Małżeństwo Spółka z o.o.

wedding-322034_960_720

 

„Niedojrzała miłość mówi: ‚Kocham cię, ponieważ cię potrzebuję”
Dojrzała miłość mówi: ‚Potrzebuję cię, ponieważ cię kocham.” (E. Fromm)

 

Tak, dziś postanowiłam zostawić Wam u siebie post specjalny, wyjątkowy, piękny i niezwykle trudny do wyrażenia. Będzie co nieco o miłości. Jej blaskach i cieniach. Jej wyjątkowości.

 

Miłość jest jak powietrze, bez którego nie możemy oddychać. 

Miłość jest jak piękny motyl, którego próbujemy złapać.

Miłość jest jak glina w ręku garncarza: wymaga nieustannego formowania, pracy, czasu ,wysiłku, kreatywności. 

Miłość jest niczym kwiat – nie podlewany, prędko usycha, więdnie.

Miłość uskrzydla, unosi nas wysoko, daje nam radość, siłę, poczucie sensu i spełnienia.(…)

Miłość to wierność wyborowi, to chęć dawania siebie tej drugiej osobie. Bezinteresownie. 

 

I można by tak naprawdę długo  miłością się zachwycać, mówić o niej. Lecz niestety, choć miłość jest dla wielu źródłem inspiracji (choćby w utworach muzycznych czy programach telewizyjnych różnego rodzaju) – miłość jest przez człowieka często nierozumiana i niechciana. Jak sugeruje sam tytuł posta – będzie o małżeństwie. Zawsze marzyłam o tym jedynym, księciu na białym koniu, białej sukni z welonem i wspólnym życiu na dobre i na złe. Podczas gdy ludzie wokół mnie dobierali się w pary i zawierali związek małżeński, ja nadal byłam sama. Księcia nie było. Jednak dzisiaj, po wielu latach , patrzę na ślub w zupełnie inny sposób. Czym więc dla mnie jest małżeństwo? Jest niezwykłą, intensywną, trwałą relacją dwojga dojrzałych emocjonalnie, świadomych ludzi, którzy decydują się żyć razem do końca życia. Ślub cywilny, jak i kościelny, jest dla nich wydarzeniem, które tę ich miłość przypieczętowuje, dodaje powagi. To także okazja, by podzielić się z innymi swoim szczęściem. Ale związek małżeński to coś o wiele głębszego, niż tylko złożenie podpisu w USC, zawarcie umowy z przyszłą żoną/ przyszłym mężem. To coś więcej niż spółka partnerska. To przede wszystkim Sakrament, przymierze między ochrzczonymi, mężczyzną i kobietą, którzy tworzą ze sobą wspólnotę życia i miłości, skierowaną na dobro małżonków oraz zrodzenie i wychowanie potomstwa (KPK, kan. 1055). W biblii można znaleźć wiele ważnych i pięknych słów, które odnoszą się do tematu małżeństwa, jego istoty i głębi. Ale nie będę ich póki co przytaczać  :)

Zawsze jestem głęboko poruszona, gdy wracam do słów PŚ traktujących o małżeństwie. Jednak dzisiaj z przykrością muszę stwierdzić, że małżeństwo przechodzi bardzo poważny kryzys. Także w Polsce. Widzę ten kryzys coraz częściej wokół siebie. Liczba zawieranych związków małżeńskich spada, wzrasta natomiast liczba rozwodów oraz spraw o unieważnienie małżeństwa. Odkąd papież Franciszek uprościł procedury związane ze stwierdzeniem nieważności małżeństwa, coraz więcej Polaków-katolików interesuje się możliwością uzyskania „rozwodu kościelnego”. Mam nawet dwoje przyjaciół , których małżeństwo zostało niedawno unieważnione. Ale czy tak naprawdę wiemy, jak rozumieć owo unieważnienie małżeństwa? Trzeba powiedzieć sobie jasno:  w Kościele katolickim nie funkcjonuje tego rodzaju rzeczywistość, jak unieważnienie ważnie zawartego związku małżeńskiego. Istnieje natomiast coś innego: ustalenie i stwierdzenie, że dane małżeństwo było zawarte nieważnie i dlatego zachodzi okoliczność orzeczenia, że jest ono nieważne od samego początku swojego istnienia. A to już różnica.  Małżeństwo jest święte i w oczach Boga – nierozerwalne. Nie będę Was zasypywać prawem kanonicznym, które określa, jakie muszą zajść przesłanki i okoliczności, by zawarte małżeństwo unieważnić. Mogę natomiast podać źródło (dla ciekawych):

http://www.kosciol.pl/article.php?story=20040505202622667

Pomijając kwestie prawa kanonicznego : czasem zwyczajnie zastanawiam się, dlaczego coraz więcej ludzi rozwodzi się czy składa wnioski o unieważnienie małżeństwa. Czy byli nieodpowiednio przygotowani do niego, mieli o nim wyidealizowany obraz? A może niedostatecznie się poznali? Zaślepieni gorącym uczuciem, które wybuchło w ich sercach jak gejzer – przejrzeli dopiero po jego szybkim zawarciu? Wątpię bowiem w to, by ktoś przykładał człowiekowi lufę do głowy i mówił : „jak jej nie poślubisz to…”. Nie wiem…być może się mylę…jednak wydaje mi się, że wiele ludzi po prostu nie dorosło do małżeństwa. Źle rozeznało swoją życiową drogę. Bardzo często ludzie oddalają się od siebie, bo pośród codziennej krzątaniny zapominają o drobiazgach. Okazywaniu sobie czułości. Przestają o siebie dbać, okazywać sobie uczucia. Traktują siebie jak swoją własność . Tymczasem o to, by było nam dobrze w relacjach z innymi , po prostu trzeba się starać. A to już wymaga zaangażowania i wysiłku z naszej strony. Tymczasem człowiekowi się zwyczajnie nie chce więc idzie po najmniejszej linii oporu. I tym sposobem małżeństwo będące w swej istocie świętym Sakramentem, coraz częściej degraduje się do Spółki z ograniczoną odpowiedzialnością – umowy dwojga ludzi, od której w każdej chwili można odstąpić.(…).

 

 

 

 

 

Seks-robot w sypialni

geisha-884684_960_720

Japonia -  ”Kraj Wschodzącego Słońca”. Moim zdaniem : jedno z najciekawszych i najpiękniejszych miejsc na świecie. Fascynująca kultura , nieszablonowy styl życia,  tradycja, piękno przyrody i achitektury, różnorodność i bogactwo religii – to znaki rozpoznawcze Japonii.  Nie wiem, jak Wy, ale ja zawsze bardzo chciałam zobaczyć na żywo to urocze miejsce. Kulturowo jest to naprawdę bogaty, fantastyczny kraj. Jest tam co oglądać: Pałac Potala- warowny pałac Dalajlamy, duchownego przywódcy Tybetu, Zamek Himeji – wspaniała średniowieczna budowla, Sanktuarium sinto - święte miejsce sintoizmu na wyspie Itsukushima, Fudżi-wulkan , będący najwyższym szczytem Japonii i wiele wiele innych. Japonia jest także kolebką większości nowinek technicznych.  I dziś właśnie o tym będzie: o nowinkach technicznych, które mówiąc szczerze – nie za bardzo mi się podobają. Ale o tym dalej….

Parę dni temu , przeglądając Internety – wpadł mi w oko artykuł,  który delikatnie rzecz ujmując – wprawił mnie w osłupienie. Okazuje się bowiem, że światowy rynek erotyczny od dłuższego czasu podbijają roboty świadczące usługi seksualne. (Bosheeee!). 

sekslalka-realdoll_27697373

Przedstawiam wam Harmony 2.0. (na zdjęciu powyżej). Na pierwszy rzut oka – najprawdziwsza, bardzo seksowna kobieta, ciesząca niejedne męskie oko. W rzeczywistości – lalka, kobieta- robot, do złudzenia przypominająca prawdziwą kobietę. Oprócz walorów fizycznych, posiada pewną niezwykłą umiejętność: potrafi mówić. Za pomocą zainstalowanej w telefonie aplikacji użytkownik może sobie wybrać na jaką kobietę ma dzisiaj ochotę: nieśmiałą, uległą, wyuzdaną, zazdrosną, towarzyską, otwartą na przygody?. Wszystko zależy od męskich preferencji. Jeden klik, potem bzyk. Biedne prostytutki – mają konkurentki, które mogą niedługo pozbawić je pracy. Bardzo dochodowej.

Wielką furorę robi w Wielkiej Brytanii inteligentny kobiecy sex-robot o imieniu Samantha. Jest ona zaprogramowana w ten sposób, że można z nią nie tylko iść do łóżka, ale także porozmawiać o pogodzie, pożartować i pooglądać telewizję. Jej wartość rynkowa wynosi (uwaga)  3-3,5 tys. funtów.` Na rynku robotycznych towarzyszy człowieka dzieje się coraz więcej, także w segmencie zarezerwowanym dla sypialni. Jest kilka firm, które już sprzedają prototypy lub zamierzają to zrobić. Ich roboty są różne, mniej lub bardziej zaawansowane, ceny wahają się od kilku tysięcy do kilkunastu tysięcy dol. Jedne da się personalizować mniej, inne bardziej – z kształtem sutków i kolorem włosów łonowych włącznie.(odpadłam czytając to). Pół biedy, jeśli mężczyzna korzysta z usług sex- kobiety – robota , by zaspokoić swoje erotyczne fantazje, których żona/kochanka/partnerka zaspokoić nie potrafi. Dla mężczyzny sfera seksualna jest bardzo ważna (jeśli nie najważniejsza) i nie ma się co oszukiwać drogie Panie. Ale nie do pomyślenia jest dla mnie takową kobietę-robota traktować jak członka rodziny, kiedy ma się żonę i dzieci! Jeszcze trudniej jest mi sobie wyobrazić (tym bardziej zaakceptować) uprawianie seksu w trójkącie mąż+żona+robot (a to się już zdarza). 

Można się dziwić i oburzać, pukać palcem w czoło. Jednak skoro takie sex- roboty powstają i cieszą się tak dużym zainteresowaniem – widać jest na to zapotrzebowanie. Moim zdaniem wiąże się to bardzo mocno z nieprzepracowanymi męskimi problemami w sferze seksualnej, a także dojmującym poczuciem pustki, problemem samotności, brakiem bliskiej osoby, niemożnością osiągnięcia orgazmu,  trudnością w zaspokojeniu potrzeb seksualnych partnerki itp. Dlaczego mężczyźni zamiast fachowej pomocy , terapii psychologicznej – wolą masturbację, czy usługi kobiety-robota, które do tanich nie należą? Nie wiem. Widzę tu również inny powód popularności sex-robotów:  Dla sex-lalki nie trzeba się starać: kupować kwiaty, zapraszać na drinka, romantyczną kolację, uwodzić, zdobywać. Ją się po prostu ma. Ona  jest gotowa do „zabawy” w każdej chwili dnia i nocy. Spełni każdą naszą erotyczną fantazję. Czy niedługo dojdzie do tego, że roboty całkiem zastąpią nam relacje z żywymi ludźmi? Oby nie….

A jak pod tym względem wygląda  sytuacja w Polsce? Z przeprowadzonej przez metro.co.uk ankiety, w które wzięło udział ponad 35 tys. osób wynika, że 39 proc. z nich uważa seks roboty za nieodłączny element naszej przyszłości, który zdominuje ludzkie życie. Nie wygląda to zbyt optymistycznie.  Jednak dla mnie żaden, nawet najdoskonalszy robot – nie jest w stanie zastąpić człowieka. Nic nie jest w stanie zastąpić zbliżenia dwóch kochających się osób: czułego dotyku, od którego przechodzą dreszcze. Zapachu skóry. Naszej reakcji na pieszczoty partnera. Spojrzeń w oczy. Nawet, jeżeli trudno nam w pełni zaspokoić nasze potrzeby i fantazje seksualne – wystarczy szczera rozmowa i wspólne, radosne, otwarte eksperymentowanie, odkrywanie swojego ciała na nowo. To znacznie lepsze, przyjemniejsze i zdrowsze, niż sex z jakimś robotem. Ja w każdym razie Robotom mówię zdecydowane NIE!!! . 

Non omnis moriar…

Tegoroczne Wszystkich Świętych przejdą do historii całej mojej rodziny za sprawą mojej babci. Jakiś czas temu wspomniałam na blogu o jej poważnych zdrowotnych problemach. Można powiedzieć, że od kilku lat lawirowała pomiędzy światem żywych i umarłych, skutecznie wymykając się z objęć śmierci. Dwa tygodnie temu zasłabła. Miała zapaść sercowo – oddechową. Lekarze nie dawali dobrych rokowań. Większość czasu nieprzytomna, bardzo słaba, ledwo rozumiejąca co się właściwie stało i gdzie jest. Po kilku dniach – wielka poprawa. Powróciły siły, oddychała samodzielnie, pomału stawała na nogi. Przenieśliśmy ją do Ośrodka, pięknego miejsca, gdzie miała zapewnioną całodobową opiekę na wysokim poziomie. Była zachwycona. Piękne okolice, panie miłe, jedzenie dobre. Rodzinie spadł kamień z serca. Zagrożenie minęło (….).

Zaczęły się zatem przygotowania, by po upływie miesiąca rehabilitacji w ośrodku – mogła wrócić do siebie. Przedtem jednak trzeba było zadbać o parę rzeczy. Chociażby dobrze zagospodarować jej pokój, wyrzucić rzeczy zbędne, wstawić rehabilitacyjne łóżko itd. Nie minęły trzy dni i dzwonią do nas z informacją, że stan zdrowia babci bardzo się pogorszył. Musieli ją przewieźć z ośrodka do szpitala. Z godziny na godzinę było coraz gorzej. I w pewnej chwili do mamy zadzwonił telefon. Poczułam wtedy niepokój w sercu. Czułam, że to koniec. Moje przeczucie niestety okazało się prawdziwe. Tym razem to Pani Śmierć była górą. Zabrała babcię ze sobą w dniu Wszystkich Świętych. Przypadek? Nie sądzę. Lepszego dnia na wędrówkę do domu Ojca nie mogła sobie wybrać. Formalności załatwiono w ekspresowym tempie. W piątek był pogrzeb. Obiecałam sobie: zero łez. Ona by tego nie chciała. To raczej my, którzy pielgrzymujemy jeszcze, powinniśmy nad sobą zapłakać. Czuwanie przy zmarłej, wspólny różaniec, msza święta i przemarsz na cmentarz. W drodze – modlitwa przebłagalna (…).

Nie umiem tego wyrazić, mogę jedynie powiedzieć, że jeszcze na takim pogrzebie nie byłam. Klepsydry pojawiły się na mieście dopiero w przeddzień pogrzebu, zatem zakładaliśmy, że niewiele ludzi się pojawi . W końcu było to w piątek, zwykły roboczy dzień. Jakie więc było moje zdziwienie, gdy o godzinie 11.00 ujrzałam pełen kościół. Zatkało mnie. Co chwile ktoś podchodził, składał wieńce, kwiaty, wyrazy współczucia. Wielu ludzi nie znałam. Ale oni znali babcię i przyszli się z nią pożegnać. Zobaczyłam jak wiele tych kwiatów i pomyślałam sobie: a cóż ty się dziwisz? przecież to taka dobra kobieta była. Nie dało się jej nie kochać. (…) Kiedy spuszczano już trumnę, trębacz zaczął grać BARKĘ. Po jej odegraniu i złożeniu trumny, zza ciemnych chmur z których obficie lał deszcz, zaczęło przebijać się słońce!  Zupełnie, jakby babcia uśmiechała się do nas wszystkich.

Non omnis moriar znaczy: ”nie wszystek umrę”. Dla mnie Babcia nie umarła. Mózg przestał pracować, serce bić, ciało reagować na bodźce . Ale przecież żyje ludzka dusza.  Babcia wciąż żyje, zmieniła jedynie swój adres zamieszkania. Zawsze będzie żywa , dzięki swojej miłości i dobroci. Moja pamięć o niej nigdy nie przeminie. O takich rzeczach zwyczajnie się nie zapomina. Pociesza mnie także sposób w jaki odeszła. Śmierć zastała ją pełną radości, spokojną, gotową do drogi. Nie będę płakać, czy rozpaczać. Przeciwnie: będę się radować z tego, że mam w Niebie orędownika. Bo nie mam najmniejszej wątpliwości, że właśnie tam jest. (…). Będzie mi tęskno, to na pewno. Ale kiedyś przecież znowu się spotkamy. Cóż to wtedy będzie za radość!

I na koniec: moje przesłanie do nas wszystkich: piosenka doskonale wpisująca się w klimat ostatnich dni i moich osobistych przeżyć.

 

 

Śmierć – najlepszy pedagog życia

 

Listopadowy miesiąc jest specyficzny. Pełen nostalgii, melancholii, refleksji…. To właśnie wtedy odwiedzamy cmentarze, będące miejscem spoczynku naszych najbliższych: rodziny, przyjaciół… Widzimy ich postaci, całe ich życie, wszelkie dobro, jakie nam ofiarowali. I w duchu pytamy siebie: dlaczego odeszli, pozostawiwszy nas tutaj, na tym łez padole? Przynosimy im kwiaty, wieńce, piękne znicze, modlitwę. Oraz to, czego nie zdążyliśmy ofiarować im za życia: Swoją miłość,  którą  tak trudno nam było okazać. Podziękowania . Wspomnienia. Przeprosiny oraz wybaczenie wszystkich zadanych nam ran. To, co skrywaliśmy głęboko w sercu. SIEBIE… Wierzymy , że gdziekolwiek są – już nie cierpią, lecz cieszą się radością i pokojem. I tylko płonące znicze są dla nas symbolem ich obecności pośród nas. Bo chociaż ciało zostało pochowane (bądź skremowane)  - oni naprawdę są z nami. Są bliżej, niż nam się wydaje: w naszym sercu.

   *******************

Rzadko myślimy o śmierci, choć jest ona nieunikniona. Prędzej czy później zapuka do naszych drzwi. Jest ona dla nas tajemnicą, misterium. Nie wiemy, kiedy się jej spodziewać, jak na nią przygotować siebie i naszych bliskich. To trudna dla nas rzeczywistość.  Śmierć kojarzy nam się tylko i wyłącznie z bólem, cierpieniem, strachem, samotnością, utratą. Śmierć to gwałt zadany życiu, to jego kres. I chociaż boje się śmierci – jak większość ludzi – wierzę, że to nie koniec. Że jest coś więcej. Wierzę mocno, że śmierć jest dopiero początkiem prawdziwego życia. Jest jakby przedsionkiem wprowadzającym nas w nową rzeczywistość. Tą rzeczywistością jest zbawienie, nowy Dom, którym jest Niebo.  To na pewno niezwykle cudowne miejsce, które czeka na każdego. Wybór należy do nas.

                *************************

Mimo, że spotykamy się ze Śmiercią co dzień – wciąż się Jej boimy.  Ma ona wiele twarzy. Umiera wieloletnia przyjaźń (u mnie tak się zdarzyło). Wypalamy się zawodowo. Niekiedy wygasa miłość we wzorowych małżeństwach z naprawdę długim stażem. Miewamy myśli samobójcze, tracimy sens życia. To także pewien rodzaj obumierania. Zdarza się, że niektórzy ludzie przeżywają śmierć kliniczną i wracają do nas. Niewiele wiemy o tego rodzaju śmierci, ale słyszymy opisy przeżyć z nią związanej: tunel, światło itp. Największy lęk budzi w nas śmierć cielesna oraz poczucie osamotnienia i wewnętrznej pustki. Tymczasem istnieje o wiele gorszy rodzaj śmierci, której powinniśmy się obawiać: śmierć duchowa. A mówiąc prościej – odłączenie od Bożej miłości . Wieczna samotność. Potępienie. Piekło.

                                                                       ************************

Moja Ś.p. babcia – bardzo często opowiadała mi o śmierci. O tym, że kiedyś odejdzie. Denerwowało mnie to , bo ileż o tej śmierci można? To w końcu taki dołujący temat. Wiem, że kiedyś umrze każdy z nas, ale po co to rozstrząsać?  Raczej nie mamy na to wpływu, więc żyjmy tu i teraz: Carpe diem!. Co ma być – to będzie! Ale dziś wdzięczna jej jestem za to oswajanie mnie ze śmiercią. Pomogły mi te nasze trudne i szczere do bólu rozmowy, pomogła także wiara. Dzięki temu – kiedy babcia faktycznie umarła – na pogrzebie mogłam dotrzymać danej jej obietnicy: nie uroniłam ani jednej łzy, kiedy spuszczano trumnę. Było tak, gdyż patrzyłam już na tę drugą rzeczywistość – dla nas nieznaną, zakrytą. Wystarczyło mi to, że już nie cierpi. Że jest tam. Z NIM. Z Bogiem.(….)

 *********************

Może zaskoczę Was tą myślą, która zmierza do puenty – ale powiem to:  śmierć w kontekście czasu i ziemskiej egzystencji jest czymś cudownym, wręcz zbawiennym. Dlaczego? Ponieważ pomaga nam to życie szanować, wartościować. Gdyby nie było perspektywy śmierci, to nie szanowalibyśmy życia, nie potrafilibyśmy docenić tego, co życie daje nam każdego dnia. Gdyby nie było perspektywy śmierci w naszym życiu, to nie stanowiłoby ono żadnej wartości!. Zatem Śmierć jest dla nas pewnego ro­dzaju  ”szkołą” , która uczy nas  jak ŻYĆ. Jest błogosławieństwem. Często nami wstrząsa, porusza , kruszy nasze serca. Ale przede wszystkim – pomaga nam –  tak bardzo zabieganym  - zwolnić, zatrzymać się i zadać sobie czasami pytanie: QUO VADIS?

Intymnie, bo z duszy. (Nie) mocna Ja.

Na początku śpieszę donieść, że wróciłam w końcu do pracy! Zważywszy na to, jak długo na to czekałam – moja radość nie ma granic! Wstałam jak skowronek, pełna entuzjazmu i chęci do działania. Chwile szczęścia przeplatane są jednak wielką próbą wytrzymałości…Cierpieniem, które wydaje się być istną drogą przez mękę. Jeśli ktoś ma świadomość, co się dzieje we wnętrzu ludzkiego ciała, którym co chwile targają ataki padaczki – ten wie o czym mówię. Brak kontroli nad ciałem, przyspieszony puls, zaburzenie układu ruchu, paniczny strach i totalne wyczerpanie. Obraz nędzy i rozpaczy.To ja dzisiaj. I kiedy to w myślach pochylałam się nad swoim żałosnym stanem – jedyne co mogłam zrobić to położyć się, wziąć do ręki książkę Jezus żyje Sary Young (zamiennie z Pismem Świętym) i różaniec. To nie będzie zwykły post. To odrobina mojej prywaty , dźwiganego krzyża i przemyśleń nad tym, co tak naprawdę jest moją siłą. Cóż to takiego w ogóle  ta siła?. Słowo siła na początku kojarzy się z fizycznością człowieka. Arni ze zdjęcia z pewnością jest uosobieniem siły. Ja jestem słabego zdrowia, krucha i totalnie bezradna. Tak właśnie o sobie myślę, tak mówi o mnie mój wewnętrzny krytyk: SŁABA!…I z tej słabości wyrasta moja siła. Ponad miarę, bo łaską Boga. Wszak Jego cierpienie było nie do wyobrażenia. Z jakiegoś powodu, Wszechmogący daje mi swoją siłę. Dzieli się swoją miłością oraz doświadczeniem swojego Bólu. Absurd? Dlaczego? Kiedy kochamy kogoś naprawdę i na sto procent – chcemy z nim dzielić wszystko. Radości i smutki. Sukcesy i porażki. W prawdziwej miłości nie ma miejsca na egoizm. Nie ma Ty i Ja. Jesteśmy MY (…) Niesamowity jest ten bilans wspólnego przeżywania, dzielenia sobą: radość pomnaża się, gdy ją z kimś dzielimy, zaś cierpienie  przeciwnie – staje się mniejsze.

 

 

1367593054_zfgzbm_600

Tysiące myśli – pomimo zmęczenia – przelatuje mi przez głowę. Wiele pytań. Co twoim zdaniem kryje się za wyrażeniem „jestem silny/a”? Co jest prawdziwą siłą człowieka? Dla mnie z pewnością największą siłą jest Miłość. Ta konkretna, osobowa, skierowana do mnie przez Tego, który Jest Miłością. Bóg stał się dla mnie słaby i wzgardzony, bym ja mogła czerpać od niego siłę, mądrość i miłość niewyczerpaną i trwającą zawsze. Chcesz kochać prawdziwie i być kochany? Ucz się od Mistrza. Ja próbuję. Moje wyczerpane siły regeneruje skutecznie modlitwa i sen. Dlaczego? Bo Modlitwa przemienia moją słabość w niewiarygodną siłę. Wiara, nadzieja i miłość- oto prawdziwa siła, nasza moc. Powiem więcej: modlitwa dokonała tego, czego nie był w stanie dokonać żaden specjalista. Kozetka i tabletki przeciw depresyjne  dawno i na zawsze poszły w odstawkę. Wiara (w siebie, marzenia, odmianę losu Boga itd)- pozwala trwać. Nadzieja – chroni przed zgorzknieniem i rozpaczą. Miłość ożywia. Jeśli tak nie jest, czemu ludzie są jej spragnieni, jak spękana pustynna ziemia odrobiny wody?(..). Czemu w telewizji powstają na tony kolejne seriale i telenowele, a wielu piosenkach jest właśnie miłość (ta wzajemna bądź utracona, niespełniona) ? Zbyt mało na świecie miłości.

Moją siłą na pewno nie jest ciało, które i tak kiedyś w popiół się zmieni, ale hart ducha, wiara na przekór, życiowe doświadczenia i temperament. Zwłaszcza ośli upór. Nie udało mi się tysiąc razy , spróbuje kolejny tysiąc, aż dopnę swego.(…). Choruje 33 l? Spokojnie, do 80-tki jeszcze daleko.(…). Może zbyt intymnie, zbyt osobiście, odważnie i patetycznie…ale to wszystko we mnie siedzi i czuję, że pora w końcu docenić terapeutyczną funkcję blogowania. Czuje się naga, ale prawdziwa do bólu. A prawda wyzwala, oczyszcza, daje wewnętrzny pokój. (….). Jestem słaba  i niedoskonała, a zarazem silna, bo akceptuje siebie właśnie taką. Skoro On akceptuje taką mnie – nie pozostaje nic innego, jak cieszyć się tym i taką pozostać. Trudno nam nieraz pozbyć się tym wszystkich masek, które zakładamy na przeróżne okazje , by poprzestać na jednej. Tej prawdziwej. Byciu sobą. Zawsze. Ja zostałam właśnie przy tej, która jest moim odbiciem w lustrze. Choć z rana wolę na siebie nie patrzeć :D.

 

prawdziwa-sile-czlowieka-poznaje-sie-po-sposobie-w-jaki-sie-zmaga-z-cierpieniem

Ludzka siła wyrasta ze słabości. Brzmi paradoksalnie, a jednak muszę się pod tym podpisać. Kiedy pomnażają się nasze  cierpienia – pomnaża się też siła do ich niesienia. Ja noszę swoje 36,5 lat. Zatem z upływem lat będę jak Terminator. Nie do zdarcia. :D. Wystarczy spojrzeć na przyrodę. Choćby drzewo. Jeśli jest małe , niedawno zasadzone w glebę – to w momencie przyjścia ogromnej wichury zostanie wyrwane z ziemi, powalone, zniszczone. Co innego ogromny, stary Dąb o mocnym korzeniu. Życiowe przeciwności – choć nie są mile widziane – czynią nas silniejszymi. Nie bez powodu mówi się, że co nas nie zabije to nas wzmocni. (…).

No proszę! Pisząc post uroniłam kilka łez smutku, a teraz mam na twarzy banana :D. Nie ma to jak terapeutyczna moc blogowania i łez :D. A tak podsumowując.. każdy ma czasem gorszy czas. Życie , choć piękne – kładzie nam czasami kłody pod nogi. Porażki, choroby, bolesne rozczarowania, samotność, obawy o jutro, inne trudne przeżycia – to część naszej codzienności.  Jednak silni stajemy się właśnie dzięki trudnym doświadczeniom. W słabości kryje się nasza siła. Nie wstydź się jej. W końcu jesteśmy ludźmi, nie robotami. Mamy swoje emocje, myśli, pragnienia, pomysły na życie. Ale możemy przejąć nad nimi kontrolę! Masz tę moc. Siła jest w TOBIE!. I Pamiętaj, o tym że….?

 

 

1384951325_eutsne_600

Ps. Siłą rzeczy post okazał się ewangelizacyjny. Jestem w szoku że zdobyłam się na taką odwagę i otwartość! Ale potrzebowałam tego katharsis – przelania swego stanu tutaj. Taka mała sesja terapeutyczna :D. Spełniła swoje zadanie :D.

 

Mężczyźni wolą brzydule ????

Na swoim pierwszym blogu (bo ten jest drugim z kolei) lubiłam wsadzać kij w mrowisko. Często pisałam spontaniczne, zaczepne teksty, które czasami „wisiały” na głównej onetu (czym zawsze byłam zszokowana :).  Niestety, w pewnym momencie zniknęłam na dobre z blogosfery, ale słabość do blogowania pozostała. Uwielbiam pisać, zawsze to kochałam, dzięki czemu ten blog istnieje. Przeglądając go zauważyłam, że na ogół dotykam tematów trudnych, ciężkich. Zatem pora na odmianę. Najwyższy czas na coś lżejszego!. Postanowiłam niejako nawiązać do poprzedniego tematu o kobiecym pięknie i rozwinąć go o wątek dobierania się w pary. Będzie ciężko, bo pisze to osoba wolna, wokół której mężczyźni czasem się kręcą, aczkolwiek na tym te podchody się kończą. :). Mimo to – spróbuję.

Bardzo długo szukałam swojej połówki jabłka, byłam otwarta na znajomości z płcią przeciwną, nienachalna. A jednak ciągle pozostawałam bez partnera. Dziś się tym nie przejmuję, ale wtedy – ta samotność była dla mnie pigułką trudną do przełknięcia. I w pewnym momencie przyszła mi myśl: albo inne mają coś czego mi brak, a na co mężczyźni zwracają uwagę, albo zwyczajnie unikają, a nawet się mnie boją! Nieee, to niemożliwe!. Czego mieli by się niby bać? Że ich ugryzę? Zwyzywam? Pogonię na cztery wiatry? Przecież  nie wyglądam jak Miss Świata!. Jestem otwarta, wrażliwa, spontaniczna…nie mam nie wiadomo jak wygórowanych oczekiwań wobec płci przeciwnej. Daleko mi do zołzy!. To musi być coś innego(…)

Upływ czasu oraz moje doświadczenia w relacjach damsko – męskich utwierdziły mnie jednak w przekonaniu, że stawiane przeze mnie tezy nie są wcale tak dalekie od prawdy! Jak wspominałam – nie mam problemu w nawiązaniu kontaktów z mężczyznami. Mam kilkoro przyjaciół. Te relacje trwają już wiele lat. Jednak tylko dwóch podczas zwykłej rozmowy – zupełnie nie związanej z tematem postu – przyznało, że myślało o czymś więcej niż przyjaźń, lecz zabrakło im odwagi, by mnie o to zapytać! Dlaczego? To już pytanie do mężczyzn. :). Skąd zatem te obawy? 

Mężczyźni wolą brzydule….

Czy jest w tym ziarnko prawdy? okazuje się że tak. Mężczyźni często unikają pięknych, atrakcyjnych kobiet, gdyż mają za dużo adoratorów i wielbicieli. Są zjawiskowe i śliczne, więc nie mogą opędzić się od kolegów, przyjaciół, znajomych. Większość facetów ślini się na ich widok. Są łatwym łupem tzw. królów dyskotek. Co za tym idzie – są bardziej skłonne do zdrady. Znacznie bezpieczniej jest nie sięgać aż tak wysoko. Lepiej zainteresować się – umownie to nazwijmy – kobietą przeciętną lub uważającą siebie za mało atrakcyjną. Ryzyko zdrady mniejsze. Piękna Barbie na pewno będzie miała w głowie siano: Paplanina bez sensu, próżność, zadufanie, skupianie się głównie na swoim wyglądzie…szkoda czasu!. Kobieta powinna coś sobą reprezentować. Same ciało to raczej mało. Ta piękna – często oczekuje, by traktować ją jak księżniczkę: musi być ciągle w centrum uwagi, cały świat powinien kręcić się wokół niej. Żąda pokłonów, składania hołdów, leżenia u jej stóp, a co najgorsze prezentów, aby były ciągle przekonana o swojej wyjątkowości. Mężczyzna musi być na jej rozkazy…Kto to wytrzyma?.. Na upojne noce – piękna barbie będzie jak najbardziej odpowiednia. Ale w roli partnerki na całe życie – raczej się nie sprawdzi.  Natomiast kobieta przeciętna (czy też nieco brzydsza) – z racji braku urody – będzie musiała się wykazać, by go przy sobie zatrzymać.:) Ależ to wygodne, prawda? :)

PIĘKNE = LUKSUSOWE

Nie da się ukryć: piękno jest luksusem. Piękna barbie nie zadowoli się byle czym. Nie dla niej perfumy z bazaru, czy ciuchy ze szmateksu. Ona musi mieć wszystko najlepszej jakości. Markowe. A to niestety kosztuje… Być może mocno pewne rzeczy upraszczam , za co czytające to kobiety z góry przepraszam – ale wiele mężczyzn tak właśnie myśli. 

PIĘKNA + INTELIGENTNA = ZABÓJCZA

czyli kobieta ze zdjęcia dołączonego na potrzeby posta. Dlaczego (na ogół) mężczyzna trzyma się z dala od takich kobiet? Ponieważ bystra, mądra kobieta, wykształcona, pracująca, mająca własne zdanie – to niebezpieczeństwo. Taką kobietę nie jest łatwo zdominować. Nie wciśniesz jej kitu, ona nie połknie tak łatwo kłamstwa , jak piękna Barbie. Bo Piękna i Inteligentna MYŚLI. Jeśli na dodatek ma wiele znajomych, zainteresowań, jest ciekawa świata, zarabia więcej niż On i ma ambicje – to jeszcze gorzej. Mężczyzna łatwo wpada wtedy w kompleksy, czuje się taki malutki i beznadziejny w porównaniu z Piękną i Inteligentną. Jest przekonany, że na taką kobietę nie zasługuje. Że niewiele może jej zaoferować. Z osobistego doświadczenia mogę powiedzieć, że jeśli mężczyzna ma kompleksy – będzie szukał potwierdzenia swojej męskości i dowartościowania „na boku”. Oczywiście nie podaję procentów i statystyk – po prostu to przerobiłam. :).

Wniosek ?

Każdy ma swój gust. Niektórzy panowie preferują brunetki o dużym biuście, inni filigranowe blondynki czy rude, piegowate, zielonookie. Jednak to nie piękno czy jego brak – zapewni nam udany związek, lecz osobowość i charakter naszej połówki. Jeśli czyta ten tekst kobieta, która uważa siebie za „brzydulę” – nie przejmuj się. Z mężczyznami nie jest tak źle. Ten jedyny zobaczy w tobie piękno, które w sobie masz. Doceni ciebie jaką jesteś. Piękno cielesne i tak nie jest wieczne. Tak piękna jak i brzydka – kiedyś się pomarszczy i zostanie jej tylko piękno wewnętrzne: czyli serce i dusza. A to jest zawsze pożądane.  A do pięknych Barbie mały apel: cieszcie się takim atutem, jaki dała Wam Matka Natura, ale pokażcie innym, że nie jesteście pustakami. Dostrzegajcie piękno i zalety Waszego partnera. Doceńcie go czasem:). Nie tylko my – kobiety tego potrzebujemy:). A jeśli któraś z Was jest sama , czekająca na cud, na księcia z bajki: nie czekaj, nie szukaj. Nic na siłę. Skoro jeszcze czekasz, to znaczy – że czeka cię ktoś naprawdę wyjątkowy. Tylko żyj pełnią życia, rób to co kochasz, i miej oczy i serce otwarte na miłość. W końcu przyjdzie. Na pewno! :) 

piekna_kobieta_podoba_sie_oczom_2014-01-03_10-58-22

***** Mój punkt widzenia – dedykowany w sposób szczególny każdej kobiecie.

Koty – moja miłość

Od zawsze kocham przyrodę i zwierzęta. Będąc dzieckiem – wiele lat próbowałam namówić rodziców na psa, ale bez skutku. Pies potrzebuje dobrej opieki, miejsca, szczególnej troski. To nie maskotka. Trzeba go karmić, od czasu do czasu pojechać z nim do weterynarza, wyprowadzać 2-3 razy dziennie na dwór, by załatwił swoje potrzeby fizjologiczne, pobiegał…a mieszkaliśmy wtedy w takim miejscu, gdzie nie było ani grama zieleni. Wszędzie beton..Zatem – po kilku próbach – poddałam się. Ale nadziei całkiem nie straciłam… Minęło kilka lat. Postanowiłam jeszcze raz spróbować…”to może żółw, kanarek, papuga?” – zagaiłam. Odpowiedź była natychmiastowa i do przewidzenia: ” O nie! Żadnych ptaków w domu! Zapomnij!”. Tata się łamał, mama była nieugięta. Nie lubiła zwierząt i posiadanie jakiegokolwiek w domu – nie wchodziło w rachubę…I kiedy już pogodziłam się z tym faktem , któregoś popołudnia wraca do domu tata. Z zakupami. Wśród nich znajdował się karton, w którym ewidentnie coś się rusza. Po chwili okazało się, że to…królik! . Moja mina w tamtej chwili musiała być bezcenna. Mama bezradnie rozłożyła ręce, jakby w geście złożenia broni. Tak więc Filuś (bo tak go nazwaliśmy ) pozostał z nami. Hasał, brykał i dawał nam wiele radości przez 8 lat. W końcu zachorował ciężko i trzeba było biedaka uśpić. Serce nam wszystkim pękało z żalu, ale cóż począć? Każdy kiedyś odejdzie.

Znowu minęło kilka lat. Wtedy już nie byłam jedynaczką, miałam siostrę, N. Sama mogłam wybrać jej imię. Nadeszły Święta Wielkanocne. Przy stole, z całą rodziną (liczną) ponownie cieszymy się sobą, jemy świąteczne śniadanie. Wszędzie pobrzmiewa śmiech, gwar. Po długim czasie rozłąki wszyscy mamy sobie wiele do powiedzenia….Od słowa do słowa – rozmowa wkracza na niewygodny dla mamy temat: ZWIERZAKI. Pani G., koleżanka mojej cioci  R., ma kotkę, która właśnie urodziła pięć uroczych szczeniąt. Pani G. kocha zwierzęta (jak ja, tata i moja siostra N.), ale zwyczajnie nie stać jej na to, by móc je wszystkie zatrzymać przy matce. Szuka więc  ludzi, którzy chcieliby „przygarnąć kropka”. No i moja kochana siostrzyczka przypuściła szturm: „mamo, mamo, ja chcę kotka!”.  Ku mojemu zaskoczeniu świąteczne śniadanie zakończyło się w taki sposób, że N. przekonała moją anty – zwierzakową mamę – do przygarnięcia malutkiej kotki, Mangusi (to ta ruda ze zdjęcia).  Na początku była nieco kłopotliwa (gryzła buty i styropian), ale szybko udało się to wykorzenić. Ruda podbiła nasze serca. Rosła jak na drożdżach. Była humorzasta, niechętna do pieszczot, ale rozbrajała nas totalnie. Z czasem nieco się zmieniła. Stała się bardziej łasa na pieszczoty. Dziś, kiedy potrzebuje miłości i przytulenia, przyłazi do mnie :) Kto lepiej zrozumie rudą, niż druga ruda? :) Często wchodzi mi na łóżko, układa się blisko mnie, a kiedy ją głaskam – mruczy z zadowoleniem. Rano, kiedy czytam pismo święte przed pracą, kładzie się spać właśnie na nim:). Wita i żegna domowników. Pomaga nam robić pranie (dosłownie). I jestem  pewna, że doskonale rozumie, co się do niej mówi! Jest cudowna!.

Kilka lat temu umarł mój dziadek.. nie było by w tym jednak nic nadzwyczajnego, gdyby nie to, że pozostawił bez opieki kotkę (to ta popielata ze zdjęcia). Choć mieliśmy już Mangusię, zrobiło nam się żal tej drugiej . Żadne z nas nie dopuszczało do siebie opcji oddania osieroconego kota do schroniska…Zatem trafił do nas. :) Mamy więc w domu dwie kotki, które stały się członkami rodziny. :) . Na początku nie przepadały za sobą (delikatnie rzecz ujmując), ale z czasem zaczęły się „tolerować”. To zaskakujące, wręcz niesamowite, jak wiele w życiu mojej rodzinki zmieniło się, odkąd Mangusia i Misza są z nami…Przede wszystkim więcej w naszym domu radości, pokoju, czułości. Jesteśmy mniej podatni na stres. Rzadziej się na siebie wkurzamy. Złagodnieliśmy. Ja- jako singielka – zdecydowanie mniej odczuwam samotność, niż kiedyś. W kociej obecności mam wrażenie, jak gdyby czas się zatrzymał, czuję ukojenie i odprężenie. Podobno  przebywanie w towarzystwie kota – zwiększa produkcję serotoniny – hormonu szczęścia. Lepiej jest także dojść do siebie po doświadczeniu przykrych wydarzeń życiowych. Przebywanie kota w otoczeniu wspomaga w leczeniu depresji. Mama powiedziała mi kiedyś, że Mangusia kładła się w nocy na jej łóżku w okolicy pachy (mama jest po operacji węzłów chłonnych. Było to konieczne – zdiagnozowano raka w początkowej fazie). Po jakimś czasie zaobserwowała, że ból , który odczuwała – znacznie się zmniejszył!. Czy to możliwe? Okazuje się, że tak. Nie bez powodu powstała felinoterapia – terapia z udziałem kotów. Położenie kota w bolącym miejscu ciała uśmierza ból, dzięki ujemnym jonizowaniu jego sierści. Bolące miejsca jonizowane są dodatnio, po zetknięciu z sierścią dochodzi do zneutralizowania jonów. :). Zatem posiadanie kota – bardzo korzystnie wpływa na nasze zdrowie. Naukowe badania wykazują np, że osoby otaczające się kotami, żyją o 4-5 lat dłużej od innych osób. Wpływ na to ma kocie mruczenie. Zostało dowiedzione, że drgania akustyczne o konkretnej częstotliwości, przyczyniają się do obniżenia wysokiego ciśnienia krwi. Mruczenie kota wpływa także pozytywnie na układ nerwowy, stabilizuje rytm serca oraz usprawnia krążenie krwi w mózgu. Wooow!. 

Same plusy! Chcesz być zdrowy? Bierz kota! Minus? : ewentualna alergia na kocią sierść. Wbrew pozorom, nie wymaga wiele zachodu, by kotu zapewnić dobre warunki. Nie trzeba z nim wychodzić (poza czasową kontrolą u weterynarza). Wystarczy zapas karmy i wody (oraz jakiś kącik do spania). Będzie głodny czy spragniony – obsłuży się sam. :) Koty dużo śpią, a zajęcie same sobie są w stanie zapewnić. Do kuwety trafią.:). Bez dwóch zdań:  obecność zwierzaka w domu – czyni nasze życie zdecydowanie lepszym. :))). Mango i Misza podbiły moje serce…nie wyobrażam sobie życia bez nich…Totalnie dostałam kota na punkcie kota!. I love cats.!.<3<3<3

f46041231a

DOPISEK: Jak z postu wynika – kocham zwierzęta całym sercem (poza kilkoma wyjątkami, jak np. skorpiony, węże, pająki, komary, osy, kleszcze itp.). Jednak coraz częściej spotykam w internecie informacje  czy zdjęcia mówiące o znęcaniu się nad nimi: głodzeniu, biciu itp. Każda taka informacja doprowadza mnie do wrzenia, wkurza, baaardzo podnosi ciśnienie tak, iż mój temperament ukazuje się w całej swej okazałości. Zazwyczaj jestem osobą poukładaną, o radosnej naturze i miłym usposobieniu…Jednak takie newsy zmieniają mnie nie do poznania: W*****w na maksa, gniew, szał…to właśnie maluje się  wówczas  na mojej twarzy. Wstyd się przyznać, ale gdyby ktoś pokazał mi: „to ten! to on znęcał się nad tym psem, którego pokazano dziś w Teleexpresie”, podeszłabym do niego z uśmiechem, chwyciła za gardło i z premedytacją zabiła…chociaż nie…to była by za szybka i lekka śmierć. Przywiązałabym go do samochodu (jak niejeden zwyrodnialec robi) , wsiadłabym za kierownice i wcisnęła pedał gazu. A on co chwila obijałby się o beton. Albo unieruchomiła takiego (by nie miał najmniejszej szansy na obronę), zakleiła usta, złapała za kij baseballowy i okładała tak długo, aż delikwent – doświadczając na sobie zadawanego mu bólu – zrozumie swoje okrucieństwo wobec tego psa. Rozumiem, że nie każdy człowiek lubi zwierzęta ( o miłości nie wspominając), ale to nie jest żaden argument tłumaczący znęcanie się nad nim. Trzeba przyznać, iż bardzo często człowiek jest bestią, a zwierzęta (jakkolwiek to brzmi) bywają bardziej ludzkie od nas samych. Kochają nas bezwarunkowo. Tęsknią za nami, gdy za długo nas nie ma. Czekają na nasz powrót. Witają z radością. Wyczuwają nasze nastroje. Są zawsze przy nas. Ich obecność , bliskość koi nasz smutek, łagodzi nasz ból, przegania samotność. Potrafią i chcą być dla nas prawdziwymi kompanami, przyjaciółmi na dobre i złe. Pilnują domu, stają w naszej obronie…a my ludzie tak im odpłacamy???… Jeśli zaglądają tu ludzie młodzi, których dziecko namawia: mamo, ja chcę pieska…weźcie pod uwagę dwie rzeczy: 1). by dać temu zwierzakowi miłość i odpowiednie warunki, 2) TO NIE ZABAWKA, TYLKO ŻYWE STWORZENIE! Jeśli macie po miesiącu/roku się go pozbyć  (bo dziecku miłość do zwierzątka nagle przejdzie) – najlepiej w ogóle go nie kupujcie! Do tej decyzji naprawdę trzeba dorosnąć i dojrzeć.

Czy miłość zawsze musi ranić? czyli o miłości nieco inaczej.

 

76754_zakochani

Ona… W oczach innych – niezwykle atrakcyjna, choć specjalnie o to nie zabiegała. Bez zbyt krótkiej mini, czy mocnego makijażu. Zazwyczaj ubrana w dżinsy, sweterek (bądź cardigan ) i wygodne, płaskie buty. Włosy rudawe, luźno upięte w kok. Sprawiała wrażenie wycofanej, nieśmiałej, zamyślonej… Singielka, coraz bardziej pogodzona ze swoim losem, choć czasami tęskniąca jeszcze za miłością….W końcu któż z nas nie pragnie kochać i być kochanym? Codziennie jej Alter – Ego mówiło do jej serca: „Kobieto, daj spokój. Faceci to dranie. Ich nie należy kochać. Ich trzeba tępić, zwalczać. To istoty całkowicie niezdolne do miłości innej, niż ich własna. Masz wątpliwości? To przypomnę ci jak było z twoim pierwszym. Mikołaj zdaje się? Poznaliście się na oddziale szpitalnym. Ty zostałaś potrącona na jezdni przez motocyklistę (jak się okazało – przez niego). To on zawiadomił pogotowie. Nie uciekł z miejsca zdarzenia, jak to zazwyczaj bywa. Odwiedził kilka razy. Przeprosił. Zaoferował pomoc w razie potrzeby. Dał ci wizytówkę , numer telefonu i tak się zaczęło. Dzieliła was odległość, więc pisywaliście do siebie. Z czasem zaczęliście się odwiedzać w weekendy . Trwało to kilka miesięcy. Było pięknie, dopóki nie zaczął naciskać na seks. To ważna sfera życia mężczyzny. Ty jednak uparłaś się, że chociaż go szczerze kochasz – zachowasz dziewictwo do ślubu. Ty mu nie dałaś – dała mu inna. To był jeden skok w bok, który zakończył się bliźniaczą ciążą  jego kochanki oraz ślubem (bo co ludzie powiedzą? ). I co? Warto było wtedy zgrywać cnotkę? No a ten drugi? Piotrek mu było. Poznałaś go w swojej pierwszej pracy. Był miły, zawsze uśmiechnięty. Pomagał, gdy zepsuł się komputer (czy ksero), w końcu był informatykiem. Zostawiał pod twą nieobecność w biurze  anonimowe liściki, wyznanie przyjaźni, miłości. W końcu zaczął  cię śledzić, nachodzić, wydzwaniać, grozić. Twierdził, że nikt nie kocha i nie pokocha cię tak jak on. mało tego: nikt poza nim nie ma do ciebie żadnych praw . Bałaś się własnego cienia (o zszarganych nerwach nie wspomnę). Koleżanki zazdrościły ci takiego adoratora (znały bowiem jego jedno oblicze). Dla ciebie był to koszmar. W końcu zgłosiłaś jednak sprawę na policję, potem do sądu… W końcu zniknął.. A Darek, ten przystojniak? Oczarował Cię słodkimi słówkami, których byłaś taka stęskniona, jednak nie wiedziałaś, że ten sam kit wciska innym paniom. Jedna była jego „partnerem w biznesie”. Ty byłaś panienką do łóżka, a miał jeszcze żonę, z którą żył w separacji….Przysięgłaś sobie, że się odkujesz, zemścisz za wyrządzone przez mężczyzn krzywdy. Obiecałaś sobie, że już nigdy się nie zakochasz”… Do pewnego momentu jej się udawało. Uciekała od samej siebie w pracę (jak człowiek jest zajęty – nie myśli o pierdółkach).  Aż w końcu pojawił się ON..

ON… mężczyzna w jej wieku, który przysiągł sobie dokładnie to samo. Dość atrakcyjny, wysoki, niebieskooki. Miał w sobie to „coś”, co trudno do końca zdefiniować, a co przyciągało do niego kobiety. Z żadną nie był dłużej niż miesiąc. Traktował kobiety, jak myśliwy upolowaną przez siebie zdobycz. Zdobywał i porzucał. Gdy jakaś kobieta go pokochała, gra w króliczka dobiegała końca. Znajomość także..On nie lubił jak kobieta była łatwa. Pociągała  go sama gonitwa, zdobywanie, zabawa, seks. Nie obchodziły  go żadne związki, żadne wchodzenie w tzw. układy partnerskie. Nie dla niego było chodzenie za rączkę, przytulanki, świętowanie miesięcznic znajomości.. Ślub? Nigdy w życiu! Nie miał zamiaru uczynić ze swojego życia piekła , jak matka, która poślubiła jego ojca. Do pewnego momentu nawet im się układało. W miarę. Ale w pewnym momencie ojciec stracił pracę i zaczął popijać. On miał wtedy 6 lat. Ojciec Szybko wpadł w ciąg, totalnie go wzięło. I zaczęło się. Awantury, przychodzenie nad ranem, bicie, groźby., wzywanie policji od czasu do czasu. Jak miał piętnaście lat – postawił się ojcu,  pobił go  - w obronie matki oraz własnej. Były momenty, kiedy ojciec zapewniał: obiecuję, zmienię się, pójdę na odwyk, przestanę pić, znajdę pracę. Kończyło się wiadomo jak: po każdej rozmowie o pracę – jego ojciec przychodził schlany. A ON? coraz częściej nocował poza domem, u kumpla lub kolejnej kochanki. Któregoś dnia, z głupoty i nudów – wszedł na czat room. Wymyślił sobie ciekawy nick i czekał na rozwój wydarzeń nie spodziewając się, że znajdzie się jakaś głupia, która do niego napisze. I znalazła się. Singielka, dawniej studentka o rudawych włosach, wciąż tęskniąca za miłością. Obecnie księgowa….Ironia losu. Miał kilka dziewczyn, na których zależało mu bardziej niż chciał, ale albo nie była w stanie z nim wytrzymać, albo doprawiała mu rogi. A że jeszcze zależało mu na eks (choć oczywiście nie dawał tego po sobie poznać) – wszedł na ten czat. A ona, napisała trochę tajemniczo, kokieteryjnie , pozując się na myśliwą (!) – podjął grę. Wymienili się numerami, umówili przed pewną kawiarnią, gdzie ku wzajemnemu zaskoczeniu spędzili kilka godzin..Trudno im było się pożegnać. Obojgu. A przecież obiecywali sobie, że już nigdy…Ale serce nie sługa. Strzała kupidyna trafiła w oba serca. I zaczęły się schody. Bo ona była z tych kobiet, które pragną i kochają za mocno. On natomiast nigdy nie poznał, czym jest naprawdę miłość. Mając wszystkie swoje doświadczenia z kobietami w swej pamięci (podobnie jak obietnicę zemsty na kolejnej) – zaczął grać na jej emocjach. Uderzać w jej słabe strony. Strzały były celne i bardzo bolesne. Co jakiś czas przybierał maskę faceta kochającego, opiekuńczego, do rany przyłóż, by przy następnej okazji zadać cios. Odwoływał spotkania, tworzył niestworzone historie, jak to jakaś laska chciała z nim (wiadomo co), ale on taki kochający, taki wierny. Komplementował (przy niej) urodę i powab innych lasek. Oczywiście dochodziło coraz częściej do kłótni i cichych dni (jego zdaniem to ona była oczywiście wszystkiemu winna: bo zazdrosna, na smyczy trzyma, czepia się…która z nas na dłuższą metę byłaby w stanie tolerować takie traktowanie nas , jak kukiełki, za które można pociągać, jak się tylko podoba?)….

Mijały miesiące…im bardziej On był okrutny, tym więcej miłości Ona mu dawała. Nie, nie mówię o seksie (choć to też). Służyła mu przede wszystkim radą, emocjonalnym wsparciem. Mówiła mu od czasu do czasu, jak bardzo go kocha i że dla niej jest kimś naprawdę wartościowym. Że jest dumna z takiego mężczyzny. On oczywiście nie dawał wiary słowom, jednak czynom zaprzeczyć się nie dało. A prawda coraz bardziej otwierała mu oczy: „ona naprawdę mnie kocha. Nie wiem, co ona we mnie widzi i dlaczego jest dla mnie taka dobra, choć ja jestem jaki jestem”..Ona natomiast zaczęła łapać doła. Zdawała sobie sprawę coraz bardziej z tego, że ten związek jest bez sensu, bez żadnej przyszłości. Jednak nie potrafiła tego przerwać. Nie miała w sobie dość siły. Poza tym Ona naprawdę wierzyła, że jej miłość  może odmienić jego serce, sposób w jaki ją traktował. Z każdym dniem miała coraz mniej chęci i sił , by walczyć o niego. Zrozumiała, że nie da się kochać za dwoje. Sama miłość to za mało. Dała z siebie wszystko, jest pusta w środku. Miłość mu oddała, ale godności nie odda… Postanowiła to zakończyć. Stwierdziła: lepiej utracić miłość , niż szacunek do samej siebie…Pewnego dnia umawia się z nim do centrum handlowego na wspólne zakupy (choć niczego tak naprawdę nie zamierza kupować). Rozmawiają na różne tematy. W pewnym momencie On rzuca jeden z tych swoich żartów, które wcale nie są zabawne. Z trudem powstrzymuje się, żeby mu nie odbić piłeczki. Oddycha szybko. Jest wzburzona. Usiada na pobliskiej ławce. On także. Wtedy Ona spokojnym, ale zarazem stanowczym głosem mówi mu: TO KONIEC. On nie bierze tego na poważnie. Takie „jazdy” (tj kłótnie i ciche dni nawet do tygodnia czasu) mieli często. Ale ona podnosi się, a On rozumie, że tym razem Ona nie żartuje. Ona naprawdę odchodzi! I przeżywa szok. Zrozumiał bowiem, że JĄ KOCHA..

O miłości można by mówić wiele. Często jej poszukujemy, a ona przychodzi ukradkiem, z zaskoczenia i często nie w porę. Tak właśnie było w przypadku tych dwojga.  Zadała obojgu wiele cierpienia. Wywróciła ich życie do góry nogami. Jednak obojgu dała bardzo cenną lekcję: on zrozumiał, że choć ciężko znaleźć swoją bratnią duszę, jest to możliwe. Jest inna miłość niż ta wyniesiona z rodzinnego domu, która pełna była alkoholu, przemocy, lęku, poniżania, wstydu i bólu, którego nie da się wypowiedzieć…  Ją ta niespełniona miłość nauczyła, że choć miłość nie zawsze jest odwzajemniona – jest najważniejsza. Iże bez względu na wszystko – warto kochać….