Efekt Wertera, czyli kilka myśli o samobójstwie

samobojstwo

 

Co jakiś czas można w mediach usłyszeć, że ktoś targnął się na swoje życie. Samobójstwo – bo o tym będzie mowa – jest ogromną tragedią człowieka. Na dźwięk słowa „samobójstwo” zawsze zadaje sobie w duchu retoryczne pytanie: cóż takiego musiało się stać, że ktoś postanawia zadać gwałt swojemu życiu?  To trudne pytanie prawie zawsze pozostaje bez odpowiedzi. Jest to zjawisko wstrząsające i niestety częste. To nieraz podwójny dramat : tego, który odszedł, oraz tych, których pozostawił. Pewnie powiecie: a co tu roztrząsać , pytać dlaczego? Po prostu człowiek był słaby, nie potrafił sprostać problemom, jakie nieraz stawia przed nami życie. Łatwiej było się powiesić, niż wziąć odpowiedzialność za siebie i własne życie. Ma to, na co sam zapracował. Ot co!… Wydaje mi się, że jesteśmy w błędzie. Bardzo często mamy mylne wyobrażenie odnośnie samobójstwa. Zatrzymujemy się na powierzchni, nie wnikając w głąb. Widzimy człowieka, który wybrał śmierć, ale nie znamy jego historii. Nie wiemy jaki dramat przeżywał, jaką walkę toczył w samotności i ukryciu. Nie przyznam się przecież do tego, że cierpię na depresję, od wielu miesięcy robiąc przed światem dobrą minę do złej gry.Muszę uporać się z tym sam/a.(….).

Możemy mówić i myśleć co chcemy, ale ludzie mający  różnego rodzaju zaburzenia psychiczne, są często stygmatyzowani w społeczeństwie. Nawet, jeśli cierpiąca osoba zwróci się po pomoc do terapeuty, nic to nie zmieni. Co bowiem wniesie pseudonaukowy banał pt. „jutro też jest dzień, wszystko będzie dobrze” w życie człowieka który stracił pracę oraz żonę i dzieci w wypadku samochodowym?. (…) Bardzo często jesteśmy zaszokowani tym, że pan Iksiński -powszechnie lubiany, mający dobrą pracę – popełnił samobójstwo. Tymczasem bardzo często osoba cierpiąca na depresję – mniej lub bardziej dyskretnie przesyła otoczeniu znaki, będące cichą prośbą: „nie daję już rady, pomóż mi”. Powinno nas na przykład zaciekawić, dlaczego zawsze towarzyska, otwarta na innych osoba – staje się nagle wycofana: ogranicza relacje z innymi, a nawet całkowicie z tych relacji rezygnuje, izoluje się. Wpada w huśtawkę zmiennych nastrojów czy niekontrolowany gniew. Postępuje lekkomyślnie, pakuje się w ryzykowne sytuacje. Zaczyna sięgać po używki lub ich nadużywać. Myśli o sobie negatywnie, nie dostrzegając swoich osiągnięć. Często prowadzi „filozoficzne” rozważania na temat śmierci. Słucha „mrocznej” muzyki… To tylko kilka sygnałów wysyłanych przez osoby cierpiące na poważną depresję. Samobójstwo to już efekt końcowy cierpień człowieka, który uznał, że jedynie śmierć może te cierpienia ukrócić.  Jeśli samobójstwo cechuje ludzi tchórzliwych, słabych i egoistycznych, to żeby je popełnić trzeba być cholernie odważnym tchórzem.

 

samobjstwo-7-638

Powodów, dla których ludzie targają się na swoje życie jest naprawdę wiele. W obliczu skali tego zjawiska, alarmujących statystyk, narzuca się pytanie: czy można coś zrobić? Myślę, że tak. Być może często nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale bardzo wiele może zdziałać zwyczajna ludzka empatia: wysłuchanie drugiego człowieka , wejście w jego sytuację. Bez pouczania, prawienia kazań czy krytyki, która jeszcze bardziej cierpiącego człowieka zamyka w swoim cierpieniu i izoluje od świata zewnętrznego. Depresja to choroba duszy. Z własnego doświadczenia mogę powiedzieć, że obecność drugiego człowieka w sytuacji kryzysu (nawet, jeśli ta druga osoba nie potrafi mnie do końca zrozumieć) daje naprawdę wiele. W głowie potencjalnego samobójcy toczy się bowiem potężna walka: z jednej strony – człowiek chce popełnić samobójstwo,  z drugiej – ma ogromną wolę życia. Paradoksalnie popełnić samobójstwo jest więc naprawdę trudno. Wsparcie otoczenia, dostrzeżenie problemu – może pomóc zdesperowanemu człowiekowi rozważającemu samobójstwo wybrać życie. Bardzo dobrym rozwiązaniem była by wielka akcja edukacyjna w szkołach (także dla nauczycieli, pedagogów, rodziców), częste  kampanie społeczne poruszające ten problem, panele dyskusyjne itp., bowiem samobójstwa często popełnia także młodzież i dzieci. Potrzeba nam odczarować ten temat, wokół którego wyrosło wiele mitów i błędnych przekonań. Samobójstwo to nie problem jednostki będącej najsłabszym ogniwem. To problem społeczny , cywilizacyjny. Nie dotyczy tylko ludzi biednych, mało wykształconych, czy nieporadnych życiowo. Samobójstwa popełniają także ludzie sukcesu: medialni, sławni i bogaci, którym – wydawać by się mogło – niczego do szczęścia nie brakowało. I wreszcie po trzecie: kwestia psychoterapii, która wciąż dla wielu ludzi jest tematem wstydliwym. W tym temacie swoją inicjatywę i ogromne zaangażowanie powinien wykazać także rząd, ale na to raczej nie ma co liczyć. W końcu najważniejsze dla naszego rządu jest postawienie kolejnych pomników, zmiana nazw ulic, wręczenie kolejnych orderów, czy świętowanie kolejnych smoleńskich miesięcznic. Tragedie zwykłych ludzi nie mają większego znaczenia… Przykre(…).

 

 

 

 

 

Z Monaru do Iron Man-a, czyli krótka recenzja filmu „Najlepszy”

7802674.3

 

Dziś w ramach postu pragnę podzielić się z Wami moją opinią odnośnie filmu pt. „Najlepszy”, który aktualnie leci w  kinach. Jest to oparta na faktach (*1)  historia młodego człowieka, Jerzego , który z narkomana i złodzieja staje się człowiekiem sukcesu - mistrzem świata w podwójnym Ironmanie. (*2 ).  Dodam jedynie, że za sportem jako takim nie przepadam, a jednak film zrobił na mnie naprawdę mocne wrażenie. Już sam początek wbija w fotel, wprowadzając nas w brutalną rzeczywistość człowieka, którego światem są: narkotyki, przemoc fizyczna i psychiczna, agresja, chore relacje międzyludzkie, strach, poniżenie, pragnienie miłości, akceptacji, szacunku. Widzimy wraka człowieka, chodzącego trupa, będącego w nieustannym transie, dającego sobie w żyłę, który szczęśliwie wymyka się śmierci. Co jakiś czas trafia do szpitala lub na komisariat. W mojej głowie rodzi się współczucie oraz pytanie: dlaczego? coś ty zrobił ze swoim życiem człowieku? Klatka po klatce znajduję odpowiedzi na te pytania i jestem do głębi poruszona. W pewnym momencie całej tej historii Jerzy przeżywa ogromny wstrząs. Wskutek przedawkowania umiera jego dobry kumpel. Dziewczyna z którą chodził , zachodzi z nim w ciążę. To – jak mi się wydaje – okazuje się być przełomowym wydarzeniem, które nada sens jego życiu. Jerzy w końcu idzie na detoks. Chce być czysty. Pragnie być godnym i dobrym ojcem dla swojego dziecka. Z jednego więzienia jakim są narkotyki, trafia do miejsca o wiele gorszego, jakim jest MONAR. Tam chłopak przekonuje się na własnej skórze o brutalnych i rewolucyjnych, jak na tamte czasy, metodach leczenia narkomanów. Odbiera prawdziwą lekcję pokory, poznaje siebie, zaczyna naprawdę rozumieć, czym jest narkomania i jak trudno z niej wyjść. I to właśnie w Monarze zaczyna się jego wielka droga do prawdziwego sukcesu. A to wszystko za sprawą biegania. To właśnie ono dało mu siłę by zawalczyć o siebie, by się nie ugiąć, nie rezygnować. Podnieść  z tego całego bagna, w jakim dotąd żył. Z czasem do biegania dochodzą pływanie oraz kolarstwo. Z biegacza Jerzy przeobraża się więc w thriatlonistę. Film pięknie oddaje słowa:  słabość może stać się naszą siłą. Tak było w  przypadku naszego bohatera. Sport nadał sens jego życiu:  pomógł mu pokonać swoje uzależnienie,  wygrać życie. Krótko mówiąc: GORĄCO POLECAM! :)

 

*1),
http://www.przegladsportowy.pl/magazyn-przegladu-sportowego,jerzy-gorski-cale-zycie-w-transie-triathlon-stal-sie-narkotykiem-reportaz-,artykul,826031,1,13283.html

http://www.polskatimes.pl/artykul/51262,jerzy-gorski-jest-najlepszy-z-piekla-na-sam-szczyt,id,t.html
*2 ) Double Ironman to 7,6 km pływania, 360 km roweru i 84,4 km biegu!

Małżeństwo Spółka z o.o.

wedding-322034_960_720

 

„Niedojrzała miłość mówi: ‚Kocham cię, ponieważ cię potrzebuję”
Dojrzała miłość mówi: ‚Potrzebuję cię, ponieważ cię kocham.” (E. Fromm)

 

Tak, dziś postanowiłam zostawić Wam u siebie post specjalny, wyjątkowy, piękny i niezwykle trudny do wyrażenia. Będzie co nieco o miłości. Jej blaskach i cieniach. Jej wyjątkowości.

 

Miłość jest jak powietrze, bez którego nie możemy oddychać. 

Miłość jest jak piękny motyl, którego próbujemy złapać.

Miłość jest jak glina w ręku garncarza: wymaga nieustannego formowania, pracy, czasu ,wysiłku, kreatywności. 

Miłość jest niczym kwiat – nie podlewany, prędko usycha, więdnie.

Miłość uskrzydla, unosi nas wysoko, daje nam radość, siłę, poczucie sensu i spełnienia.(…)

Miłość to wierność wyborowi, to chęć dawania siebie tej drugiej osobie. Bezinteresownie. 

 

I można by tak naprawdę długo  miłością się zachwycać, mówić o niej. Lecz niestety, choć miłość jest dla wielu źródłem inspiracji (choćby w utworach muzycznych czy programach telewizyjnych różnego rodzaju) – miłość jest przez człowieka często nierozumiana i niechciana. Jak sugeruje sam tytuł posta – będzie o małżeństwie. Zawsze marzyłam o tym jedynym, księciu na białym koniu, białej sukni z welonem i wspólnym życiu na dobre i na złe. Podczas gdy ludzie wokół mnie dobierali się w pary i zawierali związek małżeński, ja nadal byłam sama. Księcia nie było. Jednak dzisiaj, po wielu latach , patrzę na ślub w zupełnie inny sposób. Czym więc dla mnie jest małżeństwo? Jest niezwykłą, intensywną, trwałą relacją dwojga dojrzałych emocjonalnie, świadomych ludzi, którzy decydują się żyć razem do końca życia. Ślub cywilny, jak i kościelny, jest dla nich wydarzeniem, które tę ich miłość przypieczętowuje, dodaje powagi. To także okazja, by podzielić się z innymi swoim szczęściem. Ale związek małżeński to coś o wiele głębszego, niż tylko złożenie podpisu w USC, zawarcie umowy z przyszłą żoną/ przyszłym mężem. To coś więcej niż spółka partnerska. To przede wszystkim Sakrament, przymierze między ochrzczonymi, mężczyzną i kobietą, którzy tworzą ze sobą wspólnotę życia i miłości, skierowaną na dobro małżonków oraz zrodzenie i wychowanie potomstwa (KPK, kan. 1055). W biblii można znaleźć wiele ważnych i pięknych słów, które odnoszą się do tematu małżeństwa, jego istoty i głębi. Ale nie będę ich póki co przytaczać  :)

Zawsze jestem głęboko poruszona, gdy wracam do słów PŚ traktujących o małżeństwie. Jednak dzisiaj z przykrością muszę stwierdzić, że małżeństwo przechodzi bardzo poważny kryzys. Także w Polsce. Widzę ten kryzys coraz częściej wokół siebie. Liczba zawieranych związków małżeńskich spada, wzrasta natomiast liczba rozwodów oraz spraw o unieważnienie małżeństwa. Odkąd papież Franciszek uprościł procedury związane ze stwierdzeniem nieważności małżeństwa, coraz więcej Polaków-katolików interesuje się możliwością uzyskania „rozwodu kościelnego”. Mam nawet dwoje przyjaciół , których małżeństwo zostało niedawno unieważnione. Ale czy tak naprawdę wiemy, jak rozumieć owo unieważnienie małżeństwa? Trzeba powiedzieć sobie jasno:  w Kościele katolickim nie funkcjonuje tego rodzaju rzeczywistość, jak unieważnienie ważnie zawartego związku małżeńskiego. Istnieje natomiast coś innego: ustalenie i stwierdzenie, że dane małżeństwo było zawarte nieważnie i dlatego zachodzi okoliczność orzeczenia, że jest ono nieważne od samego początku swojego istnienia. A to już różnica.  Małżeństwo jest święte i w oczach Boga – nierozerwalne. Nie będę Was zasypywać prawem kanonicznym, które określa, jakie muszą zajść przesłanki i okoliczności, by zawarte małżeństwo unieważnić. Mogę natomiast podać źródło (dla ciekawych):

http://www.kosciol.pl/article.php?story=20040505202622667

Pomijając kwestie prawa kanonicznego : czasem zwyczajnie zastanawiam się, dlaczego coraz więcej ludzi rozwodzi się czy składa wnioski o unieważnienie małżeństwa. Czy byli nieodpowiednio przygotowani do niego, mieli o nim wyidealizowany obraz? A może niedostatecznie się poznali? Zaślepieni gorącym uczuciem, które wybuchło w ich sercach jak gejzer – przejrzeli dopiero po jego szybkim zawarciu? Wątpię bowiem w to, by ktoś przykładał człowiekowi lufę do głowy i mówił : „jak jej nie poślubisz to…”. Nie wiem…być może się mylę…jednak wydaje mi się, że wiele ludzi po prostu nie dorosło do małżeństwa. Źle rozeznało swoją życiową drogę. Bardzo często ludzie oddalają się od siebie, bo pośród codziennej krzątaniny zapominają o drobiazgach. Okazywaniu sobie czułości. Przestają o siebie dbać, okazywać sobie uczucia. Traktują siebie jak swoją własność . Tymczasem o to, by było nam dobrze w relacjach z innymi , po prostu trzeba się starać. A to już wymaga zaangażowania i wysiłku z naszej strony. Tymczasem człowiekowi się zwyczajnie nie chce więc idzie po najmniejszej linii oporu. I tym sposobem małżeństwo będące w swej istocie świętym Sakramentem, coraz częściej degraduje się do Spółki z ograniczoną odpowiedzialnością – umowy dwojga ludzi, od której w każdej chwili można odstąpić.(…).

 

 

 

 

 

Cuda, cuda, dla nas niepojęte!

78-cuda-jezusa-3-638

Do dzisiejszej notki zainspirowało mnie kilka wypowiedzi pod notką na jednym z zaprzyjaźnionych blogów , a konkretnie:

http://szczur-z-loch-ness.blog.onet.pl .

Jak sugeruje tytuł posta – będzie o CUDACH. W sumie już jakiś czas temu nosiłam się z zamiarem, by coś na ten temat naskrobać, jednak wstrzymywałam się. Dogodny moment nadszedł dzisiaj. Ufam, że bez względu na nasze podejście do wiary, temat zainteresuje każdego. Czytając biblię, natkniemy się na wiele cudów, które uczynił Jezus: pierwsze rozmnożenie chleba, obfity połów ryb, uzdrowienie paralityka, wskrzeszenie Łazarza,  przemiana wody w wino na weselu w Kanie Galilejskiej, czy wypędzenie z człowieka ducha nieczystego, któremu na imię Legion. To tylko kilka z bardzo wielu cudów Jezusa. :)

 

Czym właściwie jest CUD? 

” Cud definiowany jest przez Kościół katolicki jako zjawisko, wydarzenie, którego nie można wytłumaczyć za pomocą racjonalnych argumentów. Są to niewyjaśnione i niezbadane zjawiska, nie do pojęcia dla rozumu ludzkiego. Oznacza wydarzenie nieprawdopodobne, wywołane z intencji Boga i zakładające Jego zaangażowanie.”

 

Ludzie niewierzący bądź religijni sceptycy mogą pomyśleć sobie po lekturze biblii : ” całkiem dobra powieść science fiction. Ten, kto ją napisał  naprawdę ma wyobraźnię. „. Tymczasem także w obecnych czasach Cuda Jezusa nadal mają miejsce. Wierzę w to, kilka widziałam, kilka dane mi było przeżyć osobiście. Ale nie na swoim doświadczeniu będę się opierać, lecz na opiniach ludzi sceptycznych, którzy potrzebują żelaznych dowodów, by móc z niezachwianą pewnością przyznać: tak, to był prawdziwy cud”. Ten post adresowany jest do nich w pierwszej kolejności… A zatem pora na kilka przykładów (wybór spontaniczny) :

 

1. CAŁUN TURYŃSKI

 

calun-turynski-badania

 

Być może pamiętamy tę scenę, kiedy do niosącego krzyż Jezusa podchodzi pewna kobieta, która widząc ogrom Jego cierpienia i zakrwawione oblicze, bez względu żołnierzy i liczny tłum, postanawia podejść do Jezusa i otrzeć mu twarz swoją chustą. Piękny, odważny gest współczującej kobiety. Na owej chuście Jezus pozostawił kobiecie odbicie swojego oblicza.  Całun to jedna z najcenniejszych relikwii chrześcijańskich, która przyczyniła się  już do nawrócenia wielu sceptycznie nastawionych naukowców. Jego właściwości zbijają sen z powiek najbardziej zagorzałym ateistom. Pomimo wielu niezbitych dowodów potwierdzających autentyczność Całunu, nie brakuje ludzi, którzy wciąż próbują te argumenty podważyć. To temat rzeka, więc podam tylko kilka owoców dokładnej analizy Całunu i jego autentyczności.:

  • Prof. Pierre Barbet udowodnił, że płótno odzwierciedla wszelkie cechy anatomiczne i fizjologiczne umierającego człowieka, które nie były znane ludziom w minionych stuleciach. Ustalił on, jeszcze przed II wojną światową, że Jezus został ukrzyżowany przez przybicie gwoździami do belki nie dłoni, lecz nadgarstków. Potwierdzili to później inni lekarze, między innymi Pierluigi Baima Bollone, Lamberto Coppini, Frederick Zugibe. Rany po gwoździach na całunie widoczne są na nadgarstkach, a nie na dłoniach. Gdyby całun był średniowiecznym falsyfikatem – stwierdzili lekarze – to fałszerze musieliby umieścić rany od gwoździ na dłoniach, a nie na przegubach skazańca. Tak bowiem wyobrażano sobie wówczas ukrzyżowanie.
  • Pyłki roślin i ślady DNAW 1973 i 1978 Max Frei-Sulzer, szwajcarski biolog i kryminolog, badał Całun Turyński. Zdołał zidentyfikować 58 różnych gatunków roślin, których pyłki zostały na całunie. Spośród nich tylko 17 stanowiły rośliny rosnące w Europie, pozostałe 41 charakterystycznych było natomiast dla flory Azji i Afryki. Frei odkrył, że istnieje tylko jeden obszar geograficzny, w którym spotyka się aż 38 z tych 41 rodzajów pyłków: Judea.  Autentyczność Całunu Turyńskiego badał też Avinoam Danin. Potwierdził wnioski Maxa Freia, że całun prawdopodobnie musiał pochodzić z Judei. Odkrył też na nim pyłki endemiczne dla obszaru Ziemi Świętej: czystka kreteńskiego, parolistu krzaczastego (gatunek kapara) oraz Gundelia tournefortii (gatunek krzewu ciernistego). Wszystkie one kwitną na wiosnę i nie występują razem nigdzie poza Judeą.
  • Ślady aktu zgonu Jezusa. W 1979 zostały odkryte greckie i łacińskie litery w okolicach twarzy człowieka z Całunu. Zostały głębiej zbadane w 1997 przez André Marion, profesora Instytutu Optyki w Orsay. Dzięki analizie komputerowej zostały odkryte następujące napisy: INNECEM (od łac. „in necem ibis” - „na śmierć”)IHSOY (Jezus), NNAZAPE(N)NUS (Nazareńczyk), IC (Iesus Chrestus) i kilka innych. Dla mnie to naprawdę mocny argument. Bo jakże po tak długim czasie można odczytać napisy na płótnie? I dokonać tak rzetelnej analizy? I ostatni z dowodów na potrzeby posta
  • Krew Jezusa. Prof. Baima-Bollone z wydziału medycyny kryminalnej uniwersytetu w Turynie orzekł po analizie włókien Całunu, że zawierają ludzką krew z rzadkiej grupy AB.
  • Na ciele zmarłego widoczne są rany, jakie według opisów ewangelicznych zostały zadane Jezusowi w czasie Jego męki, ukrzyżowania oraz po śmierci, kiedy ciało było jeszcze przybite do krzyża. Ciało widoczne na Całunie Turyńskim zostało uwiecznione w stanie rigor mortis, a więc śmiertelnego skostnienia, kiedy mięśnie sztywnieją, utrzymując ciało w pozycji zajmowanej w momencie śmierci lub tuż po niej, w tym przypadku w pozycji ukrzyżowanego. Skrupulatne badania przeprowadzone przez lekarzy, fizyków i chemików dokumentują, że Całun ukazuje człowieka, który zmarł na krzyżu. Rigor mortis utrzymuje się zwykle 12-24 godziny od śmierci i zanika 36-40 godzin po niej. Wynika z tego, że wizerunek na Całunie powstał w 24-36 godzin po śmierci. Zgadza się to z relacją Ewangelii, które sprawozdają, że Jezus zmarł w piątek pod wieczór, a zmartwychwstał wczesnym rankiem w niedzielę.

 

2. Paralityczka wróciła do zdrowia w trakcie modlitwy

Pochodząca z Kanady Delia Knox, która 23 lata spędziła na wózku inwalidzkim, nagle zaczęła chodzić. W 1987 r. kobieta uczestniczyła w wypadku samochodowym, w wyniku którego straciła władzę w nogach. Ale w sierpniu 2010 r. roku, 46-latka przyszła na spotkanie modlitewne i podczas modlitwy stanęła na nogi. Co ciekawe, Knox nie wierzyła wcześniej w cuda.

 

3. FATIMA

1917 rok. Troje dzieci zauważyło nad polem – świetlistą kobiecą postać zawieszoną w powietrzu. Zjawa powiedziała im, że przybywa z nieba i że będzie się pojawiała trzynastego dnia każdego miesiąca. W październiku na miejscu cudu zjawiło się około 70 tysięcy osób. Wiele z nich potwierdziło potem, że widziało Objawienie na własne oczy. W 1951r. ekshumikowano ciało jednego z trójki dzieci, którym objawiła się w Fatimie Matka Boża. Ku zdumieniu osób obecnych przy ekshumacji, ciało było doskonale zachowane, zupełnie jakby została zabalsamowana. Zjawisko samoistnej mumifikacji zwłok, chociaż niezwykle rzadkie, zostało jednak naukowo potwierdzone.

 

4. Sokółka, Legnica  - czyli Cud Eucharystyczny (nie pierwszy i nie ostatni). Patrz: link poniżej. Słuchałam, przemyślałam. Cud i basta. :)

 

5. Dedykowane Seeker – powinno cię zaciekawić :)

 

Alexis_Carrel.363160656_std

Mężczyzna na zdjęciu to Dr Alexis Carrel, wybitny naukowiec, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie medycyny, nie wierzył w możliwość istnienia rzeczywistości ponad naturalnej i cudów dokonywanych przez Boga. Był agnostykiem. Wierzył natomiast w to, co pewne koła naukowe promowały, a mianowicie samowystarczalność natury i ślepy przypadek w powstaniu tego, co obserwujemy w przyrodzie. Bóg według tej teorii nie był potrzebny komukolwiek, do czegokolwiek. Często też słyszał on o rozgłaszanych objawieniach Maryjnych w Lourd i wielu cudownych, nagłych oraz niewytłumaczalnych uzdrowieniach z ciężkich i nieuleczalnych chorób, które miały tam miejsce za sprawą modlitwy do Boga i wody z cudownego źródełka. Carrel uważał zaś, że są to jakieś bzdury. Śmiał się z tego do czasu, kiedy do Lourdes przybył jako lekarz i naukowiec, aby raz na zawsze skompromitować, ośmieszyć i udowodnić tą całą nieprawdę. Jak można się domyśleć – nie udało mu się swego celu osiągnąć. Wszystko to za sprawą Marii Ferrand, młodej dziewczyny z zaawansowaną gruźlicą otrzewnej. Dziewczyna już od lat nie podnosiła się z łóżka, była żywym szkieletem i stan jej w momencie przybycia Doktora do Lourdes był agonalny. Medycyna była bezradna, zatem chora szukała wsparcia i ratunku u Boga i Maryi. Rezultat? Dziewczyna wyzdrowiała!. Carrel musiał skapitulować i uznać całe to zdarzenie za cud. Umierająca już Maria Ferrand, po wielu latach cierpień i ciężkiej wyniszczającej ją choroby doświadczyła nagłego i spontanicznego uzdrowienia pozbawiającego ją śladów tej wieloletniej choroby ze zmianami organicznymi i to nawet bez żadnego okresu rekonwalescencji!. Tego po prostu nie dało się wyjaśnić. Dzięki temu zajściu Dr Alexis Carrel się nawrócił, w końcu uwierzył…

 

6. XX w.- MARTA ROBIN 

KPJktkpTURBXy84MTc1MjFmNmExNGNmZmQ3ZDkxNzgzYzYzYTUzMGVkZi5qcGeSlQMAWs0CNs0BPpMFzQMUzQG8

 

Kobieta, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Francuska mistyczka i stygmatyczka. W 1918 roku, gdy miała 16 lat, zaczęła chorować, prawdopodobnie na wirusowe zapalenie mózgu, które w 1929 roku doprowadziło do całkowitego paraliżu. Od tej pory aż do śmierci w 1981 roku kobieta leżała w łóżku w swym domu. Paraliż objął także jej przełyk. Nie mogła jeść ani pić. Przez ponad pół wieku odżywiała się tylko komunią św. (podczas, gdy mój apetyt i poczucie smaków są jak na kobietę spore).

 

To tylko kilka przykładów…Takich cudów , niewytłumaczalnych zjawisk, uzdrowień – jest naprawdę wiele. Cuda duże i małe zdarzają się także w moim życiu. Według lekarzy – miałam być roślinką. Całkowicie pod aparaturą i nieustanną opieką. Miałam być jedynie ciężarem.  Niedorozwiniętą istotką, wybrykiem natury. Miałam nie chodzić, o funkcjonowaniu w społeczeństwie nie wspominając. Lekarze przekreślili więc moje życie na starcie. Wbrew ich prognozom- stało się inaczej. Chodzić nauczyłam się późno, jako czterolatka. Funkcjonuje nie najgorzej. Może niektórych rzeczy nie ogarniam, nie wszystko potrafię zrobić samodzielnie, ale myślę, czuję, rozumiem, jak umiem wyrażam siebie, a nawet bywam inspiracją i prawdziwą radością w życiu niektórych otaczających mnie osób. Miałam też w życiu kilka poważnych kryzysów, w tym dwa podejścia do samobójstwa. Z a pierwszym razem – przeszkodził mi telefon. Za drugim – wzięłam, zbyt  małą dawkę leków. Zostałam uratowana przed samą sobą. Trzeciego podejścia nie będzie. :). Takich „cudów” mniejszych bądź większych – doświadczyłam znacznie więcej. Podsumowując: Cuda naprawdę się zdarzają. Wystarczy tylko mieć nadzieję i otwarte oczy (…). A co do cudownego rozmnażania (nie tylko chlebów i ryb) : jak jesteś wdzięczny i hojny w dzieleniu się z innymi, zawsze ci będzie dobra przybywać. Taka jest właśnie Boża matematyka :).

Marihuana. Zalegalizować czy nie?

 

Marihuana. Słowo, które elektryzuje i nieustannie budzi wiele kontrowersji.Najbardziej znana i uproszczona definicja mówi, że są to wysuszone i czasem sfermentowane kwiatostany żeńskich roślin konopi, zawierające substancje psychoaktywne. W naszym kraju traktowana jest jako narkotyk miękki - jeden z najbardziej popularnych.  O tym , jak narkotyki działają na organizm człowieka , dość szybko dowiedziałam się z zagadkowej dla mnie książki pt.” My, DZIECI Z DWORCA ZOO” leżącej na półce u mojej babci. To jedna z tych książek, które nie tylko uważam za pozycję wartą przeczytania. To moim zdaniem – lektura obowiązkowa dla każdego (zwłaszcza dla młodzieży). Miałam naście lat, kiedy wzięłam ją z ciekawości do ręki. Okazała się niezwykle ciekawą, szokującą, opartą na faktach historią młodej dziewczyny Christiane, która pod wpływem chłopaka  w którym się zakochała – zaczyna palić, ćpać, wciągać, zdobywać kolejne działki za sex. Słowem – spada na dno. Po więcej – odsyłam tutaj:


http://wyborcza.pl/duzyformat/1,127290,15915874,Zycie_po_dworcu_Zoo__Jak_sie_ma_najslynniejsza_niemiecka.html

Marihuana to narkotyk. Zatem mówiąc krótko: Szkodzi. A tego, co szkodzi po prostu unikam. Tak właśnie postrzegałam „Marysię”. Wielkie było więc moje zdziwienie, kiedy padło po raz pierwszy na naszym polskim podwórku hasło: sadźmy, palmy, legalizujmy!. Myślę sobie: „ludziom padło na mózg. Chcą legalizować to świństwo wiedząc, jak to działa, jak łatwo się uzależnić… a może jednak nie wiedzą?”. Jakiś czas później w tvn 24 trafiam na konferencję prasową pewnego klubu. Przy głosie  - kobieta, matka dwójki dzieci chorujących na padaczkę . Opowiada, jak jeszcze do niedawna wyglądała codzienność jej chłopców. Bardzo częste i silne napady drgawkowe, które czasami kończą się utratą przytomności. Płacz, smutek, poczucie bezradności rodziców, leczenie nie odnoszące  najmniejszych rezultatów. Słowem – klęska. I nagle przychodzi ratunek. Okazuje się bowiem, że marihuana tak źle się kojarząca, wykazuje także właściwości lecznicze. Synom tej kobiety zaproponowano leczenie tzw. marihuaną medyczną. Kobieta wyraziła zgodę na taką formę terapii, dzięki czemu ich pociechy z upływem czasu – zamiast 100-200 napadów miesięcznie, mają góra 20-30 miesięcznie. Łagodniejszy jest także sam ich przebieg. Długo nie mogłam przyjąć tego do wiadomości, że to co zabija – może także leczyć. A jednak….

Poszperałam w Internetach. Lecznicze właściwości marihuany, znane były ludziom już w Starożytności. Pierwsze zapiski o jej pozytywnym wpływie na organizm pochodzą z około 1000 r. p.n.e.. W Egipcie rośliną leczono przewlekłe bóle, choroby oczu, a także hemoroidy. W Indiach służyła do uśmierzania różnych bólów, w tym kobiecych porodów. Konopie stosowano również w starożytnej Grecji i w krajach muzułmańskich. Istnieje  ponoć szereg badań, które pokazują, że stosowanie marihuany, może pomóc leczyć choroby cywilizacyjne, uśmierzać bóle, czy też inne objawy dysfunkcji organizmu.

Pora na kilka głosów samych pacjentów:

#Gabriella: „Zaszłam w ciążę dzięki globulkom z marihuany”

Gabriella jest naturoterapeutką. W wieku 23 lat zdiagnozowano u niej bardzo poważną chorobę, w wyniku której miała nigdy nie mieć dzieci. Tak przynajmniej twierdzili lekarze. Włoszka jednak nie poddała się i dzięki stosowanym dopochwowo globulkom z marihuany własnego pomysłu udało jej się nie tylko zwalczyć chorobę, ale także zajść w ciążę i urodzić dziecko. Swoim niezwykłym doświadczeniem i metodą dzieli się obecnie z kobietami na całym świecie.

# Mykayla - 7-latka, którą leczono marihuaną

U Mykayli Comstock, gdy miała 7 lat,  zdiagnozowano ostrą białaczkę limfoblastyczną. Chemioterapia nie pomagała i choroba postępowała. Zrozpaczeni rodzice zdecydowali się rozpocząć terapię w postaci tabletek wypełnionych olejkiem z konopi (podaje portal Onet pl). W amerykańskich mediach zrobił się szum. Krytykowano rodziców, którzy zdecydowali się leczyć 7-latkę w taki sposób (nic dziwnego: mnie także to wciąż szokuje). Efekt jest taki, że Mykayla  czuje się coraz lepiej. Wyniki krwi i badania wykazują, że liczba komórek białaczkowych zmniejszała się w trakcie trwania terapii.  30 lipca ubiegłego roku po raz ostatni znaleziono komórki białaczkowe w krwi dziewczynki. Obecnie 9- letnia dziewczynka czuje się dobrze. (…).

# Lynn Cameron ze Szkocji – rak mózgu

W 2013 roku u Lynn zdiagnozowano raka mózgu 4 stopnia. Nieuleczalnego. Wtedy rozpoczęto tradycyjną formę leczenia – chemioterapię i radioterapię. Żadna z tych metod nie przyniosła rezultatów, a lekarze dawali jej od 6 do 18 miesięcy życia. Zaczęła poszukiwać informacji na temat alterantywnych form leczenia, wyeliminowała z diety cukier i przetworzoną żywność. Następnie odkryła, że marihuana ma uzdrawiającą moc i przeczytała wiele historii dotyczących leczenia raka olejem RSO. Była do niego sceptycznie nastawiona, ponieważ jest on nielegalny. Nie miała jednak nic do stracenia i postanowiła ratować swoje życie kosztem więzienia. Lynn postanowiła, że rozpocznie kurację olejem RSO. Każde kolejne badanie przynosiło poprawę. Podczas szóstego rezonansu okazało się, że nowotwór zniknął!”

# Stephen:  Pokonałem depresję.

Stephen przez wiele lat cierpiał na depresję i nie potrafił odnaleźć się w społeczeństwie. Marihuana zmieniła jego życie o 180 stopni – teraz Stephen jest odnoszącym sukcesy mężczyzną, który aktywnie działa na rzecz legalizacji. Jego historia została opublikowana w książce ,,Cannabis saved my life: stories of hope and healing’’ napisanej przez Elisabeth Limbach.

# Robert Randall - pionier stosowania medycznej marihuany w USA. Chory na zaawansowaną jaskrę próbował różnych terapii, ale żadna nie przyniosła rezultatu. Lekarze stwierdzili, że ok. 30. roku życia bezpowrotnie straci wzrok. Randall zauważył, że stan jego oczu poprawia się po wypaleniu marihuany. Oskarżony o nielegalne jej uprawianie, na drodze sądowej wywalczył sobie prawo do zażywania lekarstwa. Zmarł w wieku 53 lat i do końca życia zachował sprawny wzrok.(…)

Niewiarygodne…Świadectwa tych ludzi, którzy wygrali walkę z chorobą, są naprawdę imponujące. Takich przykładów (także polskich) jest cała masa. Mimo to, wciąż jestem rozdarta między za i przeciw legalizacji. Owszem, dla wielu chorych to nowa nadzieja i nowa szansa na poprawę jakości życia a nawet odzyskanie zdrowia. Ale! Nie zapominajmy o drugiej stronie medalu. Jest to substancja narkotyczna i jak każdy narkotyk, może prowadzić do uzależnienia a co za tym idzie - do poważnego uszkodzenia układu nerwowego. Palenie marihuany może także prowadzić do depresji. Wg badań – młode osoby, które palą marihuanę – są w znacznym stopniu narażone są na próby samobójcze. W niektórych przypadkach mogą pojawić się zaburzenia psychotyczne, m.in. urojenia, prześladowania, omamy, depersonalizacja itp. W chwili, gdy osoba sięgająca po marihuanę, ma problemy o podłożu nerwicowym (np. lęki, natręctwa itp), objawy te mogą być silniejsze i utrzymywać się stale. Wówczas zostaje leczenie psychiatryczne i odwykowe. Marihuana nie jest zatem zupełnie bez powodu  środkiem niedozwolonym w Polsce. Faktem jest jednak , że brak jej legalizacji też na nic się tu zda. Tacy już jesteśmy, że zakazany owoc lepiej smakuje. Dla wielu osób, rzeczy niedozwolone są najbardziej atrakcyjne. Nawet, jeśli nie dojdzie do jej PEŁNEJ legalizacji,  ludzie i tak będą ją brać, zdobywać w nielegalny sposób. Legalizacja z kolei – odebrałaby Marihuanie atrakcyjność zakazanego owocu. Zyskałaby na tym sporo nasza gospodarka. Uniemożliwiono by biznes przemytnikom narkotyków, sprzedając towar po dużo niższych cenach niż na czarnym rynku. Bez względu na to, czy dziś jesteśmy za czy przeciw legalizacji, ten temat będzie co jakiś czas powracał do nas jak bumerang. Nie uciekniemy od dyskusji na temat marihuany. Ma ona grono wielu zwolenników. Miłośnicy konopi stworzyli wokół niej kult. Niektórzy polscy artyści, wybili się poprzez utwory, związane z legalizacją marihuany. Znane marki odzieżowe, wprowadziły motyw marihuany na swoich produktach. Wyprodukowano także sporą ilość gadżetów z motywem konopi. W mojej okolicy  istnieje nawet (legalnie – potwierdzone przez policję)  „KONOPNA FARMACJA”, pierwsza w Polsce! – patrz link poniżej:


http://www.fakt.pl/wydarzenia/polska/slask/w-katowicach-jest-konopna-apteka/dtttrk9

Fanów do zakupu powyższych rzeczy nie brakuje. Odnośnie gospodarki, mały przykład w ramach refleksji : Stan Kolorado od stycznia 2013r., prowadzi sprzedaż marihuany w celach rozrywkowych. Legalnie mogą ją kupić osoby powyżej 21 roku życia. Z wyliczeń „USA Today”, wynika że sprzedaż marihuany w celach rozrywkowych, w ciągu miesiąca, wzbogaciła budżet o 2 mln dolarów. Tyle dała prosta legalizacja. I w końcu inna rzecz , którą warto wziąć pod uwagę: Papierosy czy alkohol  też uzależniają (kto wie, czy nie bardziej ?). Mimo to są u nas legalnie sprzedawane i wszędzie dostępne… A ty, drogi czytaczu, jak myślisz? Czy PEŁNA, CAŁKOWITA legalizacja marihuany jest nam potrzebna, czy też nie ?

 P.S. KRÓTKI DOPISEK (INFO Z KOŃCÓWKI CZERWCA 2017):

Medyczna marihuana jest już w Polsce legalna. Sejm przyjął ustawę, która umożliwia chorym dostęp do preparatów z konopi indyjskich. Preparaty będą mogły być wytwarzane w aptekach po otrzymaniu recepty od lekarza, a medyczna marihuana będzie sprowadzana zza granicy. Chociaż ustawa ma niewiele wspólnego z jej pierwotną wersją,  jest to milowy krok w kierunku pełnego dostępu do medycznej marihuany. Pierwotna wersja zakładała między innymi narodową uprawę medycznej marihuany, a także możliwość własnej uprawy konopi w celu sporządzania z niej odpowiednich preparatów. Aktualny projekt ustawy przewiduje, że importowane konopie będą wykorzystywane do wytwarzania preparatów, które będą wytwarzane, kiedy lekarze zaordynują sporządzenie leku recepturowego w aptece. 

Jednak sporo lekarzy polskich – wciąż nie jest przygotowanych na medyczną marihuanę. Większość z nich zasłania się kompletną nieznajomością tematu, a ci, którzy mieli styczność z marihuaną (pacjenci, których prowadzili, leczyli się nią na własną rękę) obawiali się konsekwencji prawnych i zawodowych. Najbardziej na takim podejściu ucierpią osoby chore, które próbują leczyć się na własną rękę (jak wspomniana w poście szkotka Lynn). A człowiek zdesperowany  jest gotowy na wszystko.(…).

I am Barbie Girl, czyli kult ciała a zaburzenia psychiczne

Dzisiaj jedna z ważniejszych dat na kartach naszej polskiej historii – dzień niepodległości. Ogromny tryumf Rzeczypospolitej, który obecnie nie jest dla mnie świętem radości, a rozdzieraniem szat i próbą przypisania sobie zasług przez ludzi, którzy tak naprawdę nic nie zrobili. Wiele blogerów wypowiedziało się już na ten temat, oddając piękny hołd tym, dzięki którym nasz kraj może cieszyć się niepodległością i wolnością. Dzięki Wam za ten wpis!. Ja kontempluje ten dzień w milczeniu. Nie chcę nikomu popsuć tego dnia gorzkimi słowami prawdy. Dlatego temat poruszany w tym poście będzie daleki od polityki.

Od czasu do czasu przeglądam prasę kolorową, głównie w sieci. Zazwyczaj nie ma nic ciekawego, godnego uwagi. Jakoś szybko mnie odrzuca. Zerknę po nagłówkach i niemal natychmiast odkładam. Jednak zdarza się, że trafi się temat, który wywołuje u mnie różne emocje, przykuwa uwagę, a nawet szokuje. Kilka dni temu trafiłam właśnie na ciekawy artykuł szeroko poświęcony Barbie. Lalka o idealnej figurze i pięknych blond włosach. Przynajmniej – na początku, gdyż z upływem lat jej wygląd się zmieniał. Lalka – ikona powstała w 1959 roku. Po raz pierwszy zaprezentowano ją na targach zabawek w Nowym Jorku, które odbyły się 9 marca. Po kilku miesiącach, z wynikiem 300 tys. egzemplarzy, była już najlepiej sprzedającą się zabawką na świecie, a w 2012 roku zyski firmy Mattel wyniosły ponad 900 milionów dolarów. I wciąż nie traci na swej popularności. Dzieci nadal kochają Barbie. Sama także byłam w posiadaniu jednej, prześlicznej blondie. Barbie – to ikona kobiecości i sexapilu. Ideał kobiety. Wśród bogatej kolekcji Mattel  - znalazły się chociażby barbie nawiązujące do gwiazd hollywoodzkiego kina, takich jak Marilyn Monroe czy Elizabeth Taylor. Z czasem do blond Barbie dołączyło wiele równie atrakcyjnych koleżanek , jak choćby czarnoskóra Christie , Malibu Barbie czy California Girl. Pojawiły się również zmiany w stylizacjach ubioru i make-upu Barbie. Wszystkie jednak łączyło jedno: obłędnie idealna figura. Zbyt idealna….

I tu w zasadzie pomału przechodzę do sedna sprawy…Nie od dziś wiadomo, jak ważnym elementem w życiu kobiety jest wygląd, atrakcyjność. Każda z nas ma jakieś wyobrażenie na temat tego, co jest piękne. Zapewne niejedna z nas miewała kiedykolwiek jakiś kompleks na tym punkcie: za mały biust, za wąskie biodra, za wysoka, za niska. Jest to przejściowe doświadczenie, które w końcu mija. Jednak może być ono bardzo niebezpieczne. Nie tylko wśród dzieci.  Barbie, choć to tylko plastikowa lala –  nadal lansuje trendy. Obrazowana w mediach, literaturze, reklamie postać Barbie podkreśla wizję kobiecej doskonałości fizycznej, dając nam jasny przekaz – musisz być chuda, musisz być ładna, musisz być zamożna…I wiele młodych dziewczyn bierze to bardzo dosłownie!.  Tak bardzo, że aż to mną wstrząsnęło….

 

 

barbiecover                                                   ***  żywa Barbie

 

Przykład? Proszę bardzo. Ładna 30-latka usunęła żebra, aby wyglądać jak lalka Barbie. Ładna, to zbyt mało powiedziane. Jak Zobaczyłam zdjęcie V. sprzed operacji – byłam w zachwycie. Po prostu prześliczna! Wygrała nawet międzynarodowy konkurs piękności. Zdolna, towarzyska i lubiana. Niestety nie była zadowolona ze swojego wyglądu. Postanowiła więc zostać żywą Barbie. (tu miejsce na mój szok). V. usunęła kilka żeber, powiększyła piersi i wymodelowała twarz. Chciała wyglądać najbardziej sztucznie, jak to tylko jest możliwe. Efekt? wstrząsający. Inna kobieta, M. – o białej do niedawna skórze,  platynowa blondynka o przeciętnej figurze – jest dzisiaj żywą wersją Christie, murzynką z olbrzymim biustem o rozmiarze 32S, a jej wygląd wręcz poraża sztucznością. I trzeci przykład. Tym razem – polski. Anella. Modelka i fotomodelka. Mówi o sobie:  ”Ja jestem REAL BARBIE”. Jeśli jesteście ciekawi, jak wygląda – polecam odwiedzić jej profil na Instagramie, lub wejść na podany w nawiasie link ( https://www.kozaczek.pl/plotka/anella-polska-barbie-chce-zrobic-sobie-plastikowa-pupe-instagram-78935?fb=1). Na Instagramie pozuje w dość odważnych pozach i jawnie przyznaje się do ingerencji w swoje ciało. Pod jednym ze zdjęć napisała: „Ja jestem Real Barbie. A moje usta będą jeszcze większe”. Słowa dotrzymała, bo pod najświeższą fotką z bardzo wydatnymi wargami dodała wpis: „Nowe usta = nowe życie”. Porażające…

Kiedy usłyszałam po raz pierwszy termin „żywa Barbie”, pomyślałam sobie: głupota, totalny absurd. Nie sądziłam, że znajdzie się na świecie (także i w Polsce) tak wiele kobiet, które chcą być Barbie za wszelką cenę. A nawet jeśli są takowe, to wierzyłam, że to chwilowy modowy kaprys, który do nas nie dojdzie. Po tym artykule i zdjęciach tych kobiet – nie jestem już tego aż tak pewna. W życiu bym nie przypuszczała, że zabawka Barbie – którą miałam i lubiłam za młodu – może być źródłem tak wielu zaburzeń psychicznych u młodych, w dodatku pięknych (na ogół) kobiet. Zupełnie nie rozumiem decyzji tych kobiet. Tym bardziej, że określenie „lalka” trudno nazwać komplementem. Pięknej modowej twarzy – mówiąc Gombrowiczem – przyprawiono „gębę” konsumpcjonizmu i braku aspiracji. Owa moda bycia żywą barbie, jest niebezpieczna i bardzo szkodliwa. Jak się okazuje – uśmiechnięta i piękna Barbie – jest dla naszych dzieci niezwykle groźna. Nie, nie jestem przeciwniczką barbie. Jestem przeciwniczką głupoty i zbytniego ulegania panującym trendom. Sylwetka Barbie jest sztuczna, zbyt wychudzona. Dziewczynom, które starają się osiągnąć zbliżoną do Barbie sylwetkę – grozi bulimia czy anoreksja. A to brzmi poważnie. Media bombardują nas niezliczoną ilością informacji, narzucają pewne kanony, trendy. Że niby to jest dobre, uczyni nas szczęśliwymi. Jednak Barbie to nie ideał kobiety. Ideałów po prostu nie ma. Wygląd to kruchy i kiepski fundament budowania swojego życia. Bo życie to coś więcej, niż tylko wygląd, czy dieta. Liczy się rodzina, kariera, rozwój osobisty, pasje i cała masa innych rzeczy. Zamiast więc poprawiać siebie i swój wygląd , który i tak ma ograniczony czas trwałości, pokochaj siebie kobieto!. Nie bądź Barbie. Bądź sobą!

Paradoksy ludzkiego życia

Człowiek to korona stworzenia. Istota rozumna, cielesno – duchowa, społeczna. Odmienna od pozostałych stworzeń. Od zwierząt różni się specyficzną budową ciała, oraz rozwiniętymi funkcjami mózgu, dzięki którym myśli, przeżywa, wyraża swoje uczucia. Różne czynniki wewnętrzne i zewnętrzne tworzą go, kształtują. Narodowość, kultura, wychowanie, rasa, religia, wykształcenie, umiejętności, światopogląd, temperament…. Cudowna jest ta różnorodność ludzka, indywidualność i piękno każdego z nas. Zostaliśmy wywyższeni , postawieni ponad wszelkie inne istoty żyjące, a więc obdarzeni błogosławieństwem, uprzywilejowani. Jesteśmy powołani do wielkości, do chwały! Jesteśmy zaprogramowani na rozwój, szczęście , sukces i spełnienie. Zostaliśmy w pełni uposażeni we wszystko co potrzebne, by takie właśnie nasze życie było. Ale – niestety… Człowiek, choć bez wątpienia wspaniały – nie jest wolny od skaz, słabości, błędu. Daleko mu do ideału. Miał być doskonałym arcydziełem, odblaskiem samego Boga, lecz nie jest. Zawdzięcza to samemu sobie. Ale tym razem wątek biblijny pominę , lub ewentualnie zostawię nań więcej miejsca w komentarzach. Póki co – skupię się jedynie tylko i wyłącznie na moich własnych , ograniczonych przemyśleniach.

Tak jakoś naszło mnie dzisiaj na małą refleksję, którą można by zamknąć określeniem ludzkie paradoksy. Mam na myśli takie postawy i zachowania, które przeczą naszemu człowieczeństwu, czyniąc zeń karykaturę. Nie da się ukryć: żyjemy w świecie pełnym sprzeczności. Dzieci chcą szybko dorosnąć. Dziewczynki bawią się w dom, stroją w damskie ciuchy (nierzadko podkradając mamie szminkę z torebki), próbują chodzić w szpilkach. Ale kiedy dzieci podrosną i wiedzą już, o co w tej dorosłości właściwie chodzi – chciały być młodsze, gdyż wtedy byłyby wolne od zobowiązań, odpowiedzialności za własne życie. Młodzież uczy się, zdaje egzaminy, a mimo dwóch fakultetów i dyplomu magistra – ma status bezrobotny . Alternatywą , by nie pierdzieć w stołek w domu i nie umrzeć z nudów – jest rozdawanie na ulicach ulotek informujących choćby o kursach językowych lub szybkich pożyczkach.  Sama od tego zaczynałam. Jestem po ekonomiku: rachunkowość, kadry, płace, zarządzanie kadrami, niemiecki średnio-zaawansowany. Wykształcona zatem nie najgorzej. Cóż z tego, kiedy pracy w zawodzie nie ma. Dlaczego?. Bo pracodawca oczekuje od młodego człowieka SZUKAJĄCEGO PRACY minimum 3-letniej pracy w zawodzie, doświadczenia i dwóch języków obcych perfect. Urząd ofert dla mnie nie ma, zatem szukam na własną rękę. Pukam od jednej firmy do drugiej błagając o nieodpłatną możliwość odbycia u nich stażu, a ci na to: nie, dziękujemy. To przykład z mojego życia. Wy z pewnością moglibyście przytoczyć bez liku swoich. Ostatecznie pracuję, co uznaję za prawdziwy cud. Za pracą uganiałam się bowiem 7 lat.

Żyjemy w kraju katolickim, wyznaniowym. Jednak tylko z nazwy. Dla wielu deklarujących się jako wierzący – wiara w Boga, Jezusa – nie przeszkadza uprawiać jogę , czy stawiać sobie tarota. To przecież niewinna rozrywka. Bardziej niż Bogu – ufamy  wróżce. Urodziłam się 13 – go i w dodatku w piątek. Zatem już dawno powinnam palnąć sobie w łeb, bo to przecież taka pechowa data. Zapewne dlatego mam w życiu pod górkę. Są tacy, co uchodzić mogą w naszych oczach za niezwykle pobożnych i bogobojnych ludzi. Chodzą do Kościoła w niedzielę, a nawet i w dni powszedni. Jednak w zaciszu ich czterech ścian toczą się prawdziwe dramaty: alkohol, przemoc fizyczna i psychiczna, zastraszanie, więzienie. Sąsiedzi słyszą, a udają głuchych. Ich zdaniem to okropnie złe, ale nie zareagują. W końcu to nie ich sprawa. Bywa, że dopada nas miłość przez wielkie M, bierzemy ślub. Pierwszy większy kryzys i staramy się o unieważnienie małżeństwa. To teraz takie modne u młodych…A skoro już o modzie mowa…dlaczego by nie wspomnieć o paradoksach i w tej dziedzinie życia? Ja muszę się wam przyznać, że jestem bardzo nie modną kobietą. Jak większość kobiet lubię zakupy. Jestem estetką, więc szukam pięknych rzeczy. Uwzględniam podczas wyboru także jakość i cenę. I tak przykładowo – wchodzę do galerii handlowej i rzuca mi się w oczy kawał czegoś jakby szmaty, która kosztuje nawet 250 zł. :). Prawdziwa okazja! W ogóle a propos mody – ubolewam nad losem modeli. To, co z nich się robi, woła o pomstę. Sami zobaczcie:

 

 

najgorsze stylizacje 2012 3 knqktkqTURBXy84N2NmMjQwOTllOWVjY2UzMDZlMWNiYjViMzAyOTQ1NC5qcGVnkpUDAQDNAzDNAcuTBc0DIM0Bwg

 

 

Żeby nie było: lubię pana Szpaka. Jednak męskie przebieranki w kobiece łachy (nawet, jeśli jest to tylko look artystyczny) są dla mnie nie do przyjęcia! Jestem kobietą? Pokażę to strojem. Teraz często baba chcę być facetem, a facet kobietą. Feministki dawniej – walczyły o wiele słusznych rzeczy. O społeczne i polityczne równouprawnienie. Ich sposób działania okazał się skuteczny. Obecne feministki robią z siebie (i kobiet w ogóle) idiotki, kompromitując się totalnie, a co gorsza – nawet nie zdają sobie z tego sprawy! Przykład? Choćby osoba Magdaleny Środy, której nie trawię. Co jakiś czas w sieci przetacza się fala oburzenia odnośnie jej wypowiedzi. W otoczeniu znana jest jako etyk, co nie przeszkadzało jej w rozważaniach dotyczących zabijania ciężko chorych, narodzonych dzieci. Środa ma także ogromną wiedzę na temat wojska, którą rzecz jasna się podzieliła:

- Pokraczne czołgi, falliczne karabiny, sztywni chłopcy w sztywnych mundurach, kretyński krok defiladowy… Budzi to z jednej strony moją odrazę, tak jak budzi ją każda przemoc, śmierć i zniszczenie, z drugiej strony ma to w sobie wiele komizmu: dorośli faceci na trybunach prężą pierś, zachwyceni swymi chłopczykami i bronią do zabijania – napisała na Facebooku Magdalena Środa.

 

Nie wiem, czy to bardziej żałosne, czy śmieszne. A co tam panie słychać w polityce? Ha! tam to dopiero paradoksów znajdziemy. Największym z nich jest chyba fakt, że pchają się do polityki głównie ci, co mają siano zamiast mózgu. Każde działania, wypowiedzi medialne, czy wreszcie ustanawiane prawa – zdają się to potwierdzać. Niestety. Politycy raz po raz fundują nam kolejne buble prawne. I tak – jak dzieliłam się już na pewnym blogu – choćby kwestia Sprawiedliwości – Temidy. Prosty przykład. Osoba, która ukradła z braku środków do życia zostanie bardziej surowo ukarana, niż fałszerze, wyłudzacze czy ktoś kto regularnie nas okrada (choćby piramidy finansowe i trefne oferty pożyczek/ kredytów). Stawianie pomników upamiętniających ofiary katyńskie, czy wybór wykonawcy Pomnika  p. Prezesa jest o wiele ważniejsze, niż chociażby służba zdrowia, komunikacja miejska, miejsca pracy dla młodych, system emerytalny itp. To, co w normalnym państwie powinno być priorytetem – u nas jest na szarym końcu. Teoretycznie – mamy prawo do prywatności, tj. brak cenzury. W praktyce – inwigilacja totalna. Także w sieci. Jakieś małżeństwo nie może się stać rodziną adopcyjną dla jakiegoś dziecka (gdyż kobieta zajść nie może). Tymczasem inna kobieta albo swoje maltretuje, wyrzuca na śmietnik, albo podrzuca do OKNA ŻYCIA. Lekarz…taki szlachetny zawód, z misją: Leczyć, ratować życie. Można by rzec – prawdziwy bohater. Szkoda tylko, że nierzadko to ratowanie zamienia się w mordowanie (aborcje, eutanazje). To lepszy biznes. Przysięgę Hipokratesa (przeczytajcie ją w necie, proszę!) można wywalić z pamięci. W końcu to tylko słowo, aborcję zaś zawsze można pokazać światu jako akt miłosierdzia wobec cierpiącego, czyn jak najbardziej na miejscu….Taka Dulskiej moralność. Paradoks? Jeszcze jaki! I jeden drugi goni.

W kulturze , świecie mediów, prasie – też ich sporo. Ja podam jedynie jeden – bo post i tak już urósł do rozmiarów niebotycznych. Ostatnio głośno o Andżelinie i Bradzie. Nie, tym razem nie o rozwodzie, a o problemach z dziećmi. Siloh, jedna z ich córek – chce być chłopakiem. (info z lipca). Noszz Boże, widzisz to wszystko i nie grzmisz. Nie pozwala  sobie zapuścić długich włosów, wybiera dla siebie chłopięce ubrania – takie, jakie noszą jej starsi adoptowani bracia, Maddox  i Pax . Rodzice zgodzili się, by Siloh przeszła kurację zmiany płci. Dziewczynka ma niebawem rozpocząć procedurę hormonalną… Dla mnie osobiście – tragedia. Pomieszanie z poplątaniem. Jak ten świat by wyglądał, gdyby wszyscy decydowali się na zmianę swojej płci? Nasz gatunek jest naprawdę mocno zagrożony. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że idziemy ku upadkowi. Proces odczłowieczania człowieka – postępuje.

Czy jest dla nas ratunek? Czy mamy szansę powstać z resztek naszego człowieczeństwa, odzyskać naszą godność i piękno?  Mam nadzieję, że tak. W każdym razie – powinniśmy o to walczyć każdego dnia. Nie dajmy się zwariować, ogłupić jakąś nową modą, której ukryty przekaz brzmi: „jesteś normalny, jesteś sobą? jesteś nikim!”. Nieprawda! Jestem człowiekiem, kobietą, istotą rozumną, wolną. Jestem koroną stworzenia. Jestem stworzona idealnie. Jestem kobietą idealną w swej niedoskonałości. Kocham siebie. Uwielbiam swoją kobiecość, swoje życie, które każdego dnia przynosi coś nowego. Nie muszę i nie chcę dopasowywać się do jakiś głupich trendów. To ja będę przecierać szlaki, wyznaczać nowe trendy, lansować tylko to, co naprawdę wartościowe i dobre. Nie pozwolę z siebie zrobić karykatury człowieka! Bo człowiek – brzmi dumnie!

PS. Notka powstała pod wpływem chwili. Źródłem inspiracji – Wasze notki :D

 

 

 

Sprawni inaczej – czyli moje spojrzenie na niepełnosprawność

Są wśród nas ludzie niezwykli, choć często mijani niezauważeni przez nas  na co dzień. Ich życie to nieustanna walka. Z chorobą, własną słabością, ograniczeniami, stereotypami, brakiem akceptacji , barierami społecznymi, niechęcią, pogardą , odrzuceniem… To  niepełnosprawni. Choć trudno mi się porównywać z osobą poruszającą się na wózku inwalidzkim lub taką, która nie ma jednej kończyny (bywa, że obu), doświadczyłam tego wszystkiego ze strony innych. Nie jest to nic przyjemnego. Jednak nie zamierzam się nad sobą użalać, a pokazać  Wam  ogrom bogactwa i piękna ludzi niepełnosprawnych. O tym właśnie ten post. O ludzkiej (nie) pełnosprawności.

Taka osoba ma dwa wyjścia. Albo pogodzić się z sytuacją i nieustannie nad sobą żalić, albo pokazać światu na co go stać!.  Ja wybrałam to drugie. Słowa  „niepełnosprawny” czy „inwalida” – kojarzą się najczęściej z uszkodzeniem narządu ruchu, kalectwem widocznym od razu przy pierwszym kontakcie z osobą niepełnosprawną.  Tymczasem osoba cierpiąca na choroby neurologiczne (w tym neurodegeneracyjne), choroby serca, astmę, autyzm, Zespół Downa, Turreta, głucha (niema), mająca problemy metaboliczne (np. cukrzyca, choroba Leśniowskiego-Crohna) czy psychiczne, zmagająca się z nowotworami – także należy do tej kategorii. Choć ja osobiście nie mam zwyczaju dzielić ludzi na lepszych czy gorszych. Jeśliby zerknąć do statystyk – odnosząc się do wymienionych dolegliwości i chorób – okaże się, że niepełnosprawnych naprawdę jest wiele ! Skąd zatem tyle uprzedzeń w stosunku do takich osób? Wydaje mi się, że z powodu ludzkiego egoizmu  oraz lęku, który bierze się tak naprawdę z braku wiedzy. Choć jeśli o mnie chodzi – zauważam coraz większą świadomość otoczenia, czym jest padaczka i częściej otrzymuje pomoc niż np. kilka lat temu. Ostatnio nawet , kiedy zasłabłam na chodniku – z samochodu wysiadła młoda kobieta i sama z siebie podrzuciła mnie do przychodni. Piękny gest.

Osoba niepełnosprawna ma trudniej już na starcie. Oprócz problemów w komunikacji międzyludzkiej na drodze swego życia napotyka wiele barier, które nie pozwalają mu w pełni funkcjonować w społeczeństwie. Przykład? Brak przystosowanych krawężników, przejść dla pieszych, autobusów komunikacji miejskiej czy podjazdów do budynków użyteczności publicznej. Na pewno trudniej jest otrzymać pracę. Aby dobrze funkcjonować – w domu potrzebne  są nieraz odpowiednie umeblowanie (choćby szafki na odpowiedniej wysokości) czy  sprzęt rehabilitacyjny dla takiej osoby .(…)

Niepełnosprawność nie musi być jednak barierą nie do przeskoczenia. Problemy, z jakimi boryka się taka osoba – mogą stać się wyzwaniem. Impulsem, który zmotywuje taką osobę do walki o siebie, o swój rozwój, co zaowocuje sukcesem. Bywa, że naprawę wielkim! Ja pozwolę sobie zamieścić jedynie kilka przykładów takich właśnie sukcesów. Oto mocne dowody na to, że ludzka niepełnosprawność nie musi wykluczać normalnego życia. :)

 

omelczuk1

 

Masz przed sobą obraz chatki. Choć równie dobrze mógłby on przedstawiać piękny wschód słońca, jakieś zwierzę, czy totalną abstrakcję, jakich wiele możemy spotkać w galeriach sztuki.  Wyobraź  sobie drogi czytelniku, że został on namalowany pędzlem utkwionym między palcami stopy osoby niepełnosprawnej (lub pędzlem trzymanym w ustach). Niewiarygodne prawda? Ile trzeba trudu, ile ćwiczeń, by  taką metodą (i z takim efektem) by coś takiego namalować?!

Współcześni niewidomi mają liczące się osiągnięcia w muzyce. W XIV Konkursie Chopinowskim w październiku 2000 r. uczestniczył niewidomy Japończyk Kakehashi Takeshi. Pianista zakwalifikował się do II etapu. Uwzględniając międzynarodową rangę Konkursu, występy jego należy uznać za wielki sukces. Japończyk nie był jedynym niewidomym pianistą uczestniczącym w Konkursach Chopinowskich. W II Konkursie Chopinowskim w 1932 r. wielki sukces odniósł niewidomy Węgier Imre Ungar, zdobywając drugą nagrodę. W V Konkursie Chopinowskim w 1955 r. niewidomy pianista Edwin Kowalik otrzymał dyplom honorowy.

 

4030c63234e86e2b4080f7e7021f8ffe,640,0,0,0

Ogromnymi sukcesami mogą się pochwalić także paraolimpijczycy, choćby Natalia Partyka – niepełnosprawna tenisistka stołowa., jedna z najbardziej rozpoznawalnych polskich sportowców. A oto, co mówi nam o sobie sama Natalia:

Od samego początku miałam wiele chęci do treningu. Po niespełna 6 miesiącach miałam wystartować w mistrzostwach Polski osób niepełnosprawnych. Pamiętam też, że motywację do pracy miałam dużą, bo siostra była ode mnie lepsza. Nie mogłam pogodzić się z tym, że za każdym razem z nią przegrywałam.

 

” Ona zdobyła swoją popularność przez wielką osobowość. W Pekinie kibice byli nią zachwyceni, a gdy pokonała trzecią rakietę świata, wręcz oszaleli na jej punkcie” – mówi naTemat Leszek Kucharski, były trener Partyki w kadrze juniorów.

I na koniec  przykład numer cztery (jako że czas mnie goni ) – tym razem w postaci wideo. Powiem jedynie, że gdy to obejrzałam po raz pierwszy – oniemiałam z wrażenia!.

 

I CO WY NA TO ???? :)

 

Rura w świetle reflektorów. Czyli nowy trend w sporcie.

Wczoraj wieczorem wpadł mi w ucho news, który dosłownie zwalił mnie z nóg i na chwile odebrał mowę: Taniec na rurze został oficjalnie potwierdzony jako dyscyplina sportowa. Poinformowało o tym Zgromadzenie Generalne Międzynarodowych Federacji Sportowych (GAISF)!. Uff, powiedziałam to! :). Na początku w mojej głowie zakiełkowało pytanie: serio mówią, czy jaja sobie robią? Przecież taniec na rurze budzi jednoznaczne skojarzenie z nocnymi klubami ze striptizem (dla mnie coś gorszącego). A dziś okazuje się, że w niedalekiej przyszłości – może się on stać jedną z dyscyplin olimpijskich! Zaskakujące! Niewiarygodne! Najwyraźniej rura zyskuje w oczach świata. Taniec na rurze może być bowiem nie tylko erotyczny lecz także sportowy. :). Muszę przyznać, że mi jak dotąd kojarzył się jedynie z erotyką.(…)

Jak się dowiedziałam – istnieją szkoły tańca na rurze , które stanowią wielką konkurencję dla aerobiku, czy pilatesu! Korzeni pole dance można szukać w odległej przeszłości, miedzy innymi w plemiennych rytuałach i festynach na cześć wiosny, w męskich sportach Mallakhamb oraz Chinese Pole, a także w pokazach, organizowanych przez obwoźne cyrki i kluby dla panów (tzw. Gentelman’s Clubs). Pierwsza szkoła pole dance i pierwsze filmy instruktażowe powstały w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Pole dance to połączenie tańca z akrobatyką. Pierwsze mistrzostwa pole dance zorganizowane zostały w USA w 2003 roku. Dwa lata później w Holandii odbyły się pierwsze Mistrzostwa Świata w tańcu na rurze. Tyle historii. Ciekawa sprawa. :) Taniec na rurze (podobnie jak niegdyś tango czy walc) uznawany był za moralnie naganny. Dziś i tango, i walc, i taniec na rurze w wersji pole dance nie budzą już powszechnego zgorszenia. Nie wszyscy jednak pochwalają decyzję uznania tańca na rurze jako dyscypliny sportowej za słuszną. Myślę, że przyczyna tkwi w stereotypowym wciąż myśleniu, co nie pozwala dostrzec ogromnego potencjału, jaki drzemie w niepozornej rurze. Warto jednak spojrzeć na nią bardziej przyjaznym okiem. Dlaczego?

Chociażby dlatego, że ruch na rurze pomaga nie tylko zgubić zbędne kilogramy (w trzy miesiące nawet do 10 kg) i wymodelować zgrabną sylwetkę. To również często lekarstwo dla duszy. Pole dance to sport żmudny i  wymagający, dla ludzi silnych. Jednak ten taniec pomaga dziewczynom/ kobietom zmienić postrzeganie siebie,  skutecznie walczyć z kompleksami, a jak wiadomo my kobiety mamy ich trochę :) . Taniec ten wymaga ogromnej elastyczności i wytrzymałości organizmu. Osoby trenujące na rurze poprzez intensywne ćwiczenia wzmacniają mięśnie brzucha, ramion oraz pośladków, ćwiczą gibkość i koordynację ruchu. Poly dance sprawia, że czujemy się bardziej atrakcyjni i pewniejsi siebie. Ćwiczenia odstresowują i rozluźniają. Podczas tańca kobieta czuje się seksowna i atrakcyjna.:). Zdobyte dzięki tańcu umiejętności – mogą uatrakcyjnić niejeden związek. :). Bardzo pozytywnie o Poly dance wypowiadają się także tańczący panowie. ! Taniec na rurze może być także świetnym odejściem od rutyny.(…).

Słuchałam tego newsu z tatą i oboje mamy jednakowe spojrzenie na ten temat. Umiejętności pań z klubu go-go w porównaniu z tymi, które tańczą na rurze sportowo – są po prostu żadne. Poly dance to seks, akrobatyka, pasja, sztuka, wysiłek, modeling, zdrowie i przyjemność w jednym!. Nie ma więc żadnego powodu, by rurą wciąż gardzić i kojarzyć jedynie z burleską. Za to istnieje wiele powodów, by ją polubić! Może to będzie szokujące co teraz napiszę, ale chętnie bym się zapisała na Poly – dance! :D A wy ???? :D

 

 


GŁODUJĄCY REZYDENCI – walka w słusznej sprawie czy chciwość i propaganda?

Krakałam, krakałam i wykrakałam!. Nie tak dawno popełniłam krótki post o PREPPERSACH (patrz archiwum), który okazał się być proroczy. Wyobraźcie sobie, że od tygodnia pozbawiona jestem centralnego ogrzewania i ciepłej wody. Piec szlag jasny trafił – nic nie da się zrobić, jest do wymiany…Wspólnota Mieszkaniowa zgłoszenie o problemie otrzymała, jednak ze względu na „procedury” trzeba jakoś przetrzymać jeszcze ten tydzień bez tego dobrodziejstwa. Hartuje więc swoją odporność niczym mors w lodowatej wodzie, okazując litość jedynie mojej głowie. O nią postanowiłam zadbać u fryzjera. Koszt nie zwala z nóg, ponieważ za umycie , wysuszenie i utrwalenie odrobiną lakieru zapłaciłam (uwaga!) całe 5 zł. :D. To taniej, niż kawa zamówiona w jakiejkolwiek kawiarni na mieście, więc stratna nie jestem. :D Zatem drobna rada: uważajcie na to, co mówicie, gdyż życie może Was zaskoczyć!

Wracając do domu wczoraj , trzynastego w piątek – byłam oszołomiona, jak wiele działo się w moim mieście. Pikieta antyaborcyjna, jarmark taniej książki, trzy pięknie grające orkiestry (w tym jedna w klimatach bałkańskich ), mnóstwo strajkujących lekarzy rezydentów (na pewno temat obił się Wam o ucho), ubranych służbowo w białe kitle. Wielu studentów zaczepiało przechodniów, wręczając w ramach informacji ulotki związane z akcją. A więc : dlaczego, po co i w jakim celu. Z tego co zaobserwowałam – zainteresowanie tematem było niewielkie. Jednak ja – z racji mojego stanu zdrowia – podeszłam do jednego młodziana i żywo zainteresowałam się, o co w tym wszystkim naprawdę chodzi. Zamieniliśmy kilka minut, poznałam owe postulaty i zamierzam śledzić dalszy bieg wydarzeń.

Na słowa ” SŁUŻBA ZDROWIA” od zawsze reaguję alergicznie. Cała się trzęsę, skacze mi ciśnienie, krew we mnie buzuje, a na twarzy maluje się zapewne wiele emocji. Być może wynika to z moich bardzo złych doświadczeń z lekarzami i szpitalami. Mam do nich niejeden uraz. Moje problemy zdrowotne zawdzięczam bowiem ich ignorancji, niekompetencji i błędów w sztuce, co zaowocowało padaczką lekooporną (na skutek złego ułożenia płodu, opóźniania porodu, czego skutkiem było niedotlenienie mózgu), jak problemu z kolanami (wada zdiagnozowana na tyle późno, że konieczne są operacje obu kolan. Jedną mam już za sobą). Myślę zatem, że moja złość i niechęć wobec wybuchających co jakiś czas protestów lekarzy – jest absolutnie zrozumiała. Patrząc na sytuację polskiej służby zdrowia z perspektywy pacjenta – osoby będącej pod stałą opieką neurologiczną, alergologiczną i ortopedyczną – trzeba jednak powiedzieć jasno i dobitnie: mamy w służbie zdrowia prawdziwą patologię. Potrzebna reanimacja i to natychmiast!. Ogromne kolejki, odległe terminy wizyt i badań kontrolnych, coraz większa biurokracja i mniejsza ilość specjalistów – to tylko wierzchołek góry lodowej. Polski lekarz dziennie przyjmuje około kilkudziesięciu chorych, a każdemu z nich poświęca nie więcej niż 10 minut. MASA papierków powoduje totalny chaos (czyt. burdel). Miejsc pracy w służbie zdrowia jest w naszym kraju więcej niż chętnych. Wielu młodych opuszcza kraj zaraz po zrobieniu specjalizacji.Aż trudno uwierzyć, że kiedyś medycyna była najbardziej obleganym i prestiżowym kierunkiem studiów. Jak zapewniał mnie ów student, z którym rozmawiałam na ulicy – zarobki to wcale nie największy problem i powód, dla którego młodzi opuszczają kraj. Jednym z ważniejszych powodów zbyt małej liczby specjalistów w kraju – jak się okazuje – jest brak miejsc na specjalizacjach. Czy tak jest faktycznie? O  tym mogą nam powiedzieć nam ci , którzy siedzą w tym głęboko – studenci i lekarze.

Zaraz po operacji, rodzice w moim imieniu próbowali załatwić mi rehabilitację (z racji mojego uziemienia). Dzwonili, jeździli, pytali… I co się okazało? Że z NFZ możliwość rehabilitacji jakiejkolwiek ( w moim mieście) najwcześniej w listopadzie 2018!. Prywatnie też pytałam. Wyglądało by to tak: przychodzę sobie raz w tygodniu na 30 minut. Pani zadaje mi do domu kilka ćwiczeń, a ja za to bulę np 50 zeta. Stwierdziłam: dziękuję, ale nie. Ćwiczenia znajdę w necie, lub zapytam za friko mojego ortopedę. Nie jestem pazerna na kasę, ale głupia też nie. Powiem Wam jednak, że chyba Ten na Górze zmiłował się nade mną. Zaskoczył z najmniej oczekiwanej strony. Po raz kolejny wezwał mnie do siebie ZUS (kolejna kontrola L-4). Oprócz tego, iż utwierdzono się w mojej uczciwości i prawdziwości mojej choroby – panie załatwiły mi sanatorium na 2.01.2018 w Ustroniu (dla przypomnienia: na miejscu mogłabym rehabilitację zacząć od listopada. 10 miesięcy różnicy to sporo). Tak więc zapowiadają się intensywne i zdrowe ferie zimowe :D

POMAŁU ZMIERZAJĄC DO KONKRETÓW….

Rezydent –  ukończył 6 lat studiów, 13 miesięcy stażu i jest w trakcie specjalizacji (specjalizacja trwa 4-6 lat, może się wydłużać w różnych przypadkach – choćby urlopu macierzyńskiego). Taki sam zakres obowiązków i odpowiedzialności, co lekarz specjalista. Średni wiek uzyskania tytułu specjalisty – 37 lat.(…). O sobie mówi:  apolityczny, agent „dobrej” (?) zmiany. My pacjenci – swoje zdanie na temat służby zdrowia znamy. Ciekawi mnie jednak, jak na to wszystko patrzą lekarze specjaliści…

O co (jak zapewniają) walczą rezydenci?

  • Pierwszy, najważniejszy postulat: zwiększenie nakładów na ochronę zdrowia do poziomu nie mniej niż 6,8 % PKB w ciągu najbliższych 3 lat  chcemy być leczeni na poziomie europejskim!
  • Zmniejszenie kolejek.
  • Rozwiązanie problemu braku personelu medycznego – w Polsce na 1000 pacjentów przypada 2,2 lekarza – to najmniej w całej UE
  • Likwidacja biurokracji
  • poprawa warunków pracy i płacy w ochronie zdrowia – jak podano na ulotce : obecnie podstawa ” na rękę” to – uwaga – 2215,00 dla lekarza rezydenta. (W życiu takiej kasy na oczy nie ujrzę). 2215 na rękę w porównaniu z innymi zawodami to naprawdę mało ????

W polskiej służbie zdrowia jest co naprawiać – bez dwóch zdań. Nie podoba mi się jednak sposób, w jaki walczy się o te zmiany. Lekarze twierdzą, że widzą, jak bardzo sytuacja w ochronie zdrowia jest beznadziejna i jak szybko wymaga ona naprawy. Ich głodówka – to apel i krzyk o to, żeby ich zauważono i podjęto odpowiednie działania. Wszystko pięknie- ładnie. Moje pytanie brzmi: ile w tym wszystkim prawdziwej troski o pacjenta i służbę zdrowia (jej właściwe funkcjonowanie, odpowiednie standardy)? Czy ów protest to aby na pewno walka w słusznej sprawie , czy może bardziej polityczna propaganda i zwykła chciwość?. Owszem, trzeba przyznać, że jest to grupa zawodowa bardzo ważna , gdyż poprawia ludzkie zdrowie, ratuje życie. Za to – pełen szacun. Ale straż pożarna także ratuje ludzkie życie!. Strażacy wykonując swoją ciężką robotę – często narażają własne życie, a jakoś nigdy nie słyszałam, by się uskarżali, protestowali z tego powodu. I dlaczego nie protestują – na podobieństwo środowiska medycznego – wszystkie grupy zawodowe? Dlaczego wszyscy – jak jeden mąż – nie rzucimy roboty w cholerę , nie wyjdziemy na ulice i nie zaprotestujemy? W końcu nasze wypłaty są głodowe na tle wielu innych państw. Ciężko i uczciwie pracujemy (czymkolwiek zawodowo się zajmujemy), a ledwo jesteśmy w stanie wyżyć od pierwszego do pierwszego…Wszyscy mamy jakąś ścieżkę kariery i trochę ona trwa. U rezydentów – jak wspomniałam w poście, powyżej. Ale – na Boga – sami wybieramy sobie kierunek studiów! Nikt nas nie zmusza! Ruszmy szarymi komórkami i wybierajmy taki kierunek, po którym bez problemu wejdziemy na rynek pracy (gdyż będzie zapotrzebowanie na takiego czy innego pracownika). I nie oczekujmy , że wchodząc dopiero na pierwsze szczeble naszej zawodowej kariery – dostaniemy na rękę tyle, co pracownik z wieloletnim już  stażem i doświadczeniem zawodowym!. Jeśli mamy problem z wbiciem się na rynek, to może zamiast durnych protestów – na początku spróbujmy się przebranżowić, dokształcić, zdobyć nowe umiejętności będące dla nas dodatkowym atutem ??? Ufff…wyżyłam się trochę…Przepraszam Was , ale musiałam nieco dać upust mojej wściekłości. Najchętniej wyszłabym do protestujących, obsypała ich swoimi kartami choroby (z win lekarzy – konowałów) i zapytała ich: „A co mi się należy z racji waszych zaniedbań?! Wiecie, co wam się należy? Wypłacać mi i mnie podobnym – dożywotnie odszkodowanie ( jako, że wszelkie choroby jakie posiadam – to Wasze dzieło) albo pozbawienie prawa do wykonywania zawodu do końca życia!”…Nas – chorych, będących ofiarami waszego niedbalstwa – jest dużo więcej… Jednak głosu ludzi chorych nikt nie usłyszy. Bo niestety to my – pacjenci , zawsze tracimy najwięcej(….).

 

Za, a nawet przeciw – czyli moje spojrzenie na program 500+ w kilku słowach

Ostatnio na jednym z zaprzyjaźnionych blogów pojawił się ciekawy wpis na temat rodzin wielodzietnych i rządowego programu 500+ , który podzielił społeczeństwo. Różne bowiem opinie i wypowiedzi odnośnie tego tematu możemy odnaleźć w sieci. Wiem, nie jestem oryginalna. Trąbi się o tym nie od dzisiaj- Ameryki nie odkryłam. Jednak postanowiłam zrobić wyjątek od reguły i pomimo mojej niechęci do polityki – dorzucić swoje trzy grosze. Zaznaczam, że nie utożsamiam się z żadną partią polityczną, zaś moje zdanie będzie spojrzeniem laika, w wymiarze bardziej społecznym niż politycznym. Zadaniem programu 500+ wprowadzonego przez rząd Prawa i Sprawiedliwości miało być wsparcie rodziny posiadające dzieci kwotą 500 zł miesięcznie na każde dziecko, jeśli dochód rodziny ” na łebka ” nie przekracza kwoty 800 złotych ( zasięgnęłam wiedzy w Internecie z racji mojej ignorancji politycznej, absolutnie uzasadnionej). Pominę w swoim oglądzie kwestie formalne, procedury , komu i po spełnieniu jakich warunkowe przyznaje się owe 500+. Postaram się skoncentrować jedynie na plusach i minutach tego programu.

A więc – do rzeczy. Początkowo myślałam, że ów program ma zachęcić małżonków do rodzenia dzieci. Słowem – polityka prorodzinna. Wielu młodych wyjeżdża od dłuższego czasu – nie bez przyczyny – poza granice kraju. Zatem polskie społeczeństwo, już mniej liczne – starzeje się i jest to nie lada problem. Nie ma kto pracować na ludzi starszych, skąd zatem znaleźć fundusze na wypłacenie w niedługiej przyszłości- należnych rent i emerytur, których kwoty , jak wiemy, są żenujące ? Skąd będziemy ściągać podatki, na czyj koszt będziemy żyć my – politycy? Wszak pieniądze z nieba nie spadają. Potrzebujemy dojnej krowy, jaką jest ciemny lud. Spróbujmy na nowo wkupić się w łaski obywateli rozdając owe 500+ pod pewnymi warunkami. W końcu – tak czy inaczej – poniesione koszty w jakiejś mierze się zwrócą ( jak napisałam w jednych z komentarzy ) choćby poprzez wzrost cen produktów i usług, zmiany w podatkach Vat, czy rożnego rodzaju ” cieciach”, czy poprzez nowelizację jakiejś ustawy . Jak dostaną 500+  , mniej będzie bolało… To oczywiście takie sobie gdybanie zwykłego obywatela, który sporadycznie śledzi sytuację w kraju. Czy takie były intencje rządu? Nie wiem. Myślę jednak, że jakkolwiek program przyczynił się w jakimś stopniu do większej liczby urodzeń – nie przełoży się to jednak na wzrost wskaźnika demograficznego w kraju. Dlaczego? Badania pokazują bowiem, że pomimo zachęcającego 500+ polki nie chcą mieć dzieci ( to już dane z 2016 roku). Wiele polek chce pracować , godząc swoją aktywność zawodową z wychowaniem potomstwa. Nasz kraj znajduje się ponoć na szarym końcu, jeśli chodzi o opiekę instytucjonalna dzieci do lat trzech. Okazuje się, że właśnie zbyt mała ilość klubów malucha czy zlobkow – jest jednym z istotnych czynników za którymi stoi brak decyzji o zajściu w ciążę.  500+ co najwyżej decyzję o powiększeniu rodziny przyspieszy. Jak wygląda sytuacja odnośnie ilości zlobkow i ich funkcjonowania w waszych miastach dzisiaj? Mam nadzieję, że wy mi to powiecie….w końcu zagląda tu kilka szczęśliwych żon i mam.

Co do rodzin wielodzietnych… jak przeczytałam relację Matyldy na jej blogu – strasznie się wkurzyłam, że wielu ludzi model rodziny 2+ 3 (oraz więcej) – kojarzy od razu z patologią społeczną. Ja się z tym absolutnie nie zgadzam. Każde prawdziwie kochające się małżeństwo, które ma wszystko dobrze poukładane w głowie ( czyt. ma mózg zamiast siana) pragnie w końcu powiększenia rodziny, przyjścia na świat dziecka ( bądź dzieci). Naprawdę nie wiem, co w tym złego. Jeśli chcą mieć więcej niż jedno ( i stać ich na to, by każdemu zapewnić wszystko co potrzebne) – naprawdę nie widzę przeszkód. Mało tego – znam kilka wielodzietnych rodzin i naprawdę słowo patologiczne do niej nie pasuje. To dobrzy, uczciwi ludzie, którzy żyją skromnie i bardzo się wszyscy kochają. Inne rodziny naprawdę mają im czego zazdrościć. Pieniądze to nie  wszystko. Poza tym – dobrze, jeśli dziecko ma rodzeństwo. Ma towarzystwo, wsparcie.. Łatwiej zawiera relacje z ludźmi i lepiej radzi sobie w dorosłym życiu. Jasne, zdarzają się wśród rodzin wielodzietnych także te tzw. patologiczne, ale to nie w porządku wrzucać wszystkich do jednego worka!.

O ile idea Programu 500+ sama w sobie nie jest zła, ma ona swoje skutki uboczne… Mam tu na myśli efekt końcowy, czyli do kogo tak naprawdę te środki trafiają. Nie zawsze bowiem to wsparcie otrzymują ci, którzy w istocie go potrzebują. Ja wiem to jedynie z Internetu. Dużo w nim szperam ( jestem ciekawa ) i powiem wam, że niestety wiele ludzi wzbogaciło się na 500+, choć nie powinno. Kiedyś czytałam na czyimś blogu, że zdecydowało się na plodzenie dzieci – dosłownie- tylko dla owego 500+. patologia? Jak najbardziej. Na potrzebę podania przykładu- zmieniam imiona bohaterów- krętaczy:

500 złotych na dziecko od samego początku wejścia programu w życie – dostaje m.in. obecnie 22 letnia Katarzyna z Białegostoku – ma troje dzieci, zatem  co miesiąc 1500 zł ląduje na jej konto, które w rzeczywistości okazuje się być kontem jej partnera G. Matka dziewczyny także pobiera pieniążki z 500+( w sumie 2500 zł- na piątkę dzieci). A zatem łącznie owa rodzina wzbogaca się o 4000 zł miesięcznie. Niezła kasa prawda? Ile każdy nas dostaje do ręki ciężko i uczciwie harując? Ja w życiu – jako osoba pracująca- nie widziałam 2000 ; odkąd jestem na chorobowym- dostaje 1100 . Bez komentarza. Czytałam też, że 500+ zasiliło budżet alkoholików i narkomanów ( jak to możliwe ???) . Cóż…najwyraźniej ów projekt ma zbyt wiele luk, jest niespójny, niedopracowany, a my Polacy potrafimy korzystać z okazji.

Można by jeszcze wyliczyć tych za i przeciw naprawdę wiele. Na to zostawiam miejsce w komentarzach. Ale jedno trzeba przyznać: Bez względu na to, po której stronie barykady jesteśmy- program 500+ okazał się strzałem w dziesiątkę. I to wcale nie dlatego, że komuś on pomaga, lecz przede wszystkim dlatego, że zapewnia on Pis dalsze rządy. W końcu żaden rozsądny człowiek nie zagłosuje na partię opozycyjną, która szybko by te daninę zniosła ??? Pis dobrze o tym wie.

Ogólnie i bardzo skrótowo podsumowując. Jestem za 500+ ale nie w takiej formie…..Miejcie na uwadze, drodzy czytelnicy, że pisał to zwykły obserwator, laik i polityczny ignorant….Mam nadzieję, że nie zostanę przez ten tekst zlinczowana.

Kiedy gaśnie ludzkie życie – czyli historia oparta na faktach.

Śmierć…. rzadko o niej myślimy, choć prędzej czy później staniemy z nią twarzą w twarz. Kiedy przyjdzie? W jakiej sytuacji życia nas zastanie?. Czy będzie bolało? Czy będę się bać?. Czy ujrzę owe tajemnicze światło- tunel, świetliste postaci Aniołów, zmarłych krewnych?… Pewnie każdy z nas ma o niej jakieś wyobrażenia. Ale jedno słowo – jak myślę – najlepiej ją określa: TAJEMNICA. Dziś opowiem Wam pewną historię, opartą na faktach. Imiona rzecz jasna – przypadkowe.

Tadeusz był wspaniałym, wrażliwym, bardzo pracowitym chłopcem. Nie był szczególnie wykształcony, jednak otrzymał w domu bardzo dobre wychowanie. Najstarszy spośród trójki swoich braci. Wychował się na wsi, jednak po ukończeniu szkoły postanowił poszukać szczęścia w świecie. To były trudne czasy. Nie zdążył nawet zacząć pracy, gdyż nastała wojna – został zwerbowany do wojska. Po powrocie z wojny, która zostawiła w jego duszy niezatarte piętno – postanowił ułożyć sobie życie, zająć czymś swoje myśli, podjąć pracę. Inaczej zwariuje. I Kiedy już myślał, że skazany jest na samotne życie – pojawiła się Ona…Piękna filigranowa kobieta o kruczoczarnych, gęstych, kręconych do ramion włosach i tajemniczym, głębokim spojrzeniu. Pracowała w masarni. Było w niej coś, co go ujęło. Każdego dnia  wyruszając w miasto – odwiedzał to miejsce, by móc choć przez chwilę z nią porozmawiać. Okazało się, że ma ona na imię Jadwiga i bardzo szybko musiała się usamodzielnić – straciła bowiem rodziców mając pięć lat. Rodzeństwa nie miała. Z każdą rozmową Jadwiga stała się coraz bliższa Tadeuszowi. W końcu przyszedł czas, kiedy postanowił się oświadczyć. Jadwiga powiedziała TAK…(…).

Pobrali się. Na świat przyszły dzieci : trzy córki i jeden chłopiec. Żyli skromnie, ale byli szczęśliwi. Uchodzili za wspaniałą, kochającą się rodzinę. Wzór do naśladowania. Przeżyli wspólnie wiele wzlotów i upadków – jak to bywa w każdym małżeństwie. Z każdego wychodzili zwycięsko. Dzieci dobrze się uczyły, nie sprawiały większych problemów. Ada – najstarsza córka – była nauczycielką, Monika – trzy lata młodsza – kasjerką, Teresa – poszła na medycynę i została lekarzem rodzinnym, zaś Paweł – najmłodszy z całej czwórki – podjął pracę w firmie budowlanej. Wszyscy  odnaleźli swoją drugą połowę, założyli rodzinę, mieli dzieci. Pozostali w rodzinnym mieście, blisko rodziców – za wyjątkiem Ady i jej męża, Karola , którzy postanowili się przeprowadzić to większego miasta, gdzie Karol od razu podjął pracę na kopalni….

Czas mijał nieubłaganie. Do domu Tadeusza i Jadwigi zapukała starość, a wraz z nią – choroby. Jakoś sobie radzili – wszystko jednak do czasu. Jadwiga miała problemy z nadwagą, nadciśnieniem tętniczym, żylakami. Do tego doszła cukrzyca. Potem dwa zawały serca. Wszystko jedno za drugim, niczym lawina. U Tadeusza było inaczej. Był człowiekiem, który zdrowo się odżywiał, uprawiał sport. Biegał, chodził do lasu na grzyby (znał się na tym bardzo dobrze ), łowił ryby nad okolicznym stawem, spacerował. Rozpierała go energia. Jednak i na niego przyszła pora. Pani Śmierć postanowiła najpierw jego odwiedzić. Zaczęło się niewinnie, niepozornie. Nieprzyjemny zapach z ust, chrypka, częsty i bardzo uporczywy kaszel, plucie krwią, jednostronny ból gardła promieniujący do ucha, powiększenie węzłów chłonnych szyi….I trudna do przyjęcia diagnoza: rak krtani. I zaczęło się: naświetlania,  a w końcu zabieg – tzw. chordektomia endoskopowo-laserowa… Terapia przyniosła efekty… Jednak problemy Tadeusza wcale się nie skończyły. Wzorowe małżeństwo z wieloletnim stażem – musiało zmierzyć się z kolejną próbą, która stała się poważnym kryzysem. Jej imię to Alzheimer. Zarówno dla Jadwigi jak i dzieci i wnuków – był to ciężki cios. Jak to? Taki aktywny, pełen życia, dobry człowiek i Alzheimer? Tak jakby rak to za mało. (…)

Alzheimer, określany jest także jako otępienie starcze. Zaczęły się problemy z prawidłowym funkcjonowaniem pamięci krótkotrwałej –Tadeusz posłany przez Jadwigę do sklepu po zakupy – zapominał coraz więcej rzeczy. W końcu zaczął chodzić z listą zakupów, ale i to nic nie dawało. Jadwiga coraz częściej się złościła i reagowała agresywnie: obrażała, krytykowała, wymyślała. Któregoś dnia Tadeusz oświadczył żonie, że wychodzi na spacer. Mija godzina, dwie trzy… Wybija godzina 21:00 a męża nadal nie ma. Jadwiga niepokoi się nie na żarty, wyobraźnia podsuwa jej najgorsze scenariusze, kiedy ktoś puka do drzwi. To sąsiad z naprzeciwka, który spotkał Tadeusza wracając do domu. Był ogromnie zdziwiony widząc Tadeusza tak późną porą na mieście, samego. Zagadnięty Tadeusz w ogóle sąsiada nie poznał, a na propozycję towarzyszenia mu w powrocie do domu chętnie przystał. Okazało się bowiem, że Tadeusz już od kilku godzin snuje się po mieście, chce wrócić do domu, ale….zapomniał gdzie mieszka.! Niecały miesiąc od tego zdarzenia – przestawał rozpoznawać swoją żonę i dzieci , do wszystkich mówiąc per pan/ pani. Zapominał coraz więcej i więcej. Nie wiedział jak jeść zupę, jak się ubrać czy umyć. Stał się bezbronny i bezradny niczym dziecko, które dopiero poznaje świat. Rodzina miała nie lada dylemat. tata wymaga 24-godzinnej opieki, ale dzieci nie mogą porzucić pracy by poświęcić się całkowicie ojcu (przecież trzeba jakoś żyć. Mieć co jeść, w co się ubrać, dokonać wszelkich opłat, zadbać o przyszłość dzieci, gdy ich zabraknie). Jadwiga zaś także była bardzo schorowana, niezdolna do opieki nad mężem. Zatem co robić?…

Rodzina zebrała się w końcu w komplecie i przy stole zaczęła się dyskusja. Niektórzy mówili: rodzina powinna być razem, wspierać i troszczyć się o siebie do samego końca. Monika i Paweł proponowali „pozbyć się problemu”…Oczywiście nie wprost…zasugerowali jednak, że po pierwsze nie wiedzą, jak troszczyć się o ludzi z taką chorobą, po drugie mają własne życie i problemy. Nie potrzebują sobie dokładać nowych. Zatem albo zatrudnijmy kogoś do opieki – co najgorszym pomysłem nie było – albo załatwmy Tadeuszowi pobyt w hospicjum. Jemu to bez różnicy – przecież już niczego nie jest świadom i nic ani nikogo nie pamięta, a tu chodzi o jego dobro… Po kilku dniach namysłu zaczęto załatwiać formalności i miejsce w hospicjum. (…).

Klamka zapadła. Nadszedł czas, aby przewieźć Tadeusza do hospicjum. Zadanie to przypadło w udziale Karolowi. Ten wziął zatem teścia, sprowadził ostrożnie ze schodów, posadził w swoim passacie i wyruszył w drogę. Karol był zamyślony i bardzo zły na rodzinę. Był zdania, że źle robią. Odsyłają go tam, do obcych, bo stał się balastem w ich życiu , do czego nie mają odwagi się przyznać. Cholerni egoiści. Nabuzowany wcisnął pedał gazu. Nie zauważył, że to teraz piesi mają zielone światło. Milczący i otępiały dotąd Tadeusz, wykrzyknął szybko: „Karol, czerwone”. Karol zatrzymał się, spojrzał na światła i zdumiony wykrztusił: „rzeczywiście. Przepraszam”. Dalej jechali już w całkowitej ciszy. Karol pomyślał: „teść uratował nam obojgu życie”.. To był dla niego wstrząs. W końcu dojechali do hospicjum. Oprowadzili po miejscu, pokazali pokój, w którym Tadeusz zamieszka, udzielili wszelkich informacji, zapewnili o dobrej opiece….Karol podziękował i wrócił z powrotem(…). Na drugi dzień, rano – dzwoni telefon. To z hospicjum. Bardzo nam przykro, ale pan Tadeusz umarł.,… Przyszłam do niego z poranną dawką lekarstw i śniadaniem. Leżał spokojnie w swoim łóżku. Nie mogłam go dobudzić. Okazało się, że umarł. Wyglądał na spokojnego i szczęśliwego. Chyba nie cierpiał. Jeszcze raz – najszczersze wyrazy współczucia…

Tadeusz – odszedł więc na drugą stronę w zupełnie obcym miejscu, w całkowitej samotności, „porzucony” przez rodzinę. Mówi się: jakie życie – taka śmierć. Kto wie? może to prawda? Jeśli tak jest istotnie, to Tadeusz musiał być bardzo dobrym człowiekiem… Nie zamierzam potępiać postawy jego rodziny. Osądzi ich własne sumienie. Sytuacja, w jakiej została postawiona ta rodzina – była beznadziejna. Wiem jednak, że Karol, który zawoził Teścia do hospicjum – nie zapomni tego, jak ostatni przebłysk świadomości Tadeusza – uratował mu życie….Jeśli o mnie chodzi, to nie ważne jak, byle bym nie musiała odchodzić z tego świata całkowicie sama….

I na koniec i tak długiego posta – zachęta i apel do Każdego:

Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
zostaną po nich buty i telefon głuchy
tylko to co nieważne jak krowa się wlecze
najważniejsze tak prędkie że nagle się staje
potem cisza normalna więc całkiem nieznośna
jak czystość urodzona najprościej z rozpaczy
kiedy myślimy o kimś zostając bez niego.

Nie bądź pewny że czas masz bo pewność niepewna
zabiera nam wrażliwość tak jak każde szczęście
przychodzi jednocześnie jak patos i humor
jak dwie namiętności wciąż słabsze od jednej
tak szybko stąd odchodzą jak drozd milkną w lipcu
jak dźwięk trochę niezgrabny lub jak suchy ukłon
żeby widzieć naprawdę zamykają oczy
chociaż większym ryzykiem rodzić się niż umrzeć
kochamy wciąż za mało i stale za późno

Nie pisz o tym zbyt często lecz pisz raz na zawsze
a będziesz tak jak delfin łagodny i mocny

Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą
i ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą
i nigdy nie wiadomo mówiąc o miłości
czy pierwsza jest ostatnia czy ostatnia pierwsza.

 

Czy Harry Potter to satanista?

O Harrym Potterze – małym, niezwykle odważnym chłopcu z Privet Drive , uczącym się w szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie- słyszał niemal każdy. Seria książek okazała się takim hitem, że rozeszła się w ogromnej ilości egzemplarzy i doczekała adaptacji filmowej. Do moich rąk trafiła dzięki mojej siostrze, znacznie młodszej ode mnie, która nie lubiła czytać. Tymczasem Harrego Pottera czytała z zapartym tchem – wręcz trudno było jej przerwać. Zainteresowana nietypowym jak na moją siostrę zjawiskiem- sięgnęłam po HP zaraz po tym, kiedy N. przeszła do lektury kolejnego tomu. I tak wsiąkłam….Tak się złożyło, że na krótko po przeczytaniu przeze mnie danego tomu – wchodziła do kin naszego miasta ekranizacja  na podstawie powieści. Miałam wiec możliwość konfrontacji moich wyobrażeń, które wzbudziła we mnie książka- z wizją reżysera. Muszę przyznać- w znacznej części obie się pokrywały.

Choć „Harry Potter i…” to tylko świat fikcji literackiej i filmowej rozrywki – w niektórych środowiskach nadal wzbudza wiele emocji, sensacji, obaw. Mówi się, że od tego typu filmów / książek- każdy chrześcijan z krwi i kości, traktujący swoją wiarę serio – powinien trzymać się z daleka. Powód? Magia, czary, rzucanie zaklęć, fantastyczne stwory, duchy, atmosfera grozy, przemocy i śmierci, odwołania do satanizmu, okultyzm …. Krótko mówiąc- samo zło, pięknie i ciekawie podane, w formie niewinnej rozrywki….

Egzorcyści biją na alarm, straszą, ostrzegają, mówiąc o złych skutkach, które są owocem czytania bądź oglądania przygód małego chłopca.( mowa o dręczeniach i/ lub opętaniu człowieka przez złego ducha). Jako osoba wierząca, która trochę otarła się o duchową, realną obecność złego ducha ( mam tu na myśli posługę modlitwy wystawienniczej ) – wiem, że to nie żarty i nie wymysł ludzki. Sporo widziałam i słyszałam. Zatem sprawy nie bagatelizuje. Jestem jednak zdania, że nie należy popadać w paranoje, we wszystkim doszukując się obecności demona. Zakazując lektury Hp powinniśmy do lamusa odesłać także Smurfy, Muminki, Opowieści z Narnii i wiele innych… skończyło by się na tym, że nie mielibyśmy co czytać i oglądać. Poza tym – w życiu ludzkim tak jakoś jest, że zakazany owoc smakuje najlepiej… Tak było w Raju i tak jest dzisiaj…

Jak wspomniałam w poprzednim wpisie – jestem w Bieszczadach na rekonwalescencji i łykam PIGUŁKI. Jedna z nich nazywa się właśnie Harry Potter. (tytuł oryginalny : satanista Harry Potter).Temat był prze ze mnie poruszony na moim dawnym blogu, jednak dziś ubogace go o „pigułkę Szymona H., którego nawiasem mówiąc bardzo lubię i cenię. Każdy medal ma dwie strony. Złe zostały już wyciągnięte na światło dzienne, zatem pora na te dobre.

Pomijając kwestie dogmatów wiary – Kościół , wbrew temu co myśli wielu – jest otwarty na dyskusję i dialog. I tak-aby nie być gołosłownym – Szymon H. powołuje się w swoich przemyśleniach na osobę Artura Sporniaka, który w swoim tekście zamieszczonym na łamach ” Tygodnika Powszechnego” – stawał w obronie małego czarodzieja, wymieniając wszelkie argumenty, które są zarazem dowodem na to, że  :

książki autorki przygód o Harrym – pokazują wartość przyjaźni, wierności dobru nawet za cenę cierpienia ( Harry i profesor Dumbledore) , odwagi, poświęcenia, narażania życia dla ochrony innych, pomocy niesłusznie oskarżonym, prześladowanym czy słabszym ( chłopiec Nevill Longbottom, istna ciamajda ) , uczciwej rywalizacji ( pięknie to widać w tomie HP i czara ognia), to, że nikogo nie wolno przedwcześnie skreślić czy osądzać ( np. Lupin, czy Snape, który jak się okazuje – bardzo kochał matkę Harrego ). W książkach znajdziemy też przesłanie: każdy zasługuje na drugą szansę- dobrze jest wybaczyć ( obrona Glizdogona przez Harrego ). Znajdziemy też potępienie wykorzystywania stanowiska siły, protekcji – dla egoistycznych , złych celów ( rodzina Malfoy ), manipulacje kłamstw prasowych – niszczenie ludzi dla sensacji ( Rita Skeeter ). Przykładów można by wymieniać w nieskończoność. Trzeba też przyznać, że w każdej z części Historii chłopca z Privet – Drive – dobro zawsze zwycięża zło. Zgadzam się z  tymi argumentami w stu procentach.

Skoro Harry Potter wciąga młode umysły w odmety magii, duchów i innych złych stworów, przyjrzyjmy się kilku innym Historiom. Henryk Sienkiewicz kreśląc postać Zagloby  – promuje alkoholizm. Papcio Chmiel  w przygodach Tytusa, Romka i Atomka – zachęca dzieci by spróbowały przelecieć się wannolotem. Gumisie warzą sok z gumi -jagód, eliksir, po którym maja niezłe Adhd. Kto wie, co oprócz jagód wchodzi w skład owego trunku? ☺ Strach się bać! Tego typu absurdów- można by szukać wszędzie. W każdej książce, która istnieje. Są nawet osoby, wcale nie jest ich tak mało- wg których kilka chłopów umówilo się na imprezę i tak odleciało, że w pijanym widzie postanowili napisać bestseller i dać mu tytuł: Biblia. ☺

Zmierzając do puenty….

Każdy czyta i ogląda to, co lubi, co go fascynuje, interesuje, wzbudza wiele emocji. I dobrze, że tak jest. Kto szuka, ten znajduje – Tak w życiu, jak w kinie, sztuce czy literaturze. Życie nie jest tylko czarne i białe – ma wiele odcieni. Może i rzeczywiście wiele książek czy adaptacji filmowych – promuje treści dalekie od dobrych ( np. horrory , filmy pełne przemocy, seksu, itp). Moim zdaniem Harry Potter w wersji filmowej- powinien mieć  ograniczenie wiekowe z racji, że każda kolejna część jest mroczniejsza, a zło coraz bardziej krzyczy. Jednak wrzucanie dziel typu Harry Potter do szuflady o nazwie ZAKAZANE- nie jest dobrym pomysłem. Człowiek ma umysł i własną wolę, ma prawo wyboru – nawet jeśli ten wybór okaże się zły. Mamy prawo do błędu. Nie wiedzieć czemu, Kościół mający tak ogromne bogactwo świętych – zwykłych prostych ludzi jak my- nie potrafi się z ta skarbnicą i mądrością przebić, zaintrygować, zaciekawić tak, jak czynią to bajarze typu Brown – autor Kodu da Vinci, czy autorka przygód Harrego Pottera. Zamiast zazdrościc wyobraźni, popularności i talentu ludzi światowych, może warto by przejść do ofensywy i pokazać, że Kościół w całej historii swojego istnienia -  ma równie sympatycznych, odważnych, godnych podziwu i naśladowania bohaterów? (….).

 

 

 

Kiedy nadejdzie koniec – czyli w kilku słowach o preppersach

Któregoś dnia – byłam już wtedy na chorobowym – wpadł do mnie przyjaciel o bardzo specyficznych zainteresowaniach. Każde spotkanie z nim czymś mnie zadziwia. Tak też było owego dnia. Rozmawialiśmy o wielu sprawach. W końcu zapytał mnie, czy spotkałam się z terminem Preppers?  Zdziwiona zaprzeczam. Ł. podał mi zatem kilka witryn internetowych i linków na kanale youtube do odsłuchania, żebym podczas naszego następnego spotkania mogła się z nim podzielić swoimi przemyśleniami. O tym też będzie ten post. Co prawda wakacje się skończyły – dziś pierwszy dzień Jesieni – jednak temat wydaje mi się warty poruszenia.

W kilku słowach: Kim jest preppers ?

Prepper jest osobą, która na poważnie bierze odpowiedzialność za przetrwanie własne i swojej rodziny. Dziś mamy swobodny dostęp do żywności. Mamy prąd i gaz, dach nad głową, pracę, względne poczucie bezpieczeństwa. Wyobraźmy sobie jednak sytuację ekstremalną , o której na co dzień nie myślimy: wybucha wojna- wojska nieprzyjaciela zrównują nasz dom z ziemią. Tracimy dorobek całego życia. Twoje życie (a także życie twoich najbliższych) – jest zagrożone. Trzeba zostawić wszystko, pogodzić się z utratą i ratować ucieczką (o ile nas nie zabiją po drodze). Chwila zawahania i zwłoki może nas kosztować życie. Być może brzmi to wszystko jak akcja jednego z tych filmów, na którym byłeś kiedyś w kinie. Jednak nie można całkowicie wykluczyć tego, że wojna czy jakieś inne nieszczęście (np. nieznana nam dotąd epidemia choroby, na którą nie znamy lekarstwa) szczęśliwie nas ominie. Oglądając od czasu media możemy przekonać się, w jak wielu miejscach na świecie źle się dzieje. Co jakiś czas – niczym bumerang – powraca temat końca świata, który zapewne kiedyś nastąpi. Kiedy i jak to będzie wyglądać? Nie wiemy. Ale można się na to przygotować. Tak przynajmniej uważa prepers. On wie, jakie rzeczy będą mu potrzebne do przetrwania podczas apokalipsy. Jest bardzo zorientowany na przetrwanie rozwija się w sztuce survivalu, gromadzi przedmioty które w chwili apokalipsy-końca świata będą w stanie go utrzymać na pewnym standardzie życia. Organizuje miejsca gdzie będzie mógł przenieść np. las , schron lub inne miejsce w kraju gdzie można żyć bezpiecznie (…).

Czy preppersi to zwariowani ludzie?

Po chwili namysłu – uważam, że nie. Nie sądzę, by na koniec świata ktokolwiek z nas mógł się odpowiednio przygotować (nie znamy dnia, ani godziny), ale zimna krew, samodzielność, zaradność – to wielki atut człowieka na każde czasy. Jestem zdania, że wysyłając nasze dzieci np. na obozy harcerskie czy tzw. szkoły przetrwania – pomożemy naszym pociechom radzić sobie w dorosłym życiu. Bywa, że długo chowamy dziecko w domu z troski o jego bezpieczeństwo, wyręczamy go, jesteśmy (niekiedy) nadopiekuńczy, jednak czas pokazuje, jak niemądre to było z naszej strony. Trzydziestoparoletni facet (to oczywiście przykład) nadal trzyma się matczynej spódnicy. Każde jej słowo to świętość. Nie robi zbyt wiele. Mama ugotuje, upierze, posprząta, poda pod nos… Kobietę , która jako dziecko żyła „pod kloszem” – przepełnia wiele lęków i obaw co do tego, jak poradzi sobie bez opieki rodziców, czyjegoś wsparcia. Lepiej więc od samego początku rzucać dziecku wyzwania, uczyć samodzielności, rozbudzać w nim ciekawość świata, pomagać rozwijać talenty. Kiedy w dorosłym życiu zetknie się z jakąś sytuacją trudną (czy też ekstremalną), nie wpadnie w panikę, ale da sobie radę. A wy? co o tym myślicie? :)

PS: dla ciekawych podaje stronę, którą warto odwiedzić:   http://www.gotowynajutro.pl/

****** TEMAT ZAINSPIROWANY ROZMOWĄ Z PRZYJACIELEM :)))

 

 

Mężczyźni wolą brzydule ????

Na swoim pierwszym blogu (bo ten jest drugim z kolei) lubiłam wsadzać kij w mrowisko. Często pisałam spontaniczne, zaczepne teksty, które czasami „wisiały” na głównej onetu (czym zawsze byłam zszokowana :).  Niestety, w pewnym momencie zniknęłam na dobre z blogosfery, ale słabość do blogowania pozostała. Uwielbiam pisać, zawsze to kochałam, dzięki czemu ten blog istnieje. Przeglądając go zauważyłam, że na ogół dotykam tematów trudnych, ciężkich. Zatem pora na odmianę. Najwyższy czas na coś lżejszego!. Postanowiłam niejako nawiązać do poprzedniego tematu o kobiecym pięknie i rozwinąć go o wątek dobierania się w pary. Będzie ciężko, bo pisze to osoba wolna, wokół której mężczyźni czasem się kręcą, aczkolwiek na tym te podchody się kończą. :). Mimo to – spróbuję.

Bardzo długo szukałam swojej połówki jabłka, byłam otwarta na znajomości z płcią przeciwną, nienachalna. A jednak ciągle pozostawałam bez partnera. Dziś się tym nie przejmuję, ale wtedy – ta samotność była dla mnie pigułką trudną do przełknięcia. I w pewnym momencie przyszła mi myśl: albo inne mają coś czego mi brak, a na co mężczyźni zwracają uwagę, albo zwyczajnie unikają, a nawet się mnie boją! Nieee, to niemożliwe!. Czego mieli by się niby bać? Że ich ugryzę? Zwyzywam? Pogonię na cztery wiatry? Przecież  nie wyglądam jak Miss Świata!. Jestem otwarta, wrażliwa, spontaniczna…nie mam nie wiadomo jak wygórowanych oczekiwań wobec płci przeciwnej. Daleko mi do zołzy!. To musi być coś innego(…)

Upływ czasu oraz moje doświadczenia w relacjach damsko – męskich utwierdziły mnie jednak w przekonaniu, że stawiane przeze mnie tezy nie są wcale tak dalekie od prawdy! Jak wspominałam – nie mam problemu w nawiązaniu kontaktów z mężczyznami. Mam kilkoro przyjaciół. Te relacje trwają już wiele lat. Jednak tylko dwóch podczas zwykłej rozmowy – zupełnie nie związanej z tematem postu – przyznało, że myślało o czymś więcej niż przyjaźń, lecz zabrakło im odwagi, by mnie o to zapytać! Dlaczego? To już pytanie do mężczyzn. :). Skąd zatem te obawy? 

Mężczyźni wolą brzydule….

Czy jest w tym ziarnko prawdy? okazuje się że tak. Mężczyźni często unikają pięknych, atrakcyjnych kobiet, gdyż mają za dużo adoratorów i wielbicieli. Są zjawiskowe i śliczne, więc nie mogą opędzić się od kolegów, przyjaciół, znajomych. Większość facetów ślini się na ich widok. Są łatwym łupem tzw. królów dyskotek. Co za tym idzie – są bardziej skłonne do zdrady. Znacznie bezpieczniej jest nie sięgać aż tak wysoko. Lepiej zainteresować się – umownie to nazwijmy – kobietą przeciętną lub uważającą siebie za mało atrakcyjną. Ryzyko zdrady mniejsze. Piękna Barbie na pewno będzie miała w głowie siano: Paplanina bez sensu, próżność, zadufanie, skupianie się głównie na swoim wyglądzie…szkoda czasu!. Kobieta powinna coś sobą reprezentować. Same ciało to raczej mało. Ta piękna – często oczekuje, by traktować ją jak księżniczkę: musi być ciągle w centrum uwagi, cały świat powinien kręcić się wokół niej. Żąda pokłonów, składania hołdów, leżenia u jej stóp, a co najgorsze prezentów, aby były ciągle przekonana o swojej wyjątkowości. Mężczyzna musi być na jej rozkazy…Kto to wytrzyma?.. Na upojne noce – piękna barbie będzie jak najbardziej odpowiednia. Ale w roli partnerki na całe życie – raczej się nie sprawdzi.  Natomiast kobieta przeciętna (czy też nieco brzydsza) – z racji braku urody – będzie musiała się wykazać, by go przy sobie zatrzymać.:) Ależ to wygodne, prawda? :)

PIĘKNE = LUKSUSOWE

Nie da się ukryć: piękno jest luksusem. Piękna barbie nie zadowoli się byle czym. Nie dla niej perfumy z bazaru, czy ciuchy ze szmateksu. Ona musi mieć wszystko najlepszej jakości. Markowe. A to niestety kosztuje… Być może mocno pewne rzeczy upraszczam , za co czytające to kobiety z góry przepraszam – ale wiele mężczyzn tak właśnie myśli. 

PIĘKNA + INTELIGENTNA = ZABÓJCZA

czyli kobieta ze zdjęcia dołączonego na potrzeby posta. Dlaczego (na ogół) mężczyzna trzyma się z dala od takich kobiet? Ponieważ bystra, mądra kobieta, wykształcona, pracująca, mająca własne zdanie – to niebezpieczeństwo. Taką kobietę nie jest łatwo zdominować. Nie wciśniesz jej kitu, ona nie połknie tak łatwo kłamstwa , jak piękna Barbie. Bo Piękna i Inteligentna MYŚLI. Jeśli na dodatek ma wiele znajomych, zainteresowań, jest ciekawa świata, zarabia więcej niż On i ma ambicje – to jeszcze gorzej. Mężczyzna łatwo wpada wtedy w kompleksy, czuje się taki malutki i beznadziejny w porównaniu z Piękną i Inteligentną. Jest przekonany, że na taką kobietę nie zasługuje. Że niewiele może jej zaoferować. Z osobistego doświadczenia mogę powiedzieć, że jeśli mężczyzna ma kompleksy – będzie szukał potwierdzenia swojej męskości i dowartościowania „na boku”. Oczywiście nie podaję procentów i statystyk – po prostu to przerobiłam. :).

Wniosek ?

Każdy ma swój gust. Niektórzy panowie preferują brunetki o dużym biuście, inni filigranowe blondynki czy rude, piegowate, zielonookie. Jednak to nie piękno czy jego brak – zapewni nam udany związek, lecz osobowość i charakter naszej połówki. Jeśli czyta ten tekst kobieta, która uważa siebie za „brzydulę” – nie przejmuj się. Z mężczyznami nie jest tak źle. Ten jedyny zobaczy w tobie piękno, które w sobie masz. Doceni ciebie jaką jesteś. Piękno cielesne i tak nie jest wieczne. Tak piękna jak i brzydka – kiedyś się pomarszczy i zostanie jej tylko piękno wewnętrzne: czyli serce i dusza. A to jest zawsze pożądane.  A do pięknych Barbie mały apel: cieszcie się takim atutem, jaki dała Wam Matka Natura, ale pokażcie innym, że nie jesteście pustakami. Dostrzegajcie piękno i zalety Waszego partnera. Doceńcie go czasem:). Nie tylko my – kobiety tego potrzebujemy:). A jeśli któraś z Was jest sama , czekająca na cud, na księcia z bajki: nie czekaj, nie szukaj. Nic na siłę. Skoro jeszcze czekasz, to znaczy – że czeka cię ktoś naprawdę wyjątkowy. Tylko żyj pełnią życia, rób to co kochasz, i miej oczy i serce otwarte na miłość. W końcu przyjdzie. Na pewno! :) 

piekna_kobieta_podoba_sie_oczom_2014-01-03_10-58-22

***** Mój punkt widzenia – dedykowany w sposób szczególny każdej kobiecie.

Chodź, powróżę ci…

Ostatnio coraz częściej doskwiera mi życie w czterech ścianach. Spokojnie: nie mam doła . Mam jedynie za wiele wolnego czasu, który zapycham, jak się tylko da, byle tylko płynął szybciej. I w ciągu ostatnich dni – sama do końca nie rozumiejąc siebie – zafundowałam sobie maraton przygód z Harrym Potterem. Przeniosłam się swoją wyobraźnią do magicznego świata HOGWARTU, gdzie coś takiego jak nuda – nie istnieje. Kiedy tylko powróciłam w świat realny, pojawiła się myśl. Obserwacja własna. Od dłuższego czasu na mój telefon komórkowy – przychodzą mi komunikaty z propozycją udzielenia rady czy pomocy w wielu problematycznych dla mnie sprawach – przez wróżbitów. Podobnie w telewizji oraz w sieci. Można sobie postawić tarota, powróżyć z run, poczytać horoskopy, które to niby odsłonią przed nami, co nas czeka w najbliższym czasie, kto będzie dla nas najlepszym partnerem na życie, kto dobrym materiałem na kochanka itd.

Zadziwiająca sprawa … żyjemy w Kaczogrodzie –  kraju wyznaniowym, katolickim, od mniej więcej 966 r., kiedy to chrzest księcia Polan Mieszka I zapoczątkował proces chrystianizacji ziem polskich, początek polskiego Kościoła katolickiego. Ale do rzeczy. Przyznaję, miałam w życiu taki czas, kiedy byłam załamana, zdesperowana, zagubiona. Rozpaczliwie szukałam wyjścia z trudnej sytuacji, możliwości zmian, rozwiązania jakiegoś problemu. Ale nie chodziłam z tym wszystkim po pomoc i radę do wróżki, a co najwyżej do psychologa! Horoskopy czy tarot – bo jedynie z tym miałam styczność – czytałam na początku z nudów, potem z ciekawości, a na końcu – dla zabawy. Przepowiadano mi bowiem tak cudowne, szczęśliwe, pełne satysfakcji i spełnienia życie, że Baśnie Tysiąca i Jednej nocy – to przy tym Pikuś. Tymczasem wiele osób życia publicznego (w domyśle: gwiazd, celebrytów itd). – otwarcie się przyznaje do tego, iż korzysta z tego typu usług. Kto na przykład?

DODA

9376fe1a0e21861893e6e6d9271587f95b04777c_300x200

Jak wieść głosi – kobieta nie tylko piękna (co widać), ale również o wysokim ilorazie inteligencji. W jednym z wywiadów przyznała, że chodzi do wróżki. Mało tego - Dorota zdradziła także, że wierzy w voodoo (religia afroamerykańska, której podstawę stanowią rdzenne wierzenia ludów zachodnio-afrykańskich z elementami religii katolickiej i spirytyzmu; jej kapłani- szamani używają laleczki voodoo, aby uzdrawiać lub rzucać klątwę).

Grażyna Wolszczak

464976_1.1

 

Pani Grażyna otwarcie przyznaje, że wierzy we wróżby. Od wielu lat przyjaźni się ze znaną wróżką Aidą. – „Aida od czasu do czasu mówi mi, co mnie czeka – zdradza aktorka. Kiedyś radziła się wróżki zarówno w sprawach prywatnych, jak i zawodowych”. Jednak odkąd poznała mężczyznę swego życia (scenarzystę Cezarego Harasimowicza), o miłość już nie pyta.

STACHURSKI

0000SSL7BHHYF907-C116

Wierzy, że piramidy kumulują energię z kosmosu. W swoim domu ma aż sześć stworzonych przez niemieckiego biotechnika i mistyka, Haralda Alkego piramid – ta w ogrodzie mierzy prawie 2 metry wysokości (jej cena to ok. 8000 zł!). Tak poszperałam nieco, bo lubię faceta i jego muzyczne hity także. :). Zainteresował się także inedią, czyli odżywianiem się przy pomocy energii słonecznej….Wooow!. Przykładów można by mnożyć bez  końca, ja jednak ograniczę się do tych trzech.(..)

 

Według Katechizmu Kościoła Katolickiego:

- 2115 Bóg może objawić przyszłość swoim prorokom lub innym świętym. Jednak właściwa postawa chrześcijańska polega na ufnym powierzeniu się Opatrzności w tym, co dotyczy przyszłości, i na odrzuceniu wszelkiej niezdrowej ciekawości w tym względzie. Nieprzewidywanie może stanowić brak odpowiedzialności.

- 2116 Należy odrzucić wszystkie formy wróżbiarstwa: odwoływanie się do szatana lub demonów, przywoływanie zmarłych lub inne praktyki mające rzekomo odsłaniać przyszłość [42]. Korzystanie z horoskopów, astrologia, chiromancja, wyjaśnianie przepowiedni i wróżb, zjawiska jasnowidztwa, posługiwanie się medium są przejawami chęci panowania nad czasem, nad historią i wreszcie nad ludźmi, a jednocześnie pragnieniem zjednania sobie ukrytych mocy. Praktyki te są sprzeczne ze czcią i szacunkiem – połączonym z miłującą bojaźnią – które należą się jedynie Bogu.

- 2117 Wszystkie praktyki magii lub czarów, przez które dąży się do pozyskania tajemnych sił, by posługiwać się nimi i osiągać nadnaturalną władzę nad bliźnim – nawet w celu zapewnienia mu zdrowia – są w poważnej sprzeczności z cnotą religijności. Praktyki te należy potępić tym bardziej wtedy, gdy towarzyszy im intencja zaszkodzenia drugiemu człowiekowi lub uciekanie się do interwencji demonów. Jest również naganne noszenie amuletów. Spirytyzm często pociąga za sobą praktyki wróżbiarskie lub magiczne. Dlatego Kościół upomina wiernych, by wystrzegali się ich. Uciekanie się do tak zwanych tradycyjnych praktyk medycznych nie usprawiedliwia ani wzywania złych mocy, ani wykorzystywania łatwowierności drugiego człowieka.

Dlaczego ludzie chodzą do wróżki? z czego to wynika? Między innymi z nieświadomości i niewiedzy (patrz trzy powyższe akapity zaczerpnięte na potrzeby postu z Katechizmu), brakach w edukacji chrześcijańskiej. Czysta ludzka ciekawość, fascynacja nieznanym, aura tajemniczości. Na pewno ważną rolę odgrywa też to, co wynieśliśmy z rodzinnego domu, środowiska, w którym żyjemy. Wiara to dar Boga, lecz także zadanie. Mamy się o nią troszczyć, pielęgnować, rozwijać, chronić. Cóż to znaczy? wiadomo. Żyć sakramentalnie, poznawać Boga przez Pismo Święte (które w końcu po coś większość z nas dostał). Im bardziej je zgłębiamy, tym bardziej wiemy jaki jest Bóg, w co naprawdę wierzymy, czego unikać powinniśmy (by żyć w zgodzie z sobą i tym, w co wierzymy – przez przyjęcie łaski Chrztu Świętego). Ja ochrzczona zostałam (super!). Wychowana w wierze – już nie. I tu jest problem!. Niby jesteśmy katolikami, a jednocześnie – obok Boga, który jest Drogą, prawdą i życiem (to już Ewangelia Jana) – zachowujemy się absurdalnie: Szukamy rozpaczliwie guzika, gdy widzimy kominiarza. Omijamy z daleka czarnego kota , bo przyniesie nam pecha. Wierzycie w to, że istnieje coś takiego, jak pech? Ja nie, choć kiedyś wierzyłam. Potrzebne mi było przeżycie ogromnego buntu, oddalenia od Boga na długie lata, poznania ludzi PRAWDZIWIE WIERZĄCYCH i różnych doświadczeń, by zobaczyć, zrozumieć, zacząć tym ŻYĆ.(…). Władza, tajemne moce w tym pragnienie ich posiadania, demony… brzmi ciekawie i abstrakcyjnie. Ciekawie tak bardzo, że powstało wiele różnych filmów ukazujących w jakimś stopniu ten temat (np. Egzorcysta). Większość (tak zakładam) – widziała ten film. Robi wrażenie. Na mnie większe wrażenie zrobiła posługa modlitwy o UWOLNIENIE I uzdrowienie. Dwa razy przerobiłam to na żywo. Wspierając modlitwą kapłana – egzorcystę (raz na odległość – byłam już na L4 , i raz na miejscu). Widziałam te „moce” i to, co one potrafią uczynić z człowiekiem. Chyba jedynie cudem nie padłam z wrażenia, ani nie zwiałam z popłochu. Od tamtej chwili już nie żartuje z magią, nie stawiam tarota nawet dla zabawy. To tak w ramach krótkiego świadectwa, którym postanowiłam się podzielić. :)

Taki stan rzeczy – tj. wymieszanie wiary z magią, skala tego zjawiska w katolickim kraju – to bez wątpienia efekt klęski katechezy, gdy misterium Eucharystii czy chrztu jest traktowane jak zwykły symboliczny obrzęd społeczny, a interpretacja kilku kart – brana jest za wsparcie dla duszy. Efekty widać… Jednak jest jeszcze inny powód występowania takiego trendu, zupełnie prozaiczny. W każdym człowieku drzemie bowiem potrzeba kontroli nad własnym życiem. Mamy jakąś wizję, pomysł, plan na własne życie. Jest zatem naturalne, że chcemy by wszystko układało się po naszej myśli. Problem tkwi w tym, że nie jesteśmy w stanie przewidzieć, z czym będziemy musieli się zmierzyć w przyszłości. Jesteśmy niepewni, zalęknieni. A to woda na młyn dla wróżbitów, astrologów, jasnowidzów. Ta nasza potrzeba jest tak wielka, że wróżbiarstwo to wielki biznes. Powołując się na pewne źródło – kilka liczb: 

 

„Według różnych danych wszelkiej maści, wróżek i astrologów jest w Polsce blisko sto tysięcy. Dla porównania – księży katolickich „aż” trzydzieści tysięcy. W każdej „szanującej się” gazecie znajdziemy horoskop, działa kanał nadający non-stop porady wróżbitów, tarocistek, Elżbieta Bieńkowska bez żadnego wstydu przyznaje się, że konsultuje się z numerologiem. Trzy miliony klientów zostawiły w 2009 r. w kieszeniach biznesu ezoterycznego w samej branży telewizyjnej sto milionów złotych. Jeśli podliczyć wszystkie drobne wróżki, suma ta może wynieść nawet dwa miliardy. Większość wielkiego biznesu „wróżkowego” w Polsce należy do nadawców niemieckich i korzysta z rozwiązań wypracowanych za Odrą. Obok nich są drobne, ogłaszające się w gazetach jednoosobowe firmy, ale także osoby przyjmujące klientów jedynie „z polecenia”.    

Zmierzając do puenty….

Wróżbiarstwo w mojej ocenie to jeden wielki stek bzdur i ohydna manipulacja, na którą najbardziej podatni są ludzie słabi, podłamani, którzy nie widzą nadziei i szukają odpowiedzi na poważne pytania egzystencjalne. To nic innego, jak żerowanie na uczuciach i ludzkiej tragedii. W sytuacji kryzysu – człowiek desperacko chwyta się wszystkiego. Nawet wizyty u wróżki, o której normalnie by pewnie nie pomyślał. Po śmierci bliskiej osoby aż kusi, by udać się do spirytysty, który pomoże nawiązać kontakt z ukochaną babcią czy dzieckiem. Czasem wystarczy zwykły kryzys małżeński, by zapomnieć o radach rodziny i niemal całe swe życie oprzeć na tym, co doradziła wróżka Xenia (nazwa własna). Wielki autorytet wróżbitów – zaufanie, jakim są  obdarzani – to  najczęściej zajęcie pewnej pustki, zostawionej przez „racjonalnych” doradców życiowych, ale też Wspólnoty Kościoła, czy konkretnych duszpasterzy.Nadzwyczajna aktywność wszelkiej maści odłamów ezoteryzmu to wielka klęska racjonalizmu oraz wiary. Mam jednak nadzieję, że z tej porażki edukacyjnej – wszyscy wyciągniemy wnioski na przyszłość.(…).

PS. Mały dopisek! (musiałam): 

Pisząc ten post nie miałam na celu wymądrzania się, przekonania Was do moich racji, czy nawracania „na siłę”. Szanuję Was i wasze poglądy!. Doceniam waszą otwartość i ciekawość świata. To coś, co nas łączy – bez względu na nasze przekonania. :) .Ten wpis to przede wszystkim owoc moich rozmyślań, wielu lat poszukiwania prawdy i sensu życia oraz osobistego doświadczania wiary i Bożego działania, które dostrzegam na co dzień. Mimo powoływania się na Słowo Boże czy Katechizm – bez czego nie byłabym wiarygodna – mam nadzieję, że poruszony temat Was zaciekawił. :)

Kreacjonizm, ewolucjonizm, wiara – dla wytrwałych!

Jeden z ostatnich komentarzy dotyczącego ostatniego posta  - skłonił mnie do refleksji. A że temat szeroki ,  spróbuję nań odpowiedzieć tym wpisem. Ci, którzy wpadają tu z odwiedzinami już od jakiegoś czasu  - zorientowali się zapewne, że jestem osobą nieco dziwną, pokręconą, a może także szaloną. Inne etykietki, jakie często mi się przyczepia (nawet ze strony moich znajomych realnego świata) to: nawiedzona, naiwna, oderwana od rzeczywistości, dziecinna,  czy niepoprawna optymistka (z tym ostatnim akurat się zgadzam). Tak, przyznaję: jestem osobą wierzącą i praktykującą. Nie zawsze tak było. O tym, co przyczyniło się owej wiary może następnym razem….:) Tymczasem - do rzeczy.

Tytułem wstępu – przytoczę owo pytanie, które skłoniło mnie do ugryzienia nieco tego tematu. Oto ono:  „Zapomniałam Cię zapytać o pierwszą część tekstu. Jesteś chyba wierząca, prawda? Jak postrzegasz teorię ewolucji? Nie jest ona przypadkiem największym wrogiem i przeciwnikiem kreacjonizmu?”. Zaznaczam, że ani kreacjonizm , ani ewolucjonizm, ani różnego rodzaju nurty filozoficzne – nigdy nie były moją mocną stroną, jednak spróbuję spojrzeć na te pojęcia okiem i sercem osoby wierzącej. 

Ewolucjonizm 

  • 1. «nauka o ewolucyjnym rozwoju świata organicznego» ,
  • 2. «kierunek w filozofii i naukach społecznych wyjaśniający formy istnienia i strukturę rzeczywistości jako rezultat działania praw ewolucji»
  • 3. «kierunek w socjologii XIX w. głoszący stopniową zmienność życia społecznego od form niższych do wyższych»

Kreacjonizm (wg GOOGLA: Pseudonauka)

Pogląd, że człowiek i wszelkie życie na Ziemi zostały stworzone w swojej pierwotnej formie przez Boga lub bóstwa. Współcześnie kreacjonizm jest poglądem filozoficznym i religijnym.  Nie jest natomiast uznawany za teorię naukową i nie funkcjonuje w ramach nauk przyrodniczych, gdyż obecnie teoria nauk przyrodniczych musi być falsyfikowalna, a tymczasem kreacjoniści nie stosują metody naukowej, nie testują swoich hipotez.

Wyróżnia się następujące rodzaje kreacjonizmu (wymienię te najważniejsze):

  • kreacjonizm młodej Ziemi (ang. young Earth creationism)
  • kreacjonizm starej Ziemi (ang. old Earth creationism)

 

  • Kreacjonizm młodej Ziemi zakłada, że Ziemia według interpretacji Biblii ma od ok. 6 do ok. 10 tysięcy lat i wtedy też powstało życie oraz człowiek.
  • Kreacjonizm starej Ziemi traktuje opis biblijny bardziej metaforycznie, nie negując tego, że Ziemia oraz życie na niej ma kilka miliardów lat, i jako taki usiłuje być w zgodzie z naukami innymi niż biologia.

Hmm… ok, tyle definicji. Jest tego sporo, więc ograniczam się do minimum.

Czy teorię ewolucji można pogodzić z Biblią?

Dobre pytanie, a dla mnie nawet fundamentalne, gdyż to właśnie na tej księdze,  natchnionej przez Ducha Świętego, która od wieków jest inspiracją dla pisarzy, artystów, malarzy itd. – opieram swoje życie. Jest tak z wielu powodów, jednak o tym może szerzej w osobnym poście. A więc…Co na to Biblia? Popatrzmy i porównajmy:

Ewolucjoniści utrzymują zazwyczaj, że zwierzęta przeistoczyły się w ludzi stopniowo, a więc wykluczają możliwość, by w jakimś momencie żył na ziemi tylko jeden człowiek. Biblia przedstawia jednak zupełnie inną wersję wydarzeń. Wyjaśnia, że pochodzimy od pierwszego człowieka, Adama, który był postacią historyczną. Podaje imię jego samego, jego żony oraz niektórych ich dzieci. Opowiada, co robił, co mówił, kiedy żył i kiedy umarł. Jezus nie uważał tej biblijnej relacji za powiastkę dla prostych ludzi. Zwracając się do gruntownie wykształconych przywódców religijnych, zapytał: „Czy nie czytaliście, że ten, który ich stworzył, od początku uczynił ich mężczyzną i kobietą?” (Mateusza 19:3-5). Następnie zacytował słowa dotyczące Adama i Ewy z Księgi Rodzaju 2:24.

 

Łukasz, pisarz biblijny i skrupulatny historyk, przedstawił Adama jako człowieka równie realnego jak Jezus. Podał rodowód Jezusa sięgający wstecz aż do pierwszego mężczyzny (Łukasza 3:23-38). Apostoł Paweł zaś, przemawiając do osób, wśród których byli filozofowie — wychowankowie słynnych greckich szkół — powiedział: „Bóg, który uczynił świat i wszystko, co na nim, (…) z jednego człowieka uczynił wszystkie narody ludzkie, żeby zamieszkiwały na całej powierzchni ziemi” (Dzieje 17:24-26). Biblia więc uczy, że pochodzimy od „jednego człowieka”. Czy to, co na temat początków ludzkości mówi ta Księga, można pogodzić z teorią ewolucji? (…).

Zgodnie z Pismem Świętym, Bóg stworzył pierwszego człowieka jako istotę doskonałą. Bóg z pewnością nie uczyniłby czegoś, co byłoby ułomne bądź niekompletne. W relacji biblijnej czytamy: „Bóg przystąpił do stworzenia człowieka na swój obraz (…). Potem Bóg widział wszystko, co uczynił, i oto było to bardzo dobre” (Rodzaju 1:27, 31). Na czym polega ludzka doskonałość?

Człowiek doskonały ma wolną wolę i potrafi w całej pełni odzwierciedlać przymioty Boże. Biblia mówi: „Prawdziwy Bóg uczynił ludzi prostolinijnymi, lecz oni sami obmyślili wiele planów” (Kaznodziei 7:29). Adam zbuntował się przeciwko Bogu i w rezultacie utracił doskonałość oraz możliwość przekazania jej swym potomkom. Wyjaśnia to, dlaczego tak często w czymś nie dopisujemy, mimo iż chcemy postępować dobrze. Apostoł Paweł oświadczył: „Tego, czego chcę, nie dokonuję, ale czego nienawidzę, to czynię” (Rzymian 7:15).

Jak wynika z Biblii, doskonali ludzie mieli żyć wiecznie, ciesząc się idealnym zdrowiem. Ze słów samego Boga skierowanych do Adama można wywnioskować, że gdyby nasz praojciec dochował posłuszeństwa, nigdy nie musiałby umrzeć (Rodzaju 2:16, 17; 3:22, 23). Gdyby człowiek miał skłonność do chorób lub do buntu, Bóg nie nazwałby swego stworzenia „bardzo dobrym”. Utrata doskonałości wyjaśnia, dlaczego ludzkie ciało, choć zaprojektowane tak wspaniale, jest podatne na różne choroby i ułomności. Teorii ewolucji nie można więc pogodzić z Pismem Świętym. Według niej dzisiejszy człowiek to ewoluujące, rozwijające się zwierzę. Biblia zaś wyjaśnia, że współcześni ludzie to ulegający degeneracji potomkowie doskonałych ludzkich prarodziców.

Twierdzenie, że Bóg posłużył się ewolucją, by doprowadzić do powstania człowieka, jest ponadto sprzeczne z tym, co Biblia mówi o Jego osobowości. Gdyby Bóg kierował procesem ewolucji, oznaczałoby to, że właśnie On doprowadził ludzkość do obecnego upadłego stanu. Tymczasem w Biblii czytamy o Nim: „Skała — doskonałe są wszystkie jego poczynania, bo wszystkie jego drogi są sprawiedliwością. Bóg wierności, u którego nie ma niesprawiedliwości; jest on prawy i prostolinijny. Oni zaś postępowali zgubnie; nie są jego dziećmi, wada jest ich własna” (Powtórzonego Prawa 32:4, 5). Cierpienia, jakich obecnie doznają ludzie, nie są wynikiem kierowanego przez Boga procesu ewolucji. To pierwszy człowiek wskutek buntu zaprzepaścił doskonałość swoją i swego nienarodzonego jeszcze potomstwa.

Propagatorzy teorii ewolucji często kierują się nie faktami, lecz „własnymi pragnieniami” — na przykład chęcią zdobycia uznania w środowisku naukowym, w którym ewolucjonizm stanowi obowiązującą doktrynę. Profesor biochemii Michael Behe, który sporą część życia spędził na badaniu złożonych procesów zachodzących w żywych komórkach, wyjaśnia, że naukowcy uczący o ewolucji komórki nie opierają się na żadnych dowodach. Czy w tak mikroskopijnej skali, na poziomie molekularnym, może zachodzić proces ewolucji? Profesor Behe napisał: „Ewolucja molekularna nie ma podstaw ściśle naukowych. W literaturze naukowej — prestiżowych, specjalistycznych periodykach czy książkach — nie ma ani jednej publikacji opisującej, jak zaszła lub choćby jak mogłaby zajść ewolucja molekularna jakiegokolwiek realnie istniejącego, złożonego systemu biochemicznego. (…)” .

Skoro ewolucjoniści nie dysponują dowodami, to dlaczego tak śmiało głoszą swoje poglądy? Behe wyjaśnia: „Sporo ludzi, a wśród nich wielu liczących się, szanowanych uczonych po prostu nie chce, żeby w grę wchodził ktoś lub coś oprócz samej natury”. Tymczasem tę naturę KTOŚ stworzył! I to z niezwykłą precyzją!  :) Postaram się tę śmiałą tezę jakoś udowodnić. :)

Bóg (a nie bóstwa) – jako Stwórca , w oparciu o dowody.

Prawdziwa wiara w Boga powinna się opierać na dowodach istnienia Stwórcy. Biblia pokazuje, gdzie można je znaleźć. Dowodów , które tą tezę mogłyby potwierdzić – jest niezliczona ilość, ja postaram się spośród nich – wybrać tylko kilka :). Jeśli to was nie przekona – otwórzcie Pismo święte i SZUKAJCIE, AŻ ZNAJDZIECIE! :) 

 

1.

 

2.

 

3.

 

EWOLUCJONIZM  A KREACJONIZM  

Analiza porównawcza dwóch teorii

1) Proces powstania Wszechświata i początek życia na Ziemi

Model ewolucjonizmu opiera się na zasadzie stopniowo zachodzących zmian i zakłada, że życie na Ziemi osiągnęło skomplikowany i zorganizowany stan, na skutek oczywistego rozwoju.

Model kreacjonizmu wyodrębnia szczególny, początkowy moment stworzenia, kiedy główne żywe systemy zostały stworzone w skończonej i doskonałej postaci.

2) Siły sterujące

Model ewolucjonizmu twierdzi, że siłami sterującymi są niezmienne prawa przyrody. Skutkiem oddziaływań tych praw przyrody jest zrównoważona i idealna przyroda. Do tych praw odnosi się dobór naturalny, zakładający walkę o przetrwanie wśród gatunków.

Model kreacjonizmu: nie obserwujemy obecnie powstania form życia na drodze aktu stworzenia, dlatego też kreacjoniści utrzymują, że wszystko co żywe, zostało stworzone w nadprzyrodzony sposób. Zakłada to istnienie Wyższego Rozumu we Wszechświecie, zdolnego do zamysłu i zrealizowania stworzenia.

3) Przejaw sił sterujących w obecnym czasie

Model ewolucjonizmu: zgodnie z niezmiennością i wszechobecnością sił sterujących, naturalnie prawa leżące u podstaw stworzenia wszystkiego co żywe, działają i do dziś. Zawierająca się w tych prawach ewolucja zachodzi, aż do teraz.

Model kreacjonizmu: po zakończeniu aktu stworzenia, procesy stworzenia ustąpiły miejsca procesom zachowawczym, podtrzymującym Wszechświat i umożliwiającym mu realizację nieokreślonego przeznaczenia. Dlatego też obecnie, w otaczającym nas świecie, nie możemy już obserwować procesów doskonałego stworzenia.

4) Stosunek do istniejącego porządku wszechświata

Model ewolucjonizmu: obecnie istniejący świat znajdował się początkowo w stanie chaosu i braku porządku. Z biegiem czasu w wyniku działania praw naturalnych, świat stawał się coraz bardziej zorganizowany i złożony. Procesy prowadzące do uporządkowania świata zachodzą do dziś.

Kreacjoniści przedstawiają świat w skończonej i doskonałej postaci. Wychodząc z założenia, że porządek świata początkowo był doskonały, polepszyć się już nie może – przeciwnie, z biegiem czasu może tylko tracić na swej doskonałości.

5) Czynnik czasu

Model ewolucjonizmu: powstanie życia na Ziemi i jego rozwój, aż do obecnego, złożonego stanu, jest skutkiem procesów zachodzących w przyrodzie działających przez długi okres czasu. Ewolucjoniści szacują wiek Wszechświata na 13.7 mld. lat, a wiek Ziemi – 4.6 mld. lat.

Model kreacjonizmu: świat został stworzony w niewyobrażalnie krótkim odcinku czasu. Dlatego też kreacjoniści operują nieporównywalnie mniejszymi liczbami, w opisie wieku Ziemi i życia na niej.

Wnioski

Jak wynika z powyższej analizy – obie teorie znacznie różnią się od siebie, w wielu kwestiach przeczą jedna drugiej. Można więc umownie przyjąć, że są dla siebie w jakimś sensie wrogiem. Czy największym? NIE WIEM! Nie jestem wszechwiedząca :) . Mogę jednak powiedzieć, że obie są zagrożeniem dla chrześcijanina, stoją w opozycji do tego, w co chrześcijan – katolik wierzy. Skąd taka teza? Starałam się na to wszystko spojrzeć z perspektywy osoby wierzącej. Oparłam się więc na przekazach Pisma świętego, dokumentach  Kościoła, własnych  życiowych doświadczeniach  oraz  rozumie – wielkim darem Bożym.  :) Niejeden człowiek uczony, wybitny umysł – krocząc drogą rozumowego poznania doszedł do wniosku , że Bóg faktycznie istnieje i to On sam wszystko stworzył. :)- patrz:  filmik nr 2. Reasumując to wszystko mogę stwierdzić, że tak Kreacjonizm, jak Ewolucjonizm stoją w sprzeczności z tym, w co wierzę, zatem są zagrożeniem wobec wiary człowieka, a przede wszystkim – wobec samego Boga – a konkretniej:  wobec tego, czego Bóg  naucza ludzi otwartego serca poprzez swoje Słowo. :) Zatem odrzucam tezy, które obie propagują. :). To tyle ode mnie. Ufff…! :)

PS. TO CHYBA NAJDŁUŻSZY  POST. I NAJBARDZIEJ DLA MNIE TRUDNY. :)Postaram się przez jakiś czas wrzucać coś krótkiego i lżejszego kalibru – nie chcę Was zamęczyć!

PPS. Zamieszczone filmiki polecam obejrzeć i posłuchać. Jeśli nie odtworzą się na stronce, na youtubie problemów z tym nie będzie. :).

PPS 2:  PISAŁ TO LAIK ŻĄDNY WIEDZY! :). WIĘC EWENTUALNE  POPRAWKI , POUCZENIA ZNAWCÓW W TEMACIE – BEZCENNE.

*** Notka na życzenie Seeker, której baaardzo dziękuje za temat :).

 

 

 

 

 

Quo vadis domine? czyli dokąd zmierzasz, człowieku?

 

Surfując po internecie, czytając przeróżne newsy oraz blogi, oraz obserwując otaczający mnie świat – w mojej głowie coraz częściej i mocniej wibruje tytułowe pytanie: QUO VADIS?  Dokąd zmierzasz?  No właśnie…dokąd?  Pytanie wydaje się być banalne, ale tylko z pozoru…Bo jeśli tak na chwilę przystanąć i pomyśleć – odpowiedź nasuwa się jedna: zmierzamy ku zagładzie, ku samounicestwieniu, odczłowieczeniu… Brzmi strasznie? Zapewne. Jednak COŚ W TYM JEST!. Kilka dni temu znalazłam pewne zdjęcie w sieci. Muszę przyznać, dało mi ono niezłego kopniaka, wstrząsnęło i dało do myślenia (a także do ujęcia tego natłoku myśli w postaci posta). Co prawda można by na ten temat , jakim jest ewolucja ludzka, kreacjonizm i postęp cywilizacyjny pisać wiele – a ja jestem jedynie zwyczajną kobietą po trzydziestce, a nie psychologiem, antropologiem czy socjologiem, jednak warto spróbować napisać coś od siebie. Zawsze lubiłam nurtujące tematy, a ten jest jednym z takich właśnie. Życie ludzkie płynie bardzo szybko, nieustannie zmienia się, ewoluuje. Tylko : czy aby w dobrym kierunku? Spróbuję przyjrzeć się temu :)

 

zmiany_w_wyglądzie_człowieka_na_przestrzeni_4_mln_lat

 

1. Życie ludzi – początek…

Życie jaskiniowców (jak pamiętamy ze szkoły podstawowej) – było bardzo trudne. Zdobycie pożywienia stanowiło dla nich nie lada problem. Żywili się więc wszystkim, co nadawało się do jedzenia: zbierali grzyby, jagody i leśne owoce. Podbierali jaja ptakom, żółwiom, gadom. Chwytali jaszczurki i drobne gryzonie. Duże porcje mięsa jadali rzadko, w stanie surowym (nie znali ognia) i bez przypraw. Polowania na duże zwierzęta wymagały wiele wysiłku i współpracy grupy, więc nie były często organizowane i rzadko kończyły się pomyślnie. Polowaniem zajmowali się silniejsi mężczyźni. Kobiety natomiast specjalizowały się w zbieractwie. Zajmowały się również opieką nad potomstwem i pracą w obejściu. Narzędzia wyrabiano głównie z kości zabitych zwierząt, drewna i kamienia. Kamienne pięściaki, drewniane piki, dzidy i maczugi były pierwszymi narzędziami człowieka. Człowiekowi nie było znane coś takiego jak „zapałki”. Ogień musiał rozniecać i podtrzymywać sam. Była to zresztą bardzo potrzebna  umiejętność w tamtych „dzikich” czasach. Dawał poczucie bezpieczeństwa, rozświetlał okolicę,  chronił przed zwierzętami. Ogień umożliwiał nabycie umiejętności pieczenia i gotowania potraw, a w  późniejszym okresie wykorzystanie ognia do obróbki narzędzi, wypalania gliny (naczynia), wytopu metali. Ludzie zamieszkiwali w jaskiniach, grotach i skalnych zagłębieniach, W cieplejszym klimacie człowiek sporządzał prymitywne budowle, chroniące go przed deszczem, wiatrem czy zbyt intensywnym słońcem. Były to szałasy zrobione z gałęzi i traw lub wydrążone w ziemi jamy – ziemianki. Pierwszym odzieniem ludzkiego gatunku była zwierzęca skóra…

 

 

imagen

 

Bardzo lubię oglądać programy podróżnicze – najbardziej te prowadzone przez Cejrowskiego – są bardzo ciekawe. Przenoszą mnie w zupełnie inny świat, inną rzeczywistość. Pokazują niezwykłe, przepiękne, bardzo często niebezpieczne miejsca. Przybliżają życie codzienne tamtejszej cywilizacji, ich język, wierzenia, tradycje, kulturę, kuchnię, sposób i styl życia. To niesamowite, że współcześnie – w innym zakątku świata – żyją sobie ludzie, którzy żyją sobie tak prosto, skromnie, w zgodzie z naturą. Nie mają (na ogół ) pojęcia , czym jest telefon, tablet, telewizor (i cała masa innych znanych nam przedmiotów, które mamy w posiadaniu). Nie potrzebują tego. Wszelkie dobro potrzebne im do życia – dostarcza im ziemia! Jednak i w tamtejszej społeczności życie ma swoje ciemne strony (choćby zdjęcie powyżej).  Rola kobiety na Czarnym Lądzie zazwyczaj ogranicza się do pokornego służenia mężowi i rodzenia dzieci. Tragicznie jest także z tamtejszą służbą zdrowia. Gruźlica, AIDS, malaria, infekcje układu pokarmowego i oddechowego, robaczyca, głód – to niemal codzienność.. A głodnych więcej odsyłam tutaj http://afryka.org/afryka/zostan-wolontariuszem-i-wyjedz-do-afryki-,news/

 

2. PIERWSZE WYNALAZKI CZŁOWIEKA – W DUŻYM SKRÓCIE

 

Koło 

Najstarsze znane nam przykłady koła – wynalazku, bez którego wielu z nas nie obejdzie się nawet przez jeden dzień w całym życiu – pochodzą z czwartego tysiąclecia p.n.e. Nie sposób wskazać jednej kultury, która dokonała wynalezienia koła, ponieważ jego wizerunki w różnych zastosowaniach pojawiają się w zachowanych śladach po wielu cywilizacjach na całym świecie. Najwcześniejszym takim wizerunkiem jest tzw. waza z Bronocic, datowana na 3635–3370 p.n.e., a odnaleziona w 1976 roku na terenie Polski. Przedstawia czterokołowy wóz ciągnięty przez parę zwierząt. Na przestrzeni tysiącleci koło stopniowo udoskonalano w różnych kulturach; szczególnie cennym pomysłem było wprowadzenie szprych, przypisywane cywilizacji doliny Indusu, oraz gumowych opon, wymyślonych przez Irlandczyka Johna Boyda Dunlopa. :) W obecnych czasach wielu z nas posiada ten cud techniki, jakim bez wątpienia jest ROWER , SKUTER, MOTOCYKL, CZY SAMOCHÓD. :) Są dla nas sporym udogodnieniem (zwłaszcza, jeśli mamy pokonać znaczne odległości). Sporo oszczędzamy na czasie, wiele także tracimy. Pieniędzy na paliwo, a także zdrowia. Np. moje ciotki do tego stopnia stały się wygodne, że porzuciły wszelką aktywność fizyczną (np. bieganie, spacerowanie). Nawet mając do pokonania niewielkie odległości, aby zrobić zakupy – zamiast spaceru  wybierają cztery kółka…O ile rower nie ma dla mnie żadnych negatywów, to pozostałe trzy mocno przyczyniają się do zanieczyszczenia środowiska.

 

Prasa drukarska

gutenberg

 

Przed rokiem 1455 książki posiadali niemal wyłącznie ludzie zamożni i potężni, ale po wynalezieniu prasy drukarskiej przez Johanna Gutenberga stały się one, a zwłaszcza zawarte w nich informacje, dostępne dla znacznie szerszego grona odbiorców. Metodę drukowania książek za pomocą grawerowanych klocków wymyślili Chińczycy już w IX wieku n.e., ale proces ten był żmudny, a rezultaty często niezbyt zadowalające. Drewniana prasa Gutenberga składała się z elementów zapożyczonych z pras do wyciskania winogron stosowanych w winnicach Nadrenii oraz ruchomych pojedynczych czcionek odlanych z metalu. Pozwalała szybko powielać wiele tekstów i uzyskiwać wysoką jakość druku. Rezultaty przyniosły prawdziwą rewolucję. Proces wymyślony przez Gutenberga był tak innowacyjny, że przez cztery stulecia pozostał w zasadzie niezmieniony. Prasy drukarskie szybko się rozprzestrzeniły po całej Europie, w efekcie upowszechniły się książki, co wywołało gwałtowny rozwój nauki. Historycy uważają wynalazek Gutenberga i demokratyzację wiedzy w jego następstwie za kluczowy czynnik sprawczy renesansu, rewolucji naukowej i reformacji.. Tyle historii. Dziś do książek (tych tradycyjnych, z papieru) dostęp ma praktycznie każdy. Jednak poziom czytelnictwa nieustannie spada. Powód? Może zbyt drogie ceny. Brak czasu. Portale społecznościowe, które są coraz bardziej popularne, mnożą się na potęgę. A może coraz więcej z nas wybiera e-booki, książki dostępne w telefonie???..Ja jednak pozostanę w wersji papierowej. (Póki jeszcze istnieją).

 

PIERWSZY TELEFON  KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA

 

Już w XVII w. ludzie zaczęli zdawać sobie sprawę z możliwości przesyłania głosu za pośrednictwem metalowego przewodu. Można tego dowieść w prosty sposób, za pomocą dwóch metalowych naczyń połączonych drutem. Za wynalazcę telefonu uważa się Aleksandra Bella, który pierwszy opatentował ten wynalazek, lecz koncepcja narodziła się wcześniej. Jedno z pierwszych urządzeń skonstruował Antonio Meucci. Kiedy jego żona zachorowała, Meucci skonstruował telefon, dzięki któremu kobieta mogła z domu porozumiewać się z warsztatem. Później Włoch zmodernizował wynalazek tak, by można było się nim porozumiewać na znaczną odległość. Nie było go jednak stać na opłacenie patentu. Podobnych prób dokonywał także Niemiec Philipp Reis. W roku 1876 dwóch wynalazców, Elisha Gray i Alexander Bell, samodzielnie zaprojektowało swoje telefony. Obaj mężczyźni szybko udali się do urzędu patentowego; dzieliła ich różnica kilku godzin; Bell jako pierwszy opatentował swój telefon. Elisha Gray i Alexander Graham Bell stoczyli słynną bitwę prawną o wynalezienie telefonu; zwycięsko wyszedł z niej Bell. Pierwszy publicznie dostępny wideotelefon powstał w 1936 roku w Niemczech i był w urzędach pocztowych w Berlinie i w Lipsku. Zaleta? możliwość komunikowania się z drugą osobą na znaczną odległość. Wada? PRZEDE WSZYSTKIM KOSZTA. No, chyba że dysponujemy aplikacją GG, MESSENGER, czy SKYPE, gdzie nie tylko możemy rozmawiać, lecz także widzieć tę drugą osobę, przesyłać zdjęcia, filmy i inne informacje (za darmo).

 

Pieniądz

Wynalazek, bez którego nie mogłaby istnieć nowoczesna gospodarka. Choć dziś coraz częściej jest on wirtualny i zapisany jedynie w bankowych systemach, to jednak wciąż jest niezastąpiony. Źródło naszej siły, ale i powód do konfliktów i wojen. Ciekawe, jak długo byłby w stanie przeżyć współczesny człowiek, gdyby znów musiał powrócić do czasów, w których podstawą gospodarki była wymiana towarów i usług? A to przecież nie jest jedyna funkcja pieniądza. Bo jest on równie ważny, gdy trzeba opisać nasz status, czy łatwo określić wartość jakiegoś przedmiotu. Lista sytuacji, w których jest on niezbędny, mogłaby się ciągnąć niemal w nieskończoność. :) Pieniądz jest też chyba jedynym wytworem człowieka, który może on zamienić na niemal każdą inną rzecz w otaczającym go świecie. Wady widzę głównie dwie. Ich nadmiar zdecydowanie psuje człowieka, co doskonale można dostrzec w świec ie show – biznesu i polityce. Druga wada wiążę się z zagrożeniami , jaką jest CYBERPRZESTĘPCZOŚĆ. Jeśli nie muszę – nie realizuję transakcji w sieci – wolę nie ryzykować, że stanę się ofiarą jakiegoś hakera i zostanę goła i wesoła.

 

Media Kłosy_(czasopismo)_-_1887_r

 

Prasa, radio i telewizja. Klasyczne media, które od stuleci kształtują świadomość człowieka. Choć od zawsze ostro krytykowane, to jednak bez nich trudno sobie dziś wyobrazić nasze życie. Lista ich wad – moim zdaniem- przewyższa ich zalety. POtrafia  być bronią, niekiedy o wiele silniejszą niż najpotężniejsze arsenały. Nie bez powodu wszak funkcjonuje powiedzenie, że człowieka, podobnie jak muchę, można zabić gazetą. Od dłuższego czasu widzę, że media poprzez przekazywane komunikaty – sieją niezgodę, zgorszenie, strach, zamęt. Częściej niż rzetelną informację – zgodną z prawdą – dostrzegam półprawdy i psychomanipulację. Poprzez media – rządzący narodami – pragną (co im zresztą zresztą wychodzi) całkowicie podporządkować sobie społeczeństwo, w myśl zasady: „rządź i dziel”. Nie podoba mi się to, co słyszę, widzę, czytam. Zamierzam sama kształtować swoją świadomość, umysł , wiedzę i wartości. Nie pozwolę zrobić sobie z mózgu sieczki (tu dotykam tego, co można zobaczyć na różnych kanałach w tv – polityka, seks, przemoc, dewiacje, ludzką głupotę, ekshibicjonizm, próżność, itp. itd). Dlatego TV nie oglądam, a filmy – najczęściej drogą internetową – starannie dobieram. Dla ścisłości: orientuję się w realiach, których żyjemy, ale swoimi także trzeba się zająć. Poza tym wolę skupiać się na tym, co wszystkich łączy, a nie dzieli.

 

Internet i komputery

Wynalazek, który na pewno w największym stopniu odmienił nasze codzienne życie. Czy ktoś jest w stanie wymienić wszystkie wcześniejsze technologie i urządzenia, które dziś zostały zastąpione przez komputery oraz internet? Komputer oraz dynamiczny rozwój całego sektora elektronicznego i informatycznego sprawił, że do wykonywania wielu czynności człowiek przestał być już niezbędny. Maszyny dziś robią to po prostu lepiej. Grono zawodów, które dzięki tej rewolucji zostały odesłane do lamusa, powiększa się z każdą kolejną dekadą. Internet sprawił natomiast, że w zasięgu kilku kliknięć każdy z nas ma dostęp do rzeczy, których nasi przodkowie sprzed kilkuset lat nie byliby nawet w stanie sobie wyobrazić. Zakupy? Klik i gotowe! Film? Proszę bardzo! Książka sprzed wieków? Nic prostszego! Wirtualna podróż na koniec świata? Dlaczego nie! I co najważniejsze, ta sieć nie ma granic. Poza jedną – naszą wyobraźnią. Oraz rodzącym się pytaniem: czy  roboty, które niby nam służą i pomagają, kiedyś nie pozbawią nas do reszty człowieczeństwa?…Bo niby co będziemy robić, jeśli wszystko za nas zrobią roboty? odrobią dziecku lekcje, zrobią zakupy? doradzą? a może dalej? tradycyjny seks  zastąpi cybersex (coś w stylu stosunku a la CZŁOWIEK DEMOLKA z Sylwestrem Stalonne?). Mi się to nie podoba…

 

Broń jądrowa Untitled-2

Kto wie, czy nie najstraszniejszy ludzki wynalazek. Z jednej strony, śmiercionośna broń, która pokazała swoje straszliwe oblicze w ostatnich dniach II wojny światowej. Pamiętamy. Trudno dziś znaleźć rzeczy, które mogą we współczesnych społeczeństwach budzić większy strach niż zawartość nuklearnych arsenałów światowych potęg militarnych. I stojąca za tym nieuchronna zagłada. Jednak z drugiej strony, dzięki pracy naukowców nad stworzeniem broni jądrowej, zyskaliśmy dostęp do technologii, która może nam w przyszłości zagwarantować dostęp do energii, gdy skończą się zapasy paliw kopalnych. Warto także pamiętać o tym, jak istotną rolę w dzisiejszej opiece zdrowotnej odgrywa medycyna nuklearna i ile ludzkich żyć udało się dzięki niej uratować. Ja dostrzegam w tym tylko i wyłącznie zło. Ogromny wpływ na moje spojrzenie w tej akurat kwestii mają przekazy medialne, to, co dzieje się na całym świecie. Prawie wszędzie konflikty, akty terroru, przewroty stanu, zamachy (czyt. rzekomy Smoleńsk), spiski, rewolucje, egzekucje, manifestacje, akcje poparcia/ akceptacji aborcji, eutanazji, in – vitro, homoseksualnych związków z możliwością wychowywania dzieci, transseksualizm, zmiany płci, a nawet obcowania płciowego człowieka ze zwierzętami( zoofilia), masowe mordy i gwałty, wyścig zbrojeń…Istna apokalipsa. Trzeba być naprawdę ślepym, żeby nie widzieć, jak wielki jest nasz upadek jako cywilizacji homo – sapiens.

 

3. Do czego zmierzam? Po co te wzmianki o wynalazkach?

 

Od rewolucji przemysłowej tkwimy w pułapce myślenia, że postęp znaczy więcej. Tak jest od  X  lat, więc to już nie postęp, tylko zacięta płyta. Przyznaję, wiele zdobyczy  nauki i techniki – bywa z pożytkiem dla człowieka:  są pomocą, udogodnieniem, wygodą. Jednak często okazuje się, że coś, co z początku wydaje się być ulepszeniem, postępem, jest atrakcyjne i z pozoru nie ma złych stron – jest  ogromną szkodą, zagrożeniem, narzędziem samozagłady. Podsumujmy więc bilans zysków i strat:

 

PLUS

Dobrym owocem rozwoju cywilizacyjnego i postępu technicznego, naukowego oraz  intelektualnego – jest  szereg odkryć w każdej z dziedzin życia. Nowe wynalazki przyczyniły się do poprawienia warunków życia. Ulepszony transport, swobodny przepływ informacji, ochrona przed chorobami – to tylko niektóre z licznych pozytywnych skutków osiągnięć cywilizacyjnych 20 wieku. Radio, telewizja, kino, komputery, płyty CD, telefony…. Dzisiaj nikt z nas nie wyobraża sobie życia bez tych urządzeń.  20 wiek przyniósł szereg praktycznych wynalazków, jak np. elektryczny odkurzacz czy lodówka. Wynaleziono faks, radar, laser, pigułkę antykoncepcyjną. Jak widać postęp dokonał się w każdej dziedzinie życia. Jednym z najważniejszych odkryć było wynalezienie przez Aleksandra Fleminga penicyliny, pierwszego antybiotyku, dzięki któremu wiele osób pokonało groźne choroby. 20 wiek to również rozwój transplantologii, a także odkrycie struktury cząsteczki DNA. Niesamowicie ważnym stał się rozwój lotnictwa oraz motoryzacji masowej. Nie można zapomnieć też pozytywnym wykorzystaniu energii atomowej, budowaniu elektrowni jądrowych, odkryciu promieniotwórczości czy lotach kosmicznych. Wiek 20 to początek ery plastików, pierwszy plastik syntetyczny został wynaleziony w 1907 roku. To tylko kilka z licznych osiągnięć cywilizacyjnych 20 wieku. Ubiegłe stulecie należy także kojarzyć m.in. z rozpoczęciem badań nad klonowaniem (słynna owca Dolly), ogólną teorią względności Einsteina czy otrzymaniem prawa głosu przez kobiety i powstaniem Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. Jak widać, wiek 20 obfitował w różnego typu wydarzenia, których skutki widoczne są aż do dzisiaj.

 

MINUS

 

Prawie każdy z ludzkich wynalazków może zostać użyty w taki sposób, aby zaszkodzić społeczeństwu. Przede wszystkim rozwój nie przebiegał (i nie przebiega nadal) równo na całym świecie. Istnieje przepaść między bogatą północą i biednym południem. W krajach biedniejszych zanotowano wzrost populacji, co tylko nasila problemy ich mieszkańców. Rozwój cywilizacji wiąże się także z zanieczyszczeniem środowiska. Do atmosfery przenikają związki siarki, węgla i azotu. Zanieczyszczone są gleby, wody i powietrze. Z kolei duży postęp w dziedzinie komunikacji staje się niebezpieczny ze względu na możliwość uzależnienia się od np. internetu. Swobodny przepływ danych może naruszać prywatność każdego z nas. Warto także wspomnieć o chorobach cywilizacyjnych, których przyczynami są m.in. zanieczyszczenie środowiska czy chemizacja rolnictwa. Niekorzystny wpływ na społeczeństwo może mieć również energetyka jądrowa. Wszyscy pamiętamy o tragedii, jaka wydarzyła się w Czarnobylu. Rozwój lotnictwa, wynalezienie nowych rodzajów broni to kolejna ważna kwestia. Działania wojenne przeprowadzane przy pomocy najnowocześniejszych metod stanowią duże zagrożenie dla życia ludzkości. Wystarczy wspomnieć chociażby zrzucenie bomby atomowej na Hiroszimę i Nagasaki. Kolejnymi problemami są m.in. globalizacja gospodarki, zanik kulturowej różnorodności, łamanie praw człowieka, klonowanie czy zbyt duże migracje ludności. Zatem osiągnięcia cywilizacyjne mogą nieść ze sobą szereg zagrożeń. Tylko od nas zależy, w jaki sposób będziemy korzystać z rozwoju nauki oraz czy nasze własne odkrycia nie zostaną wykorzystane przeciwko społeczeństwu.(…).

PS. Tematu nie da się w pełni wyczerpać, stąd poruszone zostało tylko  kilka jego aspektów.:). Gratuluję tym, którzy doczytali do końca .

Kłamca kłamca, czyli dlaczego kłamiemy?

bd65543f4f6462078d78a4b2f2fa3ecd,640,0,0,0kłam

 

Bajki…któż z nas ich nie czytał? Mnie osobiście bajkowy świat zawsze fascynował. Czytając je – przenosiłam się w zupełnie inny świat, taki ciekawy i piękny. Bajki nie tylko rozbudzają ciekawość i wyobraźnię, ale pełnią też ważną funkcję wychowawczą,  a także przyczyniają się do prawidłowego rozwoju dziecka. I nie mówię tego z perspektywy psychologa czy matki, gdyż jestem singlem i nie mam dzieci, lecz z własnego doświadczenia życia. Rodzice od maleńkości czytali mi różne bajki i zachęcali do częstego sięgania po książki. Udało im się bez problemu zaszczepić we mnie ten zwyczaj. Nie będę wymieniać wszystkich bajecznych historii, które czytałam czy oglądałam (bo jest ich wiele).  Przytoczę tylko jedną pozycję – na potrzeby tego posta, na który wskazuje już sam tytuł. A będzie o kłamstwie. Bohaterem książki jest Pinokio , drewniany pajacyk, znany głownie z tego, że jest bardzo niesforny i w dodatku kłamie (czego skutki jak pamiętamy są opłakane). Staramy  się jako dobrzy rodzice, którzy to i owo przeżyli –  od najwcześniejszych lat wpajać dziecku, to co dobre, a co złe, co wolno, a czego nie wolno. I bardzo dobrze. Jednak choć tego chcemy czy nie – kłamiemy wszyscy. W dodatku częściej, niż sądzimy. Kłamanie jest częścią ludzkiej natury i nie możemy się go całkowicie wyzbyć. „Wszyscy kłamią” – mawia serialowy dr House. I rzeczywiście ma rację. Szacuje się, że dziennie robimy to od 2, do 200 razy. Najczęściej mówimy „już jadę” – chociaż nawet nie wyszliśmy z domu, „wszystko będzie dobrze” – choć wiemy, że nie będzie, „ładnie wyglądasz” – choć uważamy zupełnie inaczej. Mówi się, że „Kłamstwo ma krótkie nogi”, „Kłamstwem daleko się nie zajdzie”, „Kłamstwo rujnuje, a prawda buduje”. I to jest prawda. Każde moje kłamstewko (choćby najmniejsze) zawsze było zdemaskowane. Nie potrafiłam robić tego na tyle dobrze, by prawda nie wyszła na jaw. Nie jesteśmy w stanie uniknąć kłamstwa. Bo chociaż uchodzi ono w naszych oczach za coś złego, ułatwia nam życie, pomaga przystosować się i ułożyć korzystne relacje z innymi – to jest pierwszy i najważniejszy powód uciekania się do niemówienia prawdy. Kłamiemy  m.in. aby ochronić siebie. Zawsze kiedy coś przeskrobałam (*zwłaszcza w dzieciństwie), kłamałam, aby rodzice się na mnie nie zezłościli i nie dali lania. Zatem poprzez kłamstwo chroniłam mój tyłek przed klapsem (a bywało, że przed pasem czy wieszakiem)…Drugim powodem, który może nas popychać do kłamstwa, jest strach przed konfliktem.  Przykład? Powiedzenie dziewczynie, że spóźniłeś się bo uciekł ci tramwaj wywoła co najwyżej drobnego focha. Prawda, o tym, że chciałeś dokończyć oglądać mecz w telewizji – może wywołać ciche dni lub karczemną awanturę. Wybieramy drogę kłamstwa także wtedy, kiedy nie chcemy kogoś zranić (czym naprawdę szkodzimy najbardziej samemu sobie). Bywa, że nie mówimy prawdy, ponieważ boimy się odrzucenia (tak było z moim bardzo -już- byłym). Kłamiemy, bo chcemy podtrzymać status quo. Chcemy zatrzymać to co mamy, zamiast spadać w dół. Kłamiemy, by zyskać w oczach innych, by dowartościować samego siebie. Kłamstwo samo w sobie to jeden wielki paradoks. Z jednej strony - zawsze jest niebezpieczne (zawsze może się wydać). Z drugiej strony - jest ono potrzebne. Jego brak (wg psychologów)  powodowałby nieustannie wzajemną niechęć, czy agresję. Nienawiść  dominowałaby w relacjach międzyludzkich. Społeczeństwa po prostu by się rozpadły…  A tak? mówimy sobie miłe rzeczy, niekoniecznie zgodne z prawdą, i w ten sposób dowartościujemy się wzajemnie. I żyjemy w jako takim spokoju…

Moje doświadczenie odnośnie kłamstwa nauczyło mnie jednego: to nigdy nie popłaca, zawsze wyrządza szkodę. Jeśli czynimy to często, a wychodzi ono na jaw – niszczy zaufanie, które jest fundamentem trwałej relacji. Trzeba wielu lat, by zbudować więź głęboką, trwałą , pełną zaufania i wzajemnego szacunku, ale wystarczy nieraz jedno kłamstwo, aby to wszystko bezpowrotnie zniszczyć. Trudno jest odzyskać utracone zaufanie. Zanim skłamiesz, zastanów się więc, czy warto? Nie ma czegoś takiego jak „niewinne kłamstwa”.  Kłamstwo (nawet w tzw.”dobrej wierze”) – to także kłamstwo. Ja osobiście nie potrafię zdzierżyć u człowieka takiej sytuacji, kiedy na pytanie : „co słychać” czy „jak się czujesz”  odpowiada:  ”a w porządku, dziękuję”  albo: ” leci jakoś” (kiedy widzę wyraźnie, że jest inaczej). Usta mówią wiele. Oczy mówią wszystko. Takie zachowanie świadczy o braku zaufania. Ze strony znajomych (i to dalszych) to zrozumiem i przyjmę.  Ale jeśli takie zachowanie funduje mi ktoś, z kim przyjaźnię się lat 10  - to dla mnie policzek. Dosłownie. Czy kłamstwo da się ukryć? Pewnie, że tak. Niektórzy ludzie potrafią okłamać nawet wariograf. Jednak istnieje pewien mechanizm naszego organizmu, który zawsze nas zdradzi. :)

Urośnie Ci nos

Fragment z książki „Pinokio” (CARL COLLODI)

— A gdzie masz teraz te monety? — zapytała Wróżka. — Zgubiłem je — odrzekł Pinokio, ale skłamał, gdyż miał je w kieszeni. Zaledwie powiedział to kłamstwo, nos jego, już i tak dość długi, wydłużył mu się nagle o dwa palce. — A gdzież je zgubiłeś? — W lasku, tu w pobliżu. Po tym drugim kłamstwie nos Pinokia jeszcze bardziej się wydłużył. — Jeżeli zgubiłeś je tu, w pobliskim lasku — rzekła Wróżka — to poszukamy ich i znajdziemy, gdyż wszystko, co ginie w tym lasku, zawsze się odnajduje. — Ach! Teraz lepiej sobie przypominam — odparł pajac zmieszany — ja nie zgubiłem tych cekinów, tylko nawet nie zauważywszy, połknąłem je razem z lekarstwem. Po tym trzecim kłamstwie nos wydłużył mu się tak niesłychanie, że biedny Pinokio nie mógł obrócić się w żadną stronę.

Nam co prawda – od kłamstwa nos nie urośnie, ale  naukowo zostało udowodnione (co zresztą ciekawe), że kiedy kłamiemy, temperatura naszego nosa wzrasta! :D . Jeśli mamy wątpliwości co do czyjejś szczerości – sprawdźcie czy ma ciepły nochal (to tak pół- żartem). Kłamstwo – to niepotrzebne komplikowanie sobie życia, które i tak jest dość skomplikowane. Aby kłamać skutecznie i bezkarnie (do czego nie zachęcam) , trzeba nie tylko dobrze grać (mowa ciała zdradza bardzo wiele), ale też pamiętać co i komu powiedzieliśmy (a to niezwykle trudne u kogoś, kto notorycznie kłamie). :) Wielu z nas nie widzi  zagrożeń płynących z nieszczerości. Darlene Lancer, terapeutka specjalizująca się w pracy z parami, stworzyła listę najważniejszych, jej zdaniem, kosztów, strat, jakie możemy ponieść pozwalając na istnienie w naszej relacji – z partnerem, członkami rodziny –  sekretów i kłamstw (pozwolę sobie przytoczyć, bo w końcu to ktoś kompetentny):

DLACZEGO NIE WARTO KŁAMAĆ.

1. Kłamstwa uniemożliwiają osiągnięcie prawdziwej intymności. Intymność to mówienie sobie prawdy i autentyczność. Dlaczego nie jest nam łatwo zdecydować się na nią? Boimy się intymności, bo wiąże się ona z narażeniem na bycie zranionym. Często dużo wcześniej zgadzamy się na dostęp do swojej nagości fizycznej, a z emocjonalną zwlekamy.

2. Pozwalanie sobie na kłamstwa może doprowadzić do momentu, że nie pamiętamy już, które informacje zatailiśmy. (o czym wspominałam wyżej).Tworzymy misterną konstrukcję, której upadek może być bardziej raniący niż regularne mówienie nawet trudnej prawdy. Im dłużej zatajamy to, jak faktycznie rzeczy się mają, coraz trudniej jest nam przyznać się do kłamstwa. 

3. W związku z brakiem rzeczywistej intymności i z narastaniem lęku przed demaskacją w osobie pozwalającej sobie na zatajanie prawdy pojawia się poczucie winy. Przejawia się ono podczas wspólnego spędzania czasu z osobą oszukiwaną. Nieszczery partner nie chce tworzyć bliskości, unika też tematów, o których  rozmawianie doprowadziłoby do demaskacji. Te działania nie muszą być oczywiście świadome. Czasem dzieje się to w ten sposób, że ktoś przeznacza więcej czasu na pracę, hobby, spotkania z przyjaciółmi i inne aktywności, minimalizując liczbę okazji do prowadzenia rozmów z partnerem. Ktoś, kto ma nieczyste sumienie, może nawet prowokować kłótnie, by stworzyć dystans, chroniący przed wyjściem prawdy na jaw.

4. Pogwałcenie wartości prowadzi nie tylko do poczucia winy z powodu naszego zachowania, ale wpływa także na nasze samozrozumienie, a raczej jego brak. Kiedy oszukujemy przez dłuższy okres czasu, zaburzamy poczucie własnej wartości. Długotrwałe poczucie winy przeradza się we wstyd i niszczy nasze podstawowe poczcie godności i prawości. Pogłębia to dysonans pomiędzy tym jak pokazujemy siebie innym, jak my siebie widzimy, a jacy jesteśmy naprawdę.

5. Poczucie winy i wstydu generuje kolejne problemy – ze zrozumieniem tego kim naprawdę jesteśmy. Stajemy się wobec siebie krytyczni, poirytowani, a nawet agresywni. Niektórzy ludzie popadają w obsesję na punkcie swoich kłamstw, zaczynają one rządzić ich życiem. Mają wtedy trudności ze skoncentrowaniem się nawet na najprostszych czynnościach.

6. Nasze oszustwa przyczyniają się do cierpienia innych. Ofiara kłamstw w momencie, gdy odkryje prawdę czuje się zdezorientowana, podejrzliwa, wystraszona, opuszczona. Zaczyna wątpić w siebie i w poczucie swojej wartości – skoro ktoś bliski zdecydował się zataić przed nią prawdę to znaczy, że nie uważał ją za kogoś, kto nią zasługuje? (…).

Kiedyś kłamałam często i gęsto. Po prostu nie umiałam inaczej. Było we mnie dużo lęku, poczucia niskiej wartości. Nie chciałam też nikomu sprawić przykrości, więc zdarzało mi się skłamać, czy przemilczeć pewne rzeczy. Przykład? Na pytanie „czemu nie odebrałaś telefonu” (zwłaszcza od kogoś z kim trudno mi się żyje ), najczęściej odpowiadałam : „nie słyszałam”, zapomniałam wziąć ze sobą telefon, wybacz”, podczas gdy najzwyczajniej w świecie nie miałam na to najmniejszej ochoty i już! Także obecnie zdarzają się w moim życiu sytuacje, które przypinają mnie do muru. Pierwszym i naturalnym odruchem – jest właśnie kłamstwo. Ale mimo wszystko – mówię, jak jest! Jeśli coś mnie wkurza u kogoś – delikatnie mówię co. Jeśli widzę u kogoś dobro – nazywam je po imieniu. Kiedy potrzebuję pobyć sama ze sobą, a ktoś proponuje spotkanie czy bombarduje telefonami – mówię ” teraz nie bardzo bo potrzebuje….” – ale dam znać, kiedy będę mogła. :) Walę prosto z mostu, daje kawę na ławę. Nie bawię się w sztuczną wymianę uprzejmości, wymuszoną życzliwość, serdeczność, pseudo-przyjaźń (bo i coś takiego przeżyłam). Po tym wszystkim co przeszłam – wolę być szczera i prawdziwa do bólu, niż karmić kogoś kłamstwami. Może mi się nieraz za tą prawdę oberwać (ktoś się może na mnie obrazić), ale ta druga osoba będzie przynajmniej wiedzieć na czym stoi i jak się sprawy mają. Będzie też dzięki temu – w stanie zrozumieć pewne moje zachowania, czy odczucia (co było by niemożliwe, gdybym ją okłamywała „dla świętego spokoju”). Mówienie prawdy – to odwaga. Prawda może nie da mi wiele przyjaciół…Sprawi natomiast, że zostaną przy mnie nieliczni, lecz za to prawdziwi. :)

Czy miłość zawsze musi ranić? czyli o miłości nieco inaczej.

 

76754_zakochani

Ona… W oczach innych – niezwykle atrakcyjna, choć specjalnie o to nie zabiegała. Bez zbyt krótkiej mini, czy mocnego makijażu. Zazwyczaj ubrana w dżinsy, sweterek (bądź cardigan ) i wygodne, płaskie buty. Włosy rudawe, luźno upięte w kok. Sprawiała wrażenie wycofanej, nieśmiałej, zamyślonej… Singielka, coraz bardziej pogodzona ze swoim losem, choć czasami tęskniąca jeszcze za miłością….W końcu któż z nas nie pragnie kochać i być kochanym? Codziennie jej Alter – Ego mówiło do jej serca: „Kobieto, daj spokój. Faceci to dranie. Ich nie należy kochać. Ich trzeba tępić, zwalczać. To istoty całkowicie niezdolne do miłości innej, niż ich własna. Masz wątpliwości? To przypomnę ci jak było z twoim pierwszym. Mikołaj zdaje się? Poznaliście się na oddziale szpitalnym. Ty zostałaś potrącona na jezdni przez motocyklistę (jak się okazało – przez niego). To on zawiadomił pogotowie. Nie uciekł z miejsca zdarzenia, jak to zazwyczaj bywa. Odwiedził kilka razy. Przeprosił. Zaoferował pomoc w razie potrzeby. Dał ci wizytówkę , numer telefonu i tak się zaczęło. Dzieliła was odległość, więc pisywaliście do siebie. Z czasem zaczęliście się odwiedzać w weekendy . Trwało to kilka miesięcy. Było pięknie, dopóki nie zaczął naciskać na seks. To ważna sfera życia mężczyzny. Ty jednak uparłaś się, że chociaż go szczerze kochasz – zachowasz dziewictwo do ślubu. Ty mu nie dałaś – dała mu inna. To był jeden skok w bok, który zakończył się bliźniaczą ciążą  jego kochanki oraz ślubem (bo co ludzie powiedzą? ). I co? Warto było wtedy zgrywać cnotkę? No a ten drugi? Piotrek mu było. Poznałaś go w swojej pierwszej pracy. Był miły, zawsze uśmiechnięty. Pomagał, gdy zepsuł się komputer (czy ksero), w końcu był informatykiem. Zostawiał pod twą nieobecność w biurze  anonimowe liściki, wyznanie przyjaźni, miłości. W końcu zaczął  cię śledzić, nachodzić, wydzwaniać, grozić. Twierdził, że nikt nie kocha i nie pokocha cię tak jak on. mało tego: nikt poza nim nie ma do ciebie żadnych praw . Bałaś się własnego cienia (o zszarganych nerwach nie wspomnę). Koleżanki zazdrościły ci takiego adoratora (znały bowiem jego jedno oblicze). Dla ciebie był to koszmar. W końcu zgłosiłaś jednak sprawę na policję, potem do sądu… W końcu zniknął.. A Darek, ten przystojniak? Oczarował Cię słodkimi słówkami, których byłaś taka stęskniona, jednak nie wiedziałaś, że ten sam kit wciska innym paniom. Jedna była jego „partnerem w biznesie”. Ty byłaś panienką do łóżka, a miał jeszcze żonę, z którą żył w separacji….Przysięgłaś sobie, że się odkujesz, zemścisz za wyrządzone przez mężczyzn krzywdy. Obiecałaś sobie, że już nigdy się nie zakochasz”… Do pewnego momentu jej się udawało. Uciekała od samej siebie w pracę (jak człowiek jest zajęty – nie myśli o pierdółkach).  Aż w końcu pojawił się ON..

ON… mężczyzna w jej wieku, który przysiągł sobie dokładnie to samo. Dość atrakcyjny, wysoki, niebieskooki. Miał w sobie to „coś”, co trudno do końca zdefiniować, a co przyciągało do niego kobiety. Z żadną nie był dłużej niż miesiąc. Traktował kobiety, jak myśliwy upolowaną przez siebie zdobycz. Zdobywał i porzucał. Gdy jakaś kobieta go pokochała, gra w króliczka dobiegała końca. Znajomość także..On nie lubił jak kobieta była łatwa. Pociągała  go sama gonitwa, zdobywanie, zabawa, seks. Nie obchodziły  go żadne związki, żadne wchodzenie w tzw. układy partnerskie. Nie dla niego było chodzenie za rączkę, przytulanki, świętowanie miesięcznic znajomości.. Ślub? Nigdy w życiu! Nie miał zamiaru uczynić ze swojego życia piekła , jak matka, która poślubiła jego ojca. Do pewnego momentu nawet im się układało. W miarę. Ale w pewnym momencie ojciec stracił pracę i zaczął popijać. On miał wtedy 6 lat. Ojciec Szybko wpadł w ciąg, totalnie go wzięło. I zaczęło się. Awantury, przychodzenie nad ranem, bicie, groźby., wzywanie policji od czasu do czasu. Jak miał piętnaście lat – postawił się ojcu,  pobił go  - w obronie matki oraz własnej. Były momenty, kiedy ojciec zapewniał: obiecuję, zmienię się, pójdę na odwyk, przestanę pić, znajdę pracę. Kończyło się wiadomo jak: po każdej rozmowie o pracę – jego ojciec przychodził schlany. A ON? coraz częściej nocował poza domem, u kumpla lub kolejnej kochanki. Któregoś dnia, z głupoty i nudów – wszedł na czat room. Wymyślił sobie ciekawy nick i czekał na rozwój wydarzeń nie spodziewając się, że znajdzie się jakaś głupia, która do niego napisze. I znalazła się. Singielka, dawniej studentka o rudawych włosach, wciąż tęskniąca za miłością. Obecnie księgowa….Ironia losu. Miał kilka dziewczyn, na których zależało mu bardziej niż chciał, ale albo nie była w stanie z nim wytrzymać, albo doprawiała mu rogi. A że jeszcze zależało mu na eks (choć oczywiście nie dawał tego po sobie poznać) – wszedł na ten czat. A ona, napisała trochę tajemniczo, kokieteryjnie , pozując się na myśliwą (!) – podjął grę. Wymienili się numerami, umówili przed pewną kawiarnią, gdzie ku wzajemnemu zaskoczeniu spędzili kilka godzin..Trudno im było się pożegnać. Obojgu. A przecież obiecywali sobie, że już nigdy…Ale serce nie sługa. Strzała kupidyna trafiła w oba serca. I zaczęły się schody. Bo ona była z tych kobiet, które pragną i kochają za mocno. On natomiast nigdy nie poznał, czym jest naprawdę miłość. Mając wszystkie swoje doświadczenia z kobietami w swej pamięci (podobnie jak obietnicę zemsty na kolejnej) – zaczął grać na jej emocjach. Uderzać w jej słabe strony. Strzały były celne i bardzo bolesne. Co jakiś czas przybierał maskę faceta kochającego, opiekuńczego, do rany przyłóż, by przy następnej okazji zadać cios. Odwoływał spotkania, tworzył niestworzone historie, jak to jakaś laska chciała z nim (wiadomo co), ale on taki kochający, taki wierny. Komplementował (przy niej) urodę i powab innych lasek. Oczywiście dochodziło coraz częściej do kłótni i cichych dni (jego zdaniem to ona była oczywiście wszystkiemu winna: bo zazdrosna, na smyczy trzyma, czepia się…która z nas na dłuższą metę byłaby w stanie tolerować takie traktowanie nas , jak kukiełki, za które można pociągać, jak się tylko podoba?)….

Mijały miesiące…im bardziej On był okrutny, tym więcej miłości Ona mu dawała. Nie, nie mówię o seksie (choć to też). Służyła mu przede wszystkim radą, emocjonalnym wsparciem. Mówiła mu od czasu do czasu, jak bardzo go kocha i że dla niej jest kimś naprawdę wartościowym. Że jest dumna z takiego mężczyzny. On oczywiście nie dawał wiary słowom, jednak czynom zaprzeczyć się nie dało. A prawda coraz bardziej otwierała mu oczy: „ona naprawdę mnie kocha. Nie wiem, co ona we mnie widzi i dlaczego jest dla mnie taka dobra, choć ja jestem jaki jestem”..Ona natomiast zaczęła łapać doła. Zdawała sobie sprawę coraz bardziej z tego, że ten związek jest bez sensu, bez żadnej przyszłości. Jednak nie potrafiła tego przerwać. Nie miała w sobie dość siły. Poza tym Ona naprawdę wierzyła, że jej miłość  może odmienić jego serce, sposób w jaki ją traktował. Z każdym dniem miała coraz mniej chęci i sił , by walczyć o niego. Zrozumiała, że nie da się kochać za dwoje. Sama miłość to za mało. Dała z siebie wszystko, jest pusta w środku. Miłość mu oddała, ale godności nie odda… Postanowiła to zakończyć. Stwierdziła: lepiej utracić miłość , niż szacunek do samej siebie…Pewnego dnia umawia się z nim do centrum handlowego na wspólne zakupy (choć niczego tak naprawdę nie zamierza kupować). Rozmawiają na różne tematy. W pewnym momencie On rzuca jeden z tych swoich żartów, które wcale nie są zabawne. Z trudem powstrzymuje się, żeby mu nie odbić piłeczki. Oddycha szybko. Jest wzburzona. Usiada na pobliskiej ławce. On także. Wtedy Ona spokojnym, ale zarazem stanowczym głosem mówi mu: TO KONIEC. On nie bierze tego na poważnie. Takie „jazdy” (tj kłótnie i ciche dni nawet do tygodnia czasu) mieli często. Ale ona podnosi się, a On rozumie, że tym razem Ona nie żartuje. Ona naprawdę odchodzi! I przeżywa szok. Zrozumiał bowiem, że JĄ KOCHA..

O miłości można by mówić wiele. Często jej poszukujemy, a ona przychodzi ukradkiem, z zaskoczenia i często nie w porę. Tak właśnie było w przypadku tych dwojga.  Zadała obojgu wiele cierpienia. Wywróciła ich życie do góry nogami. Jednak obojgu dała bardzo cenną lekcję: on zrozumiał, że choć ciężko znaleźć swoją bratnią duszę, jest to możliwe. Jest inna miłość niż ta wyniesiona z rodzinnego domu, która pełna była alkoholu, przemocy, lęku, poniżania, wstydu i bólu, którego nie da się wypowiedzieć…  Ją ta niespełniona miłość nauczyła, że choć miłość nie zawsze jest odwzajemniona – jest najważniejsza. Iże bez względu na wszystko – warto kochać….

Be happy, czyli krótko o radości życia

 

smilies-1731863_960_720

Dziś od samego rana nie czuję się najlepiej. Niestety, bardzo źle znoszę upały (chociaż lato uwielbiam). Okoliczności zmusiły mnie zatem do pozostania w domu, co nie znaczy wcale, że zamierzam się uskarżać i biadolić, jakiego to ja mam pecha. Przeciwnie; te drobne przeciwności (i odrobina wolnego czasu) skłoniły mnie do tej notki, bardzo spontanicznej, w której postaram się pochylić nieco nad ludzką RADOŚCIĄ, której jest  coraz mniej na świecie. Muszę z przykrością stwierdzić, że coraz mniej ludzi potrafi się cieszyć. Myślę, że w jakiejś mierze  powodem takiego stanu rzeczy jest niezwykłe tempo życia. Żyjemy ciągle w biegu, ciągle jesteśmy czymś zajęci, zestresowani. Ciężko pracujemy, kosztem naszych relacji z bliskimi. Żyjemy w kulturze instant, czyli mówiąc prościej – TU I TERAZ. Oczekujemy, że wszystko musi być atrakcyjne i natychmiastowe – żądamy tego od tabletek przeciwbólowych i wycieczek last minute. Wszystko, co pozwala oszczędzić czas, jest pożądane. Chcemy natychmiast  zaspokoić nasze potrzeby. Pędzimy do pracy i często nie mamy czasu przygotować  sobie śniadania . Na ratunek śpieszą nam restauracje typu fast food –  z prędkością światła podany hamburger, którego można zamówić na wynos i zjeść gdzieś na przejściu dla pieszych, pomiędzy światłem czerwonym a zielonym. – załatwia sprawę. Kawę kupujemy w automacie lub stacji Bp.(na śniadanie akurat zawsze znajduję czas). Naszą codzienność można porównać do niekończącego się maratonu: miotamy się między domem, a pracą, zawsze mamy mnóstwo spraw do załatwienia. Nigdy za to nie mamy czasu: DLA DZIECI, by przyrządzić im śniadanie, dopilnować by odrobiły lekcje, porozmawiać o tym jak minął dzień. Nie mamy czasu dla męża, by przykładowo pójść razem na spacer, czy na romantyczną kolację przy świecach (od czasu do czasu). Nie mamy też czasu dla naszych przyjaciół, znajomych. Kontakt face to face (dla mnie bezcenny) – coraz częściej zastępujemy przez narzędzia komunikacji typu messenger….Może u was wygląda to nieco inaczej, jednak ja z wieloma znajomymi próbuję się już umówić na spotkanie przy kawie miesiącami i nadal nic z tego nie wynika. Niezmiennie słyszę : „bardzo chętnie, zdzwonimy się jakoś”. Nasze wzajemne relacje są coraz bardziej powierzchowne, płytkie. Coraz mniej się rozumiemy, coraz rzadziej dogadujemy, coraz mniej kochamy. Żyjemy niby razem, ale każde w swoim własnym świecie. Znacie to? Ja tak. Powodów do narzekań i krytyki zawsze mamy wiele. Ale do radości? A z czego tu się cieszyć?! Z pracy za minimalną stawkę? z żony która wiecznie gdera, dzieci które wiecznie psocą, forda, którego znowu trzeba odstawić do warsztatu? Kredytu, który trzeba spłacić? zdrowia, które pozostawia wiele do życzenia?. Zachęcam was do tego, aby samemu sobie (niekoniecznie w komentarzu, chyba że ktoś chce) odpowiedzieć na jedno pytanie: kiedy ostatnio byłem naprawdę radosny, szczęśliwy, zadowolony, wdzięczny za wszystko co mam?.. Tempo, jakie narzuca nam życie, jest naszym zabójcą (i to dosłownie). Ten owczy pęd zabija w nas miłość, radość, szczęście, relacje, poczucie samorealizacji, zdrowie. Coraz bardziej zwiększa się nasza zachorowalność na zaburzenia psychiczne, takie jak: depresja, napady lęku, bezsenność i uzależnienie od alkoholu, a także chorób neurologicznych, głównie demencji. Potrzebujemy radości. Trzeba nam odkryć na nowo radość w swoim życiu. Jak to zrobić? Nie bój się być jak dziecko! (tak, pisze do osoba dorosła , która „pielęgnuje w sobie dziecko”). Jeśli masz dzieci, wiesz o czym mówię. Jeśli nie – spójrz na jakieś. Jak się bawi, jak zachowuje, jak patrzy na wszystko wokół z ZACHWYTEM! Dla niego wszystko jest cudowne i niezwykłe,  takie nowe. Ty też spróbuj spojrzeć na siebie w NOWY SPOSÓB! Dziecko jest autentyczne w swojej postawie, niczego nie udaje. Spontanicznie wyraża siebie , niejednokrotnie zadziwiając swoją reakcją dorosłych.Wcale nie przejmuje się tym, co dorośli o nim myślą, jak go widzą. My za to – bardzo wiele myślimy o sobie. By wypaść w oczach innych jak najlepiej. By zarabiać jak najlepiej. Wyglądać jak najatrakcyjniej. Mieć mnóstwo znajomych wokół siebie.. Ile masek w ciągu swojego dotychczasowego życia założyłeś/ założyłaś dotąd, by ten cel osiągnąć? Ile razy zawiodłaś/ zawiodłeś się na ludziach tylko dlatego, że ZABRAKŁO CI ODWAGI BYCIA SOBĄ? Czy było warto?. Dziecko jest uparte. Zanim nauczy się dobrze chodzić – wiele razy upadnie, ale nie da za wygraną. Będzie tak długo próbować, aż mu się uda! A my, dorośli? Ilu z nas jeszcze wierzy, że spełnią się jego marzenia? Ilu z nas idzie w życiu na łatwiznę, zamiast – pomimo trudu – starać się o taką pracę, o której marzy, która da mu poczucie spełnienia ?! Naprawdę wiele możemy nauczyć się od dzieci. :) . Ja przez bardzo wiele lat nie widziałam w swoim życiu najmniejszego powodu do radości. Zakrywał ją obłok samotności, choroby, cierpienia, krzywdy, różnego rodzaju zła dostrzegalnego przeze mnie  w świecie. Radość przyszła z czasem – dzięki konkretnym osobom, obecnym w moim życiu (większość tych osób to byli ludzie wierzący w Boga, co też jest warte zastanowienia.). Dziś raduje mnie wiele: to, że widzę piękno otaczającego mnie świata, słyszę śpiew ptaków (zwłaszcza rozczula mnie widok gruchających mi za oknem gołębi), Cieszę się, że żyję. Mogę pisać tego posta. Mam rodzinę. Wierzę. Cieszy mnie smak gorącej kawy o poranku i lekki powiew w upalny dzień. Chwyta mnie za serce moja Ruda Kocica, która czasem u mnie poleguje. Cieszę się z moich gaf, drobnych potknięć – śmieję się wtedy z tymi, którzy są ich świadkami. To ich totalnie rozwala. :) Błogosławieni, którzy umieją śmiać z samych siebie: nie przestaną nigdy się bawić.Radość , jak kiedyś usłyszałam –  ma trzy poziomy. Pierwszym jest to, co nazywamy przyjemnością. Przyjemność jest cielesna. Drugim jest szczęście. Szczęście jest umysłowe. Trzecim jest błogość. Błogość jest duchowa. Ale wszystkie należą do jednej rzeczywistości, a tą rzeczywistością jest radość. Radość zamieniona na język ciała staje się przyjemnością. Radość uzyskiwana poprzez cało staje się przyjemnością. Radość uzyskiwana poprzez umysł staje się szczęściem. Radość nie uzyskiwana ani poprzez ciało, ani poprzez umysł –  staje się błogością…A ty? na którym z poziomów radości się zatrzymałeś? :) I tak króciutko podsumowując ten temat rzeka…czym według mnie jest RADOŚĆ?  Jest potrzebą, siłą i wartością życia, jest źródłem zdrowia, przedłuża nasze życie. Radością zjednujemy sobie ludzi. Radością zdobywamy świat! Radość sprawia, że świat staje się lepszy, piękniejszy! Bądźmy więc radośni! Tego Wam i sobie życzę. :)

Ps. uznałam, że taka skrócona forma będzie najbardziej optymalna dla czytelnika :) Na Wasze przemyślenia nt. Radości – zostawiam miejsce w komentarzach :)

 

 

 

 

 

Niewiarygodne, ale prawdziwe – czyli witajcie w świecie snów.

 

Są w życiu człowieka takie sytuacje, które trudno wyjaśnić rozumem. Nie ma w nich najmniejszego sensu. A jednak – z jakiegoś powodu – dzieją się. Dzisiaj postanowiłam zamieścić wpis jak na mnie dość nietypowy,bo dotykający mniej lub bardziej – świata pozaziemskiego (choć ja wolę używać terminu „duchowego”). Będzie o snach. Potrzebujemy snu, potrzebujemy się „wyłączyć”, zwyczajnie zresetować, nabrać sił. Muszę zaznaczyć, że bardzo rzadko pamiętam swoje sny (co podobno jest rzeczą normalną). Osobiście jestem przekonana o tym, że to o czym śnimy, wiele o nas mówi. Moje sny (przynajmniej te, które pamiętam ) to totalny kosmos.Nie wiem, na ile to była „praca” mojej bujnej wyobraźni, a na ile inne czynniki. Jednak najczęściej  moje sny obnażały emocje, które starannie zakopywałam głęboko w sercu, chcąc o nich zapomnieć: tęsknota za miłością, smutek po jej utracie, reakcja tej osoby (w momencie spotkania po latach – naturalnie przypadkowego), żal, brak przebaczenia , różnego rodzaju marzenia, pragnienia, obawy czy lęki. Bardzo często w moich snach przewijał się  motyw niezwykle silnego strachu, czy spraw ostatecznych (czyt. sąd, piekło, niebo). Kilkakrotnie (w różnych odsłonach) śniło mi się, że umieram. Była to śmierć pełna lęku.Przytoczę jako przykład jeden:  Sceneria rodem z filmu MOST NA RZECE KWAI. Niewielka, drewniana Chatka wysoko w górach, gdzie mieszkałam z moimi rodzicami. Byłam mała, w wieku przedszkolnym. Nagle dostaje strasznego ataku paniki, Któremu towarzyszą krzyk, płacz, torsje, gorączka… Rodzice przytulają, próbują uspokoić. Bez rezultatu. Mój stan się pogarsza z minuty na minutę. W pewnym momencie rodzice rozumieją, że ich dziecko umiera. W GEŚCIE ROZPACZY CHWYTAJĄ ZA TELEFON (TAKI BARDZO BARDZO STARY) , wykręcają numer, ale nie ma sygnału..Sen się urywa… Innego razu zostałam wzięta (oczywiście w śnie) do samego piekła. Jeżeli w zwykłym śnie zobaczyłam tak wielkie jego okropieństwo i brzydotę, to o ile gorzej musi być w tym miejscu wiekuistej męki naprawdę! (jeśli wierzymy, że śmierć to nie koniec, ale jest COŚ więcej). Ale byłam także w niebie.Nie jestem w stanie opisać cudowności tego miejsca, żadne słowo nie jest w stanie tego oddać. Jedyne co pamiętam z tego snu to niezwykłe piękno i niewyobrażalne uczucie szczęścia. Jak się domyślacie – ciężko mi było opuścić ten piękny świat i wrócić do szarej rzeczywistości. Jednak zdarzyły mi się także sny naprawdę nietypowe, wręcz nieziemskie. Przytoczę jednak tylko dwa: jeden proroczy. Drugi – na jawie.

Sen pierwszy – proroczy.

Czym w zasadzie jest proroctwo? Najczęściej kojarzy się ono z przepowiadaniem przyszłości, z przewidywaniem wydarzeń, które mają nastąpić. Proroctwo to wiadomość od Boga, objawienie. W Biblii czytamy, że prorocy „mówili od Boga, uniesieni duchem świętym” (2 Piotra 1:20, 21). Prorok to osoba, która otrzymuje informacje od Boga i przekazuje je innym (Dzieje 3:18).

Jak prorocy otrzymywali informacje?

1.Pisemnie.
Bóg użył tej metody przynajmniej raz, gdy dał Mojżeszowi spisane Dziesięć Przykazań (Wyjścia 31:18).
2.Przez aniołów. Na przykład Bóg wysłał anioła, żeby wyjaśnił Mojżeszowi, co ma powiedzieć władcy Egiptu (Wyjścia 3:2-4, 10). Kiedy Bóg chciał przekazać konkretne słowa, zlecał aniołom, żeby e podyktowali. Było tak w przypadku Mojżesza, który usłyszał: „Zapisz sobie te słowa, gdyż zgodnie z tymi słowami zawieram przymierze z tobą i z Izraelem” (Wyjścia 34:27) *.
3. Wizje. Czasami osoba, która otrzymywała wizję, była w pełni świadoma — nie działo się to podczas snu (Izajasza 1:1; Habakuka 1:1). Niektóre wizje były bardzo sugestywne i można było w nich uczestniczyć (Łukasza 9:28-36; Objawienie 1:10-17). Niekiedy prorocy otrzymywali je w „uniesieniu”, swego rodzaju transie (Dzieje 10:10, 11; 22:17-21).

4. Do przekazywania informacji Bóg posługiwał się również snami (Daniela 7:1; Dzieje 16:9, 10). Wpływanie na myśli.: Bóg przekazywał prorokom swoje myśli. W Biblii powiedziano: „Całe Pismo jest natchnione przez Boga” (2 Tymoteusza 3:16). Wyrażenie „natchnione przez Boga” oznacza, że Bóg posługiwał się duchem świętym, czyli czynną siłą, żeby zainspirować proroków — „tchnąć” w ich umysły swoje myśli. Źródłem informacji był Bóg, a prorok ubierał je w słowa (2 Samuela 23:1, 2). Proroctwo często dotyczy tego co było, ale często wykracza w przyszłość.

Tyle w odniesieniu do Pisma Świętego i nauki Kościoła. A jak to było z tym moim snem? Miał miejsce kilka lat temu, więc pamiętam niektóre jego fragmenty, obrazy, które wywołały u mnie niesamowite emocje. Poznaje mężczyznę. Spontanicznie. Zaczyna się od zwykłej, kulturalnej rozmowy, od której wszystko się zaczyna. Jest iskra, następują kolejne spotkania, którym towarzyszą radość, bliskość, przyjaźń, akceptacja, ufność z mojej strony. Jestem coraz bardziej nim zauroczona. Delikatnie daje mu do zrozumienia, że bardzo bym chciała poznać jego przyjaciół. Uśmiecha się, ale nie podejmuje tematu. Ja nie naciskam. Po jakimś czasie sam pragnie mnie z nimi zapoznać. Proponuje mi jakąś dziwną grę tłumacząc, że to ma być niespodzianka. Lubię niespodzianki, lubię dreszczyk emocji. Nie dał mi jak dotąd powodu, by mu nie ufać, zatem pozwalam mu zasłonić sobie oczy przepaską. Prowadzi mnie za rękę opowiadając trochę o przyjaciołach. Wymienia ich z imienia, mówi jak ich poznał, czym się zajmują. Słucham z zaciekawieniem. W pewnych momencie tłumaczy, że KAŻDY kto chce dołączyć do ich grona, musi przejść pewien test. Zapytana czy nadal chce ich poznać, mówię ze tak i przejdę ten test. Pierwszym egzaminem było POSŁUSZEŃSTWO. Robiłam wszystko, cokolwiek powiedział (oczywiście z zasłoniętymi oczami). Przejść kilometr prosto? OK. Skręcić w lewo? Dobrze. „Ściągnij buty” – słyszę w pewnym momencie. Zdziwiona mocno i nieco zaniepokojona – ściągam. Jestem wówczas w lesie, gdzie są już obecni wokół rozłożystych drzew jego przyjaciele, członkowie niebezpiecznej sekty, ubranych na wzór Ku-Klux-Klanu. Tworzą okrąg, a ja zmieszam do jego środka nie wiedząc o tym, że właśnie przechodzę inicjację. W pewnym momencie uświadamiam sobie, że właśnie znalazłam się na ścieżce wysłanej rozżarzonym węglem, który rani moje stopy. Zdałam właśnie kolejny egzamin : jestem odważna i odporna na ból. Test w końcu się kończy. Jeden z członków grupy podchodzi do nas i mówi do mojego chłopaka: ok, zdała, możesz odsłonić jej oczy. Po chwili widzę , że jestem w lesie, w szponach sekty. Zrozumiałam w momencie, czym tak naprawdę były te testy. Wpadłam w przerażenie. Oni wszyscy podchodzą ze złowrogim uśmiechem chcąc zrobić mi krzywdę, gdy nagle robi się bardzo ciemno, zaczyna mocno grzmieć i padać. Niebo się otwiera i rozlega się mocny, stanowczy głos: ”Zostawcie ją, ona należy do mnie!”. Wszyscy posłusznie i z bojaźnią odchodzą, zostawiając mnie samą w lesie. Jestem pod opieką Boga. Bezpieczna…W tym właśnie momencie zrywam się z łóżka zlana potem.. normalnie jakbym wyszła mokra spod prysznica. Z trudem łapię oddech, czuję strach i ciary na całym ciele…Przez jakiś czas leżę przy zapalonej lampce nocnej. W końcu usypiam. Mija jakiś czas. Idąc przez miasto zaczepiają mnie dwie dziewczyny mówiąc łamanym polskim. Tyle co przyjechały tutaj z misją ewangelizacyjną. Zadają mnóstwo pytań: masz chłopaka, rodzinę? pracujesz? wierzysz w Boga? Może się spotkamy?…Odpowiadam wymijająco, z przyklejonym uśmiechem, który zasłania mój niepokój. Spotkanie kończy się tym, że dziewczyny dziekują mi za pomoc i rozmowę i dają wizytówkę z numerem telefonu i nazwą ich grupy. W internecie pytam wujka Google co on o tym myśli, a on mi na to: „kobieto, trzymaj się od nich z daleka. To groźna sekta”. Poczytałam sobie kilka świadectw osób które wpadły w ich szpony, a jakimś cudem udało im się wyzwolić. Włos mi się na głowie zjeżył. I przypomniał mi się ten sen. Wtedy zrozumiałam, że miał mnie przestrzec, ochronić przed zagrożeniem, wzmóc czujność. Wiadomo przecież, że czas wakacji to nie tylko wypoczynek i beztroska, ale i wzmożona aktywność różnych sekt…

2. Sen na jawie, czyli?

Cóż to właściwie znaczy sen „na jawie”? Co się za tym właściwie kryje? To sen świadomy, w którym śniący zdaje sobie sprawę, że śni. To sen jasny, sen przejrzysty, sen wiedzy. Brzmi ciekawie. Sny na jawie należą do niezwykłych przeżyć – może się nam np. zdarzyć, że po przebudzeniu i ponownym zaśnięciu kontynuujemy ten sam sen, albo w czasie snu, gdy już mamy świadomość tego, że nie śpimy, korygujemy senny obraz i reżyserujemy go tak, jak podpowiada nam nasza fantazja.Badacze są jednak zdania, że sny na jawie bliższe są stanowi czuwania niż spania.Zdarza się, że w czasie snów na jawie wychodzi na światło dzienne to, co stłumione, dlatego uważa się, że mogą one występować jako namiastka rzeczywistego zaspokojenia popędu, a ich punkt wyjścia leży w świadomości, którą można w tej sytuacji całkowicie podporządkować kontroli. Dla mnie to coś nowego, odkrywczego. Nigdy nie przywiązywałam wagi do snów. Nie analizowałam tego, co mógł on oznaczać. Po prostu – zapominałam. Ale ten sen był tak mocny, że do tej pory go pamiętam. Sen był Krótki. Odpoczywam sobie w łóżku, już przy zgaszonym świetle. Jest już późno. W każdym razie na pewno po godz. 0:00. Nagle słyszę jakiś odgłos. Ktoś wchodzi do mojego pokoju. Nie boje się. Jestem przekonana, że to któraś z naszych dwóch kotek kręci się po domu i najwyraźniej szuka sobie legowiska. W końcu na mnie wskakuje. Przechadza się po łóżku, potem po mnie… Po chwili- ni stąd ni zowąd – orientuje się, że to żaden kot, ale najprawdziwszy demon. Widzę jego złowrogą, nienawistną twarz, wyciągnięte w moją stronę szponiaste ręce. Unieruchamia mnie na łóżku. Jedną dłonią zamyka usta, drugą – dusi. Nie mogę złapać oddechu.Przerażona budzę się…Po chwili wraca spokój…Tylko szyja niesamowicie boli… Możecie się śmiać, ale ja naprawdę czułam, że to było coś więcej niż sen. To się działo naprawdę..TEN BÓL BYŁ PRAWDZIWY.
Ps.pisząc ten post byłam całkowicie trzeźwa, świadoma i w pełni poczytalna. Nie musicie mi wierzyć. To są moje senne przeżycia. Ciekawa jestem, jakie są wasze?.

Z filmoteki Jo-An, czyli kilka wieczorów z dobrym filmem (wersja dla wybrednych)

 

Zaprzyjaźniona blogerka zachęciła mnie swym wpisem do podjęcia tematu wagi lekkiej i przyjemnej, jakim jest Kino.:). SEEKER: dzięki. Na początku zaznaczę, że jeśli chodzi o rozrywkę, jestem osobą niezwykle wybredną, dlatego też choć telewizor posiadam, nie oglądam prawie wcale. Powodów jest wiele. Zniechęca mnie do oglądania tego „pudła” lawinowe pojawianie się „odmóżdzaczy”- kolejnych, niekończących się seriali, telenowel, tok – szołów, programów typu „trudne sprawy” czy „ukryta prawda”, czy filmów pod publiczkę, kipiących seksem, przemocą, mordami ( w myśl: im więcej, tym lepiej). Oczywiście, zdarzają się wyjątki od tej reguły. Od czasu do czasu widzę w programie coś ciekawego, spełniajacego moje niewiarygodne oczekiwania. Jednak obejrzenie takiego programu jest praktycznie niemożliwe, gdyż jego emisja zaczyna się ok. godziny 22:40 (a ja wstaję o 5:30). Jeśli doliczyć do tego pasmo niekończących się reklam (w dodatku na każdym kanale w tym samym czasie)- to mam serdecznie dość. Jestem cierpliwa, ale nie aż tak. W końcu nie płacę chyba abonamentu za oglądanie REKLAM?!…A zatem zostaje mi alternatywa w postaci kina (ale nie sieciówki, tylko jakiegoś małego, niszowego, z ciekawym repertuarem), lub internetu, gdzie można znaleźć wiele ciekawych produkcji (znanych i mniej znanych). Zawodowo „serfuję” w sieci, więc można mi wierzyć na słowo :).Czego więc oczekuję? Co mnie jest w stanie zachęcić czy skusić? Kilka czynników: ciekawa fabuła, dobra obsada, spora dawka emocji, kontrowersje, zwroty akcji oraz coś, co mi wyryje się głęboko PO SEANSIE: refleksje. Film ma być dla mnie nie tylko rozrywką, lecz także INSPIRACJĄ. Nie przedłużając, podaję kilka tytułów, do których powracam, są godne obejrzenia, na wysokim poziomie. Oto one:

1.ZIELONA MILA

4ed38c7227fa29f11ff1ac6341298eca

Amerykański film fabularny z 1999 roku, w reżyserii Franka Darabonta z Tomem Hanksem i Michaelem Duncanem w rolach głównych. Scenariusz filmu oparty jest na powieści Stephena Kinga pod tym samym tytułem. W roku 2000 film był nominowany do Oscara w czterech kategoriach (najlepszy aktor drugoplanowy, najlepszy film, najlepsza muzyka filmowa, najlepszy scenariusz adaptowany). Statuetki nie otrzymał, co nie umniejsza go w mojej ocenie. Zielona mila jest historią opowiedzianą przez wiekowego Paula Edgecomba (Dabbs Greer) w domu spokojnej starości. Po obejrzeniu filmu pt.: „Top Hat” przypomina sobie pewne zdarzenia i opowiada swojej przyjaciółce o niezwykłym więźniu którego spotkał w lecie 1935 roku, gdy pracował jako strażnik więźniów skazanych na karę śmierci w więzieniu w Luizjanie. Blok, na którym pracował, nazywany był zieloną milą ze względu na kolor linoleum leżącego na podłodze. Niemym bohaterem celi śmierci jest również krzesło elektryczne (zwane Starą Iskrówą, Old Sparky), oczekujące na swe ofiary.Pewnego dnia na oddział trafia olbrzymi, czarnoskóry John Coffey (Michael Clarke Duncan), oskarżony o zamordowanie dwóch białych dziewczynek. Coffey okazuje się łagodnym olbrzymem, bojącym się ciemności i czasem płaczącym. Niedługo ujawnia swe niezwykłe zdolności uzdrawiające przez wyleczenie Paula Edgecomba z zapalenia pęcherza moczowego oraz ożywienie myszy. Percy Wetmore (Doug Hutchison), jest wrednym sadystycznym strażnikiem lubiącym sprawiać cierpienie innym. Ma również wysoko postawionego wujka (ściślej samego gubernatora stanu), który „załatwił” mu tę pracę i nie bardzo można pozbyć się go z obecnego stanowiska. Za pozwolenie wykonania wyroku obiecuje przenieść się na inne miejsce. By cierpienia skazańca były większe, Percy nie moczy gąbki umożliwiającej lepszy przepływ prądu, w rezultacie więzień ginie po długich męczarniach.
Strażnicy wykorzystują zdolności uzdrawiające Johna, by wyleczyć żonę naczelnika więzienia. Po powrocie do więzienia John przenosi jej chorobę na Percy’ego Wetmore’a. Pod wpływem Coffeya kompletnie oderwany od rzeczywistości Percy zabija jednego z więźniów – Dzikiego Billa, a następnie zostaje umieszczony w zakładzie dla obłąkanych. Paul utwierdza się w przekonaniu, że John jest niewinny, a proces był czysto formalny (znaleziono go tulącego do siebie martwe dziewczynki – czarny musi być winny, choć w rzeczywistości wcale ich nie zabił, tylko znalazł i próbował pomóc za pomocą swoich zdolności, prawdziwym mordercą był Dziki Bill), ale nie ma na to dowodów. Egzekucja musi się więc odbyć. Najbardziej wstrząsającym dla mnie momentem w filmie była sytuacja, kiedy Coffee przywołał do swojej celi Paula Edgecomba, zacisnął mocno swoją rękę na jego ręce i „dał mu przezent” (tzn. pozwolił mu ujrzeć całą prawdę, okoliczności śmierci dziewczynek, ich prawdziwego zabójcę – także obecnego na bloku). Pamiętam, że właśnie w tym momencie, oglądając ten film po raz pierwszy – płakałam jak dziecko. Tyle o fabule i emocjach. Dlaczego polecam? Bo dotyka bardzo ważnej sfery życia człowieka, jaką jest śmierć. Możemy o niej nie myśleć, uciekać od tematu, żyć tu i teraz , chwilą obecną, nie myśląc o tym, co przyniesie jutro. Ale kiedyś niewątpliwie nadejdzie. Film w jakimś sensie dotyka problemu niesprawiedliwości społecznej, rasizmu, kary śmierci (czy jestem przeciw czy za i w jakich okolicznościach?), a także porusza kwestię istnienia CUDU (choć filmie zobrazowany w sposób masakryczny, jednak istniejący). Wierzę w cuda czy nie? Czym dla mnie tak naprawdę jest cud???

2. WYZNANIA GEJSZY

66d519c89374bcc265a3b23414d68243

Film w reżyserii Roba Marshalla z 2005 roku, adaptacja powieści Arthura Goldena pod tym samym tytułem.Akcja filmu dzieje się w roku 1929.9-letnia Chiyo Sakamoto i jej 15-letnia siostra Satsu zostają sprzedane do Kioto. Dzięki nietuzinkowej urodzie i wspaniałym, błękitno-szarym oczom Chiyo trafia do oki-ya w Gion – dzielnicy rozrywki. Satsu trafia do domu publicznego. Chiyo próbuje szukać siostry i uciec z Gion, ale zostaje na tym przyłapana. W oki-ya dziewczynka poznaje jedną z najsławniejszych gejszy ówczesnych czasów – Hatsumomo. Znajduje też koleżankę – Dynię. Poniżana, pozbawiona uczuć, traci chęć życia. Jednak pewnego dnia, nad potokiem Shirakawa, poznaje Prezesa – Iwamurę Kena, który zmienia jej spojrzenie na świat. Po tym spotkaniu, dziewczyna postanawia zostać gejszą za wszelką cenę, aby kiedyś stać się częścią życia Prezesa. Dzięki pomocy jednej z najsłynniejszych gejsz – Mamehy – mała Chiyo przeobraża się w Sayuri. Sayuri zyskuje starszą siostrę w osobie Mamehy. Pewnego wieczoru wybierają się one na turniej sumo, gdzie Sayuri spotyka Prezesa i poznaje jego współpracownika – Nobu, który nie przepada za gejszami. Młoda gejsza zdobywa jednak jego sympatię. Później poznaje Doktora Kraba oraz Barona, który jest danna Mamehy. W rok po debiucie, mizuage Sayuri zostaje sprzedane za rekordową cenę 15 tysięcy jenów, dzięki czemu dziewczyna spłaca długi wobec oki-ya i zostaje adoptowana przez Mamę – „dyrektorkę” oki-ya i zyskuje nazwisko Nitta Sayuri. Stając się córką oki-ya, Sayuri traci przyjaciółkę z dzieciństwa – Dynię, która, zostając młodszą siostrą Hatsumono, przyjmuje imię Hatsumiyo. Pewnego dnia Hatsumomo, która chce w końcu zniszczyć rywalkę, wchodzi do pokoju Sayuri i odkrywa „skarb” – chusteczkę Prezesa, którą dawna Chiyo przechowuje od spotkania z biznesmenem. Prezes w pewnym momencie wyjawia jej, że to dzięki niemu Mameha przygarnęła Chiyo i pozwoliła jej stać się gejszą. Mówi jej też o tym, że wie iż Sayuri jest dziewczyną , którą spotkał piętnaście lat wcześniej nad potokiem Shirakawa. Sayuri wyznaje mu swoją miłość(..).Tyle o filmie. Dlaczego polecam? Bo w sposób niezwykle barwny odsłania przed nami kulturę i obyczaje kraju kwitnącej wiśni.Pokazuję pozycję kobiety w społeczeństwie. Dotyka kwestii kobiecej godności, której nie ma (dziewczyny są sprzedawane od-do, poniżane).

3. SLUMDOG – MILIONER Z ULICY

PJWktkpTURBXy8yYjZlZTVkZmE5ODI2Y2FiZjE3MWM5ZDhkMjQwYzY1ZC5qcGeSlQMACc0BLMyokwXNAyDNAcI

Brytyjski melodramat w reżyserii Danny’ego Boyle’a. Scenariusz filmu autorstwa Simona Beaufoya oparty został na kanwie powieści Slumdog. Milioner z ulicy autorstwa indyjskiego. Jeden z najlepszych filmów, jakie dotychczas widziałam.Został nominowany do Oscarów w dziesięciu kategoriach, zdobywając osiem, w tym za najlepszy film, reżyserię i scenariusz adaptowany.Jamal Malik, Hindus wychowany w slumsach Bombaju, bierze udział w programie Milionerzy. Zanim chłopak zdąży odpowiedzieć na ostatnie pytanie, aresztuje go policja. Policjanci nie wierzą, że może on mieć tak ogromną wiedzę.Torturują go i przesłuchują, podejrzewając oszustwo. W zeznaniach Jamal opowiada o swoim życiu w dzielnicach nędzy, o związkach ze światem przestępczym i swej miłości, co zostaje przedstawione w formie retrospekcji.Film świetnie zrobiony.Przedstawia realia życia w tamtejszej kulturze, walkę o swoje być albo nie być. Dotyka kwestii przyjaźni. Pozwala docenić, jak wiele my sami posiadamy dóbr (choć wielu ich nie posiada, musi o nie walczyć). Ukazuje, jak łatwo jest stracić kogoś bliskiego, jak bezlitosny i okrutny jest świat slumsów, jak trudno tam przeżyć, jak wielkie potrzeby mają jego mieszkańcy i do jakich czynów są zmuszani, aby mieć co jeść, a mimo to jak bardzo dbają o drugiego człowieka i ile są gotowi dla niego poświęcić.(…).

4. CRISTIADA (czwarty, co nie znaczy najgorszy).

DSC_5678.NEF

Jeden z najważniejszych dla mnie filmów, do których wracam, gdyż zmusza mnie by na nowo odpowiedzieć sobie na pytanie: Czy mam w sobie odwagę pójścia za Jezusem bez względu na wszystko (choćby ceną, jaką trzeba było za to zapłacić – miało być własne życie)? Czy byłabym w stanie położyć na szalę wszystko, by bronić swoich idei, tego dla mnie ważne, wręcz fundamentalne? „Cristiada”, na planie przedstawionych tam idei, toczy się pomiędzy trzema rzeczywistościami. Z jednej strony: świat wiary. Zgadza się. Tu należy zwrócić uwagę na fenomenalną kreację Petera O`Toole, który z postaci ojca Christophera, starego księdza, który przybył przed dziesięcioleciami z Europy do Meksyku, uczynił jeden z filarów filmu. Zagrał niewielką rolę z kunsztem, który czyni bohatera fikcyjnego – prawdziwym. Śmierć księdza Christophera w imię wierności wierze, śmierć pod kulami siepaczy stanowi pierwszy zwornik tego filmu. Drugi świat – to świat władzy, zdążający, w imię coraz dalej posuniętej laicyzacji, do usunięcia katolików z przestrzeni publicznej. Jego wewnętrzną sprzeczność – zniewolenie w imię wolności – ujawnia w pełni postać generała Enrique Gorostiety (Andy Garcia). On właśnie jest filarem trzeciej rzeczywistości, fascynującej w swoim idealizmie, wychodzącemu naprzeciw chrześcijańskiemu męczeństwu (sekwencje ostatnich scen filmów mocno to uwypuklają). Gorostieta jest bowiem przedstawiony jako agnostyk, który w imię „absolutnej wolności” swojego ludu walczy za i dla katolików. To – w pewnym sensie – romantyczny rewolucjonista, renegat z własnych szeregów, gdyż rozpoznał, że ci, którzy wiele mówią o demokracji i wolności, ale w jej imię zniewalają własny naród, są w gruncie rzeczy największymi wrogami: i ludu, i wolności. „Cristiada” pokazuje też niebywałą odwagę młodego chłopca JOSE, który nie chce zaprzeć się wiary i ginie śmiercią męczeńską. Jego męczeństwo i śmierć w bitwie generała Gorostiety ukazują nam dwie strony zmagania o wiarę. Jedna to świadectwo dziecka, katowanego i rozstrzelanego przez posłusznych władzy żołnierzy.Druga – to opór zbrojny, który nie ma tej ewangelicznej jasności męczeństwa, ale jest bardzo realnym doświadczeniem historycznym chrześcijan wielu wieków(…).