: wracam z uczelni, tego samego dnia (juz robiło się ciemno). Ta babulinka nadal stała w tym miejscu. Sprawiała wrażenie, jakby na coś’/ kogoś czekała. Odczekałam chwilę ,czekając na rozwój wydarzeń. Po dwóch-trzech minutach podjechało czarne BMW. Wysiadł jakiś młody człowiek, machnął ręką, i tą babcię biedną zabrał tym BMW !  Przecierałam oczy ze zdumienia, a we mnie po prostu wrzało z oburzenia. Wtedy jeszcze nie wiedziałam (nie przyszło by mi to nawet do głowy!), że spora część ludzi jest PRZYMUSZANA DO ŻEBRANIA!.

Czy było tak w przypadku tej babci?  nie wiem. Ale faktem jest, że przyczyny ludzkiej biedy , w tym bezdomności, są bardzo różne. Czasem to kwestia okoliczności, czasem ludzkiej głupoty (na którą niestety lekarstwa nie ma),  Powodem bywają też uzależnienia i  nałogi, patologie społeczne (np alkoholik, który wszystko przepija, czy hazardzista, który ma kolosalne zadłużenie). Bezdomność może też wynikać ze złej sytuacji gospodarczo – ekonomicznej kraju, niezaradności życiowej danej osoby, rozpadu rodziny, utraty domu (eksmisja) itd. Bezdomność to Także stan umysłu, ludzki wybór, styl życia. Jest tyle miejsc, które starają się pomóc bezdomnym: jadłodajnie, noclegownie, instytucje charytatywne..A jednak jak często słyszy się (zwłaszcza na sezon jesień/zima) komunikaty w stylu: bezdomny umarł na ulicy z zimna. Nie rozumiem tego: ludzie chcą podać kubek ciepłej herbaty, chleb, zapewnić dach nad głową, a ten bezdomny skazuje się na pewną śmierć przy -20 st.  Jednak o wiele bardziej wkurza mnie  ten typ człowieka, który na żebraniu zwyczajnie chce zarobić (bywa, że niemało). Zamiast pójść do pracy, idzie na ulicę i żeruje na ludzkiej dobroci, śmiejąc się w duchu z ludzkiej naiwności. Sama niejeden raz padłam ofiarą takiej osoby. Ale to nieważne. Nie zamierzam się zmieniać. Mimo wszystko – w miarę możliwości – nadal będę pomagać (oczywiście z głową). W końcu życie bywa nieprzewidywalne. Też mogę kiedyś tej pomocy potrzebować…

Koty – moja miłość

Od zawsze kocham przyrodę i zwierzęta. Będąc dzieckiem – wiele lat próbowałam namówić rodziców na psa, ale bez skutku. Pies potrzebuje dobrej opieki, miejsca, szczególnej troski. To nie maskotka. Trzeba go karmić, od czasu do czasu pojechać z nim do weterynarza, wyprowadzać 2-3 razy dziennie na dwór, by załatwił swoje potrzeby fizjologiczne, pobiegał…a mieszkaliśmy wtedy w takim miejscu, gdzie nie było ani grama zieleni. Wszędzie beton..Zatem – po kilku próbach – poddałam się. Ale nadziei całkiem nie straciłam… Minęło kilka lat. Postanowiłam jeszcze raz spróbować…”to może żółw, kanarek, papuga?” – zagaiłam. Odpowiedź była natychmiastowa i do przewidzenia: ” O nie! Żadnych ptaków w domu! Zapomnij!”. Tata się łamał, mama była nieugięta. Nie lubiła zwierząt i posiadanie jakiegokolwiek w domu – nie wchodziło w rachubę…I kiedy już pogodziłam się z tym faktem , któregoś popołudnia wraca do domu tata. Z zakupami. Wśród nich znajdował się karton, w którym ewidentnie coś się rusza. Po chwili okazało się, że to…królik! . Moja mina w tamtej chwili musiała być bezcenna. Mama bezradnie rozłożyła ręce, jakby w geście złożenia broni. Tak więc Filuś (bo tak go nazwaliśmy ) pozostał z nami. Hasał, brykał i dawał nam wiele radości przez 8 lat. W końcu zachorował ciężko i trzeba było biedaka uśpić. Serce nam wszystkim pękało z żalu, ale cóż począć? Każdy kiedyś odejdzie.

Znowu minęło kilka lat. Wtedy już nie byłam jedynaczką, miałam siostrę, N. Sama mogłam wybrać jej imię. Nadeszły Święta Wielkanocne. Przy stole, z całą rodziną (liczną) ponownie cieszymy się sobą, jemy świąteczne śniadanie. Wszędzie pobrzmiewa śmiech, gwar. Po długim czasie rozłąki wszyscy mamy sobie wiele do powiedzenia….Od słowa do słowa – rozmowa wkracza na niewygodny dla mamy temat: ZWIERZAKI. Pani G., koleżanka mojej cioci  R., ma kotkę, która właśnie urodziła pięć uroczych szczeniąt. Pani G. kocha zwierzęta (jak ja, tata i moja siostra N.), ale zwyczajnie nie stać jej na to, by móc je wszystkie zatrzymać przy matce. Szuka więc  ludzi, którzy chcieliby „przygarnąć kropka”. No i moja kochana siostrzyczka przypuściła szturm: „mamo, mamo, ja chcę kotka!”.  Ku mojemu zaskoczeniu świąteczne śniadanie zakończyło się w taki sposób, że N. przekonała moją anty – zwierzakową mamę – do przygarnięcia malutkiej kotki, Mangusi (to ta ruda ze zdjęcia).  Na początku była nieco kłopotliwa (gryzła buty i styropian), ale szybko udało się to wykorzenić. Ruda podbiła nasze serca. Rosła jak na drożdżach. Była humorzasta, niechętna do pieszczot, ale rozbrajała nas totalnie. Z czasem nieco się zmieniła. Stała się bardziej łasa na pieszczoty. Dziś, kiedy potrzebuje miłości i przytulenia, przyłazi do mnie :) Kto lepiej zrozumie rudą, niż druga ruda? :) Często wchodzi mi na łóżko, układa się blisko mnie, a kiedy ją głaskam – mruczy z zadowoleniem. Rano, kiedy czytam pismo święte przed pracą, kładzie się spać właśnie na nim:). Wita i żegna domowników. Pomaga nam robić pranie (dosłownie). I jestem  pewna, że doskonale rozumie, co się do niej mówi! Jest cudowna!.

Kilka lat temu umarł mój dziadek.. nie było by w tym jednak nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że pozostawił bez opieki kotkę (to ta popielata ze zdjęcia). Choć mieliśmy już Mangusię, zrobiło nam się żal tej drugiej . Żadne z nas nie dopuszczało do siebie opcji oddania osieroconego kota do schroniska…Zatem trafił do nas. :) Mamy więc w domu dwie kotki, które stały się członkami rodziny. :) . Na początku nie przepadały za sobą (delikatnie rzecz ujmując), ale z czasem zaczęły się „tolerować”. To zaskakujące, wręcz niesamowite, jak wiele w życiu mojej rodzinki zmieniło się, odkąd Mangusia i Misza są z nami…Przede wszystkim więcej w naszym domu radości, pokoju, czułości. Jesteśmy mniej podatni na stres. Rzadziej się na siebie wkurzamy. Złagodnieliśmy. Ja- jako singielka – zdecydowanie mniej odczuwam samotność, niż kiedyś. W kociej obecności mam wrażenie, jak gdyby czas się zatrzymał, czuję ukojenie i odprężenie. Podobno  przebywanie w towarzystwie kota – zwiększa produkcję serotoniny – hormonu szczęścia. Lepiej jest także dojść do siebie po doświadczeniu przykrych wydarzeń życiowych. Przebywanie kota w otoczeniu wspomaga w leczeniu depresji. Mama powiedziała mi kiedyś, że Mangusia kładła się w nocy na jej łóżku w okolicy pachy (mama jest po operacji węzłów chłonnych. Było to konieczne – zdiagnozowano raka w początkowej fazie). Po jakimś czasie zaobserwowała, że ból , który odczuwała – znacznie się zmniejszył!. Czy to możliwe? Okazuje się, że tak. Nie bez powodu powstała felinoterapia – terapia z udziałem kotów. Położenie kota w bolącym miejscu ciała uśmierza ból, dzięki ujemnym jonizowaniu jego sierści. Bolące miejsca jonizowane są dodatnio, po zetknięciu z sierścią dochodzi do zneutralizowania jonów. :). Zatem posiadanie kota – bardzo korzystnie wpływa na nasze zdrowie. Naukowe badania wykazują np, że osoby otaczające się kotami, żyją o 4-5 lat dłużej od innych osób. Wpływ na to ma kocie mruczenie. Zostało dowiedzione, że drgania akustyczne o konkretnej częstotliwości, przyczyniają się do obniżenia wysokiego ciśnienia krwi. Mruczenie kota wpływa także pozytywnie na układ nerwowy, stabilizuje rytm serca oraz usprawnia krążenie krwi w mózgu. Wooow!. 

Same plusy! Chcesz być zdrowy? Bierz kota! Minus? : ewentualna alergia na kocią sierść. Wbrew pozorom, nie wymaga wiele zachodu, by kotu zapewnić dobre warunki. Nie trzeba z nim wychodzić (poza czasową kontrolą u weterynarza). Wystarczy zapas karmy i wody (oraz jakiś kącik do spania). Będzie głodny czy spragniony – obsłuży się sam. :) Koty dużo śpią, a zajęcie same sobie są w stanie zapewnić. Do kuwety trafią.:). Bez dwóch zdań:  obecność zwierzaka w domu – czyni nasze życie zdecydowanie lepszym. :))). Mango i Misza podbiły moje serce…nie wyobrażam sobie życia bez nich…Totalnie dostałam kota na punkcie kota!. I love cats.!.<3<3<3

f46041231a

DOPISEK: Jak z postu wynika – kocham zwierzęta całym sercem (poza kilkoma wyjątkami, jak np. skorpiony, węże, pająki, komary, osy, kleszcze itp.). Jednak coraz częściej spotykam w internecie informacje  czy zdjęcia mówiące o znęcaniu się nad nimi: głodzeniu, biciu itp. Każda taka informacja doprowadza mnie do wrzenia, wkurza, baaardzo podnosi ciśnienie tak, iż mój temperament ukazuje się w całej swej okazałości. Zazwyczaj jestem osobą poukładaną, o radosnej naturze i miłym usposobieniu…Jednak takie newsy zmieniają mnie nie do poznania: W*****w na maksa, gniew, szał…to właśnie maluje się  wówczas  na mojej twarzy. Wstyd się przyznać, ale gdyby ktoś pokazał mi: „to ten! to on znęcał się nad tym psem, którego pokazano dziś w Teleexpresie”, podeszłabym do niego z uśmiechem, chwyciła za gardło i z premedytacją zabiła…chociaż nie…to była by za szybka i lekka śmierć. Przywiązałabym go do samochodu (jak niejeden zwyrodnialec robi) , wsiadłabym za kierownice i wcisnęła pedał gazu. A on co chwila obijałby się o beton. Albo unieruchomiła takiego (by nie miał najmniejszej szansy na obronę), zakleiła usta, złapała za kij baseballowy i okładała tak długo, aż delikwent – doświadczając na sobie zadawanego mu bólu – zrozumie swoje okrucieństwo wobec tego psa. Rozumiem, że nie każdy człowiek lubi zwierzęta ( o miłości nie wspominając), ale to nie jest żaden argument tłumaczący znęcanie się nad nim. Trzeba przyznać, iż bardzo często człowiek jest bestią, a zwierzęta (jakkolwiek to brzmi) bywają bardziej ludzkie od nas samych. Kochają nas bezwarunkowo. Tęsknią za nami, gdy za długo nas nie ma. Czekają na nasz powrót. Witają z radością. Wyczuwają nasze nastroje. Są zawsze przy nas. Ich obecność , bliskość koi nasz smutek, łagodzi nasz ból, przegania samotność. Potrafią i chcą być dla nas prawdziwymi kompanami, przyjaciółmi na dobre i złe. Pilnują domu, stają w naszej obronie…a my ludzie tak im odpłacamy???… Jeśli zaglądają tu ludzie młodzi, których dziecko namawia: mamo, ja chcę pieska…weźcie pod uwagę dwie rzeczy: 1). by dać temu zwierzakowi miłość i odpowiednie warunki, 2) TO NIE ZABAWKA, TYLKO ŻYWE STWORZENIE! Jeśli macie po miesiącu/roku się go pozbyć  (bo dziecku miłość do zwierzątka nagle przejdzie) – najlepiej w ogóle go nie kupujcie! Do tej decyzji naprawdę trzeba dorosnąć i dojrzeć.

Brunetki, blondynki a może rude? – czyli moje doświadczenia z czupryną.

Witajcie w moim świecie! Jestem ruda , piegowata i bardzo szczęśliwa z tego powodu. Choć nie zawsze tak było. Z racji mojej czupryny o odcieniu marchewki – w dzieciństwie byłam bardzo wyśmiewana, wytykana palcami przez inne dzieciaki. „Hej, patrzcie! Dziwadło nadchodzi!”. ” Piegowata!” , „Marchewka!”, „Ryża!”. Te przezwiska pamiętam do tej pory, podobnie, jak ściąganie gumek z moich pięknie i starannie zaplecionych warkoczy. Ciągle ganiałam moich prześladowców po szkolnym boisku, a w szkolnej WC zalewałam się łzami. „Co ja im zrobiłam? Czy to moja wina, że jestem ruda?! Nie! Taka się urodziłam i już! Nie znoszę piegów, ani mojej czupryny”. Zawsze z zazdrością spoglądałam na moje rówieśnice z blond włosami. Było w nich coś urzekającego, magicznego. Podobały mi się zwłaszcza odcienie miodu, taki ciepły blond. Tak jak Ania Shirley,  nie znosiłam siebie, byłam wrażliwa i miałam odnośnie swojego wyglądu całą masę kompleksów. Ciężko mi było się pogodzić z własnym wyglądem, polubić go, znaleźć w nim coś pozytywnego. W końcu stwierdziłam, że choć docinki ludzi mnie bolą, będę udawać, że nie widzę , nie słyszę i nic mnie nie obchodzi , jak mnie widzą i co o mnie myślą inni. Nie dam im tej satysfakcji! Będę niewzruszona niczym skała. Kiedyś im się to znudzi. Poświęciłam się więc całkowicie nauce i mojej pasji, czyli śpiewaniu. Czas  mijał szybko. Pewnego razu wpadła do nas rodzinka na tydzień wakacji. Z racji dzielącej nas odległości nie mieliśmy ze sobą zbyt częstego kontaktu. Jednak czas ich odwiedzin okazał się być przełomowy. Cała rodzina stwierdziła bowiem, że się zmieniłam. Nie tylko wyrosłam na całkiem zgrabną pannę, ale ściemniały mi włosy! Aż trudno uwierzyć, ale marchew ustąpiła miejsca pięknej barwie jasnego kasztanu, który w słońcu mieni się pięknymi refleksami. Przyjrzawszy się dokładnie z każdej strony – stwierdziłam: „hmm… rzeczywiście, są trochę ciemniejsze… Cóż. To już coś. Ale pozostaje jeszcze problem piegów. Nie znoszę ich…Może warto by kogoś zapytać, czy można je jakoś usunąć? „…Poszłam z tym do babci. Doradziła mi jakiś krem, albo maseczki z pokrojonej cytryny lub ogórka. Nie podziałało. Zatem nie pozostało mi nic innego, jak je polubić. To trochę potrwało. W międzyczasie zaczęły mi wpadać w ręce różne artykuły na temat kobiecej urody. Stopniowo docierało do mnie, że wokół koloru czupryny krąży wiele mitów i stereotypów, które często bywają krzywdzące. Wszyscy je znamy: Blondynki są głupie, ale bogate (ja bym też wrzuciła do tego worka jeszcze jedno określenie: łatwo je zaciągnąć do łóżka). Brunetki mają większe poczucie humoru i rodzinny charakter, są rewelacyjne w łóżku. Aż iskrzy. A rude? od tych najlepiej trzymać się z dala: są wredne i lubią manipulować innymi ludźmi. Moim zdaniem – niewiele w tym prawdy. W każdej z tych grup znajdzie się i głupia i mądra. Wulkan seksu i bryła lodu. Rodzinna i outsajderka. Kobieta sukcesu i ta, której zwyczajnie nieco się poszczęściło. Łatwa i trudna do zdobycia. Sympatyczna i wredna s**a. Po co do tego mieszać Matkę Naturę?. Jednak kiedy zaobserwowałam, że blondynki mają duże wzięcie, a ja ciągle bez faceta, pomyślałam: „dlaczego nie…? W końcu to normalne, że kobieta od czasu do czasu eksperymentuje z wyglądem”. Za niecałą godzinę  moją naturalną czuprynę przełamałam w salonie fryzjerskim pasmami blond platyny. Włosy miałam długie. Efekt ? Powalający i to dosłownie. Wracam z nowym lookiem do domu. Mija mnie rowerzysta. Całkiem przystojny, młody…słowem: CIACHO. Tak się we mnie zapatrzył, że wjechał w latarnię. Musiało boleć. Kolejne moje doświadczenia z mężczyznami utwierdziły mnie jednak w przekonaniu, że ten blond, który mnie tak zawsze zachwycał, to straszna pomyłka. Owszem, propozycje randek się sypały, jednak każda kończyła się tą samą smutną refleksją. Facet myślał stereotypowo: blondynka, czyli łatwy podryw, zero inteligencji i charakteru. Kobieta atrakcyjna, łatwa do zmanipulowania. Dobra zabawa, niezły seks. Niestety, ale nie ze mną te numery. Jestem blondynką, ale farbowaną. Kolejna próba: zmiana koloru na ciemny brąz i skrócenie włosów. Niestety, w salonie fryzjerskim był wtedy istny sajgon. Kobieta o mnie zapomniała, farba trzymana była za długo, więc kolor z ciepłego brązu zrobił się nieomal czarny. Jak spojrzałam w lustro, zbierało mi się na płacz. Pomyślałam jednak: kiedyś zejdzie. Wiecznie czarne nie będą. Więcej brunetką być nie zamierzam. To mnie postarzyło o co najmniej kilka lat. Za jakiś czas myślę sobie (o dziwo!):   to może rudy?!  Kto wie? może jeśli dobiorę odpowiedni makijaż i nie przesadzę z kolorem, będzie efekt WOW?.. Zaryzykowałam. Było wielkie WOW. Nie poznałam siebie w lustrze. Po raz pierwszy poczułam się kobieco, seksownie i…pięknie! To była wspaniała metamorfoza. Piękny czas. Kiedy kolor prawie całkiem zszedł, poznałam JEGO. I nie wiedzieć czemu – jak sam to wspominał  - kiedy tylko spojrzał po raz pierwszy w moje piwne oczy i  na rudawą czuprynę – przepadł z kretesem. Totalnie stracił dla mnie głowę. Moją burzę rozwianych włosów widział na kilometr. Uwielbiał liczyć moje piegi. Baa, nawet je pokochał.! Urzekłam go właśnie tym, co kiedyś tak trudno było mi zaakceptować!. Tak doszłam do wniosku: każda potwora znajdzie swojego amatora. Zaczęły znikać moje kompleksy. Potrzeba eksperymentowania ze zmianą koloru zniknęła, jak tylko dowiedziałam się, że rudy to kolor spotykany bardzo rzadko – według  statystyk rude włosy ma tylko 1,2 proc. populacji!. Jakaż byłam zdziwiona, kiedy nowo poznane dziewczyny (w czasach studenckich i później) – zaczęły mnie pytać: ” jakiej używasz farby?. Chciałabym zrobić sobie właśnie taki kolor. Kilka razy nawet próbowałam, ale mi nie wyszło!”. Ja jej na to: „Rudy to nie kolor, ale charakter”. Reasumując: nie było mi lekko w życiu, jak zapewne innym rudzielcom. Ale dzisiaj jestem szczęśliwą rudą kobietą , która dzięki tym wszystkim doświadczeniom i eksperymentowaniu z czupryną zrozumiała, że kobieta jest najpiękniejsza wtedy, gdy jest SOBĄ! :)

KOBIETA VS KOBIETA. Czy damska przyjaźń jest możliwa?

 

Kika wieści z placu boju. Póki co, rekonwalescencja przebiega pomyślnie. Z dnia na dzień czuję się coraz lepiej. Ciągle jestem nieco unieruchomiona, na lekach, ale poruszam się coraz swobodniej, pewniej. Stosuję się do zaleceń, ćwiczę 3x dziennie ( dali mi zestaw ćwiczeń, które mam wykonywać w łóżku). Wstaję jedynie wtedy, kiedy jest to konieczne. Dni mijają szybko. Niektóre czynności sprawiają mi jeszcze trochę trudu, ale mogę liczyć na pomoc bliskich mi osób. Uczę się cierpliwości i pokory. Jestem świadoma, że to, ile potrwa mój powrót do formy , zależy tak naprawdę  tylko ode mnie. Każde trudne doświadczenie życia – to świetna okazja, by przekonać się, komu naprawdę na nas zależy. Nie bez powodu mówi się, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Tak naprawdę jest. Jakiś czas temu wpadło mi też w ucho inna sentencja o przyjaźni.: Kiedy się tobie powodzi, twój przyjaciel wie, kim jesteś. Kiedy ci się nie wiedzie – wtedy ty wiesz, kim jest twój przyjaciel. Na ile ta relacja jest autentyczna, silna, dojrzała. I kiedy tak lustruję moich znajomych, dochodzę do wniosku, że nie mam prawdziwych przyjaciół. Przykre prawda?. O moim stanie , czekającej mnie operacji – wiedziało wielu. Jednak jedynie kilka osób zapytało : jak się czujesz? potrzeba ci czegoś ? może cię odwiedzić?. Odwiedziły mnie jak dotąd 4 osoby (w tym trzech mężczyzn) :). Cóż…może kobiety z mojego otoczenia widzą we mnie rywalkę:? :) A może to ja nie wiem, na czym tak naprawdę polega przyjaźń? Może noszę w sobie  jej wyidealizowany obraz? Może problem tkwi we mnie?. Moja pierwsza przyjaciółka Ania, z którą dzieliłam ławkę w szkole podstawowej – była przy mnie do czasu, gdy do naszej klasy dołączyła ta „nowa”, Edyta. Wystarczyła jedna wspólna rozmowa , by Ania przesiadła się do niej a o mnie totalnie zapomniała. W liceum rzecz miała się nieco inaczej. Gabi była przeniesiona. Dotarła do nas w drugim semestrze, a że tylko obok mnie miejsce było wolne – nie miała wyjścia. Jednak złapałyśmy dobry kontakt. Szybko stałyśmy się nierozłączne. Wspólne gadki -szmatki, imprezy, pierwsze podrywy, faceci…Gaba gadała o nich  na okrągło. Słuchałam, choć bez ekscytacji. Mimo to, zawsze ktoś się koło mnie kręcił. Na jej pytanie „jak ty to robisz?” niezmiennie odpowiadałam: „ale co?” , by uciąć temat. Zaczęły się pierwsze rozczarowania. Gaba przychodziła do mnie, by wyrzucić swoje frustracje, wypłakać. Ja byłam, słuchałam. Starałam się pocieszyć, dać radę. Ja w tym czasie spotkałam na mieście jej eksa, który zaprosił mnie na kawę i pooglądanie zdjęć z wakacji. W międzyczasie powiedział, że mu się podobam, odkąd mnie poznał. Schlebiało mi to, ale że w przyjaźniach jestem lojalna – Gabi się o tym ode mnie dowiedziała. Rozpętałam burze, ale chciałam mieć czyste sumienie. Gaba doceniła lojalność. Z czasem mogłam się przekonać, jak to wygląda z drugiej strony. W końcu u mnie sprawy się mocno skomplikowały. Przez faceta, rzecz jasna. I właśnie wtedy, gdy jej najbardziej potrzebowałam, Gabi zapadała się jakby pod ziemię. Nie miałam się komu wygadać, nie było ramienia, na którym mogłabym się wypłakać…Znajomość się urwała. Po kilku latach poznałam Agnes, na kursie językowym. Złapałyśmy kontakt natychmiast, od pierwszego spojrzenia, pierwszego zdania. Szyb ko luźna szkolna znajomość zamieniła się w przyjaźń. Spędzałyśmy razem masę czasu. Było pięknie. Zbyt pięknie. Miałyśmy podobną wrażliwość, podobne spojrzenie na świat. Jednak ja przy niej czułam się bez wartości (sama nie wiem czemu), taka bezbarwna, przeciętna, mało kobieca. Babskie kompleksy.. Ona z kolei zazdrościła mi zainteresowania mężczyzn, choć nie było czego. W końcu każda znajomość z facetem szybko się urywała. Ta relacja okazała się być jedną wielką maskaradą. Z jednej strony „jak dobrze że, jesteś”, „jesteś taka super” itd. Z drugiej zawiść i obłuda na potęgę. Bywało różnie, jak to w życiu. Ale zawsze walczyłam, by się poukładało, by ta relacja przetrwała. Rozpadła się  po 10 -11 latach. Po prostu przestałam dla niej istnieć. Spotykam ją czasem na mieście. Jeszcze nigdy nie powiedziała mi zwykłego „cześć”. Jestem OBCA. Pozazdrościć, że udało jej się zresetować wspomnienia z tych 11 lat. Mi się to nie udało. Jestem bowiem na tyle dziwną osobą, która nosi tą przyjaźń i życzliwość w sercu, nawet wtedy, gdy ta osoba dawno mnie ze swojego życia wymazała. Ta znajomość nauczyła mnie chyba najwięcej w życiu.  Przede wszystkim tego, by unikać wazeliny tylko po to, by podbudować  czyjeś ego. Mówić otwarcie. Być odważnym, lojalnym, absolutnie szczerym. Wiele niedomówień, nieporozumień czy poważniejszych kłótni można by było uniknąć, gdyby człowiek chciał zawczasu szczerze porozmawiać z tą drugą osobą. Moim zdaniem to nie konflikty czy odległość najbardziej dzielą ludzi, ale brak czasu, egoizm i obojętność. Życie nauczyło mnie także, że nic nie trwa wiecznie, nawet najpiękniejsza, długoletnia przyjaźń – kiedyś się skończy. A czym dla mnie jest przyjaźń? to wielki i coraz rzadziej spotykany dar. Prawdziwe szczęście. Przyjaciel  to ktoś, kto nadaje na tej samej fali, pomimo różnic – akceptuje cię jakim jesteś, rozumie bez słów. To taka osoba, do której możesz zadzwonić w środku nocy załamany, zrozpaczony, a on cię wysłucha i w miarę możliwości pomoże. Cieszy się razem z tobą, podnosi na duchu. Pomaga ci wstać, kiedy ty sam już nie masz sił. Obroni twoje dobre imię, nie pozwoli, by ktoś cię skrzywdził, wykorzystał, zranił. Kiedy widzi, że zdradza cię twój ukochany- odważy się powiedzieć ci prawdę, choć dobrze wie, że możesz nie uwierzyć. Prawdziwy przyjaciel przebaczy ci twój błąd czy słabość, doceni dobro, które wnosisz w jego życie. To tak w skrócie. Coraz mniej wierzę w prawdziwą przyjaźń między kobietami. Prędzej czy później dochodzi do konfrontacji….A jakie Wy macie doświadczenia w przyjaźniach?

PS. Za ewentualne błędy przepraszam – mój laptop jest złośliwy i czasem za dużo literek kasuje. :)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pod górę.

 

Dziś szczęśliwy dzień: dostałam wypis ze szpitala. Zainteresowanym donoszę, że operacja się udała. Nie było żadnych powikłań, ani potrzeby, aby przetrzymać mnie pierwszą dobę PO zabiegu – na OIOMIE. To oczywiście bardzo dobra wiadomość. Tego się spodziewałam. Ech…w głowie chaos, totalny mętlik. Przeżycia ogromne. Nowe szpitalne znajomości, doświadczenia – bezcenne. Nikt z nas nie lubi cierpienia, tymczasem właśnie ono – przynajmniej dla mnie – jest najlepszym nauczycielem. Cierpienie jest czymś, co łączy ludzi. Każda moja hospitalizacja mnie w tym utwierdza. Pierwsze dwanaście godzin po przyjęciu na oddział – spędziłam w dużej sali, nieco na uboczu, zupełnie sama. Nawet mi to pasowało, ponieważ chciałam się uspokoić, wyciszyć, a przy okazji umocnić ducha, przed tym, co mnie czekało dnia następnego. Bezkonkurencyjny okazał się w tym J., mój znajomy który wpadł mnie odwiedzić (J. jest po ośmiu operacjach, z czego ostatnią było amputowanie nogi.). Niesamowite, tyle przeszedł, wycierpiał, a tyle w nim entuzjazmu radości, poczucia humoru. Trzy wspólne godziny dały mi radość i siłę. Oraz pewność, że jestem w dobrych rękach. Wieczorem tabletka na sen (i uspokojenie), zastrzyk przeciwzakrzepowy no i jedziemy na blok…Tam dopiero się działo…Przenieśli na stół, ułożyli, sprawdzili puls, ekg, wstrzyknęli coś, bym im mocno spała. Ale zanim potraktowali mnie tlenem, wzięło im się na żarty.:) Jeden był nawet całkiem trafny – przytaczam: p. anestezjolog Sabina: „no…to w zasadzie PRZEŻYWA PANI TO, CO SWEGO CZASU JEZUS” – Koniec cytatu. Przyznałam jej słuszność, bo na tym stole ułożyli mnie właśnie krzyżem: nogi wzdłuż, ręce na boki. Potem pamiętam moment, gdy mnie odwozili z bloku na inną salę , trzyosobówkę. Panie miłe, choć ich średnia to 68 plus. Z jedną z nich szybko się zaprzyjaźniłam. Stała się moim aniołem stróżem :). Ona bowiem, w przeciwieństwie do mnie – była „na chodzie”. Ja wstawać nie mogłam, więc donosiła mi posiłki :). Posiłki szpitalne – kolejne cenne doświadczenie..Ile razy zaglądając w domu do lodówki- kręciłam nosem: Nie ma sera. (choć zawsze można było wybrać coś innego , co lubię). Kawa parzona czy rozpuszczalna, herbata czarna, owocowa, zielona, miętowa, gruszkowa, czy z dodatkiem pigwy? To był dylemat. :). Szpital takie sprawy rozwiązuje: herbata jedynie gorzka. Kawa? 3/4 wody plus niecałe pół Łyżki kawy (INKI)…. Człowiek z miejsca nabiera pokory i zaczyna doceniać to, co ma na co dzień.:). Im człowiek ma więcej, tym więcej chce. Im ma mniej, tym bardziej wdzięczny za to, co jest… Nie wiem jak, ale zyskałam sympatię kobiet z innych sal. Wpadały mnie odwiedzić, donosiły na bieżąco, co się dzieje, kogo wzięli na blok, kogo przywieźli itd. Wielki ukłon szacunku i wdzięczności składam w stronę lekarzy, pielęgniarek, salowych: TO NAPRAWDĘ LUDZIE Z POWOŁANIEM DO TEGO ZAWODU, A O TO DZIŚ CIĘŻKO…Teraz już piszę z laptopa na łóżku, wdzięczna za czystą pościel, wygodne łóżko i KLIMATYZATOR!  w końcu mam czym oddychać.:). I szykuję się na wielki trud: chodzenie z balkonikiem (to jakoś mi wychodzi), o kulach (to idzie jak po grudzie) oraz oczywiście intensywna i długa rehabilitacja…:( Dziś zaliczyłam swój pierwszy dołek psychiczny, ale idę pod górę. Bo wspiera mnie moc ludzkiej życzliwości oraz osiągnięcie celu: jak najszybsze odzyskanie sprawności i uczczenie tego jakąś potańcówką oczywiście! :) Trzymajcie kciuki :) PS. Zaległości w czytaniu nadrobię, jak tylko ciut się wzmocnię.

Spokojnie…to tylko operacja!

 

Tak…właśnie się dowiedziałam. Długo nie było odzewu w tej sprawie więc myślałam , że w cudowny , nadnaturalny sposób – mój problem się rozwiąże sam i operacja nie będzie konieczna (tym bardziej, że już jestem po jednej – wszczepiono mi stymulator nerwu błędnego, działa na podobnej zasadzie jak rozrusznik serca). Niestety… jutro przyjmują mnie na ortopedię, a pojutrze – zabierają na blok. Niby nie powinnam się niczego obawiać. Wiem o tym. Na pewno mnie uśpią i swoje zrobią. No dobra. Pytanie: co potem??? Narkoza bardzo człowieka osłabia , o czy mogłam się przekonać podczas wybudzania po pierwszej operacji – byłam ledwo żywa. Oblewały mnie poty, ciągle chciało mi się pić (a nie mogłam). Teraz będzie o wiele gorzej. Pomajstrują mi w kolanie, przesuną rzepkę , która jest niestabilna i w nieprawidłowym miejscu , zagipsują.. Byłam połamana nie jeden raz – chrzest bojowy przeszłam dawno temu – ale nie lubię być unieruchomiona… Chodzenie o kulach, gips, wielomiesięczna rekonwalescencja… Izolacja. Dużo bólu… Patrzenie w sufit (ewentualnie w ekran laptopika)… Mało fajna perspektywa… Boże, daj mi to jakoś przetrwać…daj jak najszybciej wrócić do formy!

Ode mnie z daleka! Czyli kilka typów ludzi, których unikam jak ognia.

Żaden człowiek nie jest samoistną wyspą; każdy stanowi ułomek kontynentu, część lądu. Jeżeli morze zmyje choćby grudkę ziemi, Europa będzie pomniejszona, tak samo jak gdyby pochłonęło przylądek, włość twoich przyjaciół czy twoją własną. Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie, albowiem jestem zespolony z ludzkością. Przeto nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on tobie.” - John Donne (1572–1631) – angielski poeta i prozaik.

 

Na drogach naszego życia spotykamy przeróżnych ludzi. Jedni są z nami od zawsze (rodzina),  inni towarzyszą nam w naszej ziemskiej wędrówce przez jakiś czas.  Każda osoba (bez wyjątku) ubogaca nas, coś do naszego życia wnosi, inspiruje, uczy, w jakimś sensie ma swój udział w naszym osobistym rozwoju.  Te pozytywne relacje pozwalają na otwarte i radosne funkcjonowanie w społeczeństwie , są podstawową i najważniejszą potrzebą naszego życia. Są źródłem naszego szczęścia, czymś naprawdę cennym. Jednak  jest pewna grupa osób, z którymi lepiej w relacje nie wchodzić, bo nic dobrego z tego nie wyniknie. I o tym właśnie będzie ten post: o typach osobowości, których unikam jak ognia.  Dla jasności: to tylko kilka moich doświadczeń z ludźmi, którymi postanowiłam się zwyczajnie podzielić.(nie jestem psychologiem, więc będzie bardzo prosto, niefachowo, wg mojego prywatnego słownika).

1. GADUŁA - Od zawsze jestem lepszym słuchaczem niż mówcą i bardziej sobie cenię słuchanie niż gadanie, na czym tylko w życiu zyskałam. Lubię, jeśli mój rozmówca ma coś do powiedzenia. Ale oprócz tego co mówi , zwracam uwagę na to jak i ile mówi.  Taka osoba potrafi mówić o wszystkim i o niczym. Ciekawie i nudno jak flaki z olejem. Jeśli da mi od czasu do czasu dojść do słowa – super. Ale jeśli taka osoba wyrzuca z siebie coraz to nowe słowa niczym pociski z karabinu, zwyczajnie mnie to nuży (a bywa, że i wkurza).

2. PLOTKARZ – czyli osoba szukająca sensacji, wścibiająca nos w nie swoje sprawy. To ją kręci. Oczywiście o czymś  rozmawiać trzeba, a informacja zabarwiona jakąś anegdotą  czy żartem – wydaje się ciekawsza. Jeśli masz w swoim otoczeniu osobę kochającą plotki, przyjrzyj się, w jaki sposób je przedstawia.(Przykład: Ta M. się dorobiła. Na pewno musiała się z  nim przespać…, Jak ona się ubiera!…,  Wczoraj spotkałam ją u  lekarza. Jeszcze nie ma ślubu, a już w ciąży! itp.). Jednego możesz być pewien/pewna: za twoimi plecami taka osoba będzie mówić to samo komuś innemu. Mnie życie nauczyło roztropności w mówieniu. Mówić konkretnie, w temacie. Wtedy nasz plotkarz nie będzie miał z czego kolejnej plotki na nasz temat puścić. Plotka co prawda jest narzędziem komunikacji, nieraz dostarcza nam przyjemności czy rozrywki, to prawda. Ale często możemy paść ofiarą plotki z zazdrości czy wręcz zawiści. A kłamstwo powtórzone x razy, dla innych staje się prawdą. Wtedy słowo staje się bronią masowego rażenia, które może doprowadzić przykładowo do rozpadu naszego związku, utraty pracy, czy zszarganiem naszego dobrego imienia. Plotkarzom już dziękuję!

3.  NARZEKACZ –  kolejny typ, od którego stronię. Oczywiście życie ludzkie to nie bajka. Każdy z nas zmaga się od czasu do czasu z jakąś trudnością, cierpieniem, chorobą czy innym nieszczęściem. Czasami po prostu potrzebujemy się komuś wyżalić, by poczuć ulgę, zrzucić ciężar z serca. Sama niejednokrotnie w swoim życiu wylewałam swoje żale (zawsze za to przepraszając). Sam fakt, że zostałam wysłuchana, stanowił dla mnie ogromną pomoc, a słowo pocieszenia w tym trudnym czasie i/lub dobra rada – wlewał nową nadzieję. Jednak jeżeli każda rozmowa z drugą osobą jest niekończącym się marudzeniem jacy to ludzie są podli, a życie do bani – uciekam. Bo ile można? Przecież w życiu spotykają nas także dobre rzeczy, o których warto rozmawiać.

4. PAW – znany z przepięknego ogona, który jest jego chlubą. W przełożeniu na relacje międzyludzkie mam na myśli osobę pełną pychy światowej, która uważa się za nie wiadomo kogo: jest najmądrzejsza, najpiękniejsza, najbardziej seksowna i w ogóle naj. Obnosi się ze swoim bogactwem,  sukcesami, doświadczeniem, liczbą partnerów – jak ten paw, okazując innym swoją pogardę, wyższość czy politowanie. Takim osobom też mówię nie.

5. POLICJANT/ ŻANDARM - typ człowieka, który zawsze trzyma rękę na pulsie, wszystko chce mieć pod kontrolą. Zadaje niezliczoną ilość pytań, przez co człowiek czuje się jak na przesłuchaniu w komisariacie. Jest nieufny. Wszędzie węszy kłamstwo i podstęp. Szuka dziury w całym. Ciągle szuka haka , do czegoś w końcu można się przyczepić (w końcu nikt z nas nie jest idealny)

6. BLUSZCZ.- czyli osoba ( w domyśle partner, mąż/żona, narzeczony/ narzeczona), która bardzo bardzo nas kocha, świata poza nami nie widzi (i to dosłownie). Ciągle nas rozpieszcza i nam nadskakuje. Całkowicie od nas zależna. Osoba niesamodzielna, która postrzega siebie jako  słabą, bezradną , nieradzącą sobie w życiu, niedostosowaną do wymagań, jakie stawia życie. Ja trafiłam na takiego bluszcza (choć nie jestem w związku), ale trafił mi się adorator, dla którego jestem miss Nieba, kobietą wymarzoną, cudowną, której pragnie świat złożyć u stóp (czyli ślub, rodzina itd). Problem po pierwsze polega na tym, że brakuje z mojej strony wzajemności (o czym doskonale wie), po drugie – jest osobą zdesperowaną, bardzo poranioną, samotną, głodną miłości, uwagi, ciepła, bliskości. Zalewa mnie czułościami, telefonami, komplementami, miłością, wszystkim. Jedna chwila be żadnego kontaktu ze mną (choćby smsa), to dla niego dramat. Zamknął by mnie najchętniej w złotej klatce, lub postawił pomnik ku mojej czci…Pomocy, duszę się!

7. PIOTRUŚ PAN. - chyba każdy z nas oglądał tę opowieść. Duże dziecko – najprościej rzecz ujmując. Wszystkie cechy zewnętrzne świadczą o jego dojrzałości: ma swoje lata, zdobył bardzo dobre wykształcenie, pracuje. Jednak wewnętrznie ciągle jest małym, rozkapryszonym chłopcem. Nie chce wchodzić w dorosłe życie, wziąć za siebie odpowiedzialność. Piotruś Pan to zazwyczaj osoba w pełni rozwinięta pod względem fizycznym i emocjonalnym. Lubi żyć beztrosko, dobrze się bawiąc (jak Piotruś Pan). Osoby z tym syndromem często przejawiają skrajne emocje, np. wybuchają gniewem. Osoba taka cieszy się wolnością, ale jednocześnie omija ją wszystko to, co dorosłość umożliwia, w tym założenie rodziny oraz zbudowanie bliskiej więzi z inną osobą. Też czasami bywam szalona i beztroska, ale bez przesady.

8. DON ŻUAN –  czyli facet o niezwykłym uroku osobistym, przyciągający kobiety niczym magnes (niekoniecznie dlatego, że jest przystojny). Zuchwały UWODZICIEL, łamacz kobiecych serc . W jego życiu zawsze jest wiele kobiet , które  traktuje przedmiotowo, jak zabawki. Zdradza nieustannie. Zmienia je często – jak rękawiczki. Ot, taki sport. Dziękuje, żegnam Pana!

9. SEKSOHOLIK  -  wiadomo o co chodzi.  Facet uzależniony od seksu i od miłości. Nie ważne jak, nieważne gdzie, nieważne z kim. Byle zaliczyć, zaspokoić swój głód. Często eksperymentuje w łóżku, podejmuje ryzykowne zachowania seksualne. Jednak  po seksie – zamiast euforii i odprężenia, przychodzi u takiej osoby dół i użalanie się nad sobą. Facet totalnie pozbawiony  zahamowań. Nie liczy się, że postępując w ten sposób rani i upokarza kobietę, upadla ją. Dla niego liczy się adrenalina i orgazm za wszelką cenę. Seks jest dla ludzi, jest przyjemny., jest źródłem niezwykłych doznań. Ma wiele zalet . Jeśli jednak w tym wszystkim nie ma wzajemnego zaangażowania i szacunku do ciała drugiej osoby – to jestem na  nie!.

10.  FACET BORDERLINE. - to jest moja historia ( mój – już- bardzo- były  stanowi własnie ten typ). Co mnie te kilka lat kosztowało – wiem tylko ja (oraz ci, którzy też przerobili to na własnej skórze). Taki związek jest  jak taniec nad przepaścią.  Borderline oznacza kłopoty. Taką osobę cechują niestabilność i chaos. Człowiek nieprzewidywalny, impulsywny, niestabilny emocjonalnie. U mojego dawno byłego do tych niektórych cech doszła trauma, ciągnąca się latami (przemoc emocjonalna i psychiczna ze strony ojca – alkoholika ). Trudno się zatem dziwić, że ten związek rozleciał się z hukiem (na całe szczęście).  Przypłaciłam to kilkumiesięczną depresją , jednak okazałam się na tyle silna, by znowu stanąć na nogi…

Jak widać – trochę się tego nazbierało. Całkiem niezła lista mi wyszła :). I to po części tłumaczy moje bycie singielką.:).Następnym razem pokuszę się o kilka typów TOKSYCZNYCH KOBIET  dla równowagi :).

Wspomnienia z dzieciństwa, czyli wyższość trzepaka nad play-station

Nie planowałam co prawda zamieszczać dziś żadnej notki, ale dzisiejszy dzień nieco mnie zainspirował i do tego nakłonił…. Żeby było ciekawiej – tematyka tego posta tworzyła się w szpitalu. :) Tak, miałam dziś kontrolną wizytę u neurologa ( jak dotarłam do przychodni ok 11: 30, tak wróciłam około 15:45). Jak funkcjonuje służba zdrowia w naszym pięknym kraju – wiadomo.:).  Nie należę do ludzi, którzy lubią marnować czas (i nerwy i tak nadszarpane), więc starałam się czymś zająć moje myśli. I tak, zerkając co jakiś czas dookoła – dostrzegłam w pewnej chwili młodą kobietę, z trójką dzieci. Dziewczynka (najstarsza) i dwóch chłopców w wieku przedszkolnym. Latali po szpitalnym korytarzu jak wariaci:). Wesoły widok w ten jakże śpiący, deszczowy dzień. Po krótkiej chwili jeden z chłopców znudził się całym tym bieganiem w te i we wte, więc wrócił do mamusi i coś od niej chciał. Na jakiś moment  znikł mi z oczu, by za chwilę przespacerować się przede mną , zapatrzonym w całkiem wypasionego Smartfona…I zrobiło mi się wtedy smutno..Wiecie? naprawdę żal mi okropnie tych bajtli, które widzę wokół siebie. Jest mi przykro, bo widzę, jak upływ czasu i postęp techniczny – zubażają te dzieciaki o wspaniałe doświadczenia, niesamowite przeżycia, radosne chwile. Powróciłam wspomnieniami do czasów własnego dzieciństwa i aż się uśmiechnęłam:). Jak większość dziewczynek lubiłam zabawę lalkami (rodzice kupli mi domek dla lalek, więc już na samym początku bawiłam się w dom). Potem kupili mi cały spożywczak :D (taka gra, gdzie były żetony i w przegródkach wszystkie owoce i warzywa – oczywiście z plastiku, które ode mnie kupowali rodzice). A zatem – po zaznajomieniu się co nieco z życiem rodzinnym, zaczęłam poznawać bliżej tajniki handlu :D. Wachlarz gier i zabaw wypełniających mój czas zaczął się szybko powiększać: skakanka, guma do skakania, paletki do badmingtona, rakiety do tenisa, piłki, bierki, warcaby, szachy, puzzle (i cała masa innych przedmiotów , które dawały mi w dzieciństwie wiele radości. :). Do tego oczywiście extremalne zabawy z chłopakami – czyli piłka nożna i wspinaczki po drzewach i dachach , z czego jedna skończyła się złamaniem obojczyka. Aaaa, byłabym zapomniała o grze w klasy, kapslach, grzybku, chowanego, podchodach i trzepaku! Najwięcej adrenaliny dawał mi trzepak (był dość wysoko przymocowany do bocznej ściany familoka (kto nie wie, co to – zapytajcie wujka Google), a że ja jako dziecko bałam się wysokości – właziłam na niego rzadko. Czyli większość mojego dzieciństwa (wyłączając okres nauki, który z wielu atrakcji podwórkowych mnie okradał) – spędzałam na „świeżym, ślunskim lufcie”, aktywnie co nie miara. Zawsze wracałam do domu ze strupem, czy siniakiem, ale zawsze szczęśliwa. Telewizja co prawda – już wtedy była, ale ja miałam tylko dwa kanały, zatem stałym punktem dziennego programu , była oczywiście WIECZORYNKA. :). Najbardziej lubiłam Gumisie, smurfy, Kaczora Donalda i Spółkę, Scoobiego, Chipa i Day’la , Coralgola i oczywiście Muminki :). Nie było też wtedy czegoś takiego jak telefon komórkowy (my nie mieliśmy nawet stacjonarnego), czy internet (Chwała Bogu – dzięki temu miałam barwne, udane dzieciństwo. Nie miałam też laptopa czy (jak w tytule posta) gry play-station (pojawiła się, ale później)…

O ironio! Wtedy największą dla mnie karą, baaa…prawdziwym dramatem – był SZLABAN NA PODWÓRKO….Dziś karą dla dziecka staje się nakaz wyjścia na podwórko. (coraz częściej na podwórkach widzę ZNAK ZAKAZU GRY W PIŁKĘ). Trzepak już raczej nie służy do zabawy (jak dawniej), lecz ma zastosowanie czysto praktyczne: na nim trzepiemy dywany. Aktywność fizyczna  coraz częściej jest zabraniana ( bo rabatkę dziecko zniszczy lub szybę wybije). Skutki? dzieci są coraz słabsze fizycznie, coraz mniej odporne. Nudzą się jak mopsy. Nie mając zbyt wielu możliwości  i miejsca do zabaw, dzieciaki zasiadają przed telewizorami czy komputerami (co  nierzadko kończy się uzależnieniem). Wiele godzin spędzonych w taki sposób (co jest naukowo udowodnione) prowadzi też do nadmiernej nerwowości czy wręcz agresji.  Większość gier zawiera sceny przemocy i wyrafinowanego okrucieństwa, co niesie ze sobą spore  zagrożenia dla prawidłowego rozwoju psychicznego młodego człowieka. Spory ładunek agresji i przemocy – może utrwalić  dziecko w przekonaniu, iż przemoc i okrucieństwo jest stanem normalnym, potrzebnym by przetrwać w realnym świecie. Skutek? W prasie można (i to wcale nierzadko) spotkać artykuły o takich wydarzeniach: dziecko zabiło kolegę podczas zabawy, bo myślało, że on tak jak postać z gry ożyje po pewnym czasie, inne wyskoczyło z okna, bo myślało, że posiada nadludzkie zdolności swojego bohatera. Oddziaływanie gier na psychikę dziecka jest o wiele silniejsze niż oglądanie przemocy w telewizji. W grze dziecko nie tylko ogląda przemoc, ale także samo jej dokonuje by wygrać. Samo też podejmuje decyzje o formach tej przemocy, czy będzie to seria z karabinu, czy cios nożem. Prowadzi to do odwrażliwienia i znieczulenia na przemoc. Kiedy dziecko zabija po raz pierwszy przeżywa swój czyn emocjonalnie, gdy robi to po raz tysięczny jest to dla niego obojętne emocjonalnie, uważa, że jest to konieczne, aby przetrwać w grze i wygrać… A zalety gier podwórkowych? Rozwijają one koordynację ruchową, poprawiają kondycję, a także – co najważniejsze – pozwalają na bezpośredni kontakt z rówieśnikami, przygotowując dzieci do dalszego życia. Rozwijają w młodym człowieku kreatywność, wyobraźnię. Ułatwiają dziecku wyrażać swoje potrzeby, pomagają zdobywać szeroko pojętą tolerancję czy umiejętność negocjowania. Poprzez kontakt z innymi  -  dziecko poznaje lepiej otaczający go świat, wymienia się doświadczeniami , a przez to staje się lepiej przygotowane  do dorosłego życia. Rekrutacja na studia, pierwsza rozmowa kwalifikacyjna w pracy… Dla nas to coś naturalnego, lecz dla dziecka wychowanego przed ekranem komputera może okazać się przeżyciem niezwykle stresującym… Zmierzając powoli do krótkiej puenty, gdyż post robi się nieco długawy- ogłaszam: wyższość trzepaka nad play-station,  gier podwórkowych nad grami internetowymi oraz wszelkiego rodzaju aktywności – nad pierdzeniem w fotel przed TV lub komputerem. Bogu dzięki za tak wspaniałe dzieciństwo, jakie mi było dane! Amen!. :D

Kłamca kłamca, czyli dlaczego kłamiemy?

bd65543f4f6462078d78a4b2f2fa3ecd,640,0,0,0kłam

 

Bajki…któż z nas ich nie czytał? Mnie osobiście bajkowy świat zawsze fascynował. Czytając je – przenosiłam się w zupełnie inny świat, taki ciekawy i piękny. Bajki nie tylko rozbudzają ciekawość i wyobraźnię, ale pełnią też ważną funkcję wychowawczą,  a także przyczyniają się do prawidłowego rozwoju dziecka. I nie mówię tego z perspektywy psychologa czy matki, gdyż jestem singlem i nie mam dzieci, lecz z własnego doświadczenia życia. Rodzice od maleńkości czytali mi różne bajki i zachęcali do częstego sięgania po książki. Udało im się bez problemu zaszczepić we mnie ten zwyczaj. Nie będę wymieniać wszystkich bajecznych historii, które czytałam czy oglądałam (bo jest ich wiele).  Przytoczę tylko jedną pozycję – na potrzeby tego posta, na który wskazuje już sam tytuł. A będzie o kłamstwie. Bohaterem książki jest Pinokio , drewniany pajacyk, znany głownie z tego, że jest bardzo niesforny i w dodatku kłamie (czego skutki jak pamiętamy są opłakane). Staramy  się jako dobrzy rodzice, którzy to i owo przeżyli –  od najwcześniejszych lat wpajać dziecku, to co dobre, a co złe, co wolno, a czego nie wolno. I bardzo dobrze. Jednak choć tego chcemy czy nie – kłamiemy wszyscy. W dodatku częściej, niż sądzimy. Kłamanie jest częścią ludzkiej natury i nie możemy się go całkowicie wyzbyć. „Wszyscy kłamią” – mawia serialowy dr House. I rzeczywiście ma rację. Szacuje się, że dziennie robimy to od 2, do 200 razy. Najczęściej mówimy „już jadę” – chociaż nawet nie wyszliśmy z domu, „wszystko będzie dobrze” – choć wiemy, że nie będzie, „ładnie wyglądasz” – choć uważamy zupełnie inaczej. Mówi się, że „Kłamstwo ma krótkie nogi”, „Kłamstwem daleko się nie zajdzie”, „Kłamstwo rujnuje, a prawda buduje”. I to jest prawda. Każde moje kłamstewko (choćby najmniejsze) zawsze było zdemaskowane. Nie potrafiłam robić tego na tyle dobrze, by prawda nie wyszła na jaw. Nie jesteśmy w stanie uniknąć kłamstwa. Bo chociaż uchodzi ono w naszych oczach za coś złego, ułatwia nam życie, pomaga przystosować się i ułożyć korzystne relacje z innymi – to jest pierwszy i najważniejszy powód uciekania się do niemówienia prawdy. Kłamiemy  m.in. aby ochronić siebie. Zawsze kiedy coś przeskrobałam (*zwłaszcza w dzieciństwie), kłamałam, aby rodzice się na mnie nie zezłościli i nie dali lania. Zatem poprzez kłamstwo chroniłam mój tyłek przed klapsem (a bywało, że przed pasem czy wieszakiem)…Drugim powodem, który może nas popychać do kłamstwa, jest strach przed konfliktem.  Przykład? Powiedzenie dziewczynie, że spóźniłeś się bo uciekł ci tramwaj wywoła co najwyżej drobnego focha. Prawda, o tym, że chciałeś dokończyć oglądać mecz w telewizji – może wywołać ciche dni lub karczemną awanturę. Wybieramy drogę kłamstwa także wtedy, kiedy nie chcemy kogoś zranić (czym naprawdę szkodzimy najbardziej samemu sobie). Bywa, że nie mówimy prawdy, ponieważ boimy się odrzucenia (tak było z moim bardzo -już- byłym). Kłamiemy, bo chcemy podtrzymać status quo. Chcemy zatrzymać to co mamy, zamiast spadać w dół. Kłamiemy, by zyskać w oczach innych, by dowartościować samego siebie. Kłamstwo samo w sobie to jeden wielki paradoks. Z jednej strony - zawsze jest niebezpieczne (zawsze może się wydać). Z drugiej strony - jest ono potrzebne. Jego brak (wg psychologów)  powodowałby nieustannie wzajemną niechęć, czy agresję. Nienawiść  dominowałaby w relacjach międzyludzkich. Społeczeństwa po prostu by się rozpadły…  A tak? mówimy sobie miłe rzeczy, niekoniecznie zgodne z prawdą, i w ten sposób dowartościujemy się wzajemnie. I żyjemy w jako takim spokoju…

Moje doświadczenie odnośnie kłamstwa nauczyło mnie jednego: to nigdy nie popłaca, zawsze wyrządza szkodę. Jeśli czynimy to często, a wychodzi ono na jaw – niszczy zaufanie, które jest fundamentem trwałej relacji. Trzeba wielu lat, by zbudować więź głęboką, trwałą , pełną zaufania i wzajemnego szacunku, ale wystarczy nieraz jedno kłamstwo, aby to wszystko bezpowrotnie zniszczyć. Trudno jest odzyskać utracone zaufanie. Zanim skłamiesz, zastanów się więc, czy warto? Nie ma czegoś takiego jak „niewinne kłamstwa”.  Kłamstwo (nawet w tzw.”dobrej wierze”) – to także kłamstwo. Ja osobiście nie potrafię zdzierżyć u człowieka takiej sytuacji, kiedy na pytanie : „co słychać” czy „jak się czujesz”  odpowiada:  ”a w porządku, dziękuję”  albo: ” leci jakoś” (kiedy widzę wyraźnie, że jest inaczej). Usta mówią wiele. Oczy mówią wszystko. Takie zachowanie świadczy o braku zaufania. Ze strony znajomych (i to dalszych) to zrozumiem i przyjmę.  Ale jeśli takie zachowanie funduje mi ktoś, z kim przyjaźnię się lat 10  - to dla mnie policzek. Dosłownie. Czy kłamstwo da się ukryć? Pewnie, że tak. Niektórzy ludzie potrafią okłamać nawet wariograf. Jednak istnieje pewien mechanizm naszego organizmu, który zawsze nas zdradzi. :)

Urośnie Ci nos

Fragment z książki „Pinokio” (CARL COLLODI)

— A gdzie masz teraz te monety? — zapytała Wróżka. — Zgubiłem je — odrzekł Pinokio, ale skłamał, gdyż miał je w kieszeni. Zaledwie powiedział to kłamstwo, nos jego, już i tak dość długi, wydłużył mu się nagle o dwa palce. — A gdzież je zgubiłeś? — W lasku, tu w pobliżu. Po tym drugim kłamstwie nos Pinokia jeszcze bardziej się wydłużył. — Jeżeli zgubiłeś je tu, w pobliskim lasku — rzekła Wróżka — to poszukamy ich i znajdziemy, gdyż wszystko, co ginie w tym lasku, zawsze się odnajduje. — Ach! Teraz lepiej sobie przypominam — odparł pajac zmieszany — ja nie zgubiłem tych cekinów, tylko nawet nie zauważywszy, połknąłem je razem z lekarstwem. Po tym trzecim kłamstwie nos wydłużył mu się tak niesłychanie, że biedny Pinokio nie mógł obrócić się w żadną stronę.

Nam co prawda – od kłamstwa nos nie urośnie, ale  naukowo zostało udowodnione (co zresztą ciekawe), że kiedy kłamiemy, temperatura naszego nosa wzrasta! :D . Jeśli mamy wątpliwości co do czyjejś szczerości – sprawdźcie czy ma ciepły nochal (to tak pół- żartem). Kłamstwo – to niepotrzebne komplikowanie sobie życia, które i tak jest dość skomplikowane. Aby kłamać skutecznie i bezkarnie (do czego nie zachęcam) , trzeba nie tylko dobrze grać (mowa ciała zdradza bardzo wiele), ale też pamiętać co i komu powiedzieliśmy (a to niezwykle trudne u kogoś, kto notorycznie kłamie). :) Wielu z nas nie widzi  zagrożeń płynących z nieszczerości. Darlene Lancer, terapeutka specjalizująca się w pracy z parami, stworzyła listę najważniejszych, jej zdaniem, kosztów, strat, jakie możemy ponieść pozwalając na istnienie w naszej relacji – z partnerem, członkami rodziny –  sekretów i kłamstw (pozwolę sobie przytoczyć, bo w końcu to ktoś kompetentny):

DLACZEGO NIE WARTO KŁAMAĆ.

1. Kłamstwa uniemożliwiają osiągnięcie prawdziwej intymności. Intymność to mówienie sobie prawdy i autentyczność. Dlaczego nie jest nam łatwo zdecydować się na nią? Boimy się intymności, bo wiąże się ona z narażeniem na bycie zranionym. Często dużo wcześniej zgadzamy się na dostęp do swojej nagości fizycznej, a z emocjonalną zwlekamy.

2. Pozwalanie sobie na kłamstwa może doprowadzić do momentu, że nie pamiętamy już, które informacje zatailiśmy. (o czym wspominałam wyżej).Tworzymy misterną konstrukcję, której upadek może być bardziej raniący niż regularne mówienie nawet trudnej prawdy. Im dłużej zatajamy to, jak faktycznie rzeczy się mają, coraz trudniej jest nam przyznać się do kłamstwa. 

3. W związku z brakiem rzeczywistej intymności i z narastaniem lęku przed demaskacją w osobie pozwalającej sobie na zatajanie prawdy pojawia się poczucie winy. Przejawia się ono podczas wspólnego spędzania czasu z osobą oszukiwaną. Nieszczery partner nie chce tworzyć bliskości, unika też tematów, o których  rozmawianie doprowadziłoby do demaskacji. Te działania nie muszą być oczywiście świadome. Czasem dzieje się to w ten sposób, że ktoś przeznacza więcej czasu na pracę, hobby, spotkania z przyjaciółmi i inne aktywności, minimalizując liczbę okazji do prowadzenia rozmów z partnerem. Ktoś, kto ma nieczyste sumienie, może nawet prowokować kłótnie, by stworzyć dystans, chroniący przed wyjściem prawdy na jaw.

4. Pogwałcenie wartości prowadzi nie tylko do poczucia winy z powodu naszego zachowania, ale wpływa także na nasze samozrozumienie, a raczej jego brak. Kiedy oszukujemy przez dłuższy okres czasu, zaburzamy poczucie własnej wartości. Długotrwałe poczucie winy przeradza się we wstyd i niszczy nasze podstawowe poczcie godności i prawości. Pogłębia to dysonans pomiędzy tym jak pokazujemy siebie innym, jak my siebie widzimy, a jacy jesteśmy naprawdę.

5. Poczucie winy i wstydu generuje kolejne problemy – ze zrozumieniem tego kim naprawdę jesteśmy. Stajemy się wobec siebie krytyczni, poirytowani, a nawet agresywni. Niektórzy ludzie popadają w obsesję na punkcie swoich kłamstw, zaczynają one rządzić ich życiem. Mają wtedy trudności ze skoncentrowaniem się nawet na najprostszych czynnościach.

6. Nasze oszustwa przyczyniają się do cierpienia innych. Ofiara kłamstw w momencie, gdy odkryje prawdę czuje się zdezorientowana, podejrzliwa, wystraszona, opuszczona. Zaczyna wątpić w siebie i w poczucie swojej wartości – skoro ktoś bliski zdecydował się zataić przed nią prawdę to znaczy, że nie uważał ją za kogoś, kto nią zasługuje? (…).

Kiedyś kłamałam często i gęsto. Po prostu nie umiałam inaczej. Było we mnie dużo lęku, poczucia niskiej wartości. Nie chciałam też nikomu sprawić przykrości, więc zdarzało mi się skłamać, czy przemilczeć pewne rzeczy. Przykład? Na pytanie „czemu nie odebrałaś telefonu” (zwłaszcza od kogoś z kim trudno mi się żyje ), najczęściej odpowiadałam : „nie słyszałam”, zapomniałam wziąć ze sobą telefon, wybacz”, podczas gdy najzwyczajniej w świecie nie miałam na to najmniejszej ochoty i już! Także obecnie zdarzają się w moim życiu sytuacje, które przypinają mnie do muru. Pierwszym i naturalnym odruchem – jest właśnie kłamstwo. Ale mimo wszystko – mówię, jak jest! Jeśli coś mnie wkurza u kogoś – delikatnie mówię co. Jeśli widzę u kogoś dobro – nazywam je po imieniu. Kiedy potrzebuję pobyć sama ze sobą, a ktoś proponuje spotkanie czy bombarduje telefonami – mówię ” teraz nie bardzo bo potrzebuje….” – ale dam znać, kiedy będę mogła. :) Walę prosto z mostu, daje kawę na ławę. Nie bawię się w sztuczną wymianę uprzejmości, wymuszoną życzliwość, serdeczność, pseudo-przyjaźń (bo i coś takiego przeżyłam). Po tym wszystkim co przeszłam – wolę być szczera i prawdziwa do bólu, niż karmić kogoś kłamstwami. Może mi się nieraz za tą prawdę oberwać (ktoś się może na mnie obrazić), ale ta druga osoba będzie przynajmniej wiedzieć na czym stoi i jak się sprawy mają. Będzie też dzięki temu – w stanie zrozumieć pewne moje zachowania, czy odczucia (co było by niemożliwe, gdybym ją okłamywała „dla świętego spokoju”). Mówienie prawdy – to odwaga. Prawda może nie da mi wiele przyjaciół…Sprawi natomiast, że zostaną przy mnie nieliczni, lecz za to prawdziwi. :)

Czy miłość zawsze musi ranić? czyli o miłości nieco inaczej.

 

76754_zakochani

Ona… W oczach innych – niezwykle atrakcyjna, choć specjalnie o to nie zabiegała. Bez zbyt krótkiej mini, czy mocnego makijażu. Zazwyczaj ubrana w dżinsy, sweterek (bądź cardigan ) i wygodne, płaskie buty. Włosy rudawe, luźno upięte w kok. Sprawiała wrażenie wycofanej, nieśmiałej, zamyślonej… Singielka, coraz bardziej pogodzona ze swoim losem, choć czasami tęskniąca jeszcze za miłością….W końcu któż z nas nie pragnie kochać i być kochanym? Codziennie jej Alter – Ego mówiło do jej serca: „Kobieto, daj spokój. Faceci to dranie. Ich nie należy kochać. Ich trzeba tępić, zwalczać. To istoty całkowicie niezdolne do miłości innej, niż ich własna. Masz wątpliwości? To przypomnę ci jak było z twoim pierwszym. Mikołaj zdaje się? Poznaliście się na oddziale szpitalnym. Ty zostałaś potrącona na jezdni przez motocyklistę (jak się okazało – przez niego). To on zawiadomił pogotowie. Nie uciekł z miejsca zdarzenia, jak to zazwyczaj bywa. Odwiedził kilka razy. Przeprosił. Zaoferował pomoc w razie potrzeby. Dał ci wizytówkę , numer telefonu i tak się zaczęło. Dzieliła was odległość, więc pisywaliście do siebie. Z czasem zaczęliście się odwiedzać w weekendy . Trwało to kilka miesięcy. Było pięknie, dopóki nie zaczął naciskać na seks. To ważna sfera życia mężczyzny. Ty jednak uparłaś się, że chociaż go szczerze kochasz – zachowasz dziewictwo do ślubu. Ty mu nie dałaś – dała mu inna. To był jeden skok w bok, który zakończył się bliźniaczą ciążą  jego kochanki oraz ślubem (bo co ludzie powiedzą? ). I co? Warto było wtedy zgrywać cnotkę? No a ten drugi? Piotrek mu było. Poznałaś go w swojej pierwszej pracy. Był miły, zawsze uśmiechnięty. Pomagał, gdy zepsuł się komputer (czy ksero), w końcu był informatykiem. Zostawiał pod twą nieobecność w biurze  anonimowe liściki, wyznanie przyjaźni, miłości. W końcu zaczął  cię śledzić, nachodzić, wydzwaniać, grozić. Twierdził, że nikt nie kocha i nie pokocha cię tak jak on. mało tego: nikt poza nim nie ma do ciebie żadnych praw . Bałaś się własnego cienia (o zszarganych nerwach nie wspomnę). Koleżanki zazdrościły ci takiego adoratora (znały bowiem jego jedno oblicze). Dla ciebie był to koszmar. W końcu zgłosiłaś jednak sprawę na policję, potem do sądu… W końcu zniknął.. A Darek, ten przystojniak? Oczarował Cię słodkimi słówkami, których byłaś taka stęskniona, jednak nie wiedziałaś, że ten sam kit wciska innym paniom. Jedna była jego „partnerem w biznesie”. Ty byłaś panienką do łóżka, a miał jeszcze żonę, z którą żył w separacji….Przysięgłaś sobie, że się odkujesz, zemścisz za wyrządzone przez mężczyzn krzywdy. Obiecałaś sobie, że już nigdy się nie zakochasz”… Do pewnego momentu jej się udawało. Uciekała od samej siebie w pracę (jak człowiek jest zajęty – nie myśli o pierdółkach).  Aż w końcu pojawił się ON..

ON… mężczyzna w jej wieku, który przysiągł sobie dokładnie to samo. Dość atrakcyjny, wysoki, niebieskooki. Miał w sobie to „coś”, co trudno do końca zdefiniować, a co przyciągało do niego kobiety. Z żadną nie był dłużej niż miesiąc. Traktował kobiety, jak myśliwy upolowaną przez siebie zdobycz. Zdobywał i porzucał. Gdy jakaś kobieta go pokochała, gra w króliczka dobiegała końca. Znajomość także..On nie lubił jak kobieta była łatwa. Pociągała  go sama gonitwa, zdobywanie, zabawa, seks. Nie obchodziły  go żadne związki, żadne wchodzenie w tzw. układy partnerskie. Nie dla niego było chodzenie za rączkę, przytulanki, świętowanie miesięcznic znajomości.. Ślub? Nigdy w życiu! Nie miał zamiaru uczynić ze swojego życia piekła , jak matka, która poślubiła jego ojca. Do pewnego momentu nawet im się układało. W miarę. Ale w pewnym momencie ojciec stracił pracę i zaczął popijać. On miał wtedy 6 lat. Ojciec Szybko wpadł w ciąg, totalnie go wzięło. I zaczęło się. Awantury, przychodzenie nad ranem, bicie, groźby., wzywanie policji od czasu do czasu. Jak miał piętnaście lat – postawił się ojcu,  pobił go  - w obronie matki oraz własnej. Były momenty, kiedy ojciec zapewniał: obiecuję, zmienię się, pójdę na odwyk, przestanę pić, znajdę pracę. Kończyło się wiadomo jak: po każdej rozmowie o pracę – jego ojciec przychodził schlany. A ON? coraz częściej nocował poza domem, u kumpla lub kolejnej kochanki. Któregoś dnia, z głupoty i nudów – wszedł na czat room. Wymyślił sobie ciekawy nick i czekał na rozwój wydarzeń nie spodziewając się, że znajdzie się jakaś głupia, która do niego napisze. I znalazła się. Singielka, dawniej studentka o rudawych włosach, wciąż tęskniąca za miłością. Obecnie księgowa….Ironia losu. Miał kilka dziewczyn, na których zależało mu bardziej niż chciał, ale albo nie była w stanie z nim wytrzymać, albo doprawiała mu rogi. A że jeszcze zależało mu na eks (choć oczywiście nie dawał tego po sobie poznać) – wszedł na ten czat. A ona, napisała trochę tajemniczo, kokieteryjnie , pozując się na myśliwą (!) – podjął grę. Wymienili się numerami, umówili przed pewną kawiarnią, gdzie ku wzajemnemu zaskoczeniu spędzili kilka godzin..Trudno im było się pożegnać. Obojgu. A przecież obiecywali sobie, że już nigdy…Ale serce nie sługa. Strzała kupidyna trafiła w oba serca. I zaczęły się schody. Bo ona była z tych kobiet, które pragną i kochają za mocno. On natomiast nigdy nie poznał, czym jest naprawdę miłość. Mając wszystkie swoje doświadczenia z kobietami w swej pamięci (podobnie jak obietnicę zemsty na kolejnej) – zaczął grać na jej emocjach. Uderzać w jej słabe strony. Strzały były celne i bardzo bolesne. Co jakiś czas przybierał maskę faceta kochającego, opiekuńczego, do rany przyłóż, by przy następnej okazji zadać cios. Odwoływał spotkania, tworzył niestworzone historie, jak to jakaś laska chciała z nim (wiadomo co), ale on taki kochający, taki wierny. Komplementował (przy niej) urodę i powab innych lasek. Oczywiście dochodziło coraz częściej do kłótni i cichych dni (jego zdaniem to ona była oczywiście wszystkiemu winna: bo zazdrosna, na smyczy trzyma, czepia się…która z nas na dłuższą metę byłaby w stanie tolerować takie traktowanie nas , jak kukiełki, za które można pociągać, jak się tylko podoba?)….

Mijały miesiące…im bardziej On był okrutny, tym więcej miłości Ona mu dawała. Nie, nie mówię o seksie (choć to też). Służyła mu przede wszystkim radą, emocjonalnym wsparciem. Mówiła mu od czasu do czasu, jak bardzo go kocha i że dla niej jest kimś naprawdę wartościowym. Że jest dumna z takiego mężczyzny. On oczywiście nie dawał wiary słowom, jednak czynom zaprzeczyć się nie dało. A prawda coraz bardziej otwierała mu oczy: „ona naprawdę mnie kocha. Nie wiem, co ona we mnie widzi i dlaczego jest dla mnie taka dobra, choć ja jestem jaki jestem”..Ona natomiast zaczęła łapać doła. Zdawała sobie sprawę coraz bardziej z tego, że ten związek jest bez sensu, bez żadnej przyszłości. Jednak nie potrafiła tego przerwać. Nie miała w sobie dość siły. Poza tym Ona naprawdę wierzyła, że jej miłość  może odmienić jego serce, sposób w jaki ją traktował. Z każdym dniem miała coraz mniej chęci i sił , by walczyć o niego. Zrozumiała, że nie da się kochać za dwoje. Sama miłość to za mało. Dała z siebie wszystko, jest pusta w środku. Miłość mu oddała, ale godności nie odda… Postanowiła to zakończyć. Stwierdziła: lepiej utracić miłość , niż szacunek do samej siebie…Pewnego dnia umawia się z nim do centrum handlowego na wspólne zakupy (choć niczego tak naprawdę nie zamierza kupować). Rozmawiają na różne tematy. W pewnym momencie On rzuca jeden z tych swoich żartów, które wcale nie są zabawne. Z trudem powstrzymuje się, żeby mu nie odbić piłeczki. Oddycha szybko. Jest wzburzona. Usiada na pobliskiej ławce. On także. Wtedy Ona spokojnym, ale zarazem stanowczym głosem mówi mu: TO KONIEC. On nie bierze tego na poważnie. Takie „jazdy” (tj kłótnie i ciche dni nawet do tygodnia czasu) mieli często. Ale ona podnosi się, a On rozumie, że tym razem Ona nie żartuje. Ona naprawdę odchodzi! I przeżywa szok. Zrozumiał bowiem, że JĄ KOCHA..

O miłości można by mówić wiele. Często jej poszukujemy, a ona przychodzi ukradkiem, z zaskoczenia i często nie w porę. Tak właśnie było w przypadku tych dwojga.  Zadała obojgu wiele cierpienia. Wywróciła ich życie do góry nogami. Jednak obojgu dała bardzo cenną lekcję: on zrozumiał, że choć ciężko znaleźć swoją bratnią duszę, jest to możliwe. Jest inna miłość niż ta wyniesiona z rodzinnego domu, która pełna była alkoholu, przemocy, lęku, poniżania, wstydu i bólu, którego nie da się wypowiedzieć…  Ją ta niespełniona miłość nauczyła, że choć miłość nie zawsze jest odwzajemniona – jest najważniejsza. Iże bez względu na wszystko – warto kochać….

Be happy, czyli krótko o radości życia

 

smilies-1731863_960_720

Dziś od samego rana nie czuję się najlepiej. Niestety, bardzo źle znoszę upały (chociaż lato uwielbiam). Okoliczności zmusiły mnie zatem do pozostania w domu, co nie znaczy wcale, że zamierzam się uskarżać i biadolić, jakiego to ja mam pecha. Przeciwnie; te drobne przeciwności (i odrobina wolnego czasu) skłoniły mnie do tej notki, bardzo spontanicznej, w której postaram się pochylić nieco nad ludzką RADOŚCIĄ, której jest  coraz mniej na świecie. Muszę z przykrością stwierdzić, że coraz mniej ludzi potrafi się cieszyć. Myślę, że w jakiejś mierze  powodem takiego stanu rzeczy jest niezwykłe tempo życia. Żyjemy ciągle w biegu, ciągle jesteśmy czymś zajęci, zestresowani. Ciężko pracujemy, kosztem naszych relacji z bliskimi. Żyjemy w kulturze instant, czyli mówiąc prościej – TU I TERAZ. Oczekujemy, że wszystko musi być atrakcyjne i natychmiastowe – żądamy tego od tabletek przeciwbólowych i wycieczek last minute. Wszystko, co pozwala oszczędzić czas, jest pożądane. Chcemy natychmiast  zaspokoić nasze potrzeby. Pędzimy do pracy i często nie mamy czasu przygotować  sobie śniadania . Na ratunek śpieszą nam restauracje typu fast food –  z prędkością światła podany hamburger, którego można zamówić na wynos i zjeść gdzieś na przejściu dla pieszych, pomiędzy światłem czerwonym a zielonym. – załatwia sprawę. Kawę kupujemy w automacie lub stacji Bp.(na śniadanie akurat zawsze znajduję czas). Naszą codzienność można porównać do niekończącego się maratonu: miotamy się między domem, a pracą, zawsze mamy mnóstwo spraw do załatwienia. Nigdy za to nie mamy czasu: DLA DZIECI, by przyrządzić im śniadanie, dopilnować by odrobiły lekcje, porozmawiać o tym jak minął dzień. Nie mamy czasu dla męża, by przykładowo pójść razem na spacer, czy na romantyczną kolację przy świecach (od czasu do czasu). Nie mamy też czasu dla naszych przyjaciół, znajomych. Kontakt face to face (dla mnie bezcenny) – coraz częściej zastępujemy przez narzędzia komunikacji typu messenger….Może u was wygląda to nieco inaczej, jednak ja z wieloma znajomymi próbuję się już umówić na spotkanie przy kawie miesiącami i nadal nic z tego nie wynika. Niezmiennie słyszę : „bardzo chętnie, zdzwonimy się jakoś”. Nasze wzajemne relacje są coraz bardziej powierzchowne, płytkie. Coraz mniej się rozumiemy, coraz rzadziej dogadujemy, coraz mniej kochamy. Żyjemy niby razem, ale każde w swoim własnym świecie. Znacie to? Ja tak. Powodów do narzekań i krytyki zawsze mamy wiele. Ale do radości? A z czego tu się cieszyć?! Z pracy za minimalną stawkę? z żony która wiecznie gdera, dzieci które wiecznie psocą, forda, którego znowu trzeba odstawić do warsztatu? Kredytu, który trzeba spłacić? zdrowia, które pozostawia wiele do życzenia?. Zachęcam was do tego, aby samemu sobie (niekoniecznie w komentarzu, chyba że ktoś chce) odpowiedzieć na jedno pytanie: kiedy ostatnio byłem naprawdę radosny, szczęśliwy, zadowolony, wdzięczny za wszystko co mam?.. Tempo, jakie narzuca nam życie, jest naszym zabójcą (i to dosłownie). Ten owczy pęd zabija w nas miłość, radość, szczęście, relacje, poczucie samorealizacji, zdrowie. Coraz bardziej zwiększa się nasza zachorowalność na zaburzenia psychiczne, takie jak: depresja, napady lęku, bezsenność i uzależnienie od alkoholu, a także chorób neurologicznych, głównie demencji. Potrzebujemy radości. Trzeba nam odkryć na nowo radość w swoim życiu. Jak to zrobić? Nie bój się być jak dziecko! (tak, pisze do osoba dorosła , która „pielęgnuje w sobie dziecko”). Jeśli masz dzieci, wiesz o czym mówię. Jeśli nie – spójrz na jakieś. Jak się bawi, jak zachowuje, jak patrzy na wszystko wokół z ZACHWYTEM! Dla niego wszystko jest cudowne i niezwykłe,  takie nowe. Ty też spróbuj spojrzeć na siebie w NOWY SPOSÓB! Dziecko jest autentyczne w swojej postawie, niczego nie udaje. Spontanicznie wyraża siebie , niejednokrotnie zadziwiając swoją reakcją dorosłych.Wcale nie przejmuje się tym, co dorośli o nim myślą, jak go widzą. My za to – bardzo wiele myślimy o sobie. By wypaść w oczach innych jak najlepiej. By zarabiać jak najlepiej. Wyglądać jak najatrakcyjniej. Mieć mnóstwo znajomych wokół siebie.. Ile masek w ciągu swojego dotychczasowego życia założyłeś/ założyłaś dotąd, by ten cel osiągnąć? Ile razy zawiodłaś/ zawiodłeś się na ludziach tylko dlatego, że ZABRAKŁO CI ODWAGI BYCIA SOBĄ? Czy było warto?. Dziecko jest uparte. Zanim nauczy się dobrze chodzić – wiele razy upadnie, ale nie da za wygraną. Będzie tak długo próbować, aż mu się uda! A my, dorośli? Ilu z nas jeszcze wierzy, że spełnią się jego marzenia? Ilu z nas idzie w życiu na łatwiznę, zamiast – pomimo trudu – starać się o taką pracę, o której marzy, która da mu poczucie spełnienia ?! Naprawdę wiele możemy nauczyć się od dzieci. :) . Ja przez bardzo wiele lat nie widziałam w swoim życiu najmniejszego powodu do radości. Zakrywał ją obłok samotności, choroby, cierpienia, krzywdy, różnego rodzaju zła dostrzegalnego przeze mnie  w świecie. Radość przyszła z czasem – dzięki konkretnym osobom, obecnym w moim życiu (większość tych osób to byli ludzie wierzący w Boga, co też jest warte zastanowienia.). Dziś raduje mnie wiele: to, że widzę piękno otaczającego mnie świata, słyszę śpiew ptaków (zwłaszcza rozczula mnie widok gruchających mi za oknem gołębi), Cieszę się, że żyję. Mogę pisać tego posta. Mam rodzinę. Wierzę. Cieszy mnie smak gorącej kawy o poranku i lekki powiew w upalny dzień. Chwyta mnie za serce moja Ruda Kocica, która czasem u mnie poleguje. Cieszę się z moich gaf, drobnych potknięć – śmieję się wtedy z tymi, którzy są ich świadkami. To ich totalnie rozwala. :) Błogosławieni, którzy umieją śmiać z samych siebie: nie przestaną nigdy się bawić.Radość , jak kiedyś usłyszałam –  ma trzy poziomy. Pierwszym jest to, co nazywamy przyjemnością. Przyjemność jest cielesna. Drugim jest szczęście. Szczęście jest umysłowe. Trzecim jest błogość. Błogość jest duchowa. Ale wszystkie należą do jednej rzeczywistości, a tą rzeczywistością jest radość. Radość zamieniona na język ciała staje się przyjemnością. Radość uzyskiwana poprzez cało staje się przyjemnością. Radość uzyskiwana poprzez umysł staje się szczęściem. Radość nie uzyskiwana ani poprzez ciało, ani poprzez umysł –  staje się błogością…A ty? na którym z poziomów radości się zatrzymałeś? :) I tak króciutko podsumowując ten temat rzeka…czym według mnie jest RADOŚĆ?  Jest potrzebą, siłą i wartością życia, jest źródłem zdrowia, przedłuża nasze życie. Radością zjednujemy sobie ludzi. Radością zdobywamy świat! Radość sprawia, że świat staje się lepszy, piękniejszy! Bądźmy więc radośni! Tego Wam i sobie życzę. :)

Ps. uznałam, że taka skrócona forma będzie najbardziej optymalna dla czytelnika :) Na Wasze przemyślenia nt. Radości – zostawiam miejsce w komentarzach :)

 

 

 

 

 

Niewiarygodne, ale prawdziwe – czyli witajcie w świecie snów.

 

Są w życiu człowieka takie sytuacje, które trudno wyjaśnić rozumem. Nie ma w nich najmniejszego sensu. A jednak – z jakiegoś powodu – dzieją się. Dzisiaj postanowiłam zamieścić wpis jak na mnie dość nietypowy,bo dotykający mniej lub bardziej – świata pozaziemskiego (choć ja wolę używać terminu „duchowego”). Będzie o snach. Potrzebujemy snu, potrzebujemy się „wyłączyć”, zwyczajnie zresetować, nabrać sił. Muszę zaznaczyć, że bardzo rzadko pamiętam swoje sny (co podobno jest rzeczą normalną). Osobiście jestem przekonana o tym, że to o czym śnimy, wiele o nas mówi. Moje sny (przynajmniej te, które pamiętam ) to totalny kosmos.Nie wiem, na ile to była „praca” mojej bujnej wyobraźni, a na ile inne czynniki. Jednak najczęściej  moje sny obnażały emocje, które starannie zakopywałam głęboko w sercu, chcąc o nich zapomnieć: tęsknota za miłością, smutek po jej utracie, reakcja tej osoby (w momencie spotkania po latach – naturalnie przypadkowego), żal, brak przebaczenia , różnego rodzaju marzenia, pragnienia, obawy czy lęki. Bardzo często w moich snach przewijał się  motyw niezwykle silnego strachu, czy spraw ostatecznych (czyt. sąd, piekło, niebo). Kilkakrotnie (w różnych odsłonach) śniło mi się, że umieram. Była to śmierć pełna lęku.Przytoczę jako przykład jeden:  Sceneria rodem z filmu MOST NA RZECE KWAI. Niewielka, drewniana Chatka wysoko w górach, gdzie mieszkałam z moimi rodzicami. Byłam mała, w wieku przedszkolnym. Nagle dostaje strasznego ataku paniki, Któremu towarzyszą krzyk, płacz, torsje, gorączka… Rodzice przytulają, próbują uspokoić. Bez rezultatu. Mój stan się pogarsza z minuty na minutę. W pewnym momencie rodzice rozumieją, że ich dziecko umiera. W GEŚCIE ROZPACZY CHWYTAJĄ ZA TELEFON (TAKI BARDZO BARDZO STARY) , wykręcają numer, ale nie ma sygnału..Sen się urywa… Innego razu zostałam wzięta (oczywiście w śnie) do samego piekła. Jeżeli w zwykłym śnie zobaczyłam tak wielkie jego okropieństwo i brzydotę, to o ile gorzej musi być w tym miejscu wiekuistej męki naprawdę! (jeśli wierzymy, że śmierć to nie koniec, ale jest COŚ więcej). Ale byłam także w niebie.Nie jestem w stanie opisać cudowności tego miejsca, żadne słowo nie jest w stanie tego oddać. Jedyne co pamiętam z tego snu to niezwykłe piękno i niewyobrażalne uczucie szczęścia. Jak się domyślacie – ciężko mi było opuścić ten piękny świat i wrócić do szarej rzeczywistości. Jednak zdarzyły mi się także sny naprawdę nietypowe, wręcz nieziemskie. Przytoczę jednak tylko dwa: jeden proroczy. Drugi – na jawie.

Sen pierwszy – proroczy.

Czym w zasadzie jest proroctwo? Najczęściej kojarzy się ono z przepowiadaniem przyszłości, z przewidywaniem wydarzeń, które mają nastąpić. Proroctwo to wiadomość od Boga, objawienie. W Biblii czytamy, że prorocy „mówili od Boga, uniesieni duchem świętym” (2 Piotra 1:20, 21). Prorok to osoba, która otrzymuje informacje od Boga i przekazuje je innym (Dzieje 3:18).

Jak prorocy otrzymywali informacje?

1.Pisemnie.
Bóg użył tej metody przynajmniej raz, gdy dał Mojżeszowi spisane Dziesięć Przykazań (Wyjścia 31:18).
2.Przez aniołów. Na przykład Bóg wysłał anioła, żeby wyjaśnił Mojżeszowi, co ma powiedzieć władcy Egiptu (Wyjścia 3:2-4, 10). Kiedy Bóg chciał przekazać konkretne słowa, zlecał aniołom, żeby e podyktowali. Było tak w przypadku Mojżesza, który usłyszał: „Zapisz sobie te słowa, gdyż zgodnie z tymi słowami zawieram przymierze z tobą i z Izraelem” (Wyjścia 34:27) *.
3. Wizje. Czasami osoba, która otrzymywała wizję, była w pełni świadoma — nie działo się to podczas snu (Izajasza 1:1; Habakuka 1:1). Niektóre wizje były bardzo sugestywne i można było w nich uczestniczyć (Łukasza 9:28-36; Objawienie 1:10-17). Niekiedy prorocy otrzymywali je w „uniesieniu”, swego rodzaju transie (Dzieje 10:10, 11; 22:17-21).

4. Do przekazywania informacji Bóg posługiwał się również snami (Daniela 7:1; Dzieje 16:9, 10). Wpływanie na myśli.: Bóg przekazywał prorokom swoje myśli. W Biblii powiedziano: „Całe Pismo jest natchnione przez Boga” (2 Tymoteusza 3:16). Wyrażenie „natchnione przez Boga” oznacza, że Bóg posługiwał się duchem świętym, czyli czynną siłą, żeby zainspirować proroków — „tchnąć” w ich umysły swoje myśli. Źródłem informacji był Bóg, a prorok ubierał je w słowa (2 Samuela 23:1, 2). Proroctwo często dotyczy tego co było, ale często wykracza w przyszłość.

Tyle w odniesieniu do Pisma Świętego i nauki Kościoła. A jak to było z tym moim snem? Miał miejsce kilka lat temu, więc pamiętam niektóre jego fragmenty, obrazy, które wywołały u mnie niesamowite emocje. Poznaje mężczyznę. Spontanicznie. Zaczyna się od zwykłej, kulturalnej rozmowy, od której wszystko się zaczyna. Jest iskra, następują kolejne spotkania, którym towarzyszą radość, bliskość, przyjaźń, akceptacja, ufność z mojej strony. Jestem coraz bardziej nim zauroczona. Delikatnie daje mu do zrozumienia, że bardzo bym chciała poznać jego przyjaciół. Uśmiecha się, ale nie podejmuje tematu. Ja nie naciskam. Po jakimś czasie sam pragnie mnie z nimi zapoznać. Proponuje mi jakąś dziwną grę tłumacząc, że to ma być niespodzianka. Lubię niespodzianki, lubię dreszczyk emocji. Nie dał mi jak dotąd powodu, by mu nie ufać, zatem pozwalam mu zasłonić sobie oczy przepaską. Prowadzi mnie za rękę opowiadając trochę o przyjaciołach. Wymienia ich z imienia, mówi jak ich poznał, czym się zajmują. Słucham z zaciekawieniem. W pewnych momencie tłumaczy, że KAŻDY kto chce dołączyć do ich grona, musi przejść pewien test. Zapytana czy nadal chce ich poznać, mówię ze tak i przejdę ten test. Pierwszym egzaminem było POSŁUSZEŃSTWO. Robiłam wszystko, cokolwiek powiedział (oczywiście z zasłoniętymi oczami). Przejść kilometr prosto? OK. Skręcić w lewo? Dobrze. „Ściągnij buty” – słyszę w pewnym momencie. Zdziwiona mocno i nieco zaniepokojona – ściągam. Jestem wówczas w lesie, gdzie są już obecni wokół rozłożystych drzew jego przyjaciele, członkowie niebezpiecznej sekty, ubranych na wzór Ku-Klux-Klanu. Tworzą okrąg, a ja zmieszam do jego środka nie wiedząc o tym, że właśnie przechodzę inicjację. W pewnym momencie uświadamiam sobie, że właśnie znalazłam się na ścieżce wysłanej rozżarzonym węglem, który rani moje stopy. Zdałam właśnie kolejny egzamin : jestem odważna i odporna na ból. Test w końcu się kończy. Jeden z członków grupy podchodzi do nas i mówi do mojego chłopaka: ok, zdała, możesz odsłonić jej oczy. Po chwili widzę , że jestem w lesie, w szponach sekty. Zrozumiałam w momencie, czym tak naprawdę były te testy. Wpadłam w przerażenie. Oni wszyscy podchodzą ze złowrogim uśmiechem chcąc zrobić mi krzywdę, gdy nagle robi się bardzo ciemno, zaczyna mocno grzmieć i padać. Niebo się otwiera i rozlega się mocny, stanowczy głos: ”Zostawcie ją, ona należy do mnie!”. Wszyscy posłusznie i z bojaźnią odchodzą, zostawiając mnie samą w lesie. Jestem pod opieką Boga. Bezpieczna…W tym właśnie momencie zrywam się z łóżka zlana potem.. normalnie jakbym wyszła mokra spod prysznica. Z trudem łapię oddech, czuję strach i ciary na całym ciele…Przez jakiś czas leżę przy zapalonej lampce nocnej. W końcu usypiam. Mija jakiś czas. Idąc przez miasto zaczepiają mnie dwie dziewczyny mówiąc łamanym polskim. Tyle co przyjechały tutaj z misją ewangelizacyjną. Zadają mnóstwo pytań: masz chłopaka, rodzinę? pracujesz? wierzysz w Boga? Może się spotkamy?…Odpowiadam wymijająco, z przyklejonym uśmiechem, który zasłania mój niepokój. Spotkanie kończy się tym, że dziewczyny dziekują mi za pomoc i rozmowę i dają wizytówkę z numerem telefonu i nazwą ich grupy. W internecie pytam wujka Google co on o tym myśli, a on mi na to: „kobieto, trzymaj się od nich z daleka. To groźna sekta”. Poczytałam sobie kilka świadectw osób które wpadły w ich szpony, a jakimś cudem udało im się wyzwolić. Włos mi się na głowie zjeżył. I przypomniał mi się ten sen. Wtedy zrozumiałam, że miał mnie przestrzec, ochronić przed zagrożeniem, wzmóc czujność. Wiadomo przecież, że czas wakacji to nie tylko wypoczynek i beztroska, ale i wzmożona aktywność różnych sekt…

2. Sen na jawie, czyli?

Cóż to właściwie znaczy sen „na jawie”? Co się za tym właściwie kryje? To sen świadomy, w którym śniący zdaje sobie sprawę, że śni. To sen jasny, sen przejrzysty, sen wiedzy. Brzmi ciekawie. Sny na jawie należą do niezwykłych przeżyć – może się nam np. zdarzyć, że po przebudzeniu i ponownym zaśnięciu kontynuujemy ten sam sen, albo w czasie snu, gdy już mamy świadomość tego, że nie śpimy, korygujemy senny obraz i reżyserujemy go tak, jak podpowiada nam nasza fantazja.Badacze są jednak zdania, że sny na jawie bliższe są stanowi czuwania niż spania.Zdarza się, że w czasie snów na jawie wychodzi na światło dzienne to, co stłumione, dlatego uważa się, że mogą one występować jako namiastka rzeczywistego zaspokojenia popędu, a ich punkt wyjścia leży w świadomości, którą można w tej sytuacji całkowicie podporządkować kontroli. Dla mnie to coś nowego, odkrywczego. Nigdy nie przywiązywałam wagi do snów. Nie analizowałam tego, co mógł on oznaczać. Po prostu – zapominałam. Ale ten sen był tak mocny, że do tej pory go pamiętam. Sen był Krótki. Odpoczywam sobie w łóżku, już przy zgaszonym świetle. Jest już późno. W każdym razie na pewno po godz. 0:00. Nagle słyszę jakiś odgłos. Ktoś wchodzi do mojego pokoju. Nie boje się. Jestem przekonana, że to któraś z naszych dwóch kotek kręci się po domu i najwyraźniej szuka sobie legowiska. W końcu na mnie wskakuje. Przechadza się po łóżku, potem po mnie… Po chwili- ni stąd ni zowąd – orientuje się, że to żaden kot, ale najprawdziwszy demon. Widzę jego złowrogą, nienawistną twarz, wyciągnięte w moją stronę szponiaste ręce. Unieruchamia mnie na łóżku. Jedną dłonią zamyka usta, drugą – dusi. Nie mogę złapać oddechu.Przerażona budzę się…Po chwili wraca spokój…Tylko szyja niesamowicie boli… Możecie się śmiać, ale ja naprawdę czułam, że to było coś więcej niż sen. To się działo naprawdę..TEN BÓL BYŁ PRAWDZIWY.
Ps.pisząc ten post byłam całkowicie trzeźwa, świadoma i w pełni poczytalna. Nie musicie mi wierzyć. To są moje senne przeżycia. Ciekawa jestem, jakie są wasze?.

Z filmoteki Jo-An, czyli kilka wieczorów z dobrym filmem (wersja dla wybrednych)

 

Zaprzyjaźniona blogerka zachęciła mnie swym wpisem do podjęcia tematu wagi lekkiej i przyjemnej, jakim jest Kino.:). SEEKER: dzięki. Na początku zaznaczę, że jeśli chodzi o rozrywkę, jestem osobą niezwykle wybredną, dlatego też choć telewizor posiadam, nie oglądam prawie wcale. Powodów jest wiele. Zniechęca mnie do oglądania tego „pudła” lawinowe pojawianie się „odmóżdzaczy”- kolejnych, niekończących się seriali, telenowel, tok – szołów, programów typu „trudne sprawy” czy „ukryta prawda”, czy filmów pod publiczkę, kipiących seksem, przemocą, mordami ( w myśl: im więcej, tym lepiej). Oczywiście, zdarzają się wyjątki od tej reguły. Od czasu do czasu widzę w programie coś ciekawego, spełniajacego moje niewiarygodne oczekiwania. Jednak obejrzenie takiego programu jest praktycznie niemożliwe, gdyż jego emisja zaczyna się ok. godziny 22:40 (a ja wstaję o 5:30). Jeśli doliczyć do tego pasmo niekończących się reklam (w dodatku na każdym kanale w tym samym czasie)- to mam serdecznie dość. Jestem cierpliwa, ale nie aż tak. W końcu nie płacę chyba abonamentu za oglądanie REKLAM?!…A zatem zostaje mi alternatywa w postaci kina (ale nie sieciówki, tylko jakiegoś małego, niszowego, z ciekawym repertuarem), lub internetu, gdzie można znaleźć wiele ciekawych produkcji (znanych i mniej znanych). Zawodowo „serfuję” w sieci, więc można mi wierzyć na słowo :).Czego więc oczekuję? Co mnie jest w stanie zachęcić czy skusić? Kilka czynników: ciekawa fabuła, dobra obsada, spora dawka emocji, kontrowersje, zwroty akcji oraz coś, co mi wyryje się głęboko PO SEANSIE: refleksje. Film ma być dla mnie nie tylko rozrywką, lecz także INSPIRACJĄ. Nie przedłużając, podaję kilka tytułów, do których powracam, są godne obejrzenia, na wysokim poziomie. Oto one:

1.ZIELONA MILA

4ed38c7227fa29f11ff1ac6341298eca

Amerykański film fabularny z 1999 roku, w reżyserii Franka Darabonta z Tomem Hanksem i Michaelem Duncanem w rolach głównych. Scenariusz filmu oparty jest na powieści Stephena Kinga pod tym samym tytułem. W roku 2000 film był nominowany do Oscara w czterech kategoriach (najlepszy aktor drugoplanowy, najlepszy film, najlepsza muzyka filmowa, najlepszy scenariusz adaptowany). Statuetki nie otrzymał, co nie umniejsza go w mojej ocenie. Zielona mila jest historią opowiedzianą przez wiekowego Paula Edgecomba (Dabbs Greer) w domu spokojnej starości. Po obejrzeniu filmu pt.: „Top Hat” przypomina sobie pewne zdarzenia i opowiada swojej przyjaciółce o niezwykłym więźniu którego spotkał w lecie 1935 roku, gdy pracował jako strażnik więźniów skazanych na karę śmierci w więzieniu w Luizjanie. Blok, na którym pracował, nazywany był zieloną milą ze względu na kolor linoleum leżącego na podłodze. Niemym bohaterem celi śmierci jest również krzesło elektryczne (zwane Starą Iskrówą, Old Sparky), oczekujące na swe ofiary.Pewnego dnia na oddział trafia olbrzymi, czarnoskóry John Coffey (Michael Clarke Duncan), oskarżony o zamordowanie dwóch białych dziewczynek. Coffey okazuje się łagodnym olbrzymem, bojącym się ciemności i czasem płaczącym. Niedługo ujawnia swe niezwykłe zdolności uzdrawiające przez wyleczenie Paula Edgecomba z zapalenia pęcherza moczowego oraz ożywienie myszy. Percy Wetmore (Doug Hutchison), jest wrednym sadystycznym strażnikiem lubiącym sprawiać cierpienie innym. Ma również wysoko postawionego wujka (ściślej samego gubernatora stanu), który „załatwił” mu tę pracę i nie bardzo można pozbyć się go z obecnego stanowiska. Za pozwolenie wykonania wyroku obiecuje przenieść się na inne miejsce. By cierpienia skazańca były większe, Percy nie moczy gąbki umożliwiającej lepszy przepływ prądu, w rezultacie więzień ginie po długich męczarniach.
Strażnicy wykorzystują zdolności uzdrawiające Johna, by wyleczyć żonę naczelnika więzienia. Po powrocie do więzienia John przenosi jej chorobę na Percy’ego Wetmore’a. Pod wpływem Coffeya kompletnie oderwany od rzeczywistości Percy zabija jednego z więźniów – Dzikiego Billa, a następnie zostaje umieszczony w zakładzie dla obłąkanych. Paul utwierdza się w przekonaniu, że John jest niewinny, a proces był czysto formalny (znaleziono go tulącego do siebie martwe dziewczynki – czarny musi być winny, choć w rzeczywistości wcale ich nie zabił, tylko znalazł i próbował pomóc za pomocą swoich zdolności, prawdziwym mordercą był Dziki Bill), ale nie ma na to dowodów. Egzekucja musi się więc odbyć. Najbardziej wstrząsającym dla mnie momentem w filmie była sytuacja, kiedy Coffee przywołał do swojej celi Paula Edgecomba, zacisnął mocno swoją rękę na jego ręce i „dał mu przezent” (tzn. pozwolił mu ujrzeć całą prawdę, okoliczności śmierci dziewczynek, ich prawdziwego zabójcę – także obecnego na bloku). Pamiętam, że właśnie w tym momencie, oglądając ten film po raz pierwszy – płakałam jak dziecko. Tyle o fabule i emocjach. Dlaczego polecam? Bo dotyka bardzo ważnej sfery życia człowieka, jaką jest śmierć. Możemy o niej nie myśleć, uciekać od tematu, żyć tu i teraz , chwilą obecną, nie myśląc o tym, co przyniesie jutro. Ale kiedyś niewątpliwie nadejdzie. Film w jakimś sensie dotyka problemu niesprawiedliwości społecznej, rasizmu, kary śmierci (czy jestem przeciw czy za i w jakich okolicznościach?), a także porusza kwestię istnienia CUDU (choć filmie zobrazowany w sposób masakryczny, jednak istniejący). Wierzę w cuda czy nie? Czym dla mnie tak naprawdę jest cud???

2. WYZNANIA GEJSZY

66d519c89374bcc265a3b23414d68243

Film w reżyserii Roba Marshalla z 2005 roku, adaptacja powieści Arthura Goldena pod tym samym tytułem.Akcja filmu dzieje się w roku 1929.9-letnia Chiyo Sakamoto i jej 15-letnia siostra Satsu zostają sprzedane do Kioto. Dzięki nietuzinkowej urodzie i wspaniałym, błękitno-szarym oczom Chiyo trafia do oki-ya w Gion – dzielnicy rozrywki. Satsu trafia do domu publicznego. Chiyo próbuje szukać siostry i uciec z Gion, ale zostaje na tym przyłapana. W oki-ya dziewczynka poznaje jedną z najsławniejszych gejszy ówczesnych czasów – Hatsumomo. Znajduje też koleżankę – Dynię. Poniżana, pozbawiona uczuć, traci chęć życia. Jednak pewnego dnia, nad potokiem Shirakawa, poznaje Prezesa – Iwamurę Kena, który zmienia jej spojrzenie na świat. Po tym spotkaniu, dziewczyna postanawia zostać gejszą za wszelką cenę, aby kiedyś stać się częścią życia Prezesa. Dzięki pomocy jednej z najsłynniejszych gejsz – Mamehy – mała Chiyo przeobraża się w Sayuri. Sayuri zyskuje starszą siostrę w osobie Mamehy. Pewnego wieczoru wybierają się one na turniej sumo, gdzie Sayuri spotyka Prezesa i poznaje jego współpracownika – Nobu, który nie przepada za gejszami. Młoda gejsza zdobywa jednak jego sympatię. Później poznaje Doktora Kraba oraz Barona, który jest danna Mamehy. W rok po debiucie, mizuage Sayuri zostaje sprzedane za rekordową cenę 15 tysięcy jenów, dzięki czemu dziewczyna spłaca długi wobec oki-ya i zostaje adoptowana przez Mamę – „dyrektorkę” oki-ya i zyskuje nazwisko Nitta Sayuri. Stając się córką oki-ya, Sayuri traci przyjaciółkę z dzieciństwa – Dynię, która, zostając młodszą siostrą Hatsumono, przyjmuje imię Hatsumiyo. Pewnego dnia Hatsumomo, która chce w końcu zniszczyć rywalkę, wchodzi do pokoju Sayuri i odkrywa „skarb” – chusteczkę Prezesa, którą dawna Chiyo przechowuje od spotkania z biznesmenem. Prezes w pewnym momencie wyjawia jej, że to dzięki niemu Mameha przygarnęła Chiyo i pozwoliła jej stać się gejszą. Mówi jej też o tym, że wie iż Sayuri jest dziewczyną , którą spotkał piętnaście lat wcześniej nad potokiem Shirakawa. Sayuri wyznaje mu swoją miłość(..).Tyle o filmie. Dlaczego polecam? Bo w sposób niezwykle barwny odsłania przed nami kulturę i obyczaje kraju kwitnącej wiśni.Pokazuję pozycję kobiety w społeczeństwie. Dotyka kwestii kobiecej godności, której nie ma (dziewczyny są sprzedawane od-do, poniżane).

3. SLUMDOG – MILIONER Z ULICY

PJWktkpTURBXy8yYjZlZTVkZmE5ODI2Y2FiZjE3MWM5ZDhkMjQwYzY1ZC5qcGeSlQMACc0BLMyokwXNAyDNAcI

Brytyjski melodramat w reżyserii Danny’ego Boyle’a. Scenariusz filmu autorstwa Simona Beaufoya oparty został na kanwie powieści Slumdog. Milioner z ulicy autorstwa indyjskiego. Jeden z najlepszych filmów, jakie dotychczas widziałam.Został nominowany do Oscarów w dziesięciu kategoriach, zdobywając osiem, w tym za najlepszy film, reżyserię i scenariusz adaptowany.Jamal Malik, Hindus wychowany w slumsach Bombaju, bierze udział w programie Milionerzy. Zanim chłopak zdąży odpowiedzieć na ostatnie pytanie, aresztuje go policja. Policjanci nie wierzą, że może on mieć tak ogromną wiedzę.Torturują go i przesłuchują, podejrzewając oszustwo. W zeznaniach Jamal opowiada o swoim życiu w dzielnicach nędzy, o związkach ze światem przestępczym i swej miłości, co zostaje przedstawione w formie retrospekcji.Film świetnie zrobiony.Przedstawia realia życia w tamtejszej kulturze, walkę o swoje być albo nie być. Dotyka kwestii przyjaźni. Pozwala docenić, jak wiele my sami posiadamy dóbr (choć wielu ich nie posiada, musi o nie walczyć). Ukazuje, jak łatwo jest stracić kogoś bliskiego, jak bezlitosny i okrutny jest świat slumsów, jak trudno tam przeżyć, jak wielkie potrzeby mają jego mieszkańcy i do jakich czynów są zmuszani, aby mieć co jeść, a mimo to jak bardzo dbają o drugiego człowieka i ile są gotowi dla niego poświęcić.(…).

4. CRISTIADA (czwarty, co nie znaczy najgorszy).

DSC_5678.NEF

Jeden z najważniejszych dla mnie filmów, do których wracam, gdyż zmusza mnie by na nowo odpowiedzieć sobie na pytanie: Czy mam w sobie odwagę pójścia za Jezusem bez względu na wszystko (choćby ceną, jaką trzeba było za to zapłacić – miało być własne życie)? Czy byłabym w stanie położyć na szalę wszystko, by bronić swoich idei, tego dla mnie ważne, wręcz fundamentalne? „Cristiada”, na planie przedstawionych tam idei, toczy się pomiędzy trzema rzeczywistościami. Z jednej strony: świat wiary. Zgadza się. Tu należy zwrócić uwagę na fenomenalną kreację Petera O`Toole, który z postaci ojca Christophera, starego księdza, który przybył przed dziesięcioleciami z Europy do Meksyku, uczynił jeden z filarów filmu. Zagrał niewielką rolę z kunsztem, który czyni bohatera fikcyjnego – prawdziwym. Śmierć księdza Christophera w imię wierności wierze, śmierć pod kulami siepaczy stanowi pierwszy zwornik tego filmu. Drugi świat – to świat władzy, zdążający, w imię coraz dalej posuniętej laicyzacji, do usunięcia katolików z przestrzeni publicznej. Jego wewnętrzną sprzeczność – zniewolenie w imię wolności – ujawnia w pełni postać generała Enrique Gorostiety (Andy Garcia). On właśnie jest filarem trzeciej rzeczywistości, fascynującej w swoim idealizmie, wychodzącemu naprzeciw chrześcijańskiemu męczeństwu (sekwencje ostatnich scen filmów mocno to uwypuklają). Gorostieta jest bowiem przedstawiony jako agnostyk, który w imię „absolutnej wolności” swojego ludu walczy za i dla katolików. To – w pewnym sensie – romantyczny rewolucjonista, renegat z własnych szeregów, gdyż rozpoznał, że ci, którzy wiele mówią o demokracji i wolności, ale w jej imię zniewalają własny naród, są w gruncie rzeczy największymi wrogami: i ludu, i wolności. „Cristiada” pokazuje też niebywałą odwagę młodego chłopca JOSE, który nie chce zaprzeć się wiary i ginie śmiercią męczeńską. Jego męczeństwo i śmierć w bitwie generała Gorostiety ukazują nam dwie strony zmagania o wiarę. Jedna to świadectwo dziecka, katowanego i rozstrzelanego przez posłusznych władzy żołnierzy.Druga – to opór zbrojny, który nie ma tej ewangelicznej jasności męczeństwa, ale jest bardzo realnym doświadczeniem historycznym chrześcijan wielu wieków(…).

Świat się kończy. Niemcy zalegalizowali małżeństwa homoseksualistów.

No i stało się. Niemcy dołączyły do krajów takich, jak Argentyna, Belgia, Brazylia, Dania, Estonia, Finlandia, Francja, Hiszpania, Holandia, Irlandia, Kanada, czy Luxemburg i zalegalizowały w końcu małżeństwa homoseksualistów. Dziwić mnie to raczej nie dziwi. Ten, kto od czasu do czasu śledzi newsy podawane przez media – wie, że to była tylko kwestia czasu. W końcu Niemcy to taki „postępowy”, „otwarty”, „tolerancyjny” kraj. Nie to, co Polska – światowy „zaścianek”, zamknięty na inność, wrogi, pełen uprzedzeń, lęków, kompleksów, dzielący ludzi na „gorszy i lepszy sort”.
I chwała za to! Tak, jestem „zaściankowa” z wyboru. Jestem z tego dumna. Ten zaścianek to moja bezpieczna przystań (przynajmniej – w tym temacie). Dla jasności: wiem dobrze, czym jest odrzucenie, niezrozumienie, poczucie niedopasowania , bycia gorszym. Z racji mojej niepełnosprawności i choroby (czego na pierwszy rzut oka nie widać) – doświadczyłam tego na własnej skórze. „Boksowałam się” z ludźmi, walczyłam o swoje marzenia, szukałam zaspokojenia pragnień serca i duszy, przepełnionych smutkiem, goryczą, poczuciem krzywdy i pustki. Jednak związki partnerskie jednej płci to zupełnie inna bajka. Nikogo nie oceniam, nie potępiam. Nikim nie gardzę. Gej/lesbijka – też człowiek. Każdy ma prawo do szczęścia. Jest naszą sprawą i wyborem z kim żyjemy, chodzimy do łóżka itd. Nie da się jednak zaprzeczyć temu, że związek dwóch mężczyzn (kobiet) jest sprzeczny z naturą. Zostaliśmy skonstruowani na Boży sposób – tylko krótko wspomnę. Bóg stworzył mężczyznę na swój obraz i podobieństwo. Następnie z żebra Adama stworzył kobietę (by Adam nie był sam) i obojgu pobłogosławił słowami: „Bądźcie płodni, rozmnażajcie się”. Skierował te słowa do kobiety i mężczyzny , nie do dwóch osób jednej płci. To akt płciowy kobiety i mężczyzny sprawia, że poczyna się dziecko, owoc ich miłości, namiętności. To jest dla mnie coś niewyobrażalnie pięknego. Coś czego zapewne nie doświadczę z racji przeciwwskazań medycznych.Dla mnie legalizacja takich jednopłciowych związków partnerskich to totalna porażka moralna i upadek człowieczeństwa. Ale to tylko moje osobiste zdanie. W związku z tym, że związek jednej płci jest czymś sprzecznym naturze, homoseksualizm postrzegam przede wszystkim jako CHOROBĘ, zaburzenie psychiczne.Podobno można z tego wyjść (choć zapewne nie jest to łatwe). Na naukowym rynku wydawnictw pojawiła się już jakiś czas temu – książka pt. „Walka o normalność” holenderskiego psychologa dr Gerarda J.M. van den Aardwega. Holenderski psycholog zebrał w tej książce doświadczenia ponad 30 lat pracy, w której jednoznacznie w sposób naukowy uzasadnia, że homoseksualizm jest chorobą i to wyleczalną. Bowiem przez dziesiątki lat zdołał pomóc setkom homoseksualistom. Jego terapeutyczne metody cieszą się dużym zainteresowaniem na całym świecie, o czym świadczą liczne książki van den Aardwega, tłumaczone na języki obce (po polsku ukazała się w 1999 roku praca pod tytułem „Homoseksualizm i nadzieja”) oraz jego wykłady na uniwersytetach w Europie Zachodniej, Ameryce Północnej i Południowej.Jestem praktykującym katolikiem, zatem na co dzień staram się żyć Ewangelią. Ona jest moim życiowym kierunkowskazem, który pomaga mi na kadżym życiowym zakręcie, rozwiewa wszelkie wątpliwości, pokazuje prawdę. Sama byłam niesamowicie zaskoczona tym co znalazłam na temat homoseksualizmu w biblii (kiedy miałam jeszcze wątpliwości w tym temacie). Żeby nie było za długo – podam jedynie kilka fragmentów.

Co Biblia mówi na temat małżeństw gejowskich/ osób tej samej płci?

1. „Jeśli zatem Twoja ręka jest dla ciebie powodem do grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie ułomnym wejść do życia wiecznego, niż z dwiema rękami pójść do piekła w ogień nie ugaszony. I jeśli Twoja noga jest dla ciebie powodem grzechu, odetnij ją; lepiej jest dla ciebie chromym wejść do życia, niż z dwiema nogami być wrzuconym do piekła. Jeśli Twoje oko jest dla ciebie powodem grzechu, wyłup je; lepiej jest dla ciebie jednookim wejść do królestwa Bożego, niż z dwojgiem oczu być wrzuconym do piekła, gdzie robak ich nie ginie i ogień nie gaśnie” (zob. Mk 9, 43-49).
2. Mimo, iż Biblia jasno wyraża się na temat homoseksualizmu, to otwarcie nie wspomina o małżeństwach gejowskich/ osób tej samej płci. Biblia potępia homoseksualizm jako grzech niemoralny i wbrew naturze. 3 Księga Mojżeszowa 18.22 wskazuje, że seks homoseksualny jest grzechem odrażającym, obrzydliwym. Rzymian 1.26-27 wyjaśnia, że pragnienia i czyny homoseksualne są czymś wstydliwym, nienaturalnym, wywodzącym się z żądzy i nieczystości. 1 list Koryntian 6.9 stwierdza, że homoseksualiści są pozbawieni prawości i nie posiądą królestwa Bożego. A skoro zarówno pragnienia jak i czyny homoseksualne są potępione przez Biblię, to jest również jasne, że małżeństwo homoseksualne nie jest zgodne z Bożą wolą, i będzie w rzeczywistości grzechem.
3. Pierwsza wzmianka o małżeństwie pojawia się w 1 Księdze Mojżeszowej 2.24, opisując je jako opuszczenie rodziców i złączenie się z własną żoną. We fragmentach, które zawierają instrukcję odnośnie małżeństwa, takie jak 1 Koryntian 7.2-16 i Efezjan 5.23-33, Biblia w jasny sposób wskazuje, że małżeństwo to związek między mężczyzną a kobietą. A dokładnie Biblia mówi, że małżeństwo jest przymierzem na całe życie pomiędzy mężczyzną a kobietą, przede wszystkim ze względu na potrzebę budowania rodziny i tworzenia dla niej dobrych warunków.
Zgodnie z Biblią małżeństwo jest zaplanowane przez Boga jako relacja pomiędzy mężczyzną a kobietą (1 Księga Mojżeszowa 2.21-24; Ew. Mateusza 19.4-6). Małżeństwo gejowskie/ osób tej samej płci jest wypaczeniem instytucji małżeństwa i obrazą Boga, który stworzył małżeństwo.

A co na to psychologia?
Nie ma gejowskiego genu. To po pierwsze (i to nie jest moje zdanie, gdyż ja na psychologii znam się odrobinę).Współczesna świecka psychologia rozpoznaje, że mężczyźni i kobiety są psychologicznie i emocjonalnie zaprojektowani aby wzajemnie się wypełniać. A w odniesieniu do rodziny, psychologowie twierdzą, że jedność pomiędzy mężczyzną i kobietą w której oboje małżonków służy jako przykład dobrze wypełnianych ról jest najlepszym środowiskiem do wychowywania dobrze przygotowanych do życia dzieci. Psychologia wyraża sprzeciw względem małżeństw gejowskich. Zgodnie z naturą/ fizycznością oczywiste jest, że mężczyźni i kobiety zostali stworzeni, aby „pasować” do siebie seksualnie. A tym „naturalnym” celem relacji seksualnej jest prokreacja, co jest oczywiste, tylko w relacji seksualnej pomiędzy mężczyzną i kobietą, gdzie cel ten jest spełniony. Natura wyraża sprzeciw względem małżeństw gejowskich.

Dla mnie osobiście prawo do małżeństwa, a także adopcji dzieci przez osoby homoseksualne – to akceptacja na coraz większy rozwój patologii społecznej i zła na świecie. Obawiam się, że jeżeli i u nas, w naszym polskim zaścianku – dojdzie do legalizacji małżeństw homoseksualnych, spotkamy się z tragediami, taka jak choćby ta z USA, gdzie małżeństwo gejów, które adoptowało dziewiątkę dzieci, zgwałciło dwójkę z nich(!). Dzieci były maltretowane,gwałcone, straszone bronią i bite przez swoich „tatusiów”. Trudno jednak dziwić się tej walce o prawa dla związków partnerskich jednej płci, kiedy (co piszę z przykrością za słowem arcybiskupa Henryka Hosera) w polskim Kościele jest problem z pedofilią i homoseksualizmem. Jak mówi w jednym z wywiadów – „mamy do czynienia z lobby homoseksualnym, z którym ciężko jest walczyć. – Nie da się tego wyczyścić. Podobnie jak nie da się wyczyścić księży z wszelkiego grzechu”. Ale można (i trzeba) z tym walczyć.Bo przykład (dobry, czy zły) zawsze idzie z góry. (…).

Mój brzuch – moje życie, czyli rzecz o aborcji.

 

To od dłuższego czasu palący temat, wywołujący burzę emocji. Nie sposób przejść obojętnie wobec tego problemu. Chodzi mianowicie o  aborcję (poronienie, wywołanie poronienia) – czyli zamierzone i przedwczesne zakończenie ciąży w wyniku interwencji zewnętrznej, np. działań lekarskich.Zwana inaczej spędzeniem  płodu, zabiegiem, łyżeczkowaniem, skrobanką, czyszczeniem.Dla mnie  - wszystkie te określenia to ładnie brzmiący synonim słowa morderstwo. Czy przesadzam? Myślę, że nie. Dostałam wspaniały prezent od moich rodziców. Najcenniejszy ze wszystkich: Życie. Ciąża mojej mamy była zagrożona. Jej życie także. A jednak – choć z komplikacjami – przyszłam na świat. Za to zawsze będę im wdzięczna. Wobec całej tej burzy wokół tematu aborcji, manifestacji, czarnych i białych marszy, petycji i propozycji ustaw składanych do rządu, warto było by samemu sobie, w sumieniu – zadać pytanie: a co, gdybym ja nie przyszedł na świat? gdyby moja matka odmówiła mi tego prawa i pozbawiła tego najcenniejszego daru , daru istnienia (w myśl: moja macica, mój wybór) : czy wybaczyłbym/wybaczyła bym? Jakim prawem ktoś ma decydować o tym, czy pozwolić mi żyć, czy nie? Gdybym stała w szranki z kimś, kto popiera aborcję, na pewno otrzymałabym puste frazesy  ”moja macica mój brzuch – jak chcę, to usuwam”, albo ” Ale to tylko embrion. Zarodek. Embriony często się nie zagnieżdżają, zapłodnienie nie zostało zrealizowane w pełni, a zatem nie mieliśmy do czynienia z OSOBĄ”. Jednak dramat aborcji polega na tym, że mamy do czynienia z dwoma osobami, a więc godnościami.  Polskie prawo dopuszcza przerwanie ciąży tylko w kilku przypadkach, wynika to z ustawy z dnia 7 stycznia 1993 roku „O planowaniu rodziny, ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerwania ciąży”:  Ciąża stanowi zagrożenie dla życia lub zdrowia kobiety ciężarnej. Jak się do tego ustosunkuję? Przede wszystkim – korzystam z wielkiego (choć coraz mniej docenianego i używanego) daru, jakim jest ROZUM. Dojrzała kobieta, świadoma swojego wieku oraz tego, że nie może mieć dzieci (lub jeśli zajdzie – będzie to ciąża wysokiego ryzyka ), nie będzie się o to dziecko starać. Życie pokazuje, że część  kobiet doskonale wie, że nie może mieć dzieci bo grozi to poważnymi konsekwencjami zdrowotnymi . Mimo to decydują się na zajście w ciążę a potem żądają aborcji. Gdzie tu sens? gdzie logika? gdzie odpowiedzialność i dojrzałość? Inna rzecz, choć bardzo ważna i przykra: nadal niechętnie się badamy. Tymczasem badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu. Przesłanka 2: Zachodzi uzasadnione podejrzenie, że ciąża powstała w wyniku czynu zabronionego np. gwałtu. Zawsze byłam zdania: ostrożności nigdy dość. Czyli profilaktyka zamiast leczenia. Nie kokietować, nie prowokować strojem, przebywać w miejscach publicznych (czyli bezpiecznych), uważać z alkoholem i przygodnym seksem. Obserwować swój cykl. Tylko tyle (i aż tyle). Oczywiście – nie zawsze to wystarczy. Zdarzają się niestety patologie społeczne (przemoc w rodzinie, poczęcie w wyniku stosunku kazirodczego ). Kobieta jest tu całkowicie niewinna. Jest ofiarą. Podobnie jak dziecko, które stopniowo rozwija się w łonie matki. Mam serce, potrafię  współczuć, zrozumieć. Ciężko donosić tak powstałą ciążę.  Ale znacznie bardziej będziemy cierpieć, gdy dokonamy aborcji , niż gdy urodzimy to dziecko (mimo wszystko) i oddamy np.  do OTWARTYCH DRZWI  , do adopcji. Kiedy podejmiemy taką decyzję, nie będziemy miały na sumieniu krwi niewinnego dziecka. Mało tego – damy mu szansę , aby żyło, miało kochającą rodzinę adopcyjną, było kimś. Podobnie w przypadku, jeśli powodem potencjalnej aborcji są względy ekonomiczne, problemy rodzinne, przemoc fizyczna i psychiczna. Nie zmuszam się by kochać to dziecko. Jest tyle bezpłodnych par, marzących o potomstwie. Któraś z nich może dać temu dziecku DOM.

Ok. Myślę, że każdy z nas WIE czym aborcja jest , bez względu na to, co o tym myśli. A jak wygląda aborcja? Myślę, że gdyby każdy z nas zadał sobie choć trochę trudu, by zasięgnąć wiedzy jakie są metody aborcji, jak ona przebiega, jak pustoszy kobiecą psychikę – problem w ogóle by nie istniał. Aborcję z medycznego punktu widzenia opisał  m.in. przed Kongresem USA dr Anthony Levatino, który w latach 1981-85 dokonał 1200 aborcji, w tym ponad 100 w drugim trymestrze ciąży, nawet gdy płody miały już pół roczku. Co warte uwagi: ze zwolennika tego procederu – doktor stał się jego zaciekłym przeciwnikiem. Oto krótki urywek jego wypowiedzi: Pacjentka już co najmniej od 2 miesięcy czuje ruchy dziecka, które ma już wtedy ok. 20 cm i waży do pół kg(…). Czujesz, że coś w środku puszcza – a na zewnątrz pojawia się całkowicie już ukształtowana nóżka o długości ok. 15 cm. Wtedy znów sięgasz kleszczami do środka. Znów ciągniesz ze wszystkich sił. Wyciągasz podobnej długości rączkę. Sięgasz kolejny raz i kolejny… Wyciągasz kręgosłup, jelita, serce i płuca.(…). To jedynie tekst , który czytasz (o ile długość i tematyka posta jeszcze cię nie przytłoczyła. Teraz – drogi czytelniku – uruchom wyobraźnię. Co czujesz?…I w końcu mój ostatni argument przeciw aborcji. NIE BYŁO BY WIELU WSPANIAŁYCH LUDZI, gdyby wszyscy popierali aborcję. Poniżej wymienię kilka przykładów.

1. Emilia Wojtyła- matka ŚW. JANA PAWŁA II - „Nie przeżyje pani tego porodu, proszę dokonać aborcji” – te słowa usłyszała od swego lekarza Emilia Wojtyła, gdy się okazało, że spodziewa się dziecka. Gdyby posłuchała, nie byłoby Jana Pawła II. Znany wadowicki ginekolog i położnik stwierdził, że ciąża jest zagrożona, matka jej nie donosi i nie ma szans na urodzenie żywego dziecka. A jeśli urodzi, to kosztem własnego życia. „Nie przeżyje pani tego porodu, proszę dokonać aborcji” – oświadczył. Kobieta odmówiła. Potem urodził się Karol, przyszły Jan Paweł II. Emilia Wojtyła żyła jeszcze 9 lat.

2. Andrea Bocielli. Myślę, że tego pana nikomu przedstawiać nie trzeba. Znany włoski tenor Andrea Bocelli ujawnił, że jego matka nie dokonała aborcji, gdy była z nim w ciąży, mimo że nakłaniali ją do tego lekarze. Matka, będąc w ciąży trafiła do szpitala z powodu zapalenia wyrostka robaczkowego. Lekarze postanowili znieczulić jej jamę brzuszną lodem. Kiedy zakończyli leczenie, zasugerowali jej, by dokonała aborcji, tłumacząc, że jest to najlepsze wyjście, gdyż dziecko może urodzić się niepełnosprawne. Pomimo tego – matka tenora postanowiła nie dokonywać aborcji i dziecko przyszło na świat. Jak sam podkreślał w wywiadach: „ niepełnosprawność umocniła jego charakter”.

3. Céline Dion – jedna z moich ulubionych artystek - w stacji telewizyjnej EWTN powiedziała, że zawdzięcza swoje życie proboszczowi z rodzinnej parafii w Kanadzie, który przekonał matkę, by nie przerywała ciąży. Matka artystki była początkowo zdruzgotana, gdy dowiedziała się, że była w ciąży z Céline – 14 dzieckiem w rodzinie. Pomyślała, że  aborcja będzie najlepszym rozwiązaniem. Zapytała księdza, czy może to uczynić. Proboszcz przywołał nauczanie Kościoła, mówiąc że nie wolno jej przerywać ciąży. Céline Dion dodała: „Powiedział jej, że nie ma prawa postąpić wbrew naturze. Więc muszę przyznać, że w tym sensie, zawdzięczam moje życie temu kapłanowi”.(…).

 

 

 

 

Moje spojrzenie na kobiecość

natalia-oreiro--aktorka-wokalistka-

Sobota to dla mnie zawsze kryzysowy dzień. Nie wiem czemu tak mam, ale zawsze w sobotę nachodzi mnie tyle różnych przemyśleń, że głowa boli:). Dziś jest ich tak wiele, że aż utrudnia mi to normalne funkcjonowanie. Nie pozostaje mi więc nic innego, jak się od nich uwolnić, przelewając na bloga. Wstyd się przyznać, ale choć mam już na karku trzydziestkę, bardzo lubię powracać do serialu „Zbuntowany Anioł” z Natalią Oreiro (zdj. powyżej). Może i jest to jeden wielki kicz. Szmira. Opera mydlana. Ale oprócz wątku miłosnego i wielu przekomicznych sytuacji – dzięki Natalii dostrzegam coś więcej. Prawdziwą, piękną  kobietę z klasą. I właśnie o tym dziś będzie. O kobiecości widzianej moimi oczami. Czym zatem według mnie jest kobiecość? To  coś urzekającego. Prawdziwe piękno. Styl życia. Przepraszam z góry , albowiem za chwilę mogą paść tu słowa, które jakąś kobietę/ dziewczynę – mogą urazić: Bycie kobietą – wg mnie – jeszcze nie oznacza (a przynajmniej nie musi), że jesteś kobieca.(sic!). Nie wiem, czy wpadną tu jacyś mężczyźni, aby dodać w temacie atrakcyjności pań swoje przysłowiowe trzy grosze, potwierdzić bądź odmówić mi racji.  Uważam mianowicie, że na kobiecość kobiety składa się wiele różnych rzeczy, które razem czynią nas atrakcyjną, pożądaną, seksowną, urzekającą, jedyną w swoim rodzaju. Moje drogie: Ko­biecość to nie tylko  krótka su­kien­ka, moc­ny ma­kijaż , opalenizna i wszystko z najwyższej półki. To coś znacznie więcej. Nie oznacza to bynajmniej, że mamy  ubierać się w byle co i totalnie nie dbać o siebie. W końcu panowie – jak wiemy – to wzrokowcy  i pierwsze wrażenie jest bardzo ważne. Ale pokazywanie zbyt wiele – moim zdaniem – wcale nie jest sexy. Mężczyzn pociąga tajemnica. Jeśli poprzez swój mało skromny ubiór   pokażemy zbyt wiele – tylko na tym tracimy. (moim zdaniem, znów to podkreślę). Po pierwsze: możemy  tym wysłać mężczyźnie komunikat: jestem łatwa. Jeśli taką jesteś i nie przeszkadza ci to, masz problem z głowy. Tyle że – jak to mówią : easy come, easy gone. Bazując  na mich własnych obserwacjach i doświadczeniach stwierdzam że prawdziwi faceci lubią wyzwania . Lubią zdobywać. Jeśli pozwolisz się zdobyć łatwo, może być tak, że on  potraktuje cię jak panienkę na jedną upojną noc. Nie będzie cie szanował. Bo trudno wymagać szacunku od innych , jeśli nie szanujesz samej siebie. Jeśli zależy ci zatem na czymś więcej niż jeden numerek, krótka chwila zapomnienia – pozwól się gonić, ale nie dogonić. Graj niedostępną. Im trudniej będzie mu cie zdobyć, tym bardziej będziesz go kręcić. Prawdziwa kobiecość to nie  ”90/60/90″. Rozmiar ma znaczenie, ale nie aż takie, żeby katować się dietami, które nie przynoszą efektu (chyba że efekt jojo). Ja przykładowo nie mam figury top-modelki, ale w życiu nie stosowałam żadnej diety. Spróbuj pokochać własne ciało. Może masz za mały biust i za niski wzrost. Może masz piegi (jak ja) albo szparkę między zębami. Ale na pewno masz w sobie COŚ PIĘKNEGO. Odkryj to i podkreślaj!  Poczuj się dobrze we własnej skórze!. Według mnie prawdziwie kobiecymi czyni nas nasze wnętrze.Nasze życie, osobowość, emocje, wartości które są dla nas ważne. Prawdziwie kobieca kobieta ma swoją godność i honor. Nie pozwoli się nikomu poniżyć, upodlić, wejść na głowę. Ona ma swoje zdanie, kiedy trzeba – stawia granice. Jest asertywna. Jeśli facet ją okłamuje, olewa, bije (o zgrozo), nie liczy się z jej zdaniem czy nie odwzajemnia jej uczucia – po prostu odchodzi. Prawdziwie kobieca kobieta nie żyje pod presją. (mam trzydziestkę. Musze koniecznie znaleźć sobie faceta). Woli żyć solo, niż wiązać się z pierwszym z brzegu. Cechą, którą przypisuję kobiecości, jest także ODWAGA. Dotyczy do zarówno eksperymentowania ze swoim lookiem, jak i podejmowaniem różnych wyzwań. I jeszcze coś : mam nadzieję, że choć trochę podniesie to na duchu te „zakompleksione”. Jednym z największych atutów ludzkich ( a zatem obojga płci) – jest dla mnie radosne usposobienie i poczucie humoru.  One własnie zakrywają w jakimś sensie nasze mankamenty i czynią nas atrakcyjniejszymi w oczach innych. Tak wygląda moje pojmowanie kobiecości (w skrócie). A na koniec dołączam pewną  refleksję na temat kobiet atrakcyjnych. Ciekawa jestem, ilu z czytelników się pod tym podpisze?.

 

78e7306e8f4fce1776adwoman

Pokaż mi swój tatuaż a powiem ci kim jesteś

 

Każdego dnia mijam setki, tysiące ludzi na ulicy. Wolno spacerując –  obserwuję ukradkiem, z ciekawością. Do niedawna byłam tym co widzę mocno zdegustowana…co trzeci człowiek na ulicy wytatuowany. Ohyda, patrzeć się na to nie da. Zwyczajnie nie potrafię pojąć z jakiego powodu – ktoś postanawia sobie zrobić tatuaż? Czy wynika to z braku miłości i akceptacji własnego ciała? A może znajomi mają, to i ja mieć muszę..? Nie wiem…ja tam nie muszę. Najczęstszą moją reakcją na wytatuowane ciało -przynajmniej do niedawna – był wstręt. Ale przyznam szczerze, że dużo zależy od samego tatuażu, tego  co on przedstawia. Niektóre tatuaże są w stanie wywołać ogromne emocje. Podam przykład z własnego życia. Pewnego upalnego dnia – wędruje sobie przez miasto z koleżankami , a tu mija nas facet (młody i nawet przystojny – choć  nie tak, jak ten na obrazku). Każdy odsłonięty fragment ciała był wytatuowany. Ręcę , nogi.. Na jego lewej ręce można było pośród tych wszystkich „arcydzieł sztuki” – zobaczyć Jezusa Chrystusa w koronie cierniowej. To był dla mnie szok. Ten tatuaż totalnie nie pasował do reszty. Przez chwilę myślałam nawet: facet albo jest szalony, albo ma jaja. (w końcu ten tatuaż mocno rzucał się w oczy). Dzięki tej sytuacji spojrzałam na tatuaż z nieco innej strony. Doszłam do wniosku, że tatuaż niektórym osobom – pozwala podkreślić swoją osobowość, wyrazić siebie „na zewnątrz”., utrwalić jakieś ważne momenty życia, wartości , którymi żyje. Dla mnie osobiście istnieje wiele innych możliwości wyrażenia siebie. Nie muszę się tatuować. Kocham swoje ciało takim, jakie jest  i zwyczajnie nie widzę sensu, aby się okaleczać (w końcu to dość bolesne z tego co słyszałam), ani uzależniać. Z badań bowiem wynika, że tatuowanie ma niewątpliwie uzależniający charakter. Podczas zabiegu wyzwalane są bowiem endorfiny, które uśmierzają ból i wyzwalają pozytywne emocje. Dlaczego jeszcze nie decyduje się na jakikolwiek tatuaż oprócz względów estetycznych? Bo jak się dowiedziałam przed tworzeniem tego posta – tatuaże popularne były również wśród pierwszych chrześcijan, którzy umieszczali na ciele symbole wiary (rybę, inicjały Jezusa Chrystusa). Jednakże w VIII wieku papież Adrian I zakazał tej praktyki, argumentując swoją decyzję następująco: skoro człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo Boga, tatuowanie ciała jest profanacją boskiego wizerunku. I ja się w sumie pod tym podpisuje. Skoro zostaliśmy stworzeni tak cudownie (w końcu każdy z nas jest niepowtarzalny i jedyny w swoim rodzaju) – to po co je jeszcze „upiększać” tatuażem ? Po prostu pokochajmy siebie takimi, jacy jesteśmy!

Kinder – niespodzianka, czyli rzecz o uchodźcach, migrantach.

 

Ostatnie kilka dni byłam poza zasięgiem sieci, i dobrze – każdy potrzebuje czasu  na „reset”, by zwolnić, zatrzymać się, wyciszyć, odpocząć, pobyć z bliskimi, zrobić coś RAZEM. Pogoda niestety nie dopisała, ale nastrój jak najbardziej. Od informacji medialnych nie udało mi się jednak uciec całkowicie, bo w przeciwieństwie do mnie – rodzinka „karmi się”  bardzo konkretnie tym, co nam fundują mass – media (głównie tvn 24 ). Jeden news zapadł mi nieco w pamięć..mowa o kobiecie – Ukraince, która drugi już raz próbowała przemycić swoje 8-letnie dziecko w…walizce. Kobieta miała przy sobie sporo bagażu, ale zachowywała się bardzo bardzo nerwowo, co wzbudziło podejrzenia celników. Po sprawdzeniu walizki funkcjonariusze odkryli, że pod odzieżą znajduje się chłopiec…Rozgrzany, rozpalony, wystraszony…Co pomyślałam o tej  Ukraince  można się łatwo domyśleć…Dziecko? cud, że przeżyło!… Kto to widział trzymać dziecko w walizce!?.. Z drugiej strony fakt, że to nie pierwsza próba przemytu tego dziecka do Polski – przemawiał za tym, że kobieta musiała być bardzo zdesperowana, gotowa na wszystko. Czy usprawiedliwiam tę kobietę…? nie, w żadnym razie..Jedynie próbuję zrozumieć.I tu pomału przechodzę do sedna sprawy. Uchodźcy…przyjmować, czy nie przyjmować? Wiem, nie jestem oryginalna, media trąbią o tym od dawna. W zasadzie – dla osoby wierzącej ( a taką jestem i nie wstydzę się do tego przyznać) – odpowiedź jest oczywista: przyjmować. Ale kiedy słyszy się i widzi, co się dzieje tam, gdzie „tolerancyjni” i „otwarci” przyjęli z otwartymi ramionami uchodźców do siebie, to człowiek się boi. Ja się boję.! Nie jestem rasistką, ksenofobem, ciemnym ludzikiem PiSu. Jestem człowiekiem. Istotą rozumną. Kobietą, która patrzy na życie trzeźwo, kilkanaście lat naprzód.   Nie chcę zamknąć się w domu z obawy, że jak wyjdę –  ktoś mnie napadnie, zgwałci, zabije…. Nie chcę drżeć jak liść z obawy, że coś się stanie moim bliskim… Pragnę być bezpieczna na własnym podwórku. Nie wiem na ile to egoizm i nietolerancja z mojej strony, na ile głos zdrowego rozsądku. Ale tak myślę . Tak czuję. I kropka….

Z drugiej strony – nienawidzę wojen.  A przecież praktycznie codziennie można zobaczyć liczne ofiary wojen – niewinnych niczemu ludzi którym odebrano życie w bardzo brutalny sposób. Dlatego nie dziwi mnie wcale, że ludzie masowo uciekają jak najdalej od miejsca swojego pobytu, szukając azylu…odrobiny pokoju, bezpieczeństwa, lepszego życia. Mediom też nie daję wiary. Są wybiórcze i serwują nam to, co wygodne, co dobrze się sprzeda, wywoła sensację, wstrząśnie. Osobiście pierwszym pytaniem jakie nasuwało mi się wcześniej w sprawie uchodźców była prosta kwestia: dlaczego „sąsiedzi” im nie pomogą, tylko migrują, uciekają aż tak daleko?. Nie da się bliżej? Druga sprawa: ok, załóżmy że klamka ostatecznie zapadła : szeroko i z miłością bliźniego otwieramy swoje domy, portfele, miejsca pracy , uczelnie itp – i przyjmujemy wszystkich bez żadnego ale. Bez żadnych pytań. Dociekań. Dajemy tym ludziom kredyt zaufania, dobry start…a oni się tymczasem zbroją, grożą , mordują, prześladują w imię Allaha itd.. Skutki?.. Na przykładzie Wielkiej Brytanii, Francji, Hiszpanii, Szwecji, Danii oraz Niemiec : W zachodniej części Europy przyjezdni nie chcą integrować się ze społeczeństwem. Powstają muzułmańskie getta, do których boi się wejść straż pożarna, służby ratownicze czy nawet policja – tak właśnie jest w Szwecji. W Wielkiej Brytanii natomiast imigranci od lat domagają się wprowadzenia prawa szariatu. Kościoły zamieniane są w meczety. W wielu europejskich krajach muzułmanie żyją swoimi prawami  narzucając je innym ludziom.(którzy ich przyjęli). W Niemczech szerzy się anarchia, chaos i przemoc. Dlatego biorąc pod uwagę wszystkie za i przeciw – jestem za, ale pod warunkiem….Nie jestem naiwna, przezorności nigdy za wiele. Dobrem wyższym jest zadbanie przede wszystkim o Polaków: Bliskich, przyjaciół  i tych, którzy są w potrzebie (chorych, bezrobotnych, bezdomnych, biednych, dzieci….). Najpierw zatroszczmy się o nasze polskie  podwórko:  nasze sprawy, problemy, bolączki, biedy. W końcu mamy nad czym pracować i co zmieniać..Jest tego tak wiele, że nawet nie wyliczam. Jeśli zapewnimy jak najlepsze warunki życia każdemu polakowi, wtedy otwierajmy się na innych, służmy im stosowną pomocą, wsparciem!.(miejscem zamieszkania, pracą, dofinansowaniem, edukacją , ochroną zdrowia i życia itd.). Żeby dać, samemu trzeba mieć. Dałabym możliwość azylu kobietom, dzieciom. Dokładnie, bardzo dokładnie – moim zdaniem trzeba by prowadzić weryfikację , która by zagwarantowała uchodźcy miejsce. Dobrze wiemy, że nie wszyscy uciekają przed wojną. Część z nich to po prostu imigranci zarobkowi. A część to po prostu TERRORYŚCI.!

Tyle odnośnie przeciw…A dlaczego powinniśmy przyjmować? czy są jakieś agrumenty, które mogłyby nas zachęcić do ich przyjęcia , przełamać nasz opór i lęk? Hmmm…Wymagałaby tego zwykła ludzka solidarność, a także wartości, które jako naród reprezentujemy i którymi żyjemy. Jeśli nazywamy się chrześcijanami, mamy obowiązek pomocy bliźnim. Po drugie: nas kraj też niejedno w swej historii przeszedł. Doświadczyliśmy pomocy innych wielokrotnie. Tylko w latach 80., wyjechało z Polski ponad milion osób, głównie młodych i wykształconych. Zachód ich nie odrzucił. Obecnie też wielu z nas żyje bądź pracuje poza granicami i jakoś nas nie wyrzucają?.,..Sytuacji w PRL lat 80. nie da się  porównać z dramatem krajów, z których uciekają dziś imigranci. Jeśli polskie państwo nie ma miejsca dla 7 tys. ofiar wojny, to nie tylko pokazuje niewdzięczność, ale i zaprzecza solidarności…Kolejnym argumentem wartym rozważenia jest fakt, że Polska się wyludnia a potrzebuje rąk do pracy.  Również nasza gospodarka potrzebuje imigrantów, aby wypełnić lukę na rynku pracy i w systemie emerytalnym. I może się okazać, że potrzebujemy ich wielu, nawet kilku milionów. Współczynnik dzietności jest niski, 500+ nie załatwi sprawy, bo z Polski wciąż wyjeżdża dużo za młodych osób. Wreszcie  warto pamiętać o tym, że życie jest nieprzewidywalne i  możemy kiedyś stanąć w takiej sytuacji, że to My będziemy potrzebować solidarności i pomocy ze strony innych państw…Argument, że nie wpuszczając emigrantów do siebie - walczymy z islamskim fundamentalizmem jest nietrafiony. Pokazuje on raczej słabość i strach, a nie wolę walki. Obraz bojaźliwej, wrogiej cudzoziemcom, uchylającej się od współpracy, samolubnej stosującej cwaniackie argumenty i uniki ksenofobicznej Polski – na dłuższą metę może on odstraszać inwestorów i biznes i trwale pogorszyć obraz Polski. Także poza Europą.. W końcu: wolna Polska jest także efektem marzeń kultywowanych przez polskich emigrantów w wolnych krajach, a to również jakoś zobowiązuje….

Iskierka – czyli chcę być mamą.

 

 

 

Do napisania tego posta skłoniła mnie sytuacja, która naprawdę wywołała u mnie spore emocje. Przede wszystkim żal, smutek, współczucie, ból…i oczywiście bunt.
Wczoraj napisała do mnie po dość długiej przerwie Duśka, koleżanka z czasów licealnych. To były piękne, szalone czasy. Byłyśmy wtedy jak papużki nierozłączki, zawsze razem. Po maturze nasze drogi chciał nie chciał w sposób naturalny rozeszły się. Studia, praca, facet, rodzina, przeprowadzka…Samo życie. Jednak odnalazłyśmy się po latach na FB , dzięki czemu kontakt się odnowił. Okazało się, że Dusia ułożyła sobie życie. Ma fajną pracę , dobrze płatną, wyszła za mąż za dobrego faceta. Dogadują się. Od kilku lat starają się o dziecko. A tu kolejne, już czwarte poronienie…Kolejna iskierka nadziei zgasła.. Jeśli którakolwiek z Was, czytelniczek – doświadczyła tego w swoim życiu, nie muszę mówić nic więcej. Ogromne poczucie straty, ból, rozpacz , mega dół, pustka… Pytanie które wciąż się przewija w naszych myślach i niezmiennie pozostaje bez odpowiedzi: DLACZEGO????

Sama zadaję sobie to pytanie. Tym bardziej że znam Duśkę i wiem, ile w jej sercu miłości, ciepła, dobroci. Jej marzeniem była rodzina (co najmniej 2+ 2, gdyż sama jest jedynaczką). Tyle par (przepraszam za określenie) płodzi dzieci niczym króliki, bo jest 500+ i rodzenie się opłaca…Brzmi to niewiarygodnie, wręcz strasznie. Ale ostatnio wpadł mi w ręce artykuł o pewnej parze, która spłodziła dziecko tylko i wyłącznie dla kasy. A kiedy już przyszło na świat, matka (o ile taką kobietę można tak określić) oddała to dziecko na wychowanie dziadkom, gdyż w domu miała jeszcze czwórkę i jak twierdzi – już nie radziła sobie z malcem. Dziecko było w stanie opłakanym, poważnie chorowało. Matka miesiącami go nie odwiedzała. Dziadkowie dali temu dziecku miłość i opiekę której potrzebowało. Ale nim to się stało musieli się bić o to dziecko z matką w sądzie…Na szczęście – wygrali…Jednak happy end nie często się zdarza… Ile razy słyszy się w mediach, że znowu wyrzucono jakieś niemowlę na śmietnik, albo skatowano, bo płakało i przerywało alkoholową libację…tymczasem ludzie którzy są dojrzali, odpowiedzialni i pełni miłości, pomimo starań albo nie mogą zostać rodzicami, albo – jak Duśka – to dziecko tracą na skutek poronienia. Dla mnie jest to straszny dramat i ogromna niesprawiedliwość…

Żadne słowo nie jest w stanie choć trochę pocieszyć kobiety przeżywającej utraty dziecka. Ale życie toczy się dalej… trzeba nauczyć się z tym żyć…łatwo się mówi, trudniej wykonać.. Długo gadałam z Duśką (a raczej pozwoliłam jej się wypłakać i wyrzucić z siebie wszystko). Rozważałyśmy co dalej. Czy złożyć broń i pogodzić się z tym , że marzenie posiadania potomstwa pozostanie niespełnione, czy może rozważyć adopcję, in vitro?.. Za in vitro raczej nie jestem (mam swoje argumenty i nic mnie w tej kwestii nie przekona), ale adopcja jak najbardziej. Jak wygląda cała ta procedura, jak długo trwa – tego nie wiem. Ale z pewnością jest wiele dzieci, które są porzucone, nieszczęśliwe, niekochane, którym można stworzyć dom pełen ciepła i miłości..w końcu każdy pragnie być kochanym…Mimo, iż na razie nic na to nie wskazuje , mam nadzieję, że ta resztka nadziei , którą Dusia jeszcze ma, nie zgaśnie i wbrew wszelkim przeciwnościom spełni się jej marzenie o byciu mamą…

Wczoraj – Dziś – jutro

eye-211610_1920_fotor

Dawniej…

Dziecko pcha się na świat nieco przed terminem.
Trudny poród, przedwczesny, z komplikacjami..
Pierwszy płacz dziecka…Ulga wszystkich: Lekarzy i przejętych rodziców…Udało się..
Dziecko zdrowe, wszystko dobrze…. Wypis.
Po trzech miesiącach dramat.Nieoczekiwana, ciężka choroba dziecka.
Bezsenne noce, ciągły płacz, drgawki, utraty przytomności.
Pierwsze diagnozy, podróże od lekarzy do lekarzy. Badania. Hospitalizacja.
Po ponad roku – trafna diagnoza, która dla rodziców jest bardzo trudna do przyjęcia:
padaczka lekooporna, dziecięce porażenie mózgowe, lewostronny niedowład..
Nie można operować, za duże ryzyko…zostaje leczenie farmakologiczne. Specjalna troska o dziecko.
Pojawiają się pierwsze „dobre rady” życzliwych ludzi.
Trwa walka o przyszłość dziecka.

Dziś…

Dziś to dziecko jest już dorosłe. Rodzice – szczęśliwi.
Mają wspaniałą córkę.
Rzeczywiście było ciężko. Jednak w wieku lat czterech zaczęła stawiać pierwsze kroki.
Nie posłali jej do szkoły specjalnej. Postanowili zaryzykować i posłali do zwykłej podstawówki, gdzie odebrała niezłą szkołę życia.
Wycierpiała swoje: osamotnienie, odrzucenie, wyśmiewanie , obmawianie…To ją zahartowało.
Postanowiła wbrew wszystkim i wszystkiemu coś w życiu osiągnąć.
Skończyła szkołę podstawową z wyróżnieniem. Bez problemów dostała się do liceum i na studia.
Pierwsza miłość, pierwsza praca, pierwsze kroki w dorosłość..
Wspaniali ludzie wokół , którzy pomogli jej uwierzyć w Boga i drugiego człowieka. Ale przede wszystkim – uwierzyć w SIEBIE.

Jutro..?

Jutro jest wielką zagadką. Ale to od nas zależy jutro. Od naszych decyzji, działań, marzeń ..
Warto wierzyć. Warto marzyć.. mieć nadzieję…mimo wszystko…wbrew wszystkiemu…na przekór.
Ludzie często się mylą. Życie potrafi zaskakiwać.
Jutro tej kobiety rozjaśnia nadzieja i optymizm.
I pewność, że będzie dobrze.