Zazdrość. Czy może być twórcza?

766

 

Tą właśnie myślą chciałabym zacząć, a zarazem zakończyć ten post. Do poruszenia tego tematu – zainspirowało mnie samo życie. Przedwczoraj spotkałam się bowiem z serdeczną koleżanką – wspaniałą żoną oraz matką 6-letniego Patryka. Sporo rozmawiałyśmy. W pewnym momencie D. zaskoczyła mnie ogromnie informacją, że pewna osoba którą dobrze znam, jest o mnie zazdrosna…..Na chwilę odjęło mi mowę. Zazwyczaj to ja zazdrościłam czegoś innym, a teraz sytuacja jest zupełnie odwrotna. Czego tamta kobieta może mi zazdrościć? Zdrowiem nie grzeszę, na dolarach nie śpię, faceta/męża nie mam, praca owszem jest, ale mało dochodowa (choć zadowolona jestem, że ją mam w ogóle). A więc?

Zazdrość od zawsze kojarzyła mi się pejoratywnie. Jej korzeniem jest przede wszystkim poczucie bycia gorszym od reszty. Niestety, wielu z nas bardzo często porównuje się z innymi (wygląd, praca, stan cywilny, status społeczny etc). Po dogłębnej analizie najczęściej wypadamy blado. Postawa zazdrości „oznacza smutek doznawany z powodu dobra drugiego człowieka i nadmierne pragnienie przywłaszczenia go sobie” (KKK, 2539). Powody naszej zazdrości mogą być różne. Najczęstszym motywem ludzkiej zazdrości są dobra materialne. Ktoś ma lepszy samochód, bardziej dochodową pracę, co roku spędza urlop za granicą, podczas gdy my ledwo wiążemy koniec z końcem. Większość wojen ma podłoże walki o dobra materialne. Innym powodem czyjejś zazdrości może być czyjaś atrakcyjność (uroda, powodzenie u płci przeciwnej), młodość, zdrowie, zdolności. Pomijam tutaj aspekt zazdrości w związku, jako że chodzi tu o relację kobieta kontra kobieta. Zazdrość wyniszcza nas od środka, Sprawia, że widzimy to, co chcemy widzieć, wyzwala w nas najgorsze instynkty. Kto ulega zazdrości, ten jest w stanie dopuścić się największego nawet zła. Z zazdrości Kain zabija Abla (por. Rdz 4, 2-8), a bracia Józefa gotowi są go zabić i sprzedają go do niewoli (por. Rdz 37, 11). To zazdrość zaślepia Saula, który zaczyna nienawidzić Dawida (por. 1 Sm 18, 9).

Szczególną skłonność do zazdrości mają ci ludzie, którzy nie wierzą w siebie, nie cieszą się własnym życiem i są egoistami skupionymi na własnych potrzebach i przeżyciach. Zazdrość to paskudne uczucie, które zawsze skrywamy głęboko w sobie. Jednak odpowiednio ukierunkowana zazdrość –  może być twórcza i przyczynić się do naszego rozwoju i wzrostu poczucia naszej wartości. Sposób jest naprawdę prosty: zamiast ciągle patrzeć na innych – skupmy swoją uwagę na sobie !. Każdy z nas jest wyjątkowy, piękny, niepowtarzalny. Wszyscy bez wyjątku mamy w sobie ogromny potencjał do wykorzystania : zdolności, wiedzę, talenty, predyspozycje, zainteresowania. To, że mniej zarabiamy niż sąsiad mieszkający naprzeciwko – nie czyni nas wcale od niego gorszym. Wszystko to siedzi w naszej głowie. Wystarczy otworzyć oczy, dostrzec w sobie to bogactwo i uwierzyć w siebie. Nie marnuj się przez zazdrość, człowieku, bo jedynym twoim Konkurentem – jesteś Ty sam.

PS. PÓKI CO BĘDĘ WRZUCAĆ NOTKI TUTAJ, BO JESZCZE NIE OPANOWAŁAM DO KOŃCA USTAWIEŃ NA BLOX. (ZWŁASZCZA, GDY IDZIE O MOŻLIWOŚĆ KOMENTOWANIA.  Na blox też ten post już wrzucony.

Z Monaru do Iron Man-a, czyli krótka recenzja filmu „Najlepszy”

7802674.3

 

Dziś w ramach postu pragnę podzielić się z Wami moją opinią odnośnie filmu pt. „Najlepszy”, który aktualnie leci w  kinach. Jest to oparta na faktach (*1)  historia młodego człowieka, Jerzego , który z narkomana i złodzieja staje się człowiekiem sukcesu - mistrzem świata w podwójnym Ironmanie. (*2 ).  Dodam jedynie, że za sportem jako takim nie przepadam, a jednak film zrobił na mnie naprawdę mocne wrażenie. Już sam początek wbija w fotel, wprowadzając nas w brutalną rzeczywistość człowieka, którego światem są: narkotyki, przemoc fizyczna i psychiczna, agresja, chore relacje międzyludzkie, strach, poniżenie, pragnienie miłości, akceptacji, szacunku. Widzimy wraka człowieka, chodzącego trupa, będącego w nieustannym transie, dającego sobie w żyłę, który szczęśliwie wymyka się śmierci. Co jakiś czas trafia do szpitala lub na komisariat. W mojej głowie rodzi się współczucie oraz pytanie: dlaczego? coś ty zrobił ze swoim życiem człowieku? Klatka po klatce znajduję odpowiedzi na te pytania i jestem do głębi poruszona. W pewnym momencie całej tej historii Jerzy przeżywa ogromny wstrząs. Wskutek przedawkowania umiera jego dobry kumpel. Dziewczyna z którą chodził , zachodzi z nim w ciążę. To – jak mi się wydaje – okazuje się być przełomowym wydarzeniem, które nada sens jego życiu. Jerzy w końcu idzie na detoks. Chce być czysty. Pragnie być godnym i dobrym ojcem dla swojego dziecka. Z jednego więzienia jakim są narkotyki, trafia do miejsca o wiele gorszego, jakim jest MONAR. Tam chłopak przekonuje się na własnej skórze o brutalnych i rewolucyjnych, jak na tamte czasy, metodach leczenia narkomanów. Odbiera prawdziwą lekcję pokory, poznaje siebie, zaczyna naprawdę rozumieć, czym jest narkomania i jak trudno z niej wyjść. I to właśnie w Monarze zaczyna się jego wielka droga do prawdziwego sukcesu. A to wszystko za sprawą biegania. To właśnie ono dało mu siłę by zawalczyć o siebie, by się nie ugiąć, nie rezygnować. Podnieść  z tego całego bagna, w jakim dotąd żył. Z czasem do biegania dochodzą pływanie oraz kolarstwo. Z biegacza Jerzy przeobraża się więc w thriatlonistę. Film pięknie oddaje słowa:  słabość może stać się naszą siłą. Tak było w  przypadku naszego bohatera. Sport nadał sens jego życiu:  pomógł mu pokonać swoje uzależnienie,  wygrać życie. Krótko mówiąc: GORĄCO POLECAM! :)

 

*1),
http://www.przegladsportowy.pl/magazyn-przegladu-sportowego,jerzy-gorski-cale-zycie-w-transie-triathlon-stal-sie-narkotykiem-reportaz-,artykul,826031,1,13283.html

http://www.polskatimes.pl/artykul/51262,jerzy-gorski-jest-najlepszy-z-piekla-na-sam-szczyt,id,t.html
*2 ) Double Ironman to 7,6 km pływania, 360 km roweru i 84,4 km biegu!

Małżeństwo Spółka z o.o.

wedding-322034_960_720

 

„Niedojrzała miłość mówi: ‚Kocham cię, ponieważ cię potrzebuję”
Dojrzała miłość mówi: ‚Potrzebuję cię, ponieważ cię kocham.” (E. Fromm)

 

Tak, dziś postanowiłam zostawić Wam u siebie post specjalny, wyjątkowy, piękny i niezwykle trudny do wyrażenia. Będzie co nieco o miłości. Jej blaskach i cieniach. Jej wyjątkowości.

 

Miłość jest jak powietrze, bez którego nie możemy oddychać. 

Miłość jest jak piękny motyl, którego próbujemy złapać.

Miłość jest jak glina w ręku garncarza: wymaga nieustannego formowania, pracy, czasu ,wysiłku, kreatywności. 

Miłość jest niczym kwiat – nie podlewany, prędko usycha, więdnie.

Miłość uskrzydla, unosi nas wysoko, daje nam radość, siłę, poczucie sensu i spełnienia.(…)

Miłość to wierność wyborowi, to chęć dawania siebie tej drugiej osobie. Bezinteresownie. 

 

I można by tak naprawdę długo  miłością się zachwycać, mówić o niej. Lecz niestety, choć miłość jest dla wielu źródłem inspiracji (choćby w utworach muzycznych czy programach telewizyjnych różnego rodzaju) – miłość jest przez człowieka często nierozumiana i niechciana. Jak sugeruje sam tytuł posta – będzie o małżeństwie. Zawsze marzyłam o tym jedynym, księciu na białym koniu, białej sukni z welonem i wspólnym życiu na dobre i na złe. Podczas gdy ludzie wokół mnie dobierali się w pary i zawierali związek małżeński, ja nadal byłam sama. Księcia nie było. Jednak dzisiaj, po wielu latach , patrzę na ślub w zupełnie inny sposób. Czym więc dla mnie jest małżeństwo? Jest niezwykłą, intensywną, trwałą relacją dwojga dojrzałych emocjonalnie, świadomych ludzi, którzy decydują się żyć razem do końca życia. Ślub cywilny, jak i kościelny, jest dla nich wydarzeniem, które tę ich miłość przypieczętowuje, dodaje powagi. To także okazja, by podzielić się z innymi swoim szczęściem. Ale związek małżeński to coś o wiele głębszego, niż tylko złożenie podpisu w USC, zawarcie umowy z przyszłą żoną/ przyszłym mężem. To coś więcej niż spółka partnerska. To przede wszystkim Sakrament, przymierze między ochrzczonymi, mężczyzną i kobietą, którzy tworzą ze sobą wspólnotę życia i miłości, skierowaną na dobro małżonków oraz zrodzenie i wychowanie potomstwa (KPK, kan. 1055). W biblii można znaleźć wiele ważnych i pięknych słów, które odnoszą się do tematu małżeństwa, jego istoty i głębi. Ale nie będę ich póki co przytaczać  :)

Zawsze jestem głęboko poruszona, gdy wracam do słów PŚ traktujących o małżeństwie. Jednak dzisiaj z przykrością muszę stwierdzić, że małżeństwo przechodzi bardzo poważny kryzys. Także w Polsce. Widzę ten kryzys coraz częściej wokół siebie. Liczba zawieranych związków małżeńskich spada, wzrasta natomiast liczba rozwodów oraz spraw o unieważnienie małżeństwa. Odkąd papież Franciszek uprościł procedury związane ze stwierdzeniem nieważności małżeństwa, coraz więcej Polaków-katolików interesuje się możliwością uzyskania „rozwodu kościelnego”. Mam nawet dwoje przyjaciół , których małżeństwo zostało niedawno unieważnione. Ale czy tak naprawdę wiemy, jak rozumieć owo unieważnienie małżeństwa? Trzeba powiedzieć sobie jasno:  w Kościele katolickim nie funkcjonuje tego rodzaju rzeczywistość, jak unieważnienie ważnie zawartego związku małżeńskiego. Istnieje natomiast coś innego: ustalenie i stwierdzenie, że dane małżeństwo było zawarte nieważnie i dlatego zachodzi okoliczność orzeczenia, że jest ono nieważne od samego początku swojego istnienia. A to już różnica.  Małżeństwo jest święte i w oczach Boga – nierozerwalne. Nie będę Was zasypywać prawem kanonicznym, które określa, jakie muszą zajść przesłanki i okoliczności, by zawarte małżeństwo unieważnić. Mogę natomiast podać źródło (dla ciekawych):

http://www.kosciol.pl/article.php?story=20040505202622667

Pomijając kwestie prawa kanonicznego : czasem zwyczajnie zastanawiam się, dlaczego coraz więcej ludzi rozwodzi się czy składa wnioski o unieważnienie małżeństwa. Czy byli nieodpowiednio przygotowani do niego, mieli o nim wyidealizowany obraz? A może niedostatecznie się poznali? Zaślepieni gorącym uczuciem, które wybuchło w ich sercach jak gejzer – przejrzeli dopiero po jego szybkim zawarciu? Wątpię bowiem w to, by ktoś przykładał człowiekowi lufę do głowy i mówił : „jak jej nie poślubisz to…”. Nie wiem…być może się mylę…jednak wydaje mi się, że wiele ludzi po prostu nie dorosło do małżeństwa. Źle rozeznało swoją życiową drogę. Bardzo często ludzie oddalają się od siebie, bo pośród codziennej krzątaniny zapominają o drobiazgach. Okazywaniu sobie czułości. Przestają o siebie dbać, okazywać sobie uczucia. Traktują siebie jak swoją własność . Tymczasem o to, by było nam dobrze w relacjach z innymi , po prostu trzeba się starać. A to już wymaga zaangażowania i wysiłku z naszej strony. Tymczasem człowiekowi się zwyczajnie nie chce więc idzie po najmniejszej linii oporu. I tym sposobem małżeństwo będące w swej istocie świętym Sakramentem, coraz częściej degraduje się do Spółki z ograniczoną odpowiedzialnością – umowy dwojga ludzi, od której w każdej chwili można odstąpić.(…).

 

 

 

 

 

Śmierć – najlepszy pedagog życia

 

Listopadowy miesiąc jest specyficzny. Pełen nostalgii, melancholii, refleksji…. To właśnie wtedy odwiedzamy cmentarze, będące miejscem spoczynku naszych najbliższych: rodziny, przyjaciół… Widzimy ich postaci, całe ich życie, wszelkie dobro, jakie nam ofiarowali. I w duchu pytamy siebie: dlaczego odeszli, pozostawiwszy nas tutaj, na tym łez padole? Przynosimy im kwiaty, wieńce, piękne znicze, modlitwę. Oraz to, czego nie zdążyliśmy ofiarować im za życia: Swoją miłość,  którą  tak trudno nam było okazać. Podziękowania . Wspomnienia. Przeprosiny oraz wybaczenie wszystkich zadanych nam ran. To, co skrywaliśmy głęboko w sercu. SIEBIE… Wierzymy , że gdziekolwiek są – już nie cierpią, lecz cieszą się radością i pokojem. I tylko płonące znicze są dla nas symbolem ich obecności pośród nas. Bo chociaż ciało zostało pochowane (bądź skremowane)  - oni naprawdę są z nami. Są bliżej, niż nam się wydaje: w naszym sercu.

   *******************

Rzadko myślimy o śmierci, choć jest ona nieunikniona. Prędzej czy później zapuka do naszych drzwi. Jest ona dla nas tajemnicą, misterium. Nie wiemy, kiedy się jej spodziewać, jak na nią przygotować siebie i naszych bliskich. To trudna dla nas rzeczywistość.  Śmierć kojarzy nam się tylko i wyłącznie z bólem, cierpieniem, strachem, samotnością, utratą. Śmierć to gwałt zadany życiu, to jego kres. I chociaż boje się śmierci – jak większość ludzi – wierzę, że to nie koniec. Że jest coś więcej. Wierzę mocno, że śmierć jest dopiero początkiem prawdziwego życia. Jest jakby przedsionkiem wprowadzającym nas w nową rzeczywistość. Tą rzeczywistością jest zbawienie, nowy Dom, którym jest Niebo.  To na pewno niezwykle cudowne miejsce, które czeka na każdego. Wybór należy do nas.

                *************************

Mimo, że spotykamy się ze Śmiercią co dzień – wciąż się Jej boimy.  Ma ona wiele twarzy. Umiera wieloletnia przyjaźń (u mnie tak się zdarzyło). Wypalamy się zawodowo. Niekiedy wygasa miłość we wzorowych małżeństwach z naprawdę długim stażem. Miewamy myśli samobójcze, tracimy sens życia. To także pewien rodzaj obumierania. Zdarza się, że niektórzy ludzie przeżywają śmierć kliniczną i wracają do nas. Niewiele wiemy o tego rodzaju śmierci, ale słyszymy opisy przeżyć z nią związanej: tunel, światło itp. Największy lęk budzi w nas śmierć cielesna oraz poczucie osamotnienia i wewnętrznej pustki. Tymczasem istnieje o wiele gorszy rodzaj śmierci, której powinniśmy się obawiać: śmierć duchowa. A mówiąc prościej – odłączenie od Bożej miłości . Wieczna samotność. Potępienie. Piekło.

                                                                       ************************

Moja Ś.p. babcia – bardzo często opowiadała mi o śmierci. O tym, że kiedyś odejdzie. Denerwowało mnie to , bo ileż o tej śmierci można? To w końcu taki dołujący temat. Wiem, że kiedyś umrze każdy z nas, ale po co to rozstrząsać?  Raczej nie mamy na to wpływu, więc żyjmy tu i teraz: Carpe diem!. Co ma być – to będzie! Ale dziś wdzięczna jej jestem za to oswajanie mnie ze śmiercią. Pomogły mi te nasze trudne i szczere do bólu rozmowy, pomogła także wiara. Dzięki temu – kiedy babcia faktycznie umarła – na pogrzebie mogłam dotrzymać danej jej obietnicy: nie uroniłam ani jednej łzy, kiedy spuszczano trumnę. Było tak, gdyż patrzyłam już na tę drugą rzeczywistość – dla nas nieznaną, zakrytą. Wystarczyło mi to, że już nie cierpi. Że jest tam. Z NIM. Z Bogiem.(….)

 *********************

Może zaskoczę Was tą myślą, która zmierza do puenty – ale powiem to:  śmierć w kontekście czasu i ziemskiej egzystencji jest czymś cudownym, wręcz zbawiennym. Dlaczego? Ponieważ pomaga nam to życie szanować, wartościować. Gdyby nie było perspektywy śmierci, to nie szanowalibyśmy życia, nie potrafilibyśmy docenić tego, co życie daje nam każdego dnia. Gdyby nie było perspektywy śmierci w naszym życiu, to nie stanowiłoby ono żadnej wartości!. Zatem Śmierć jest dla nas pewnego ro­dzaju  ”szkołą” , która uczy nas  jak ŻYĆ. Jest błogosławieństwem. Często nami wstrząsa, porusza , kruszy nasze serca. Ale przede wszystkim – pomaga nam –  tak bardzo zabieganym  - zwolnić, zatrzymać się i zadać sobie czasami pytanie: QUO VADIS?

Intymnie, bo z duszy. (Nie) mocna Ja.

Na początku śpieszę donieść, że wróciłam w końcu do pracy! Zważywszy na to, jak długo na to czekałam – moja radość nie ma granic! Wstałam jak skowronek, pełna entuzjazmu i chęci do działania. Chwile szczęścia przeplatane są jednak wielką próbą wytrzymałości…Cierpieniem, które wydaje się być istną drogą przez mękę. Jeśli ktoś ma świadomość, co się dzieje we wnętrzu ludzkiego ciała, którym co chwile targają ataki padaczki – ten wie o czym mówię. Brak kontroli nad ciałem, przyspieszony puls, zaburzenie układu ruchu, paniczny strach i totalne wyczerpanie. Obraz nędzy i rozpaczy.To ja dzisiaj. I kiedy to w myślach pochylałam się nad swoim żałosnym stanem – jedyne co mogłam zrobić to położyć się, wziąć do ręki książkę Jezus żyje Sary Young (zamiennie z Pismem Świętym) i różaniec. To nie będzie zwykły post. To odrobina mojej prywaty , dźwiganego krzyża i przemyśleń nad tym, co tak naprawdę jest moją siłą. Cóż to takiego w ogóle  ta siła?. Słowo siła na początku kojarzy się z fizycznością człowieka. Arni ze zdjęcia z pewnością jest uosobieniem siły. Ja jestem słabego zdrowia, krucha i totalnie bezradna. Tak właśnie o sobie myślę, tak mówi o mnie mój wewnętrzny krytyk: SŁABA!…I z tej słabości wyrasta moja siła. Ponad miarę, bo łaską Boga. Wszak Jego cierpienie było nie do wyobrażenia. Z jakiegoś powodu, Wszechmogący daje mi swoją siłę. Dzieli się swoją miłością oraz doświadczeniem swojego Bólu. Absurd? Dlaczego? Kiedy kochamy kogoś naprawdę i na sto procent – chcemy z nim dzielić wszystko. Radości i smutki. Sukcesy i porażki. W prawdziwej miłości nie ma miejsca na egoizm. Nie ma Ty i Ja. Jesteśmy MY (…) Niesamowity jest ten bilans wspólnego przeżywania, dzielenia sobą: radość pomnaża się, gdy ją z kimś dzielimy, zaś cierpienie  przeciwnie – staje się mniejsze.

 

 

1367593054_zfgzbm_600

Tysiące myśli – pomimo zmęczenia – przelatuje mi przez głowę. Wiele pytań. Co twoim zdaniem kryje się za wyrażeniem „jestem silny/a”? Co jest prawdziwą siłą człowieka? Dla mnie z pewnością największą siłą jest Miłość. Ta konkretna, osobowa, skierowana do mnie przez Tego, który Jest Miłością. Bóg stał się dla mnie słaby i wzgardzony, bym ja mogła czerpać od niego siłę, mądrość i miłość niewyczerpaną i trwającą zawsze. Chcesz kochać prawdziwie i być kochany? Ucz się od Mistrza. Ja próbuję. Moje wyczerpane siły regeneruje skutecznie modlitwa i sen. Dlaczego? Bo Modlitwa przemienia moją słabość w niewiarygodną siłę. Wiara, nadzieja i miłość- oto prawdziwa siła, nasza moc. Powiem więcej: modlitwa dokonała tego, czego nie był w stanie dokonać żaden specjalista. Kozetka i tabletki przeciw depresyjne  dawno i na zawsze poszły w odstawkę. Wiara (w siebie, marzenia, odmianę losu Boga itd)- pozwala trwać. Nadzieja – chroni przed zgorzknieniem i rozpaczą. Miłość ożywia. Jeśli tak nie jest, czemu ludzie są jej spragnieni, jak spękana pustynna ziemia odrobiny wody?(..). Czemu w telewizji powstają na tony kolejne seriale i telenowele, a wielu piosenkach jest właśnie miłość (ta wzajemna bądź utracona, niespełniona) ? Zbyt mało na świecie miłości.

Moją siłą na pewno nie jest ciało, które i tak kiedyś w popiół się zmieni, ale hart ducha, wiara na przekór, życiowe doświadczenia i temperament. Zwłaszcza ośli upór. Nie udało mi się tysiąc razy , spróbuje kolejny tysiąc, aż dopnę swego.(…). Choruje 33 l? Spokojnie, do 80-tki jeszcze daleko.(…). Może zbyt intymnie, zbyt osobiście, odważnie i patetycznie…ale to wszystko we mnie siedzi i czuję, że pora w końcu docenić terapeutyczną funkcję blogowania. Czuje się naga, ale prawdziwa do bólu. A prawda wyzwala, oczyszcza, daje wewnętrzny pokój. (….). Jestem słaba  i niedoskonała, a zarazem silna, bo akceptuje siebie właśnie taką. Skoro On akceptuje taką mnie – nie pozostaje nic innego, jak cieszyć się tym i taką pozostać. Trudno nam nieraz pozbyć się tym wszystkich masek, które zakładamy na przeróżne okazje , by poprzestać na jednej. Tej prawdziwej. Byciu sobą. Zawsze. Ja zostałam właśnie przy tej, która jest moim odbiciem w lustrze. Choć z rana wolę na siebie nie patrzeć :D.

 

prawdziwa-sile-czlowieka-poznaje-sie-po-sposobie-w-jaki-sie-zmaga-z-cierpieniem

Ludzka siła wyrasta ze słabości. Brzmi paradoksalnie, a jednak muszę się pod tym podpisać. Kiedy pomnażają się nasze  cierpienia – pomnaża się też siła do ich niesienia. Ja noszę swoje 36,5 lat. Zatem z upływem lat będę jak Terminator. Nie do zdarcia. :D. Wystarczy spojrzeć na przyrodę. Choćby drzewo. Jeśli jest małe , niedawno zasadzone w glebę – to w momencie przyjścia ogromnej wichury zostanie wyrwane z ziemi, powalone, zniszczone. Co innego ogromny, stary Dąb o mocnym korzeniu. Życiowe przeciwności – choć nie są mile widziane – czynią nas silniejszymi. Nie bez powodu mówi się, że co nas nie zabije to nas wzmocni. (…).

No proszę! Pisząc post uroniłam kilka łez smutku, a teraz mam na twarzy banana :D. Nie ma to jak terapeutyczna moc blogowania i łez :D. A tak podsumowując.. każdy ma czasem gorszy czas. Życie , choć piękne – kładzie nam czasami kłody pod nogi. Porażki, choroby, bolesne rozczarowania, samotność, obawy o jutro, inne trudne przeżycia – to część naszej codzienności.  Jednak silni stajemy się właśnie dzięki trudnym doświadczeniom. W słabości kryje się nasza siła. Nie wstydź się jej. W końcu jesteśmy ludźmi, nie robotami. Mamy swoje emocje, myśli, pragnienia, pomysły na życie. Ale możemy przejąć nad nimi kontrolę! Masz tę moc. Siła jest w TOBIE!. I Pamiętaj, o tym że….?

 

 

1384951325_eutsne_600

Ps. Siłą rzeczy post okazał się ewangelizacyjny. Jestem w szoku że zdobyłam się na taką odwagę i otwartość! Ale potrzebowałam tego katharsis – przelania swego stanu tutaj. Taka mała sesja terapeutyczna :D. Spełniła swoje zadanie :D.

 

Ode mnie z daleka! Czyli kilka typów ludzi, których unikam jak ognia.

Żaden człowiek nie jest samoistną wyspą; każdy stanowi ułomek kontynentu, część lądu. Jeżeli morze zmyje choćby grudkę ziemi, Europa będzie pomniejszona, tak samo jak gdyby pochłonęło przylądek, włość twoich przyjaciół czy twoją własną. Śmierć każdego człowieka umniejsza mnie, albowiem jestem zespolony z ludzkością. Przeto nigdy nie pytaj, komu bije dzwon: bije on tobie.” - John Donne (1572–1631) – angielski poeta i prozaik.

 

Na drogach naszego życia spotykamy przeróżnych ludzi. Jedni są z nami od zawsze (rodzina),  inni towarzyszą nam w naszej ziemskiej wędrówce przez jakiś czas.  Każda osoba (bez wyjątku) ubogaca nas, coś do naszego życia wnosi, inspiruje, uczy, w jakimś sensie ma swój udział w naszym osobistym rozwoju.  Te pozytywne relacje pozwalają na otwarte i radosne funkcjonowanie w społeczeństwie , są podstawową i najważniejszą potrzebą naszego życia. Są źródłem naszego szczęścia, czymś naprawdę cennym. Jednak  jest pewna grupa osób, z którymi lepiej w relacje nie wchodzić, bo nic dobrego z tego nie wyniknie. I o tym właśnie będzie ten post: o typach osobowości, których unikam jak ognia.  Dla jasności: to tylko kilka moich doświadczeń z ludźmi, którymi postanowiłam się zwyczajnie podzielić.(nie jestem psychologiem, więc będzie bardzo prosto, niefachowo, wg mojego prywatnego słownika).

1. GADUŁA - Od zawsze jestem lepszym słuchaczem niż mówcą i bardziej sobie cenię słuchanie niż gadanie, na czym tylko w życiu zyskałam. Lubię, jeśli mój rozmówca ma coś do powiedzenia. Ale oprócz tego co mówi , zwracam uwagę na to jak i ile mówi.  Taka osoba potrafi mówić o wszystkim i o niczym. Ciekawie i nudno jak flaki z olejem. Jeśli da mi od czasu do czasu dojść do słowa – super. Ale jeśli taka osoba wyrzuca z siebie coraz to nowe słowa niczym pociski z karabinu, zwyczajnie mnie to nuży (a bywa, że i wkurza).

2. PLOTKARZ – czyli osoba szukająca sensacji, wścibiająca nos w nie swoje sprawy. To ją kręci. Oczywiście o czymś  rozmawiać trzeba, a informacja zabarwiona jakąś anegdotą  czy żartem – wydaje się ciekawsza. Jeśli masz w swoim otoczeniu osobę kochającą plotki, przyjrzyj się, w jaki sposób je przedstawia.(Przykład: Ta M. się dorobiła. Na pewno musiała się z  nim przespać…, Jak ona się ubiera!…,  Wczoraj spotkałam ją u  lekarza. Jeszcze nie ma ślubu, a już w ciąży! itp.). Jednego możesz być pewien/pewna: za twoimi plecami taka osoba będzie mówić to samo komuś innemu. Mnie życie nauczyło roztropności w mówieniu. Mówić konkretnie, w temacie. Wtedy nasz plotkarz nie będzie miał z czego kolejnej plotki na nasz temat puścić. Plotka co prawda jest narzędziem komunikacji, nieraz dostarcza nam przyjemności czy rozrywki, to prawda. Ale często możemy paść ofiarą plotki z zazdrości czy wręcz zawiści. A kłamstwo powtórzone x razy, dla innych staje się prawdą. Wtedy słowo staje się bronią masowego rażenia, które może doprowadzić przykładowo do rozpadu naszego związku, utraty pracy, czy zszarganiem naszego dobrego imienia. Plotkarzom już dziękuję!

3.  NARZEKACZ –  kolejny typ, od którego stronię. Oczywiście życie ludzkie to nie bajka. Każdy z nas zmaga się od czasu do czasu z jakąś trudnością, cierpieniem, chorobą czy innym nieszczęściem. Czasami po prostu potrzebujemy się komuś wyżalić, by poczuć ulgę, zrzucić ciężar z serca. Sama niejednokrotnie w swoim życiu wylewałam swoje żale (zawsze za to przepraszając). Sam fakt, że zostałam wysłuchana, stanowił dla mnie ogromną pomoc, a słowo pocieszenia w tym trudnym czasie i/lub dobra rada – wlewał nową nadzieję. Jednak jeżeli każda rozmowa z drugą osobą jest niekończącym się marudzeniem jacy to ludzie są podli, a życie do bani – uciekam. Bo ile można? Przecież w życiu spotykają nas także dobre rzeczy, o których warto rozmawiać.

4. PAW – znany z przepięknego ogona, który jest jego chlubą. W przełożeniu na relacje międzyludzkie mam na myśli osobę pełną pychy światowej, która uważa się za nie wiadomo kogo: jest najmądrzejsza, najpiękniejsza, najbardziej seksowna i w ogóle naj. Obnosi się ze swoim bogactwem,  sukcesami, doświadczeniem, liczbą partnerów – jak ten paw, okazując innym swoją pogardę, wyższość czy politowanie. Takim osobom też mówię nie.

5. POLICJANT/ ŻANDARM - typ człowieka, który zawsze trzyma rękę na pulsie, wszystko chce mieć pod kontrolą. Zadaje niezliczoną ilość pytań, przez co człowiek czuje się jak na przesłuchaniu w komisariacie. Jest nieufny. Wszędzie węszy kłamstwo i podstęp. Szuka dziury w całym. Ciągle szuka haka , do czegoś w końcu można się przyczepić (w końcu nikt z nas nie jest idealny)

6. BLUSZCZ.- czyli osoba ( w domyśle partner, mąż/żona, narzeczony/ narzeczona), która bardzo bardzo nas kocha, świata poza nami nie widzi (i to dosłownie). Ciągle nas rozpieszcza i nam nadskakuje. Całkowicie od nas zależna. Osoba niesamodzielna, która postrzega siebie jako  słabą, bezradną , nieradzącą sobie w życiu, niedostosowaną do wymagań, jakie stawia życie. Ja trafiłam na takiego bluszcza (choć nie jestem w związku), ale trafił mi się adorator, dla którego jestem miss Nieba, kobietą wymarzoną, cudowną, której pragnie świat złożyć u stóp (czyli ślub, rodzina itd). Problem po pierwsze polega na tym, że brakuje z mojej strony wzajemności (o czym doskonale wie), po drugie – jest osobą zdesperowaną, bardzo poranioną, samotną, głodną miłości, uwagi, ciepła, bliskości. Zalewa mnie czułościami, telefonami, komplementami, miłością, wszystkim. Jedna chwila be żadnego kontaktu ze mną (choćby smsa), to dla niego dramat. Zamknął by mnie najchętniej w złotej klatce, lub postawił pomnik ku mojej czci…Pomocy, duszę się!

7. PIOTRUŚ PAN. - chyba każdy z nas oglądał tę opowieść. Duże dziecko – najprościej rzecz ujmując. Wszystkie cechy zewnętrzne świadczą o jego dojrzałości: ma swoje lata, zdobył bardzo dobre wykształcenie, pracuje. Jednak wewnętrznie ciągle jest małym, rozkapryszonym chłopcem. Nie chce wchodzić w dorosłe życie, wziąć za siebie odpowiedzialność. Piotruś Pan to zazwyczaj osoba w pełni rozwinięta pod względem fizycznym i emocjonalnym. Lubi żyć beztrosko, dobrze się bawiąc (jak Piotruś Pan). Osoby z tym syndromem często przejawiają skrajne emocje, np. wybuchają gniewem. Osoba taka cieszy się wolnością, ale jednocześnie omija ją wszystko to, co dorosłość umożliwia, w tym założenie rodziny oraz zbudowanie bliskiej więzi z inną osobą. Też czasami bywam szalona i beztroska, ale bez przesady.

8. DON ŻUAN –  czyli facet o niezwykłym uroku osobistym, przyciągający kobiety niczym magnes (niekoniecznie dlatego, że jest przystojny). Zuchwały UWODZICIEL, łamacz kobiecych serc . W jego życiu zawsze jest wiele kobiet , które  traktuje przedmiotowo, jak zabawki. Zdradza nieustannie. Zmienia je często – jak rękawiczki. Ot, taki sport. Dziękuje, żegnam Pana!

9. SEKSOHOLIK  -  wiadomo o co chodzi.  Facet uzależniony od seksu i od miłości. Nie ważne jak, nieważne gdzie, nieważne z kim. Byle zaliczyć, zaspokoić swój głód. Często eksperymentuje w łóżku, podejmuje ryzykowne zachowania seksualne. Jednak  po seksie – zamiast euforii i odprężenia, przychodzi u takiej osoby dół i użalanie się nad sobą. Facet totalnie pozbawiony  zahamowań. Nie liczy się, że postępując w ten sposób rani i upokarza kobietę, upadla ją. Dla niego liczy się adrenalina i orgazm za wszelką cenę. Seks jest dla ludzi, jest przyjemny., jest źródłem niezwykłych doznań. Ma wiele zalet . Jeśli jednak w tym wszystkim nie ma wzajemnego zaangażowania i szacunku do ciała drugiej osoby – to jestem na  nie!.

10.  FACET BORDERLINE. - to jest moja historia ( mój – już- bardzo- były  stanowi własnie ten typ). Co mnie te kilka lat kosztowało – wiem tylko ja (oraz ci, którzy też przerobili to na własnej skórze). Taki związek jest  jak taniec nad przepaścią.  Borderline oznacza kłopoty. Taką osobę cechują niestabilność i chaos. Człowiek nieprzewidywalny, impulsywny, niestabilny emocjonalnie. U mojego dawno byłego do tych niektórych cech doszła trauma, ciągnąca się latami (przemoc emocjonalna i psychiczna ze strony ojca – alkoholika ). Trudno się zatem dziwić, że ten związek rozleciał się z hukiem (na całe szczęście).  Przypłaciłam to kilkumiesięczną depresją , jednak okazałam się na tyle silna, by znowu stanąć na nogi…

Jak widać – trochę się tego nazbierało. Całkiem niezła lista mi wyszła :). I to po części tłumaczy moje bycie singielką.:).Następnym razem pokuszę się o kilka typów TOKSYCZNYCH KOBIET  dla równowagi :).

Kłamca kłamca, czyli dlaczego kłamiemy?

bd65543f4f6462078d78a4b2f2fa3ecd,640,0,0,0kłam

 

Bajki…któż z nas ich nie czytał? Mnie osobiście bajkowy świat zawsze fascynował. Czytając je – przenosiłam się w zupełnie inny świat, taki ciekawy i piękny. Bajki nie tylko rozbudzają ciekawość i wyobraźnię, ale pełnią też ważną funkcję wychowawczą,  a także przyczyniają się do prawidłowego rozwoju dziecka. I nie mówię tego z perspektywy psychologa czy matki, gdyż jestem singlem i nie mam dzieci, lecz z własnego doświadczenia życia. Rodzice od maleńkości czytali mi różne bajki i zachęcali do częstego sięgania po książki. Udało im się bez problemu zaszczepić we mnie ten zwyczaj. Nie będę wymieniać wszystkich bajecznych historii, które czytałam czy oglądałam (bo jest ich wiele).  Przytoczę tylko jedną pozycję – na potrzeby tego posta, na który wskazuje już sam tytuł. A będzie o kłamstwie. Bohaterem książki jest Pinokio , drewniany pajacyk, znany głownie z tego, że jest bardzo niesforny i w dodatku kłamie (czego skutki jak pamiętamy są opłakane). Staramy  się jako dobrzy rodzice, którzy to i owo przeżyli –  od najwcześniejszych lat wpajać dziecku, to co dobre, a co złe, co wolno, a czego nie wolno. I bardzo dobrze. Jednak choć tego chcemy czy nie – kłamiemy wszyscy. W dodatku częściej, niż sądzimy. Kłamanie jest częścią ludzkiej natury i nie możemy się go całkowicie wyzbyć. „Wszyscy kłamią” – mawia serialowy dr House. I rzeczywiście ma rację. Szacuje się, że dziennie robimy to od 2, do 200 razy. Najczęściej mówimy „już jadę” – chociaż nawet nie wyszliśmy z domu, „wszystko będzie dobrze” – choć wiemy, że nie będzie, „ładnie wyglądasz” – choć uważamy zupełnie inaczej. Mówi się, że „Kłamstwo ma krótkie nogi”, „Kłamstwem daleko się nie zajdzie”, „Kłamstwo rujnuje, a prawda buduje”. I to jest prawda. Każde moje kłamstewko (choćby najmniejsze) zawsze było zdemaskowane. Nie potrafiłam robić tego na tyle dobrze, by prawda nie wyszła na jaw. Nie jesteśmy w stanie uniknąć kłamstwa. Bo chociaż uchodzi ono w naszych oczach za coś złego, ułatwia nam życie, pomaga przystosować się i ułożyć korzystne relacje z innymi – to jest pierwszy i najważniejszy powód uciekania się do niemówienia prawdy. Kłamiemy  m.in. aby ochronić siebie. Zawsze kiedy coś przeskrobałam (*zwłaszcza w dzieciństwie), kłamałam, aby rodzice się na mnie nie zezłościli i nie dali lania. Zatem poprzez kłamstwo chroniłam mój tyłek przed klapsem (a bywało, że przed pasem czy wieszakiem)…Drugim powodem, który może nas popychać do kłamstwa, jest strach przed konfliktem.  Przykład? Powiedzenie dziewczynie, że spóźniłeś się bo uciekł ci tramwaj wywoła co najwyżej drobnego focha. Prawda, o tym, że chciałeś dokończyć oglądać mecz w telewizji – może wywołać ciche dni lub karczemną awanturę. Wybieramy drogę kłamstwa także wtedy, kiedy nie chcemy kogoś zranić (czym naprawdę szkodzimy najbardziej samemu sobie). Bywa, że nie mówimy prawdy, ponieważ boimy się odrzucenia (tak było z moim bardzo -już- byłym). Kłamiemy, bo chcemy podtrzymać status quo. Chcemy zatrzymać to co mamy, zamiast spadać w dół. Kłamiemy, by zyskać w oczach innych, by dowartościować samego siebie. Kłamstwo samo w sobie to jeden wielki paradoks. Z jednej strony - zawsze jest niebezpieczne (zawsze może się wydać). Z drugiej strony - jest ono potrzebne. Jego brak (wg psychologów)  powodowałby nieustannie wzajemną niechęć, czy agresję. Nienawiść  dominowałaby w relacjach międzyludzkich. Społeczeństwa po prostu by się rozpadły…  A tak? mówimy sobie miłe rzeczy, niekoniecznie zgodne z prawdą, i w ten sposób dowartościujemy się wzajemnie. I żyjemy w jako takim spokoju…

Moje doświadczenie odnośnie kłamstwa nauczyło mnie jednego: to nigdy nie popłaca, zawsze wyrządza szkodę. Jeśli czynimy to często, a wychodzi ono na jaw – niszczy zaufanie, które jest fundamentem trwałej relacji. Trzeba wielu lat, by zbudować więź głęboką, trwałą , pełną zaufania i wzajemnego szacunku, ale wystarczy nieraz jedno kłamstwo, aby to wszystko bezpowrotnie zniszczyć. Trudno jest odzyskać utracone zaufanie. Zanim skłamiesz, zastanów się więc, czy warto? Nie ma czegoś takiego jak „niewinne kłamstwa”.  Kłamstwo (nawet w tzw.”dobrej wierze”) – to także kłamstwo. Ja osobiście nie potrafię zdzierżyć u człowieka takiej sytuacji, kiedy na pytanie : „co słychać” czy „jak się czujesz”  odpowiada:  ”a w porządku, dziękuję”  albo: ” leci jakoś” (kiedy widzę wyraźnie, że jest inaczej). Usta mówią wiele. Oczy mówią wszystko. Takie zachowanie świadczy o braku zaufania. Ze strony znajomych (i to dalszych) to zrozumiem i przyjmę.  Ale jeśli takie zachowanie funduje mi ktoś, z kim przyjaźnię się lat 10  - to dla mnie policzek. Dosłownie. Czy kłamstwo da się ukryć? Pewnie, że tak. Niektórzy ludzie potrafią okłamać nawet wariograf. Jednak istnieje pewien mechanizm naszego organizmu, który zawsze nas zdradzi. :)

Urośnie Ci nos

Fragment z książki „Pinokio” (CARL COLLODI)

— A gdzie masz teraz te monety? — zapytała Wróżka. — Zgubiłem je — odrzekł Pinokio, ale skłamał, gdyż miał je w kieszeni. Zaledwie powiedział to kłamstwo, nos jego, już i tak dość długi, wydłużył mu się nagle o dwa palce. — A gdzież je zgubiłeś? — W lasku, tu w pobliżu. Po tym drugim kłamstwie nos Pinokia jeszcze bardziej się wydłużył. — Jeżeli zgubiłeś je tu, w pobliskim lasku — rzekła Wróżka — to poszukamy ich i znajdziemy, gdyż wszystko, co ginie w tym lasku, zawsze się odnajduje. — Ach! Teraz lepiej sobie przypominam — odparł pajac zmieszany — ja nie zgubiłem tych cekinów, tylko nawet nie zauważywszy, połknąłem je razem z lekarstwem. Po tym trzecim kłamstwie nos wydłużył mu się tak niesłychanie, że biedny Pinokio nie mógł obrócić się w żadną stronę.

Nam co prawda – od kłamstwa nos nie urośnie, ale  naukowo zostało udowodnione (co zresztą ciekawe), że kiedy kłamiemy, temperatura naszego nosa wzrasta! :D . Jeśli mamy wątpliwości co do czyjejś szczerości – sprawdźcie czy ma ciepły nochal (to tak pół- żartem). Kłamstwo – to niepotrzebne komplikowanie sobie życia, które i tak jest dość skomplikowane. Aby kłamać skutecznie i bezkarnie (do czego nie zachęcam) , trzeba nie tylko dobrze grać (mowa ciała zdradza bardzo wiele), ale też pamiętać co i komu powiedzieliśmy (a to niezwykle trudne u kogoś, kto notorycznie kłamie). :) Wielu z nas nie widzi  zagrożeń płynących z nieszczerości. Darlene Lancer, terapeutka specjalizująca się w pracy z parami, stworzyła listę najważniejszych, jej zdaniem, kosztów, strat, jakie możemy ponieść pozwalając na istnienie w naszej relacji – z partnerem, członkami rodziny –  sekretów i kłamstw (pozwolę sobie przytoczyć, bo w końcu to ktoś kompetentny):

DLACZEGO NIE WARTO KŁAMAĆ.

1. Kłamstwa uniemożliwiają osiągnięcie prawdziwej intymności. Intymność to mówienie sobie prawdy i autentyczność. Dlaczego nie jest nam łatwo zdecydować się na nią? Boimy się intymności, bo wiąże się ona z narażeniem na bycie zranionym. Często dużo wcześniej zgadzamy się na dostęp do swojej nagości fizycznej, a z emocjonalną zwlekamy.

2. Pozwalanie sobie na kłamstwa może doprowadzić do momentu, że nie pamiętamy już, które informacje zatailiśmy. (o czym wspominałam wyżej).Tworzymy misterną konstrukcję, której upadek może być bardziej raniący niż regularne mówienie nawet trudnej prawdy. Im dłużej zatajamy to, jak faktycznie rzeczy się mają, coraz trudniej jest nam przyznać się do kłamstwa. 

3. W związku z brakiem rzeczywistej intymności i z narastaniem lęku przed demaskacją w osobie pozwalającej sobie na zatajanie prawdy pojawia się poczucie winy. Przejawia się ono podczas wspólnego spędzania czasu z osobą oszukiwaną. Nieszczery partner nie chce tworzyć bliskości, unika też tematów, o których  rozmawianie doprowadziłoby do demaskacji. Te działania nie muszą być oczywiście świadome. Czasem dzieje się to w ten sposób, że ktoś przeznacza więcej czasu na pracę, hobby, spotkania z przyjaciółmi i inne aktywności, minimalizując liczbę okazji do prowadzenia rozmów z partnerem. Ktoś, kto ma nieczyste sumienie, może nawet prowokować kłótnie, by stworzyć dystans, chroniący przed wyjściem prawdy na jaw.

4. Pogwałcenie wartości prowadzi nie tylko do poczucia winy z powodu naszego zachowania, ale wpływa także na nasze samozrozumienie, a raczej jego brak. Kiedy oszukujemy przez dłuższy okres czasu, zaburzamy poczucie własnej wartości. Długotrwałe poczucie winy przeradza się we wstyd i niszczy nasze podstawowe poczcie godności i prawości. Pogłębia to dysonans pomiędzy tym jak pokazujemy siebie innym, jak my siebie widzimy, a jacy jesteśmy naprawdę.

5. Poczucie winy i wstydu generuje kolejne problemy – ze zrozumieniem tego kim naprawdę jesteśmy. Stajemy się wobec siebie krytyczni, poirytowani, a nawet agresywni. Niektórzy ludzie popadają w obsesję na punkcie swoich kłamstw, zaczynają one rządzić ich życiem. Mają wtedy trudności ze skoncentrowaniem się nawet na najprostszych czynnościach.

6. Nasze oszustwa przyczyniają się do cierpienia innych. Ofiara kłamstw w momencie, gdy odkryje prawdę czuje się zdezorientowana, podejrzliwa, wystraszona, opuszczona. Zaczyna wątpić w siebie i w poczucie swojej wartości – skoro ktoś bliski zdecydował się zataić przed nią prawdę to znaczy, że nie uważał ją za kogoś, kto nią zasługuje? (…).

Kiedyś kłamałam często i gęsto. Po prostu nie umiałam inaczej. Było we mnie dużo lęku, poczucia niskiej wartości. Nie chciałam też nikomu sprawić przykrości, więc zdarzało mi się skłamać, czy przemilczeć pewne rzeczy. Przykład? Na pytanie „czemu nie odebrałaś telefonu” (zwłaszcza od kogoś z kim trudno mi się żyje ), najczęściej odpowiadałam : „nie słyszałam”, zapomniałam wziąć ze sobą telefon, wybacz”, podczas gdy najzwyczajniej w świecie nie miałam na to najmniejszej ochoty i już! Także obecnie zdarzają się w moim życiu sytuacje, które przypinają mnie do muru. Pierwszym i naturalnym odruchem – jest właśnie kłamstwo. Ale mimo wszystko – mówię, jak jest! Jeśli coś mnie wkurza u kogoś – delikatnie mówię co. Jeśli widzę u kogoś dobro – nazywam je po imieniu. Kiedy potrzebuję pobyć sama ze sobą, a ktoś proponuje spotkanie czy bombarduje telefonami – mówię ” teraz nie bardzo bo potrzebuje….” – ale dam znać, kiedy będę mogła. :) Walę prosto z mostu, daje kawę na ławę. Nie bawię się w sztuczną wymianę uprzejmości, wymuszoną życzliwość, serdeczność, pseudo-przyjaźń (bo i coś takiego przeżyłam). Po tym wszystkim co przeszłam – wolę być szczera i prawdziwa do bólu, niż karmić kogoś kłamstwami. Może mi się nieraz za tą prawdę oberwać (ktoś się może na mnie obrazić), ale ta druga osoba będzie przynajmniej wiedzieć na czym stoi i jak się sprawy mają. Będzie też dzięki temu – w stanie zrozumieć pewne moje zachowania, czy odczucia (co było by niemożliwe, gdybym ją okłamywała „dla świętego spokoju”). Mówienie prawdy – to odwaga. Prawda może nie da mi wiele przyjaciół…Sprawi natomiast, że zostaną przy mnie nieliczni, lecz za to prawdziwi. :)