Zazdrość. Czy może być twórcza?

766

 

Tą właśnie myślą chciałabym zacząć, a zarazem zakończyć ten post. Do poruszenia tego tematu – zainspirowało mnie samo życie. Przedwczoraj spotkałam się bowiem z serdeczną koleżanką – wspaniałą żoną oraz matką 6-letniego Patryka. Sporo rozmawiałyśmy. W pewnym momencie D. zaskoczyła mnie ogromnie informacją, że pewna osoba którą dobrze znam, jest o mnie zazdrosna…..Na chwilę odjęło mi mowę. Zazwyczaj to ja zazdrościłam czegoś innym, a teraz sytuacja jest zupełnie odwrotna. Czego tamta kobieta może mi zazdrościć? Zdrowiem nie grzeszę, na dolarach nie śpię, faceta/męża nie mam, praca owszem jest, ale mało dochodowa (choć zadowolona jestem, że ją mam w ogóle). A więc?

Zazdrość od zawsze kojarzyła mi się pejoratywnie. Jej korzeniem jest przede wszystkim poczucie bycia gorszym od reszty. Niestety, wielu z nas bardzo często porównuje się z innymi (wygląd, praca, stan cywilny, status społeczny etc). Po dogłębnej analizie najczęściej wypadamy blado. Postawa zazdrości „oznacza smutek doznawany z powodu dobra drugiego człowieka i nadmierne pragnienie przywłaszczenia go sobie” (KKK, 2539). Powody naszej zazdrości mogą być różne. Najczęstszym motywem ludzkiej zazdrości są dobra materialne. Ktoś ma lepszy samochód, bardziej dochodową pracę, co roku spędza urlop za granicą, podczas gdy my ledwo wiążemy koniec z końcem. Większość wojen ma podłoże walki o dobra materialne. Innym powodem czyjejś zazdrości może być czyjaś atrakcyjność (uroda, powodzenie u płci przeciwnej), młodość, zdrowie, zdolności. Pomijam tutaj aspekt zazdrości w związku, jako że chodzi tu o relację kobieta kontra kobieta. Zazdrość wyniszcza nas od środka, Sprawia, że widzimy to, co chcemy widzieć, wyzwala w nas najgorsze instynkty. Kto ulega zazdrości, ten jest w stanie dopuścić się największego nawet zła. Z zazdrości Kain zabija Abla (por. Rdz 4, 2-8), a bracia Józefa gotowi są go zabić i sprzedają go do niewoli (por. Rdz 37, 11). To zazdrość zaślepia Saula, który zaczyna nienawidzić Dawida (por. 1 Sm 18, 9).

Szczególną skłonność do zazdrości mają ci ludzie, którzy nie wierzą w siebie, nie cieszą się własnym życiem i są egoistami skupionymi na własnych potrzebach i przeżyciach. Zazdrość to paskudne uczucie, które zawsze skrywamy głęboko w sobie. Jednak odpowiednio ukierunkowana zazdrość –  może być twórcza i przyczynić się do naszego rozwoju i wzrostu poczucia naszej wartości. Sposób jest naprawdę prosty: zamiast ciągle patrzeć na innych – skupmy swoją uwagę na sobie !. Każdy z nas jest wyjątkowy, piękny, niepowtarzalny. Wszyscy bez wyjątku mamy w sobie ogromny potencjał do wykorzystania : zdolności, wiedzę, talenty, predyspozycje, zainteresowania. To, że mniej zarabiamy niż sąsiad mieszkający naprzeciwko – nie czyni nas wcale od niego gorszym. Wszystko to siedzi w naszej głowie. Wystarczy otworzyć oczy, dostrzec w sobie to bogactwo i uwierzyć w siebie. Nie marnuj się przez zazdrość, człowieku, bo jedynym twoim Konkurentem – jesteś Ty sam.

PS. PÓKI CO BĘDĘ WRZUCAĆ NOTKI TUTAJ, BO JESZCZE NIE OPANOWAŁAM DO KOŃCA USTAWIEŃ NA BLOX. (ZWŁASZCZA, GDY IDZIE O MOŻLIWOŚĆ KOMENTOWANIA.  Na blox też ten post już wrzucony.

Mężczyźni wolą brzydule ????

Na swoim pierwszym blogu (bo ten jest drugim z kolei) lubiłam wsadzać kij w mrowisko. Często pisałam spontaniczne, zaczepne teksty, które czasami „wisiały” na głównej onetu (czym zawsze byłam zszokowana :).  Niestety, w pewnym momencie zniknęłam na dobre z blogosfery, ale słabość do blogowania pozostała. Uwielbiam pisać, zawsze to kochałam, dzięki czemu ten blog istnieje. Przeglądając go zauważyłam, że na ogół dotykam tematów trudnych, ciężkich. Zatem pora na odmianę. Najwyższy czas na coś lżejszego!. Postanowiłam niejako nawiązać do poprzedniego tematu o kobiecym pięknie i rozwinąć go o wątek dobierania się w pary. Będzie ciężko, bo pisze to osoba wolna, wokół której mężczyźni czasem się kręcą, aczkolwiek na tym te podchody się kończą. :). Mimo to – spróbuję.

Bardzo długo szukałam swojej połówki jabłka, byłam otwarta na znajomości z płcią przeciwną, nienachalna. A jednak ciągle pozostawałam bez partnera. Dziś się tym nie przejmuję, ale wtedy – ta samotność była dla mnie pigułką trudną do przełknięcia. I w pewnym momencie przyszła mi myśl: albo inne mają coś czego mi brak, a na co mężczyźni zwracają uwagę, albo zwyczajnie unikają, a nawet się mnie boją! Nieee, to niemożliwe!. Czego mieli by się niby bać? Że ich ugryzę? Zwyzywam? Pogonię na cztery wiatry? Przecież  nie wyglądam jak Miss Świata!. Jestem otwarta, wrażliwa, spontaniczna…nie mam nie wiadomo jak wygórowanych oczekiwań wobec płci przeciwnej. Daleko mi do zołzy!. To musi być coś innego(…)

Upływ czasu oraz moje doświadczenia w relacjach damsko – męskich utwierdziły mnie jednak w przekonaniu, że stawiane przeze mnie tezy nie są wcale tak dalekie od prawdy! Jak wspominałam – nie mam problemu w nawiązaniu kontaktów z mężczyznami. Mam kilkoro przyjaciół. Te relacje trwają już wiele lat. Jednak tylko dwóch podczas zwykłej rozmowy – zupełnie nie związanej z tematem postu – przyznało, że myślało o czymś więcej niż przyjaźń, lecz zabrakło im odwagi, by mnie o to zapytać! Dlaczego? To już pytanie do mężczyzn. :). Skąd zatem te obawy? 

Mężczyźni wolą brzydule….

Czy jest w tym ziarnko prawdy? okazuje się że tak. Mężczyźni często unikają pięknych, atrakcyjnych kobiet, gdyż mają za dużo adoratorów i wielbicieli. Są zjawiskowe i śliczne, więc nie mogą opędzić się od kolegów, przyjaciół, znajomych. Większość facetów ślini się na ich widok. Są łatwym łupem tzw. królów dyskotek. Co za tym idzie – są bardziej skłonne do zdrady. Znacznie bezpieczniej jest nie sięgać aż tak wysoko. Lepiej zainteresować się – umownie to nazwijmy – kobietą przeciętną lub uważającą siebie za mało atrakcyjną. Ryzyko zdrady mniejsze. Piękna Barbie na pewno będzie miała w głowie siano: Paplanina bez sensu, próżność, zadufanie, skupianie się głównie na swoim wyglądzie…szkoda czasu!. Kobieta powinna coś sobą reprezentować. Same ciało to raczej mało. Ta piękna – często oczekuje, by traktować ją jak księżniczkę: musi być ciągle w centrum uwagi, cały świat powinien kręcić się wokół niej. Żąda pokłonów, składania hołdów, leżenia u jej stóp, a co najgorsze prezentów, aby były ciągle przekonana o swojej wyjątkowości. Mężczyzna musi być na jej rozkazy…Kto to wytrzyma?.. Na upojne noce – piękna barbie będzie jak najbardziej odpowiednia. Ale w roli partnerki na całe życie – raczej się nie sprawdzi.  Natomiast kobieta przeciętna (czy też nieco brzydsza) – z racji braku urody – będzie musiała się wykazać, by go przy sobie zatrzymać.:) Ależ to wygodne, prawda? :)

PIĘKNE = LUKSUSOWE

Nie da się ukryć: piękno jest luksusem. Piękna barbie nie zadowoli się byle czym. Nie dla niej perfumy z bazaru, czy ciuchy ze szmateksu. Ona musi mieć wszystko najlepszej jakości. Markowe. A to niestety kosztuje… Być może mocno pewne rzeczy upraszczam , za co czytające to kobiety z góry przepraszam – ale wiele mężczyzn tak właśnie myśli. 

PIĘKNA + INTELIGENTNA = ZABÓJCZA

czyli kobieta ze zdjęcia dołączonego na potrzeby posta. Dlaczego (na ogół) mężczyzna trzyma się z dala od takich kobiet? Ponieważ bystra, mądra kobieta, wykształcona, pracująca, mająca własne zdanie – to niebezpieczeństwo. Taką kobietę nie jest łatwo zdominować. Nie wciśniesz jej kitu, ona nie połknie tak łatwo kłamstwa , jak piękna Barbie. Bo Piękna i Inteligentna MYŚLI. Jeśli na dodatek ma wiele znajomych, zainteresowań, jest ciekawa świata, zarabia więcej niż On i ma ambicje – to jeszcze gorzej. Mężczyzna łatwo wpada wtedy w kompleksy, czuje się taki malutki i beznadziejny w porównaniu z Piękną i Inteligentną. Jest przekonany, że na taką kobietę nie zasługuje. Że niewiele może jej zaoferować. Z osobistego doświadczenia mogę powiedzieć, że jeśli mężczyzna ma kompleksy – będzie szukał potwierdzenia swojej męskości i dowartościowania „na boku”. Oczywiście nie podaję procentów i statystyk – po prostu to przerobiłam. :).

Wniosek ?

Każdy ma swój gust. Niektórzy panowie preferują brunetki o dużym biuście, inni filigranowe blondynki czy rude, piegowate, zielonookie. Jednak to nie piękno czy jego brak – zapewni nam udany związek, lecz osobowość i charakter naszej połówki. Jeśli czyta ten tekst kobieta, która uważa siebie za „brzydulę” – nie przejmuj się. Z mężczyznami nie jest tak źle. Ten jedyny zobaczy w tobie piękno, które w sobie masz. Doceni ciebie jaką jesteś. Piękno cielesne i tak nie jest wieczne. Tak piękna jak i brzydka – kiedyś się pomarszczy i zostanie jej tylko piękno wewnętrzne: czyli serce i dusza. A to jest zawsze pożądane.  A do pięknych Barbie mały apel: cieszcie się takim atutem, jaki dała Wam Matka Natura, ale pokażcie innym, że nie jesteście pustakami. Dostrzegajcie piękno i zalety Waszego partnera. Doceńcie go czasem:). Nie tylko my – kobiety tego potrzebujemy:). A jeśli któraś z Was jest sama , czekająca na cud, na księcia z bajki: nie czekaj, nie szukaj. Nic na siłę. Skoro jeszcze czekasz, to znaczy – że czeka cię ktoś naprawdę wyjątkowy. Tylko żyj pełnią życia, rób to co kochasz, i miej oczy i serce otwarte na miłość. W końcu przyjdzie. Na pewno! :) 

piekna_kobieta_podoba_sie_oczom_2014-01-03_10-58-22

***** Mój punkt widzenia – dedykowany w sposób szczególny każdej kobiecie.

Z botoksem będzie mi do twarzy??? – czyli co myślę o operacjach plastycznych

Kocham kino, uwielbiam Meryl Streep. Każdy film, jaki obejrzałam z nią w roli głównej – był prawdziwym hitem i wspaniałą rozrywką, w dodatku na wysokim poziomie. Nie chcę wyliczać wszystkich tytułów, bo nie o to chodzi. Pragnę jedynie przywołać jeden z nich, który stał się źródłem inspiracji i skłonił mnie do podzielenia się z Wami moim spojrzeniem na pojęcie piękna i młodości. Zwłaszcza tej kobiecej.

ZE ŚMIERCIĄ JEJ DO TWARZY.  

Historia stara jak świat. Dwie kobiety, ten sam mężczyzna. Bohaterkami filmu są starzejąca się aktorka Madeline Ashton oraz jej była przyjaciółka Helen Sharp. Madeline regularnie odbijała Helen wszystkich facetów, łącznie z Ernestem, wziętym chirurgiem plastycznym, który w końcu został jej mężem. Teraz on upija się prawie co wieczór, przeklinając dzień, gdy spotkał swoją żonę, Helen zajada swoje frustracje i tyje w zastraszającym tempie, a sfrustrowana Madeleine zastanawia się, jak reanimować swoją coraz bardziej zwiędłą urodę i umierająca karierę. I wtedy pojawia się tajemnicza Lisle von Roman oferująca równie tajemniczą miksturę upiększającą. Obie kobiety oczywiście chętnie z niej korzystają – nie bacząc na konsekwencje o których Lisle lojalnie je uprzedza…

Momentami śmiesznie, momentami strasznie. Ale jakże życiowo. Same przyznajcie: która z nas – nie chce być młoda, atrakcyjna, seksowna, urocza, odnosząca w życiu sukcesy na każdym polu? I który mężczyzna nie zwraca uwagi na urodę kobiety, jej powab, seksapil? . To przecież pierwsze spotkanie, wzajemne spojrzenia wymieniane ukradkiem, wygląd zewnętrzny, zapach perfum i mowa ciała – decydują o tym, czy będzie ciąg dalszy… Kobieta z wyglądu może robić wrażenie nieśmiałej, zupełnie przeciętnej szarej myszki, a wewnątrz niej może skrywać się wspaniała osobowość, dobroć, kochające serce.. Ale tego niestety na pierwszy rzut oka nie widać.

                                                My kobiety, jesteśmy na ogół wrażliwe pod tym względem. Czasem nawet za bardzo… Ja byłam wręcz przewrażliwiona i zakompleksiona przez bardzo długi czas. Piegi, chuda tyka, zero biustu..CHŁOPCZYCA. No cóż, taką figurę Matka Natura dała, trzeba było nauczyć się z tym żyć…Paradoksalnie – wcale nie byłam nigdy uważana za brzydkie kaczątko. Byłam taka jedynie we własnych oczach. Trzeba było, aby ktoś pomógł mi dostrzec to piękno, które w sobie mam , które ma każda z nas! Bo jesteśmy piękne, drogie Panie! :)

 Zawsze zastanawiał mnie powód ludzkiej samotności. Dawniej – Mijając miliony dziewcząt /młodych kobiet na ulicy, które wcale nie uważałam za atrakcyjniejsze od siebie- byłam sfrustrowana faktem, że to one były z NIM, a ja ciągle sama. „Coś ze mną nie teges?. Może mam wytatuowany na czole znak: nie podchodź?”- myślałam. Jeszcze kilka lat temu –  tego typu pytania nie przestawały mnie dręczyć, dziś jest inaczej. Doświadczenia życiowe zrobiły swoje. A pozwoliły mi one zrozumieć, że dopóki nie pokocham siebie samej takiej, jaką widzę siebie w lustrze – nikt mnie nie pokocha. I dopóki nie zaprzyjaźnię się sama ze sobą – akceptując swoje wady , zalety, niedoskonałości i błędy – nie zostanę przez innych zaakceptowana. :) A z NIM będę szczęśliwa dopiero wtedy, jeśli nauczę się SIEBIE. :). Samotność może być dla nas taką właśnie szansą! :)

4848-problem-pieknych-kobiet

Te słowa po części mogłyby dawać odpowiedź na pytanie, dlaczego piękne kobiety są samotne jak palec. Mężczyźni – tak myślę – bardzo często myślą takim schematem: jest atrakcyjna, więc u niej jestem spalony. Na pewno kogoś ma. Tymczasem często bywa odwrotnie. Kobieta ma pracę, znajomych, hobby ale drugiej połowy – już niestety nie. I w drugą stronę podobnie: co za przystojniak… musi kogoś mieć.

DBAŁOŚĆ O WYGLĄD. Rzecz bardzo ważna. Nie zadam kobietom tego pytania wprost, ale wiadomo o co chodzi: nasza kobieca kosmetyczka. Co w niej mamy? Same skarby, które pomagają nam pięknie i młodo wyglądać. Wybór w sklepach tak duży, że nieraz trudno się zdecydować, co kupić. :) Ups, dobra o tym już szaa! Jest jedna rzecz u kobiet, którą niezwykle cenię a która staje się coraz mniej popularna. Na imię jej NATURALNOŚĆ. Przedłużanie i farbowanie włosów. Tipsy. Doklejane rzęsy. Solar… To kilka „lekkich” kobiecych grzeszków, metod upiększania samej siebie, ale są i większe. Do tej kategorii należą operacje plastyczne. Wg danych – kobiety najczęściej powiększają sobie biust. Większość pań, które poddają się zabiegowi powiększania piersi, jest po 20. roku życia. Zainteresowaniem cieszy się też zmniejszanie lub prostowanie nosów – na tę operację plastyczną decydują się kobiety w każdym wieku. Wiele pań chce wygładzić zmarszczki (najwięcej pacjentek jest po 30. i 40. roku życia) oraz odessać tłuszcz z ud i brzucha (niezależnie od wieku). Coraz popularniejsze stają się także operacje plastyczne w miejscach intymnych. Z pomocą chirurga można dziś nawet „odzyskać” dziewictwo.(…)

74de06bb17348ff5cf54067acdc1af18

713

Niesamowite, do czego zdolna jest kobieta w walce o swoje piękno i urodę. Równie powalające mogą być efekty tych starań. Oczywiście nie każda operacja plastyczna kończy się tragicznie.Jednak   – obserwując raz na jakiś czas portale plotkarskie – uważam, że wiele gwiazd przesadza. A skutek jest taki, że osiągają efekt odwrotny do zamierzonego. Zamiast być kobietą bardziej atrakcyjną, młodą i pociągającą – stają się karykaturą piękna. Przynajmniej ja tak to widzę. O kosztach takich zabiegów nie wspominam – zapewne są duże. Powiem jedynie, co o nich myślę: Są bez sensu. Powiem więcej: nawet, gdybym miała mnóstwo pieniędzy – nie zafundowałabym sobie ANI JEDNEJ operacji !. Czyżbym uważała się za piękność, że nie potrzebuję żadnych korekt?. Nie. Jestem zwyczajną kobietą po trzydziestce jakich wiele. Kobietą, która dobrze wie, że nie da się oszukać upływającego czasu. :). Oczywiście: możemy się zoperować, zmienić to i owo. Ale choć będziemy wyglądać młodo – zewnętrznie, ciało i tak będzie się starzeć. To nieuniknione. Przyjdą różne cierpienia, choroby i prędzej czy później – czy tego chcemy czy nie – staniemy się puchem marnym. Pochowanym (bądź skremowanym). A więc…po co ? (…).

Wybaczcie mi ten chaos – czasem tak mam :))))

 

 

Brunetki, blondynki a może rude? – czyli moje doświadczenia z czupryną.

Witajcie w moim świecie! Jestem ruda , piegowata i bardzo szczęśliwa z tego powodu. Choć nie zawsze tak było. Z racji mojej czupryny o odcieniu marchewki – w dzieciństwie byłam bardzo wyśmiewana, wytykana palcami przez inne dzieciaki. „Hej, patrzcie! Dziwadło nadchodzi!”. ” Piegowata!” , „Marchewka!”, „Ryża!”. Te przezwiska pamiętam do tej pory, podobnie, jak ściąganie gumek z moich pięknie i starannie zaplecionych warkoczy. Ciągle ganiałam moich prześladowców po szkolnym boisku, a w szkolnej WC zalewałam się łzami. „Co ja im zrobiłam? Czy to moja wina, że jestem ruda?! Nie! Taka się urodziłam i już! Nie znoszę piegów, ani mojej czupryny”. Zawsze z zazdrością spoglądałam na moje rówieśnice z blond włosami. Było w nich coś urzekającego, magicznego. Podobały mi się zwłaszcza odcienie miodu, taki ciepły blond. Tak jak Ania Shirley,  nie znosiłam siebie, byłam wrażliwa i miałam odnośnie swojego wyglądu całą masę kompleksów. Ciężko mi było się pogodzić z własnym wyglądem, polubić go, znaleźć w nim coś pozytywnego. W końcu stwierdziłam, że choć docinki ludzi mnie bolą, będę udawać, że nie widzę , nie słyszę i nic mnie nie obchodzi , jak mnie widzą i co o mnie myślą inni. Nie dam im tej satysfakcji! Będę niewzruszona niczym skała. Kiedyś im się to znudzi. Poświęciłam się więc całkowicie nauce i mojej pasji, czyli śpiewaniu. Czas  mijał szybko. Pewnego razu wpadła do nas rodzinka na tydzień wakacji. Z racji dzielącej nas odległości nie mieliśmy ze sobą zbyt częstego kontaktu. Jednak czas ich odwiedzin okazał się być przełomowy. Cała rodzina stwierdziła bowiem, że się zmieniłam. Nie tylko wyrosłam na całkiem zgrabną pannę, ale ściemniały mi włosy! Aż trudno uwierzyć, ale marchew ustąpiła miejsca pięknej barwie jasnego kasztanu, który w słońcu mieni się pięknymi refleksami. Przyjrzawszy się dokładnie z każdej strony – stwierdziłam: „hmm… rzeczywiście, są trochę ciemniejsze… Cóż. To już coś. Ale pozostaje jeszcze problem piegów. Nie znoszę ich…Może warto by kogoś zapytać, czy można je jakoś usunąć? „…Poszłam z tym do babci. Doradziła mi jakiś krem, albo maseczki z pokrojonej cytryny lub ogórka. Nie podziałało. Zatem nie pozostało mi nic innego, jak je polubić. To trochę potrwało. W międzyczasie zaczęły mi wpadać w ręce różne artykuły na temat kobiecej urody. Stopniowo docierało do mnie, że wokół koloru czupryny krąży wiele mitów i stereotypów, które często bywają krzywdzące. Wszyscy je znamy: Blondynki są głupie, ale bogate (ja bym też wrzuciła do tego worka jeszcze jedno określenie: łatwo je zaciągnąć do łóżka). Brunetki mają większe poczucie humoru i rodzinny charakter, są rewelacyjne w łóżku. Aż iskrzy. A rude? od tych najlepiej trzymać się z dala: są wredne i lubią manipulować innymi ludźmi. Moim zdaniem – niewiele w tym prawdy. W każdej z tych grup znajdzie się i głupia i mądra. Wulkan seksu i bryła lodu. Rodzinna i outsajderka. Kobieta sukcesu i ta, której zwyczajnie nieco się poszczęściło. Łatwa i trudna do zdobycia. Sympatyczna i wredna s**a. Po co do tego mieszać Matkę Naturę?. Jednak kiedy zaobserwowałam, że blondynki mają duże wzięcie, a ja ciągle bez faceta, pomyślałam: „dlaczego nie…? W końcu to normalne, że kobieta od czasu do czasu eksperymentuje z wyglądem”. Za niecałą godzinę  moją naturalną czuprynę przełamałam w salonie fryzjerskim pasmami blond platyny. Włosy miałam długie. Efekt ? Powalający i to dosłownie. Wracam z nowym lookiem do domu. Mija mnie rowerzysta. Całkiem przystojny, młody…słowem: CIACHO. Tak się we mnie zapatrzył, że wjechał w latarnię. Musiało boleć. Kolejne moje doświadczenia z mężczyznami utwierdziły mnie jednak w przekonaniu, że ten blond, który mnie tak zawsze zachwycał, to straszna pomyłka. Owszem, propozycje randek się sypały, jednak każda kończyła się tą samą smutną refleksją. Facet myślał stereotypowo: blondynka, czyli łatwy podryw, zero inteligencji i charakteru. Kobieta atrakcyjna, łatwa do zmanipulowania. Dobra zabawa, niezły seks. Niestety, ale nie ze mną te numery. Jestem blondynką, ale farbowaną. Kolejna próba: zmiana koloru na ciemny brąz i skrócenie włosów. Niestety, w salonie fryzjerskim był wtedy istny sajgon. Kobieta o mnie zapomniała, farba trzymana była za długo, więc kolor z ciepłego brązu zrobił się nieomal czarny. Jak spojrzałam w lustro, zbierało mi się na płacz. Pomyślałam jednak: kiedyś zejdzie. Wiecznie czarne nie będą. Więcej brunetką być nie zamierzam. To mnie postarzyło o co najmniej kilka lat. Za jakiś czas myślę sobie (o dziwo!):   to może rudy?!  Kto wie? może jeśli dobiorę odpowiedni makijaż i nie przesadzę z kolorem, będzie efekt WOW?.. Zaryzykowałam. Było wielkie WOW. Nie poznałam siebie w lustrze. Po raz pierwszy poczułam się kobieco, seksownie i…pięknie! To była wspaniała metamorfoza. Piękny czas. Kiedy kolor prawie całkiem zszedł, poznałam JEGO. I nie wiedzieć czemu – jak sam to wspominał  - kiedy tylko spojrzał po raz pierwszy w moje piwne oczy i  na rudawą czuprynę – przepadł z kretesem. Totalnie stracił dla mnie głowę. Moją burzę rozwianych włosów widział na kilometr. Uwielbiał liczyć moje piegi. Baa, nawet je pokochał.! Urzekłam go właśnie tym, co kiedyś tak trudno było mi zaakceptować!. Tak doszłam do wniosku: każda potwora znajdzie swojego amatora. Zaczęły znikać moje kompleksy. Potrzeba eksperymentowania ze zmianą koloru zniknęła, jak tylko dowiedziałam się, że rudy to kolor spotykany bardzo rzadko – według  statystyk rude włosy ma tylko 1,2 proc. populacji!. Jakaż byłam zdziwiona, kiedy nowo poznane dziewczyny (w czasach studenckich i później) – zaczęły mnie pytać: ” jakiej używasz farby?. Chciałabym zrobić sobie właśnie taki kolor. Kilka razy nawet próbowałam, ale mi nie wyszło!”. Ja jej na to: „Rudy to nie kolor, ale charakter”. Reasumując: nie było mi lekko w życiu, jak zapewne innym rudzielcom. Ale dzisiaj jestem szczęśliwą rudą kobietą , która dzięki tym wszystkim doświadczeniom i eksperymentowaniu z czupryną zrozumiała, że kobieta jest najpiękniejsza wtedy, gdy jest SOBĄ! :)

KOBIETA VS KOBIETA. Czy damska przyjaźń jest możliwa?

 

Kika wieści z placu boju. Póki co, rekonwalescencja przebiega pomyślnie. Z dnia na dzień czuję się coraz lepiej. Ciągle jestem nieco unieruchomiona, na lekach, ale poruszam się coraz swobodniej, pewniej. Stosuję się do zaleceń, ćwiczę 3x dziennie ( dali mi zestaw ćwiczeń, które mam wykonywać w łóżku). Wstaję jedynie wtedy, kiedy jest to konieczne. Dni mijają szybko. Niektóre czynności sprawiają mi jeszcze trochę trudu, ale mogę liczyć na pomoc bliskich mi osób. Uczę się cierpliwości i pokory. Jestem świadoma, że to, ile potrwa mój powrót do formy , zależy tak naprawdę  tylko ode mnie. Każde trudne doświadczenie życia – to świetna okazja, by przekonać się, komu naprawdę na nas zależy. Nie bez powodu mówi się, że prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie. Tak naprawdę jest. Jakiś czas temu wpadło mi też w ucho inna sentencja o przyjaźni.: Kiedy się tobie powodzi, twój przyjaciel wie, kim jesteś. Kiedy ci się nie wiedzie – wtedy ty wiesz, kim jest twój przyjaciel. Na ile ta relacja jest autentyczna, silna, dojrzała. I kiedy tak lustruję moich znajomych, dochodzę do wniosku, że nie mam prawdziwych przyjaciół. Przykre prawda?. O moim stanie , czekającej mnie operacji – wiedziało wielu. Jednak jedynie kilka osób zapytało : jak się czujesz? potrzeba ci czegoś ? może cię odwiedzić?. Odwiedziły mnie jak dotąd 4 osoby (w tym trzech mężczyzn) :). Cóż…może kobiety z mojego otoczenia widzą we mnie rywalkę:? :) A może to ja nie wiem, na czym tak naprawdę polega przyjaźń? Może noszę w sobie  jej wyidealizowany obraz? Może problem tkwi we mnie?. Moja pierwsza przyjaciółka Ania, z którą dzieliłam ławkę w szkole podstawowej – była przy mnie do czasu, gdy do naszej klasy dołączyła ta „nowa”, Edyta. Wystarczyła jedna wspólna rozmowa , by Ania przesiadła się do niej a o mnie totalnie zapomniała. W liceum rzecz miała się nieco inaczej. Gabi była przeniesiona. Dotarła do nas w drugim semestrze, a że tylko obok mnie miejsce było wolne – nie miała wyjścia. Jednak złapałyśmy dobry kontakt. Szybko stałyśmy się nierozłączne. Wspólne gadki -szmatki, imprezy, pierwsze podrywy, faceci…Gaba gadała o nich  na okrągło. Słuchałam, choć bez ekscytacji. Mimo to, zawsze ktoś się koło mnie kręcił. Na jej pytanie „jak ty to robisz?” niezmiennie odpowiadałam: „ale co?” , by uciąć temat. Zaczęły się pierwsze rozczarowania. Gaba przychodziła do mnie, by wyrzucić swoje frustracje, wypłakać. Ja byłam, słuchałam. Starałam się pocieszyć, dać radę. Ja w tym czasie spotkałam na mieście jej eksa, który zaprosił mnie na kawę i pooglądanie zdjęć z wakacji. W międzyczasie powiedział, że mu się podobam, odkąd mnie poznał. Schlebiało mi to, ale że w przyjaźniach jestem lojalna – Gabi się o tym ode mnie dowiedziała. Rozpętałam burze, ale chciałam mieć czyste sumienie. Gaba doceniła lojalność. Z czasem mogłam się przekonać, jak to wygląda z drugiej strony. W końcu u mnie sprawy się mocno skomplikowały. Przez faceta, rzecz jasna. I właśnie wtedy, gdy jej najbardziej potrzebowałam, Gabi zapadała się jakby pod ziemię. Nie miałam się komu wygadać, nie było ramienia, na którym mogłabym się wypłakać…Znajomość się urwała. Po kilku latach poznałam Agnes, na kursie językowym. Złapałyśmy kontakt natychmiast, od pierwszego spojrzenia, pierwszego zdania. Szyb ko luźna szkolna znajomość zamieniła się w przyjaźń. Spędzałyśmy razem masę czasu. Było pięknie. Zbyt pięknie. Miałyśmy podobną wrażliwość, podobne spojrzenie na świat. Jednak ja przy niej czułam się bez wartości (sama nie wiem czemu), taka bezbarwna, przeciętna, mało kobieca. Babskie kompleksy.. Ona z kolei zazdrościła mi zainteresowania mężczyzn, choć nie było czego. W końcu każda znajomość z facetem szybko się urywała. Ta relacja okazała się być jedną wielką maskaradą. Z jednej strony „jak dobrze że, jesteś”, „jesteś taka super” itd. Z drugiej zawiść i obłuda na potęgę. Bywało różnie, jak to w życiu. Ale zawsze walczyłam, by się poukładało, by ta relacja przetrwała. Rozpadła się  po 10 -11 latach. Po prostu przestałam dla niej istnieć. Spotykam ją czasem na mieście. Jeszcze nigdy nie powiedziała mi zwykłego „cześć”. Jestem OBCA. Pozazdrościć, że udało jej się zresetować wspomnienia z tych 11 lat. Mi się to nie udało. Jestem bowiem na tyle dziwną osobą, która nosi tą przyjaźń i życzliwość w sercu, nawet wtedy, gdy ta osoba dawno mnie ze swojego życia wymazała. Ta znajomość nauczyła mnie chyba najwięcej w życiu.  Przede wszystkim tego, by unikać wazeliny tylko po to, by podbudować  czyjeś ego. Mówić otwarcie. Być odważnym, lojalnym, absolutnie szczerym. Wiele niedomówień, nieporozumień czy poważniejszych kłótni można by było uniknąć, gdyby człowiek chciał zawczasu szczerze porozmawiać z tą drugą osobą. Moim zdaniem to nie konflikty czy odległość najbardziej dzielą ludzi, ale brak czasu, egoizm i obojętność. Życie nauczyło mnie także, że nic nie trwa wiecznie, nawet najpiękniejsza, długoletnia przyjaźń – kiedyś się skończy. A czym dla mnie jest przyjaźń? to wielki i coraz rzadziej spotykany dar. Prawdziwe szczęście. Przyjaciel  to ktoś, kto nadaje na tej samej fali, pomimo różnic – akceptuje cię jakim jesteś, rozumie bez słów. To taka osoba, do której możesz zadzwonić w środku nocy załamany, zrozpaczony, a on cię wysłucha i w miarę możliwości pomoże. Cieszy się razem z tobą, podnosi na duchu. Pomaga ci wstać, kiedy ty sam już nie masz sił. Obroni twoje dobre imię, nie pozwoli, by ktoś cię skrzywdził, wykorzystał, zranił. Kiedy widzi, że zdradza cię twój ukochany- odważy się powiedzieć ci prawdę, choć dobrze wie, że możesz nie uwierzyć. Prawdziwy przyjaciel przebaczy ci twój błąd czy słabość, doceni dobro, które wnosisz w jego życie. To tak w skrócie. Coraz mniej wierzę w prawdziwą przyjaźń między kobietami. Prędzej czy później dochodzi do konfrontacji….A jakie Wy macie doświadczenia w przyjaźniach?

PS. Za ewentualne błędy przepraszam – mój laptop jest złośliwy i czasem za dużo literek kasuje. :)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Iskierka – czyli chcę być mamą.

 

 

 

Do napisania tego posta skłoniła mnie sytuacja, która naprawdę wywołała u mnie spore emocje. Przede wszystkim żal, smutek, współczucie, ból…i oczywiście bunt.
Wczoraj napisała do mnie po dość długiej przerwie Duśka, koleżanka z czasów licealnych. To były piękne, szalone czasy. Byłyśmy wtedy jak papużki nierozłączki, zawsze razem. Po maturze nasze drogi chciał nie chciał w sposób naturalny rozeszły się. Studia, praca, facet, rodzina, przeprowadzka…Samo życie. Jednak odnalazłyśmy się po latach na FB , dzięki czemu kontakt się odnowił. Okazało się, że Dusia ułożyła sobie życie. Ma fajną pracę , dobrze płatną, wyszła za mąż za dobrego faceta. Dogadują się. Od kilku lat starają się o dziecko. A tu kolejne, już czwarte poronienie…Kolejna iskierka nadziei zgasła.. Jeśli którakolwiek z Was, czytelniczek – doświadczyła tego w swoim życiu, nie muszę mówić nic więcej. Ogromne poczucie straty, ból, rozpacz , mega dół, pustka… Pytanie które wciąż się przewija w naszych myślach i niezmiennie pozostaje bez odpowiedzi: DLACZEGO????

Sama zadaję sobie to pytanie. Tym bardziej że znam Duśkę i wiem, ile w jej sercu miłości, ciepła, dobroci. Jej marzeniem była rodzina (co najmniej 2+ 2, gdyż sama jest jedynaczką). Tyle par (przepraszam za określenie) płodzi dzieci niczym króliki, bo jest 500+ i rodzenie się opłaca…Brzmi to niewiarygodnie, wręcz strasznie. Ale ostatnio wpadł mi w ręce artykuł o pewnej parze, która spłodziła dziecko tylko i wyłącznie dla kasy. A kiedy już przyszło na świat, matka (o ile taką kobietę można tak określić) oddała to dziecko na wychowanie dziadkom, gdyż w domu miała jeszcze czwórkę i jak twierdzi – już nie radziła sobie z malcem. Dziecko było w stanie opłakanym, poważnie chorowało. Matka miesiącami go nie odwiedzała. Dziadkowie dali temu dziecku miłość i opiekę której potrzebowało. Ale nim to się stało musieli się bić o to dziecko z matką w sądzie…Na szczęście – wygrali…Jednak happy end nie często się zdarza… Ile razy słyszy się w mediach, że znowu wyrzucono jakieś niemowlę na śmietnik, albo skatowano, bo płakało i przerywało alkoholową libację…tymczasem ludzie którzy są dojrzali, odpowiedzialni i pełni miłości, pomimo starań albo nie mogą zostać rodzicami, albo – jak Duśka – to dziecko tracą na skutek poronienia. Dla mnie jest to straszny dramat i ogromna niesprawiedliwość…

Żadne słowo nie jest w stanie choć trochę pocieszyć kobiety przeżywającej utraty dziecka. Ale życie toczy się dalej… trzeba nauczyć się z tym żyć…łatwo się mówi, trudniej wykonać.. Długo gadałam z Duśką (a raczej pozwoliłam jej się wypłakać i wyrzucić z siebie wszystko). Rozważałyśmy co dalej. Czy złożyć broń i pogodzić się z tym , że marzenie posiadania potomstwa pozostanie niespełnione, czy może rozważyć adopcję, in vitro?.. Za in vitro raczej nie jestem (mam swoje argumenty i nic mnie w tej kwestii nie przekona), ale adopcja jak najbardziej. Jak wygląda cała ta procedura, jak długo trwa – tego nie wiem. Ale z pewnością jest wiele dzieci, które są porzucone, nieszczęśliwe, niekochane, którym można stworzyć dom pełen ciepła i miłości..w końcu każdy pragnie być kochanym…Mimo, iż na razie nic na to nie wskazuje , mam nadzieję, że ta resztka nadziei , którą Dusia jeszcze ma, nie zgaśnie i wbrew wszelkim przeciwnościom spełni się jej marzenie o byciu mamą…